<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Blog Marcina Przybyłka</title>
	<atom:link href="http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://gamedeczone.com/blog</link>
	<description>Kolejny blog oparty na WordPressie</description>
	<lastBuildDate>Fri, 20 Apr 2012 10:20:26 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=8159</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Erotyczny surrealizm Andrzeja Zimniaka</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=486</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=486#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Apr 2012 10:14:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=486</guid>
		<description><![CDATA[Przeczytałem „Fraszki rubaszne” Andrzeja Zimniaka. Jeśli autor popularnonaukowego tomu „Jak nie zginie ludzkość” przestrzega jakichś tabu, to muszą być głęboko ukryte, na pierwszy i drugi bowiem rzut oka, Zimniak – poeta niczego się nie boi. Wiersze są rzeczywiście rubaszne i dotykają w głównej mierze surrealistycznych wymiarów ludzkiej seksualności, przy czym słowo krocze czy fiut nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przeczytałem „Fraszki rubaszne” Andrzeja Zimniaka. Jeśli autor popularnonaukowego tomu „Jak nie zginie ludzkość” przestrzega jakichś tabu, to muszą być głęboko ukryte, na pierwszy i drugi bowiem rzut oka, Zimniak – poeta niczego się nie boi. Wiersze są rzeczywiście rubaszne i dotykają w głównej mierze surrealistycznych wymiarów ludzkiej seksualności, przy czym słowo krocze czy fiut nie są wcale najodważniejszymi.</p>
<p>Najpierw poczułem zaskoczenie. Naukowiec, chemik, pan nobliwy, siwawy, z dorobkiem, otoczony aurą szacunku, fantasta pełną gębą, pisze wiersze i to rubaszne? Nie stroniące od najbardziej intymnych zakamarków kondycji ludzkiej i w dodatku traktując je w sposób frywolny? Myślę, że jest to dobra lekcja dla wszystkich zahamowanych – nawet ludziom pozornie poważnym żadna tematyka nie jest obca, cień języka także, ba, osoby takie potrafią używać go z polotem. Nie po to kultura tworzy „kutasy” i „kurwy”, żeby ludzie nomen omen kulturalni się ich wystrzegali. Andrzej Zimniak potrafi tak użyć owych werbalnych chwastów, żeby i zapach miały odpowiedni, połysk i wszelki inny powab.</p>
<p>Autor wpada na zgoła fantastyczne pomysły – od możliwych do zrealizowania – vide panna strzelająca ogórkami za pomocą nie powiem czego, do pana grającego także nie powiem czym w golfa. Mamy tu zrosty nie w kroczu lecz w głowie, opowieści o zdradach na opak, o osobliwym badaniu ginekologicznym, nawet przeróbki Mickiewicza, gdzie Autor osobliwie upodobał sobie opis matecznika!</p>
<p>Jeśli chodzi o warsztat, to najpierw słowo wstępu. Sam nie lubię, gdy recenzent twierdzi, że moja powieść czy opowiadanie to „coś z Ixińskiego i coś z Ygrekmana”, drażnią mnie takie osądy, gdy wiem, że nie inspirowałem się ani panem na „X”, ani panem dzielącym pierwszą literę nazwiska z Yetim. Jednak pisząc o pazurze poetyckim Andrzeja Zimniaka zmuszony jestem użyć porównań, aby czytelnik mógł wyobrazić sobie, z jakim stylem mamy do czynienia. Zatem jest tu coś z Boya – tempo, werbalny skrót, i coś Gałczyńskiego – polot i dowcip. No sami popatrzcie:</p>
<p>Pewna dama</p>
<p>Żyła sama</p>
<p>Z psem.</p>
<p>W jedną noc kwietniową</p>
<p>Psu się znudziło</p>
<p>I już go nie było.</p>
<p>Dama była zła</p>
<p>Bo jakże tak</p>
<p>- w maju, bez psa!?</p>
<p>Zazwyczaj fraza jest czysta, dowcipna, naznaczona autentycznym poetyckim talentem. Autor potrafi język ożywić używając słów w nie do końca przepisowy sposób, ale nie przekraczając granicy zrozumienia czy werbalnej estetyki. Potrafi też przypomnieć niektóre zgrabne, ale zapomniane związki frazeologiczne.</p>
<p>Pewien myśliwy</p>
<p>Co kochał dziwy</p>
<p>Opowiadał przy winku</p>
<p>O niedźwiedziach kilku</p>
<p>O gadającym wilku</p>
<p>O powabnych łaniach</p>
<p>Które głaskał w żyta łanach</p>
<p>I o słoniach ludojadach</p>
<p>Które strzelał w Bieszczadach.</p>
<p>Kto dzisiaj pamięta, że strzela się nie tylko „do”, ale także „kogo, co”?. Dziękuję Autorowi za lekcję dobrej polszczyzny.</p>
<p>Dziękuję też za swoiste rozluźnienie kulturowego krawata, za demonstrację rozbijającą stereotypy. Za pokazanie, z uśmiechem na twarzy, że człowiek mądry i kulturalny potrafi się śmiać z siebie, z innych i z każdego tematu, bo tak de facto jest. Poznałem w swoim życiu wielu ludzi par excellence kulturalnych i tym różnili się od kabotynów i bigotów, że ogarniali całość egzystencji, a nie tylko jej akceptowalne społecznie, wygładzone elementy. Taki jest właśnie Andrzej Zimniak.</p>
<p>Ale jestem też na niego trochę zły. Czytając kilka fraszek przed drukiem, zachęcałem go do delikatnej redakcji niektórych wierszy, bo nie zawsze jest w nich zachowany rytm czy czysty rym. Niby są to drobnostki, bo mamy dwudziesty pierwszy wiek i kto by się przejmował liczbą sylab. Wiersze te, czytane na głos, brzmią bardzo dobrze, nieczyste metrum się zaciera. Ale ja się i tak przejmuję. Bo gdyby zrobić w niektórych utworach naprawdę niewielkie przeróbki, mielibyśmy do czynienia z wierszami dopracowanymi w najmniejszym szczególe, wręcz ikonicznymi.</p>
<p>Szkoda mi także, że w kilku miejscach autor użył zbyt kolokwialnych słów typu „super”, czy „na fula”. Wiem, że są to celowe zabiegi, mimo to akurat dla mojego ucha to nie brzmi. W wierszu każde słowo jest ważne. Oczywiście wcale nie muszę mieć racji. <em>De gustibus </em>itd. Mimo to mam nadzieję, że przy okazji następnych wydań Andrzej przyjrzy się jeszcze raz swoim dziełom i może tu i ówdzie coś zmieni – chociażby tylko po to, żeby zrobić mi przyjemność.</p>
<p>Ostatecznie mamy do czynienia ze zbiorem, który jest swoistym wydarzeniem. Autor Hard SF bawi się erotyką, językiem potocznym, dodaje do nich niestworzone pomysły, miksuje i serwuje barwną, zabawną intelektualną potrawę, która wywołuje uśmiech, rozluźnienie i  chęć sięgnięcia po coś mocniejszego, zwilżenia gardła i roześmiania się w głos. Bo życie jest zabawne!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=486</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sceny usunięte</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=484</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=484#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Apr 2012 09:51:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=484</guid>
