Archiwum z Kwiecień 2015

Prostacka religijność

środa, 1 Kwiecień 2015

W artykule tym nie zamierzam obrażać wszystkich wierzących ludzi. Obrażać mam zamiar tylko tych, dla których charakterystyczny jest zestaw przekonań, który określam mianem „Prostackiej Religijności”. „PRowcy”, czujcie się obrażeni.

Ocalił, więc jest

„Wierzę w boga, jak boga kocham, wierzę w niego”, przemawiał do mnie kiedyś dość bliski znajomy, dzisiaj już nieboszczyk. „A wiesz, dlaczego wierzę? Powiem ci. Jak miałem białaczkę, powiedziałem sobie – jeśli bóg mnie uleczy, już zawsze będę w niego wierzył. I co? Uleczył mnie. Jak boga kocham wierzę teraz w boga”. Mój dość bliski znajomy dwukrotnie zachorował na chorobą nowotworową, w dzieciństwie zaś przeszedł chorobę Heinego-Medina. W wieku lat czterdziestu wyglądał na osiemdziesiąt. Drugi rak – krtani – był dla niego zbyt poważnym przeciwnikiem, chociaż wypada zaznaczyć, że człowiek ten nie poddawał się i walczył do końca. Jednak nie o heroizmie na polach przegranych bitew będzie to artykuł.

Znajomy ten nie był nadmiernie wykształconym przedstawicielem naszego narodu, co, jak mi się wydaje, oddałem w powyższych cytatach, ale pogląd przez niego podany nie spoczywa bynajmniej wyłącznie w dominium ludzi nieoczytanych. Podobne stanowiska cechują także ludzi z wyższych sfer intelektualnych. Nie tak dawno prasa opowiadała o wydarzeniu, które stało się udziałem znanego polskiego, nieżyjącego już kompozytora. W czasie drugiej wojny światowej miał wyjść z domu, ale nie wyszedł i wtedy na drogę spadła bomba. Muzyk uznał to wydarzenie za znak. Został ocalony przez siłę wyższą.

Opowieści są różne w szczegółach, ale topos jest podobny: gdy rozbił się autokar wiozący polskich pielgrzymów w jakieś święte miejsce, część osób ocalała. Pamiętam wypowiedź mężczyzny, który wspominał, że gdy wygrzebywał się z dymiącego rumowiska, w jaki obrócił się pojazd wraz z pasażerami, natrafił ręką na biblię. „Jakiś znak?” – zapytał retorycznie, sugerując, że to właśnie on miał być ocalony, a nie ktoś inny, że to jego łysinę wskazał palec boży. Nie przyszło mu do głowy, że w autobusie wiozącym pielgrzymów biblii musiało być co najmniej tyle ile pasażerów?

Niedaleko od powyżej wzmiankowanych, leżą przekazy, typu: „Ten dom to był prezent” (wypowiadająca to zdanie pani, nota bene psycholog, wskazuje znacząco w sufit, to jest w niebo), „Tę piątkę na egzaminie to ja sobie wymodliłam!”, orzekła miła i inteligentna nauczycielka, „Pan wysłuchał moich modlitw i syn dostał pracę”, oświadczyła jedna pani drugiej pani – współpasażerce pociągu relacji Warszawa – Kraków.
Ostatnio mieliśmy Boże Narodzenie. Dostałem w związku z tym wiele życzeń „łask bożych”, zresztą gdy słucham pewnego toruńskiego radia, takich życzeń też jest bez liku. Dowiaduję się także, śledząc różne dziwaczne media, że dzięki modłom do konkretnego „świętego” zdarzył się całkowicie namacalny cud jeden, drugi i trzeci.

Ile razy słyszę te wypowiedzi, czytam takie zdania, słucham takich przekazów zastanawiam się, gdzie się podziało myślenie ich twórców? Mógłbym ich nazwać jakoś brzydko, poddając w wątpliwość ich inteligencję, ale powstrzymam się i powiem po prostu, że oni „jeszcze nigdy o tym nie myśleli w taki sposób”. Jaki? Ano taki: Jeśli ktoś naprawdę wierzy, że został ocalony dzięki modłom, że bóg powstrzymał go przed wyjściem z domu, co ocaliło go od nieszczęścia, że bóstwo wysłuchało próśb i skonstruowało dom, albo w indeks wpisało piątkę tudzież obdarzyło „łaskami”, to co powie o tych wszystkich, którzy umierają w tej chwili w Afryce, przegrywają walkę z chorobami i żegnają się z życiem złamani bólem, giną w wypadkach samochodowych lub tracą bliskich? No pomyślmy logicznie, w jakim świetle stawia to boga: jest to istota, która, jak się do niego ktoś pomodli, to mu pomoże, ale innym modlącym się pomagać nie będzie z powodów nieznanych, innym zaś razem pomoże zupełnie bez modlitw. Ogólnie rzecz biorąc czasami bogu milsza jest idea wybudowania domku jednorodzinnego w Konstancinie niż ocalenie dziecka w Kongo, czasami ważniejsza jest piątka na nieważnym egzaminie niż to, że w wyniku upadku rakiety zginie wiele niewinnych osób, choćby w Palestynie. Istota ta wybiera sobie cele banalne i absurdalne, ważniejsze, mniej ważne, a klucz jej wyborów jest z gruntu debilny, żeby wprost nie powiedzieć – losowy. Jeśli ludzie ci wciąż wierzą, że to boska interwencja /ł aska ich ocaliła / dała dobrą ocenę / podarowała samochód, to co mają do powiedzenia tym wszystkim, których spotyka nieszczęście lub fatalny pech? „Sorry, bóg ciebie nie lubi”? „Jestem od ciebie ważniejszy”? „Masz w niebie marne notowania / PR”? „Bóg ma swoje priorytety i akurat teraz interesuje go nie Somalia, nie Afganistan tylko Kozia Wólka i pragnienie Józka Szprychy, by dostał w prezencie motorower marki Simpson.”?