		<description><![CDATA[Oglądałeś/łaś film „Wolverine – początek”? I wiesz, dlaczego główny bohater na samym końcu stracił pamięć? Na pewno? Jeśli nie widziałeś/łaś usuniętych scen, śmiem wątpić, bo znajdziesz tam zupełnie pominięty w wersji producenckiej wątek o procedurze usuwania wspomnień Wolverina, na którą protagonista się godzi i którą w części przechodzi. To dlatego pomysł, że strzał w głowę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Oglądałeś/łaś film „Wolverine – początek”? I wiesz, dlaczego główny bohater na samym końcu stracił pamięć? Na pewno? Jeśli nie widziałeś/łaś usuniętych scen, śmiem wątpić, bo znajdziesz tam zupełnie pominięty w wersji producenckiej wątek o procedurze usuwania wspomnień Wolverina, na którą protagonista się godzi i którą w części przechodzi. To dlatego pomysł, że strzał w głowę może dać w rezultacie utratę pamięci ma sens. Bez wątku z usuwaniem pamięci – nie bardzo. Bo skąd niby pewność, że silne uderzenie w czaszkę da akurat amnezję? Dla mnie był to niezrozumiały fragment kinowej wersji opowieści. Jak oni chcą to zrobić, myślałem, skąd pewność, że uszkodzą obszary pamięciowe?</p>
<p>Dlaczego wspomniane sceny usunięto? Cholera wie. Mam wrażenie, że po to, by zrobić z widza głupka, albo z innego powodu, jeszcze gorszego: dlatego, że producenci uważają widzów za idiotów, którzy niczego nie muszą rozumieć i łykną każdą nieścisłość. Takie podejście bardzo mnie denerwuje.</p>
<p>Obejrzałem ostatnio wersję rozszerzoną (tę „kolekcjonerską”) Avatara. I zgorzałem. Okazało się, że w wersji kinowej usunięto bodaj najważniejsze sceny tłumaczące motywy bohaterów i wiele innych spraw. Dlaczego Neytiri chce zabić Jake’a strzałem w plecy, dlaczego jest taka agresywna gdy ratuje mu w nocy skórę? Wersja kinowa tego nie wyjaśnia. Rozszerzona – już tak. Neytiri miała siostrę! Poważnie. I ta siostra zginęła zastrzelona przez ludzi. Gdzie? No właśnie. Tego także kinowy widz nie wie. Otóż w szkole, którą prowadziła nazywana przez Na’vi „matką” dr Grace Augustine, którą to placówkę w pierwszej kolejności odwiedza pani naukowiec, Norm Spellman i Jake Sully. Dopiero potem idą badać głębsze obszary dżungli. Neytiri była najlepszą uczennicą dr Augustine, dlatego tak ładnie mówi po angielsku. Niby szczegół, ale gdy patrzyłem na film po raz pierwszy, nie grało mi, gdzie i jakim cudem niebieska dziewoja nauczyła się języka Shakespeara. Czy Jake wie sam z siebie, jak się nazywa jego przyszła wybranka? Nie. Poznaje pełne brzmienie jej imienia, którego widz kinowy nigdy nie usłyszy, podczas pierwszej wieczornej biesiady wśród Na’vi. Pamiętacie latające góry? Założę się, że jednym z pierwszych nurtujących was pytań było „dlaczego unoszą się w powietrzu?”. Odpowiedź na to pytanie pada, oczywiście tylko w wersji rozszerzonej. One są napakowane unobtanium, który jest, uwaga, nadprzewodnikiem działającym nawet w wysokich temperaturach. Stąd efekt maglevu, dlatego właśnie mały okruch w biurze Parkera Selfridge&#8217;a, szefa placówki, lewituje nad podstawką. Proste. Wystarczyło jedno zdanie. Ale w wersji kinowej zostało usunięte, a to wielki błąd, bo świadomość, czym de facto jest unobtanium rzuca inne światło na cały świat Pandory, widz zaczyna lepiej rozumieć, skąd się wzięły łukowate skały przy Drzewie Dusz i wiele innych rzeczy. Przypominacie sobie stwierdzenie Jake’a, że stał się zimnym zabójcą, łowcą? Ja pamiętam swoje zdziwienie, bo scen polowania w kinowym Avatarze jest mało. Zdanie to pada w scenie lotu, sielskiej i w ogóle nie kojarzącej się z łowami. W wersji rozszerzonej fraza ta uzyskuje wyjaśnienie. Przed sekwencją lotu jest bardzo rozbudowana scena łowów, coś w rodzaju indiańskiego polowania na bizony. Sporo tam strzelania z łuków i zabijania dużych zwierząt. Stone cold killer? Ależ tak, ale po obejrzeniu tej sceny. Dlaczego Jake Sully jest taki odważny i zadziorny? Ma taki charakter. Ale zobaczyć to może tylko oglądacz wersji rozszerzonej  w scenach z Ziemi, gdzie Jake &#8211; kaleka ochoczo zaczepia i bije się z pełnosprawnym gburem, który przed chwilą spoliczkował swoją dziewczynę. Dlaczego seks Jake’a z Neytiri pieczętuje ich związek na wieki? Bo w trakcie zbliżenia łączą się końcami „warkoczy”, czyli ich powiązanie jest takie jak jeźdźca i powietrznego wierzchowca. Staje się to zrozumiałe pod warunkiem, że zobaczysz wyciętą scenę. Po tym, jak ludzie niszczą buldożerami Drzewo Dusz, Na’vi atakują i destruują kilka buldożerów, zabijają grupę ludzi. Opowiada o tym scena gdy wojownicy odjeżdżają po walce na tle płonących pojazdów, a potem wizja lokalna ukazująca przebitych strzałami żołnierzy i dymiące wraki. Na’vi nie są tylko ofiarami agresji ludzi. Sami też walczą, ale, znowu, w wersji kinowej tego nie zobaczysz. Dr Augustine twierdzi, że zniszczenie Drzewa Dusz było przemyślaną taktyką, bo ludzie wiedzieli, że w odpowiedzi niebiescy zaatakują i korporacja będzie miała pretekst do dużej napaści. Jest to logiczna i wiele wyjaśniająca konstatacja, ale jej także nie można w kinie ani na zwykłym DVD obejrzeć. Widz nie zobaczy też ostatnich chwil Tsu’Tey’a, który przeżył upadek z wielkiej wysokości, ale jest zbyt ciężko ranny, by się z tego wykaraskać. Przekazuje Jake’owi władzę nad plemieniem (sic!) oraz prosi go… o śmierć. Jake stosuje wobec niego eutanazję i dobija go tak jak Na’vi kończą cierpienia rannych zwierząt. Przedtem Tsu’tey zachęca go, mówiąc, że dzięki temu będzie zapamiętany (latał z Turuk Makto i Turuk był jego ostatnim cieniem) i twierdzi, że to jest dobre. Ta scena jest mocna i diablo ważna. Świadomość, że Jake będzie wodzem rzuca także inne światło na zupełnie ostatnią scenę: gdy jego nowe, żółte oczy otwierają się. Gdy widziałem film po raz pierwszy, wiedziałem, że Jake budzi się do nowego, fascynującego życia w nowym ciele i w nowym świecie. Teraz wiem, że budzi się także jego nieznana natura. „I am not the officer type” – mówi Jake do umierającego Tsu’Tey’a. Mimo to zostaje mianowany przywódcą. Dlatego jego otwarte oczy symbolizują także inną zmianę – wewnętrzną.</p>
<p>Nie wiem, o czym myślą producenci usuwając najważniejsze sceny z filmu, może o niczym. Może chodzi o zysk z wersji rozszerzonych, ale, na RanStone, przecież muszą się liczyć z recenzjami, ocenami filmu przed wypuszczeniem wersji rozszerzonych! Czy naprawdę uważają, że sceny wyjaśniające fabułę, intrygę tudzież motywy są nieważne???</p>
<p>Jeśli tak, to będę wznosił modły do Buddy, żeby trzymali się ode mnie z daleka. Nie chcę zostać zarażony ich sposobem myślenia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=484</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Smacznego&#8221;</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=482</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=482#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Mar 2012 16:21:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=482</guid>
		<description><![CDATA[Dlaczego uważam życzenie „smacznego” za niestosowne? Po pierwsze i wcale nie najważniejsze, nie lubię tego słowa. Źle brzmi. Po drugie nie sądzę, że byłby to jakiś stary obyczaj. Czytając „Pana Tadeusza” Mickiewicza, gdzie zwyczaje opisane są dość dokładnie i traktowane jako świętość, nikt nikomu nie życzy wiadomo czego tuż przed posiłkiem. Pamiętam dość dobrze, kiedy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dlaczego uważam życzenie „smacznego” za niestosowne? Po pierwsze i wcale nie najważniejsze, nie lubię tego słowa. Źle brzmi. Po drugie nie sądzę, że byłby to jakiś stary obyczaj. Czytając „Pana Tadeusza” Mickiewicza, gdzie zwyczaje opisane są dość dokładnie i traktowane jako świętość, nikt nikomu nie życzy wiadomo czego tuż przed posiłkiem. Pamiętam dość dobrze, kiedy ten zwyczaj się narodził (mniej więcej późne lata 70. / wczesne 80.) i moje zdziwienie, gdy obserwowałem, jak się szerzy i zaraża coraz większe rzesze rodaków. Najpierw było tubalne „smacznego!” druha komendanta przed posiłkami na obozach harcerskich (my gromko odkrzykiwaliśmy „dziękujemy!”), a potem przyszedł jakiś obcy człowiek do naszego mieszkania, z tak zwaną „sprawą” do mojej matki czy ojca (akurat siostra i ja jedliśmy) i żeby okazać, że jest dobrze wychowany, rzucił „smacznego!”. To był pierwszy raz, gdy ugodzono mnie tym pozdrowieniem w sytuacji prywatnej. Poczułem, jak ktoś, kogo nie znam, zwraca uwagę na coś, na co nie chcę, żeby zwrócił uwagi i wręcz zagląda mi do talerza. Niemiłe uczucie.</p>
<p>Po trzecie, no właśnie, przyjrzyjmy się powyższej sytuacji. Wchodzi, powiedzmy, pan Jan do domu pana Zygmunta. Żona pana Zygmunta spożywa właśnie obiad, czyli ziemniaki, surówkę i bitki. Pan Zygmunt przed chwilą skończył posiłek, jest gotowy do konwersacji i przyjęcia gościa, pani Zygmuntowa, jak widać, nie. Pan Jan, kierowany potrzebą wykazania się „dobrym wychowaniem”, spogląda na panią Zygmuntową i życzy jej „smacznego”. Jak to widzi pani Zygmuntowa? No cóż, być może jest zła, że pan Jan przyszedł akurat teraz, bo jeszcze trzy minuty i skończyłaby posiłek. Wtedy gość nie widziałby jej nad talerzem, na którym połyskują matowo lekko już ostygły sos, resztki ziemniaków, świecą oranżem maźnięcia po surówce i smętnie kulgają się kawałki bitek. Chciałaby prawdopodobnie być lekko niewidoczną dla gościa, oczywiście dopóki nie skończy, nie odniesie niezbyt pięknego naczynia po posiłku do kuchni, nie ogarnie się (może mieć coś w kącikach ust) i nie wyjdzie do gościa w pełni przygotowana. Tego prawdopodobnie oczekuje od pana Jana: że po „dzień dobry”, które wypowiedział na powitanie, lekkim skinieniu głowy w jej stronę, nie będzie patrzył ani na nią, ani na jej cholerne ziemniaki ani na to, jak je. Niestety, pan Jan chce się wykazać i wypowiada nieszczęsne „smacznego”. W tym momencie pani Zygmuntowa wie, że: pan Jan patrzy na nią i obserwuje, jak ta przeżuwa, patrzy na talerz, gdzie wciąż widać ten matowy sosik i maźnięcia po surówce, być może widzi kawałek kotlecika w kąciku ust, albo plamę na bluzeczce po tym, jak kawałek ziemniaka upadł w sos i chlapnął na kołnierzyk, ponadto zmusza panią Zygmuntową do odpowiedzi, bo jeśli nie odpowie, będzie uznana za źle wychowaną. Dlatego pani domu odpowie albo z pełnymi ustami, czyli raczej wybełkocze, „dziękuję” dowodząc, że jest źle wychowana (bo z pełnymi ustami się nie mówi), albo odpowie po dłuższej, krępującej przerwie, gdy będzie się głupio uśmiechać i wskazywać palcem, że żuje, a potem, że przełyka.</p>
<p>Dawno temu rodzic mój uczył mnie zasady dobrego wychowania zawierającej się w prostej maksymie „dżentelmen nie widzi”. Oznacza to mniej więcej, że w dobrym tonie jest filtrowanie sytuacji i skupianie uwagi na tym, co ważne, a nie na wszystkim. Dżentelmen wchodząc do czyjegoś domu nie rozgląda się jak prostak i nie mówi „smacznego”, „o, jakie ładne majtki się suszą”, „o, chyba trzeba zmienić pieluchę temu bobasowi”, „o, maleństwo zrobiło dziurę w skarpetce”, „o, gotuje pani kalafiora, bo śmierdzi?”, „och, otwórzcie okno, bo tak tu duszno!”, tylko wita się, po czym kieruje uwagę na te obszary, które w żaden sposób nie będą dla gospodarzy krępujące. Patrzenie komuś w talerz, zmuszanie go do odezwania się z pełnymi ustami, obserwowanie podczas żucia, jest rzeczą krępującą.</p>
<p>Istnieje też inna sytuacja, taka, gdy jakaś grupa siedzi przy dużym stole. Rodzina, uczestnicy szkolenia itp. Jeśli jest to rodzina, zwyczaj mówi, że gospodyni daje znak rozpoczęcia jedzenia sama zaczynając jeść, a znakiem zakończenia posiłku (gdy widzi, że już wszyscy są najedzeni) jest położenie przez nią na stole serwetki albo po prostu charakterystyczne odłożenie sztućców. W stadłach bardziej patriarchalnych znaki te daje gospodarz. Nie ma żadnego „smacznego”, „bo wypada coś przed jedzeniem powiedzieć”. Jak chcesz coś rzec, by odepchnąć krępującą ciszę, powiedz anegdotę (krótką), albo że jesteś głodny jak wilk, a nie „smacznego”! Jeśli chodzi o grupy biznesmenów na szkoleniach, nie ma tam z reguły „ojca” stadła, więc można zacząć jeść po prostu wtedy, gdy kelner przyniesie posiłek. Czekanie, aż talerz pojawi się przed dwudziestką innych ludzi jest niezbyt rozsądne, bo do tego czasu nasze jedzenie zwyczajnie ostygnie. Dlaczego w takiej grupie także nie należy mówić „smacznego”? Po pierwsze, tak jak wcześniej, jest to moim zdaniem nietaktowne (mimo, że na samym początku jeszcze nie mamy niczego w ustach, a talerze wyglądają wciąż estetycznie), po drugie załóżmy, że raz odpowiemy złamani naciskiem społecznym, ale za chwilę do sali wchodzi spóźnialski uczestnik szkolenia, który, żeby się popisać dobrym wychowaniem, pozdrawia nas kolejnym „smacznego”. I co? Mamy wypluwać śląskie kluseczki, by mu odpowiedzieć? Wchodzi za dwie minuty spóźnialska i znowu słyszymy „smacznego”. A potem wchodzi, na szczęście już ostatnia osoba, która nie zjawiała się na czas i pozdrawia nas czym? No właśnie. Jeśli będziemy hołdować temu zwyczajowi, zmusi on nas do kilkukrotnego odpowiadania na wciąż to samo, bezsensowne pozdrowienie.</p>
<p>Więc dajmy już spokój z tym paskudnym, wcale nie starym, tylko nowym zwyczajem. Jest to, w moim odczuciu, plebejskie usiłowanie popisania się znajomością savoir-vivre’u. Mówiąc dosadniej, prostacki obyczaj. Sam nigdy nie odpowiadam na „smacznego” (czasami kiwam głową), nigdy tego słowa nie wypowiadam i bardzo proszę, jeśli zastaniecie mnie nad talerzem, w trakcie posiłku, albo przed nim, dobrze się zastanówcie, zanim otworzycie usta, by wypowiedzieć słowo na „s”, bo mogę spojrzeć tym okiem, co na psa.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=482</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kultura kłamstwa</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=478</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=478#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Mar 2012 07:45:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=478</guid>
		<description><![CDATA[Chcesz wygrać świetny samochód? Wyślij esemesa! Wystarczy jeden! Nieszczęśnik wysyła. Za chwilę dowiaduje się, że teraz musi wysłać następnych dwadzieścia odpowiadając, czy chce diesla czy benzynowca, zgadując, czy Xenia Xowska gra w serialu „Przy brzegu” czy „Na wiośle”, oraz męczy się, bo aktywował pierwszym esemesem usługę „Very Fun For You”, przez co dostaje teraz pięć [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Chcesz wygrać świetny samochód? Wyślij esemesa! Wystarczy jeden! Nieszczęśnik wysyła. Za chwilę dowiaduje się, że teraz musi wysłać następnych dwadzieścia odpowiadając, czy chce diesla czy benzynowca, zgadując, czy Xenia Xowska gra w serialu „Przy brzegu” czy „Na wiośle”, oraz męczy się, bo aktywował pierwszym esemesem usługę „Very Fun For You”, przez co dostaje teraz pięć wiadomości tekstowych na minutę czegoś od niego żądających i do czegoś namawiających, ponadto podając swój numer telefonu zalogował się do serwisu, który w jakiś tam sposób chce go omamić jeszcze bardziej.</p>
<p>Kupujesz płyn do czyszczenia o barwnej nazwie &#8220;Zaxan&#8221;. Opakowanie jest kosmiczne i reklama jest kosmiczna. A to zwykły preparat chlorowy, jakich używały nasze babki w przedszkolach i szkołach czasu PRL&#8217;u.</p>
<p>Wchodzisz na stronę internetową &#8220;X&#8221;, gdzie po raz setny widzisz błyskający komunikat, że jesteś milionowym klientem i że to nie żart i że masz kliknąć!</p>
<p>Polityk ogłasza żałobę narodową. Nie po to, żeby komukolwiek pomóc (bo tylko zaszkodzi), ale po to, by podnieść sobie PR.</p>
<p>Instalujesz program o konkretnej funkcji. Jeśli nie będziesz dokładnie śledzić pojawiających się w trakcie tego procesu okien, stwierdzisz ze zdziwieniem, że zainstalowałeś także trzy inne programy, przy czym jeden z nich zmienił wygląd twojej przeglądarki internetowej i teraz nie wiesz, jak to odwrócić.</p>
<p>Kupujesz coś przez telefon, na przykład internet bezprzewodowy. Wskutek bardzo zgrabnej gadki pani w słuchawce godzisz się, by przysłano ci pięć urządzeń, bo „to taka promocja”. Za miesiąc wyjmujesz ze skrzynki pocztowej rachunek za pięć usług.</p>
<p>Pamiętam czasy, gdy kłamstwo było powszechnie uważane za rzecz brzydką i wstydliwą. Przyłapanie kogoś na matactwie było zdarzeniem przykrym dla obu stron. Owszem, akceptowano łgarstwo w dobrej wierze, np. „Świetnie wyglądasz!”, wiadomo o co chodzi. Nie każdy osobnik po pięćdziesiątce prezentuje się ładnie, ale że niewiele można z tym zrobić, trzeba człowieka podtrzymać na duchu. Zatem akceptowano kłamstwo pro publico bono.</p>
<p>Jednak w dzisiejszych czasach stało się coś dziwnego. Wiemy, że okłamuje nas większość firm. Kłamią reklamy, kłamią producenci, kłamią usługodawcy, kłamią politycy oraz kapłani. I nikt jakoś nie protestuje. Bo w sumie nie wiadomo przeciwko komu. Odpowiedzialność jest rozproszona. Czy kłamie sprzedawca w telefonie? Nie, on mówi to, co mu kazano. Czy ten, który mu kazał, kłamie? Nie, on realizuje plan sprzedaży. Jeśli mu się nie uda, zostanie zwolniony i jego miejsce zajmie inny człowiek. Czy kłamie marketingowiec, który wymyślił fajny „myk”, na który złapie się wielu klientów? Nie, on po prostu jest „kreatywny”, dzięki czemu dostanie premię. Czy kłamie jego szef? Firma reklamowa? Polityk? Nie, on realizuje &#8220;linię partii&#8221;. Kapłan? Nie, on działa na rzecz świętego kościoła. Kto atakuje kościół, atakuje krzyż, kto atakuje krzyż, atakuje prawdę, ot co. Proste. Słucham Radia Maryja, to wiem.</p>
<p>Zakłamany jest system. Sytuacja. Psychologia społeczna pokazuje, że gdy człowiek tkwi w niedobrej sytuacji, zaczyna się zachowywać źle. My tkwimy w niedobrej sytuacji, bo otacza nas niesłychane zagęszczenie informacji, która jest kłamstwem. Moim zdaniem trudno zostać obojętnym, bo albo człowiek zacznie to akceptować i racjonalizować (np. &#8220;No co? Przecież oni muszą zarobić&#8221;), albo zwariuje. Mam wrażenie, że wybiera częściej to pierwsze.</p>
<p>Ale istnieje także trzecie, nieco donkiszotowskie, rozwiązanie</p>
<p>Trzeba zacząć protestować tu i teraz przeciwko wszechogarniającemu kłamstwu politycznemu, gospodarczemu, religijnemu.</p>
<p>I ja protestuję. Tu i teraz.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=478</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Życie wewnętrzne</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=474</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=474#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 29 Feb 2012 07:43:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=474</guid>
		<description><![CDATA[Siedzi mężczyzna przy stoliku, sam, w Paryżu. Pije sok wyciśnięty z pomarańczy. Jeden człowiek wśród milionów możliwości, w wielkim mieście. Ma prawo czuć się przeraźliwie samotny. Nie zna tej jednej umiłowanej kobiety, która być może spaceruje teraz inną ulicą albo pije kawę w innej kawiarni. Nie napisał książki, która wstrząśnie światem, chociaż czuje w sobie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Siedzi mężczyzna przy stoliku, sam, w Paryżu. Pije sok wyciśnięty z pomarańczy. Jeden człowiek wśród milionów możliwości, w wielkim mieście. Ma prawo czuć się przeraźliwie samotny. Nie zna tej jednej umiłowanej kobiety, która być może spaceruje teraz inną ulicą albo pije kawę w innej kawiarni. Nie napisał książki, która wstrząśnie światem, chociaż czuje w sobie tęsknotę, by tego dokonać.</p>
<p>Dlaczego nie odczuwa przerażającej obcości, samotności? Dlaczego nie odczuwa niespełnienia, nienasycenia?</p>
<p>Być może chroni go przed tym życie wewnętrzne, które, nawet gdy nie pozna tej jedynej i nie napisze książki, która zmieni życie milionów, wypełni go i da poczucie sensu.</p>
<p>Chyba właśnie tym zajmują się niektórzy twórcy – łataniem egzystencjalnej rany, która tworzy się między „tu” i „wszędzie”, między „teraz” i „kiedy indziej”, między tą osobą i milionami innych, niepoznanych, między spełnieniem i niespełnieniem, które przecież jest o wiele częstsze.</p>
<p>Życie wewnętrzne pozwala nam zakleić pustkę istnienia żywicą znaczenia, milionem skojarzeń i sensów. Ono wypełnia egzystencję. Raptem nie jesteśmy już obcym człowiekiem w wielkiej przestrzeni nieznanego miasta, pośród setek niewidzianych przedtem ludzi. Tamten zażywny jegomość kojarzy się z masarzem z naszego miasta, podstarzała piękność z jakąś aktorką, chłopczyk idący z mamą &#8211; z naszym kolegą z boiska, smak soku z pomarańczy  jest znajomy i swojski, przypomina miłe chwile spędzone na tarasie naszego domu, gwar uliczny brzmi podobnie do gwaru Warszawy, nacisk, jaki wywiera siedzisko ulicznego krzesła na nasze pośladki kojarzy się z niewygodą ogrodowego mebla, a chwila samotności nie jest momentem trwogi, ale czasem przemyśleń i zadumy. W ten cudowny sposób, dzięki życiu wewnętrznemu już nie jesteśmy sami i obcy. Znajdujemy się trochę w Warszawie, trochę w ogrodzie, trochę w dzieciństwie, w sklepie, na znajomej ulicy.</p>
<p>I nie czujemy rozpaczy istnienia, które nie jest wszędzie i z wszystkimi, tylko tu i tylko tu, tylko ze sobą i z nikim innym.</p>
<p>I na chwilę zapominamy o tęsknocie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=474</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Nie mam pieniędzy&#8221;</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=472</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=472#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 28 Feb 2012 08:05:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=472</guid>
		<description><![CDATA[Przepraszam, w jakim my świecie żyjemy? Jak można publicznie powiedzieć „Oprócz habitu i rzeczy osobistych nie mam nic” i mieć nadzieję, że ktokolwiek w to uwierzy? Pan Rydzyk przecież od czasu do czasu je (nawet częściej niż od czasu do czasu, bo ma widoczną nadwagę). Czym, przepraszam, płaci za produkty, które pakuje do jamy gębowej? Modlitwą? Bóg [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przepraszam, w jakim my świecie żyjemy? Jak można publicznie powiedzieć „Oprócz habitu i rzeczy osobistych nie mam nic” i mieć nadzieję, że ktokolwiek w to uwierzy? Pan Rydzyk przecież od czasu do czasu je (nawet częściej niż od czasu do czasu, bo ma widoczną nadwagę). Czym, przepraszam, płaci za produkty, które pakuje do jamy gębowej? Modlitwą? Bóg zapłać? Jeśli tak, to uwaga, wpadliśmy na żyłę złota, fantastyczny patent! Zaraz go sprawdzę w miejscowym sklepiku: kupię chleb, masło, jaja, oliwę, marchewki, wodę, czekoladę, a w kasie powiem „bóóóóg zapłać! Alleluja i do przodu, ejmen”. To przecież musi działać, skoro sprawdza się w przypadku guru radia Maryja.</p>
<p>Ojciec dyrektor musi gdzieś spać. Jak ziemia długa i szeroka, nie ma takich miejsc, w których można złożyć głowę na poduszce nic za to nie płacąc. Nawet ja, śpiąc we własnym łóżku, we własnym domu położonym na osobistej działce, którą wraz z małżonką kupiłem dziesięć lat temu dając notariuszowi (czyli państwu) jego horrendalnie wysoką dolę, regularnie co rok płacę podatek od nieruchomości, a jak nie zapłacę to mi dom odbiorą. W moim przypadku „notariusz nie będzie miał kłopotów z ustaleniem mojego majątku”, bo mi za „bóg zapłać” chałupa nie zleciała z nieba na świętą działkę, która w związku ze swoją wniebowziętością jest zwolniona z podatku jakiegokolwiek na wieki wieków amen. Nie pominę faktu, że jeśli ma się dach nad głową, trzeba przyjąć do wiadomości istnienie entropii, czyli fakt, że dach z czasem będzie się psuł, a za naprawy dachówek także trzeba płacić. I co? Znowu sprawdzi się „bóg zapłać”? Toż to jakieś fantastyczne zaklęcie!</p>
<p>Człowiek, o którym mowa, zapewne korzysta z komputera, ba, z pewnością nie jednego. Komputer jest urządzeniem realnym, nie modlitewnym ani różańcowym. Nie da się go wyczarować, ani wymedytować, nie istnieje w dominium aniołów, niestety trzeba go kupić. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że obsługujący sklep komputerowy jest podatny na wzmiankowane wyżej abrakadabra.</p>
<p>Pan, o którym wciąż chce mi się pisać, niezawodnie korzysta z telefonu zarówno komórkowego jak i stacjonarnego. Firmy dostarczające usługi telekomunikacyjne nie są tanie, o nie, ja w każdym razie nie znam ani jednej charytatywnej.</p>
<p>A ogrzewanie? Dach nad głową nie wystarczy, gdy mamy taką zimę jak obecna. Olej opałowy, gaz, nawet źródło geotermalne to niebagatelny wydatek, de facto jeden z najwyższych w comiesięcznych kosztach (w ostatnim przypadku nie jest wysoki, ale za to inwestycja pożera mnóstwo pieniędzy).</p>
<p>A prąd elektryczny? Wiecie, te elektrony lecące w miedzianych przewodach? Przecież to nie są dobre duszki, które specjalnie dla pana w czerni będą pomykać tu i tam za „zdrowaś Mario”. Dostarczyciele prądu każą sobie płacić coraz więcej. Jak to robi szef błogosławionego radia, że jemu dają te rzeczy gratis?</p>
<p>A ubrania? Wszak mąż opatrznościowy nie chodzi nago, a odzienie kosztuje! A buty? Boso nie chadza, ja w każdym razie nic o tym nie wiem! A okulary? Przecież szkła w dzisiejszych czasach kosztują.</p>
<p>Człowiek zanurzony w cywilizowanych czasach nie ma szans, by przetrwać bez pieniędzy. I wie to każde dziecko, każdy człowiek niezależnie od wykształcenia, to jest PROSTE. Co to za system, w którym można, będąc dorosłym bytem, wmawiać innym dorosłym, że się nic nie ma, będąc dożywionym, ubranym, nie wyglądającym na bezdomnego, korzystającym z internetu i telefonów? Same comiesięczne rachunki takiego pana wynoszą najmniej tysiąc pięćset złotych plus datek na jakąś emeryturę, to w sumie około dwóch tysięcy. Rocznie dwadzieścia cztery. I jak? I gdzie? I co? I pan Rydzyk nie ma?</p>
<p>To ja też nie mam. Od dzisiaj nie płacę za prąd, internet, telefony, ubezpieczenie na życie, ubezpieczenie zdrowotne, olej, nie płacę podatków dochodowych i gruntowych, bo NIE MAM. Jak pójdę do sklepu, będę kradł: lodówki, garnki, samochody i zegarki, bo NIE MAM. A jak przyjdzie do mnie komornik, zacznę się modlić, żeby mu się w głowie zmąciło i żeby stwierdził, że ma mentalne kłopoty w ustaleniu mojego majątku. Ejjjjmen.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=472</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Silne wzburzenie</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=470</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=470#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 24 Feb 2012 09:31:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=470</guid>
		<description><![CDATA[Odczuwam zawsze w dniu płacenia rachunków i ZUS’u. Widok ubywających liczb na koncie, miraże horrendalnych sum za elektryczność, telefony, internet, ubezpieczenie, świadomość, że do tego dochodzi cena oleju opałowego, to wszystko wywołuje we mnie panikę, poczucie zagrożenia, te cyfry mielą się za szybko, kwoty są za wysokie!
Niedawno ktoś do mnie przysłał mail pokazujący, co było [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Odczuwam zawsze w dniu płacenia rachunków i ZUS’u. Widok ubywających liczb na koncie, miraże horrendalnych sum za elektryczność, telefony, internet, ubezpieczenie, świadomość, że do tego dochodzi cena oleju opałowego, to wszystko wywołuje we mnie panikę, poczucie zagrożenia, te cyfry mielą się za szybko, kwoty są za wysokie!</p>
<p>Niedawno ktoś do mnie przysłał mail pokazujący, co było w Libii za Kadafiego. Państwo płaciło podatki obywatelom. Ludzie nie wiedzieli, czym jest opłata za prąd. Mieli naprawdę sporo przywilejów. Teraz się cieszą, że przyszła do nich demokracja. I będą ją mieli, a pierwszymi jej emisariuszami okażą się podatki i rosnące pod niebo rachunki za wszystko, pewnie za wodę też. Bo znakiem demokracji jest „gospodarka rynkowa”.</p>
<p>U nas też była rewolucja. Pamiętam czasy przed nią i po niej. W sklepach było pusto. To fakt. Ale szynka smakowała jak niebo, mięso pachniało, owoce były pełne aromatu. Wszędzie było szaro. To fakt. Ale nikt nie miał nerwicy, że go z pracy wyrzucą. Wszystko trzeba było „załatwiać”, nawet cement, to fakt. Ale mało kto zdawał sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak „podatek”. Coś tam było odpisywane od pensji, mało kogo to obchodziło.</p>
<p>Nie chciałbym powrotu tamtych czasów z całym inwentarzem, bo były niezbyt zdrowe, ale to, co mamy teraz zdrowe także nie jest. Winny nigdy nie jest system, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, lecz ludzie, którzy w tym systemie siedzą. Nieświadomi, niewyedukowani ludzie. Dlatego najlepszą „walką z systemem” jest nie proponowanie innego, ale nauczenie ludzi psychologii społecznej przede wszystkim. Co było winne „wypaczeń” czasu PRL? System? A skąd. Ludzie, którzy go wykorzystali. Co jest winne wypaczeń naszych czasów? To samo. Ludzie, którzy je wykorzystują.</p>
<p>Czy to nie jest chore, że człowiek taki jak ja, płacący najniższy ZUS (ok. 800 zł miesięcznie) nie ma co liczyć na jakąkolwiek emeryturę (200zł? 300zł?), chociaż regularnie płaci 19% podatku dochodowego, uiszcza podatek VAT w każdym kupowanym przedmiocie o benzynie nie wspominając? Czy nie są to dziwne czasy, w których skomplikowany wzór matematyczny zwany „derywatem” gwarantuje krociowe zyski spekulantom finansowym, którzy niczego sensownego oprócz kilku klinięć myszą nie robią, a do więzienia nie ma kto ich wsadzić, bo nikt owego wzoru nie rozumie?</p>
<p>Mamy czasy, w których ktoś chcący się utrzymać na jako takim poziomie, który to poziom z grubsza można by nazwać „middle class”, zmuszony jest zarabiać naprawdę spore kwoty tylko z tego powodu, że rachunki, Zakład Ubezpieczeń Społecznych oraz Urząd Skarbowy wciąż odbierają mu pieniądze, które następnie giną nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na co.</p>
<p>I jeszcze od czasu do czasu słyszę w radiu czy telewizji, że mamy „wolność”. Czasami ogarnia mnie wrażenie, że mam „wolność do szybkiego, panicznego zarabiania pieniędzy, które państwo tudzież usługodawcy różnej proweniencji będą usiłowali mi czym prędzej wydrzeć.”</p>
<p>Oglądałem kiedyś pasyjnie serial komediowy „Coach” (tytuł polski „Świat pana trenera” czy jakoś tak), rzecz o trenerze drużyny futbolu amerykańskiego. W jednym z odcinków główny bohater oraz jego młodszy podwładny, także trener, postanowili zaszaleć i obaj kupili sobie po Harleyu Davidsonie. Po czym przypomnieli sobie o swoich kobietach i strach ich obleciał. Gdy wieczorem przyprowadzili swoje nowe, błyszczące maszyny pod dom starszego trenera  i usłyszeli głos jego żony, czym prędzej schowali się pod schody, razem ze swoimi błyszczącymi maszynami. „Kupiliśmy Harleye, trenerze”, powiedział podwładny. „Jesteśmy wolni.” „Tak”, odpowiedział szeptem główny bohater.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=470</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>O służbie zdrowia</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=468</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=468#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Feb 2012 10:28:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=468</guid>
		<description><![CDATA[Nie będę pisał, bo że jest zła, wiadomo. Napiszę o innej służbie zdrowia, jeszcze gorszej. Mianowicie – osobistej. Zdrowie jest prywatną własnością każdego obywatela. I w służbie tego zdrowia, wydawało by się, powinien on od czasu do czasu coś przedsięwziąć, jeśli oczywiście na zdrowiu mu zależy. Nie bardzo rozumiem ludzi narzekających na zdrowie, które sami [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie będę pisał, bo że jest zła, wiadomo. Napiszę o innej służbie zdrowia, jeszcze gorszej. Mianowicie – osobistej. Zdrowie jest prywatną własnością każdego obywatela. I w służbie tego zdrowia, wydawało by się, powinien on od czasu do czasu coś przedsięwziąć, jeśli oczywiście na zdrowiu mu zależy. Nie bardzo rozumiem ludzi narzekających na zdrowie, które sami sobie popsuli i psioczących na lekarzy, którzy, podobnie do nich, ich zdrowie mają gdzieś.</p>
<p>Co obywatel statystyczny robi, by zdrowie wzmacniać? Kładzie się późno spać. Pali papierosy. Je fastfoody. Nie je śniadań. Przejada się. Pozwala sobie na nadwagę. Wmawia sobie, że owa nadwaga dobrze wygląda. Jedyny ruch, jaki uprawia to skok po piwo i rzut na klawiaturę. A potem się dziwi: że pompki nie potrafi zrobić ani jednej (osobiście bez problemu wykonuję 60 pompek głębokich, prawidłowych, bez odpoczynku oczywiście), że szyja boli, że plecy rwą, że w kolanie strzyka, że lędźwie niedomagają, że wysikać się nie może.</p>
<p>A właśnie. Obywatel mało pije. Wody. Jedna ze znajomych obywatelek była przeze mnie napominana od kilku lat, że jeśli będzie piła wyłącznie kawę, to chociaż jest kobietą, zafunduje sobie kamicę nerkową. No i co? Zafundowała sobie, że hej. Trzy dni tortur oraz obowiązkowy kontakt ze straszną służbą zdrowia, która dokładnie tak jak obywatelka przez wiele lat, miała jej zdrowie gdzieś i pozwalała, by nasza rodaczka z bólu się skręcając przeleżała w poczekalni godzin sześć. Pragnę zaznaczyć, że te trzy dni udręki zostały zafundowane przez obywatelkę samej sobie przez nią samą i tylko sama się winić o nie powinna. Ostrzegana była, rozum niby posiada. A zdrowie siadło. Przez brak odpowiedniej opieki ze strony osobistej służby zdrowia.</p>
<p>Obywatelu i obywatelko. Nie marudź na lekarzy. Oni są podobni do Ciebie. Mają twoje zdrowie w głębokim poważaniu. I swoje zresztą też. Więc jeśli zależy Ci na dobrej kondycji, długotrwałym dobrostanie fizycznym i braku objawów przykrych z ciała się dobywających, wdróż reformę Osobistej Służby Zdrowia, bo nikt o Ciebie tak nie zadba, jak Ty sam/a.</p>
<p>Ruszaj się. Żaden lek nie zastąpi ruchu, a ruch zastąpi każdy lek. Nie tylko sprzątaj i kop grządki, gimnastykuj się tak, by poruszać wszystkie partie mięśni. Ćwicz! Może nie codziennie, bo się przemęczysz. Co drugi dzień. Nie żryj. Jeśli wiesz, że coś jest niezdrowe, do gęby nie pakuj. Myśl odżywiając się, a nie potem – i żeby zagłuszyć poczucie winy nie wlewaj w siebie wódki. Zrzuć zbędne kilogramy. Nie wmawiaj sobie, że dzięki nim „poważnie wyglądasz”. Spójrz w lustro stojąc w bieliźnie, nie podziwiaj się w garniturze / garsonce. Nie czekaj, aż ktoś to za Ciebie zrobi. Służba Zdrowia? Dobre sobie! Ona ma Cię gdzieś dokładnie tak samo, jak ty masz siebie. Nie pracuj w niewygodnych pozycjach. Zmodyfikuj swój powszedni dzień tak, by nie wykonywać tych samych czynności wciąż w ten sam sposób tą samą kończyną. Modyfikuj te czynności. Brzmi śmiesznie i jest to śmieszne, ale pożyteczne. Weź odpowiedzialność za ciało. Bo jest twoje, nie Służby Zdrowia.</p>
<p>Przed Tobą oby długie życie i emerytura, albo praca do śmierci. Dobrze radzę – nie czekaj na pomoc z zewnątrz. Jak możesz sądzić, że ludzie mają czas i siły by pomagać innym, jeśli nie mają ich, by pomóc sobie?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=468</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Znowu o uśmiechach</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=465</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=465#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 20 Feb 2012 08:49:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=465</guid>
		<description><![CDATA[Patrzyłem jako dziecko na reklamy w amerykańskich komiksach. Widziałem buzie szczęśliwe, szczerzące białe zęby i zdawało mi się, że oblicza te naprawdę promienieją radością, że odzwierciedlają czasy, w których ludzie mogą czuć beztroskę, lekkość i bezpieczeństwo. Być może moje skojarzenia związane były z tym, że sam byłem dzieckiem i uczucia te nie były mi obce, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Patrzyłem jako dziecko na reklamy w amerykańskich komiksach. Widziałem buzie szczęśliwe, szczerzące białe zęby i zdawało mi się, że oblicza te naprawdę promienieją radością, że odzwierciedlają czasy, w których ludzie mogą czuć beztroskę, lekkość i bezpieczeństwo. Być może moje skojarzenia związane były z tym, że sam byłem dzieckiem i uczucia te nie były mi obce, a zgniły świat kapitalizmu widziałem jedynie przez pryzmat tych komiksów i z rzadka oglądanych filmów made in the US of A.</p>
<p>Teraz też widzę reklamy, o, widzę ich krocie. I także uśmiechają się na nich dziewoje i młodzieńcy, pewnie piękniejsi, powabniejsi od zaszłych, zresztą nie dziwota, bo są podrobieni przez programy graficzne. Ale nie widzę w nich radości, lekkości, beztroski i szczęścia. Czy dlatego, że nie jestem już dzieckiem? Dlatego może, że dostrzegam, w jakim świecie żyję? A może z tego powodu, że naprawdę zmieniły się czasy i uśmiechy sprzed trzydziestu lat jednak były szczersze niż te współczesne?</p>
<p>Jak można się uśmiechać, gdy tylu ludziom brakuje pieniędzy na zwykłe przetrwanie? Jak można szczerzyć zęby, gdy większość młodych osób nieustannie się spieszy, stresuje, martwi o to, czy utrzyma się w pracy? Jak można udawać radość, gdy dookoła nas trwa szaleństwo konsumpcyjnego kłamstwa, bo wciąż i na nowo jesteśmy nakłaniani do nabywania produktów, nie będących tym, czym nam się w mawia, że są?</p>
<p>Nie wiem, czy to kwestia zgorzkniałości, czy realnego oglądu świata, ale nie widzę, naprawdę nie widzę powodów, dla których modelki i modele z billboardów mieliby się uśmiechać. Oczywiście wciąż istnieje mekka dobrych emocji w obszarze osobistych relacji międzyludzkich, w przestrzeni rozmowy z drugim człowiekiem, pomocy, twórczości. Ale na pewno nie w dominium zakupów, w tym królestwie już od dawna rządzi zła królowa, a królewna Śnieżka i jej książę gdzieś się zagubili.</p>
<p>Mówiąc krótko, te uśmiechy są kłamstwem.</p>
<p>Widziałem kiedyś casting na modela i byłem nim nieco wstrząśnięty. Stał oto młody człowiek w świetle kamer, ubrany w płaszcz, z głową pełną chęci stania się profesjonalnym modelem, skoncentrowany, napięty, gotowy na każde wyzwanie. W pewnym momencie prowadzący casting powiedział: teraz zachowuj się tak, jakbyś był bardzo szczęśliwy, jakbyś osiągnął sukces, jakbyś wygrał milion dolarów. Młodzieniec w płaszczu zaczął się wyginać, szczerzyć, uderzać pięścią w dłoń, wyrzucać ramiona w górę, podskakiwać i wykrzykiwać „Yes! Yes! Yes!”</p>
<p>Takie to było jego szczęście. Udawana radość zestresowanego człowieka.</p>
<p>I zdjęcia takich właśnie osób widzimy w reklamach.</p>
<p>I cóż się dziwić, że niektórzy w te uśmiechy nie wierzą?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=465</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Owoce</title>
		<link>http://gamedeczone.com/blog/?p=463</link>
		<comments>http://gamedeczone.com/blog/?p=463#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 22 Dec 2011 13:21:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marcin Przybyłek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wpisy różne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://gamedeczone.com/blog/?p=463</guid>
		<description><![CDATA[Jako wojujący ateista i lewicowiec (zgodnie ze swoją prywatną definicją bycia lewicowcem), wcale nie poganin, w sumie nie powinienem się wypowiadać na temat nadciągających świąt. Jednak obchodzę je z rodziną,  bo miło jest się spotkać, porozmawiać, zjeść dobre rzeczy i obdarować prezentami.
Nie lekceważę bynajmniej nadchodzącego czasu, wszak to okres poważnych depresji, rozczarowań, nasilonych samobójstw, partnerskich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jako wojujący ateista i lewicowiec (zgodnie ze swoją prywatną definicją bycia lewicowcem), wcale nie poganin, w sumie nie powinienem się wypowiadać na temat nadciągających świąt. Jednak obchodzę je z rodziną,  bo miło jest się spotkać, porozmawiać, zjeść dobre rzeczy i obdarować prezentami.</p>
<p>Nie lekceważę bynajmniej nadchodzącego czasu, wszak to okres poważnych depresji, rozczarowań, nasilonych samobójstw, partnerskich kłótni i potężnych rozczarowań oraz długich, trwożliwych chwil smutku wśród tak zwanych singli. O tak, to naprawdę poważne święta. Równać się z nimi może tylko okres przedwakacyjny.</p>
<p>Pozwolę sobie podzielić się refleksją na temat prezentów, które gotujemy sobie sami. Tych dużych, na których produkcję poświęcamy masę czasu… i tych jeszcze większych.</p>
<p>We wzór życia wpisana jest prawidłowość, że wiele rzeczy przychodzi za późno. Gdy czegoś mocno pragniemy, wdrażamy działania, które mają nas zbliżyć do celu: ciężko pracujemy usiłując na tyle rozkręcić zamachowe koła, by same, poruszane już tylko siłą bezwładności, zaczęły rotować popychając coraz więcej zębatek. W końcu wielka machina zaczyna działać, huczy, sapie i dymi, dając nadzieję, że owoce jej starań wkrótce się ukażą. Doglądamy jej więc, smarujemy osie i trzpienie, wduszamy przyciski, przesuwamy przekładnie, poświęcamy wiele czasu, by wszystko w niej działało w sposób najzupełniej optymalny. Kiedy jednak wreszcie stoimy u jej wylotu, czekając aż wyskoczą z niej rumiane, soczyste owoce i widzimy, że wyłania się pierwszy, potem drugi i trzeci, dotykamy ich, wąchamy i gładzimy, lecz okazuje się, że nie cieszą tak, jakbyśmy chcieli, bo cząstkowo zapomnieliśmy, dlaczego były tak pożądane, a stało się tak wskutek nieubłaganego, acz pożądanego nieustannego przewartościowywania tego, co ważne, który to proces nazywany jest rozwojem, albo też starzeniem. Czy przyszły owoce? Ależ tak. A czy w czas? No, jakby za późno.</p>
<p>Można też postawić tezę sprzeczną z poprzednią, że te rzeczy nie przychodzą za późno, że kairos ich wyłonienia się jest zgodny z charakterystyką istnienia. Owoce naszej pracy pojawiają się wtedy, gdy mają przyjść zgodnie z żelaznymi zasadami logiki i mechaniki życia. Sęk w tym, że w czasie, gdy niczym Tytani usiłujemy popychać wielkie dźwignie dalekosiężnych planów, umykają nam rzeczy, które możemy mieć i mamy natychmiast.</p>
<p>Te rzeczy są wokół nas. Uśmiech dziecka, promienie słońca, głos najbliższej osoby, nasz własny uśmiech wypływający z męstwa akceptacji chwili obecnej, która jest największym skarbem nam danym, bo jest tu, jest teraz i jest nasza. Nie szczędźmy zatem sobie tej odwagi i obdarowujmy siebie uśmiechami, inni naprawdę za nimi tęsknią. Znaczyć one będą, że nie wszystko przychodzi za późno. Niektóre rzeczy mamy od razu, a najpiękniejsze chwile w życiu są za darmo.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://gamedeczone.com/blog/?feed=rss2&amp;p=463</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