Bliskie tego obszaru rozumowania są modlitwy przed posiłkiem, zwyczaj co prawda w Polsce mało znany, co nie znaczy, że nieważny, wszak Ameryka to miejsce zaledwie kilka godzin lotu stąd, a gdy wziąć pod uwagę internet, to ląd, który na co dzień mamy w komputerach i urządzeniach mobilnych. Jaki tupet trzeba mieć / jakim nieczułym idiotą trzeba być, żeby dziękować bogu za naleśniki z syropem klonowym, gdy w tym samym czasie w Bangladeszu dzieci w toksycznych warunkach garbują skórę tudzież barwią bawełnę, którą to materię córka czy synek modlącego się tatusia nosi na swoich słodkich pleckach? Lord zadbał o nasze naleśniki mając w boskim rectum biedę Azjatów? Przepraszam, ale portret boga malowany przez ludzi przekonanych, że jego interwencje jednym pomagają, a nieszczęście innych omijają jest wizerunkiem zaburzonego, pozbawionego moralności imbecyla.

Wczoraj nie było wolno, ale dzisiaj już można

Mam znajomych, na szczęście bardzo odległych (w każdym razie ideologicznie), którzy deklarowali, że okrutnie chcieliby mieć dziecko. Niestety, coś tam w biologii szwankuje i dziecko się nie pojawia mimo, że z pewnością oprócz regularnych modlitw o potomka stosują techniki fizjologiczne, które mają duchowi świętemu pomóc – chodzi rzecz jasna o czynność, w wyniku której nasienie znajomego znajdzie się wewnątrz pochwy znajomej, rzecz jasna najlepiej bez przyjemności i po ciemku. Znajomi ci są niezwykle pobożni i dzień w dzień wstają wcześnie rano, by jeszcze przed pracą znaleźć się na chwilę w domu bożym i zanieść prośby do bytu, który, jak to już wyjaśniłem w poprzednim rozdziale, jeśli naprawdę miałby słuchać ich błagań nie słuchając próśb jakby nie patrzeć ważniejszych, byłby kretynem do kwadratu (ergo, znajomi de facto modlą się do kretyna). Jednak gdy rozmowa schodziła (piszę w czasie przeszłym, bo dawno już z nimi się nie widzieliśmy) na tematy ewentualnej pomocy kogoś wykwalifikowanego i materialnego, najlepiej odzianego w biały fartuch, znajomi sztywnieli i poważnieli. Nie można. Dlaczego? Kościół nie pozwala.

Zanim skomentuję powyższe, dodam jeszcze jeden kamyczek, by rzecz naświetlić z innej nieco strony. Często słucham radia Maryja, by wiedzieć, co w trawie piszczy i by rozumieć sposób pojmowania świata przez osoby głęboko i natarczywie wierzące. Nierzadko można usłyszeć płynącą z głośników prostą wykładnię: kościół = krzyż = prawda. Mówiąc bardziej przystępnym językiem kościół nie może się nie angażować w różnego typu sprawy polityczne, bo posiada prawdę, a skoro tak, jego obowiązkiem jest naprawiać różne błędy popełniane w obszarze publicznym, co więcej, jako posiadacz prawdy jest ponad prawem i ponad wszelkimi innymi pod-prawdami. Stąd prosty wniosek, że z przedstawicielami kościoła nie ma i nie może być żadnej dyskusji, bo oni są emisariuszami prawdy.

Tylko, że z tą prawdą jest dziwna sprawa. Bo gdyby poważnie przyjąć wykładnię, że kościół jest nosicielem i głosicielem prawdy, należałoby słusznie założyć, że jeśli już używać słowa „prawda”, to ma ona jedną, fundamentalną cechę – jest niezmienna. Jak to, prawda, prawda. Jeśli dzisiaj mówię, że ten kamień jest czarny, to będę tak mówił jutro i za sto lat. To jest charakterystyka prawdy. Co natomiast robi kościół? On prawdę od czasu do czasu zmienia. Twierdzi, że Ziemia jest w centrum świata – święta prawda. Za tę prawdę naraża się na wyrzuty sumienia szkalując Kopernika, Galileusza i innych niezgodnych. Potem prawdę zmienia dostosowując się – z wielkimi oporami – do odkryć nauki – przyznaje wreszcie, że kolebka ludzkości jest okrągła i że jednak się kręci. Podobnie, najpierw twierdzi, że ewolucji nie ma, po czym, ku zaskoczeniu wielu, bardzo wielu zwolenników kreacjonizmu, przyznaje po wielu latach rozwoju myśli naukowej – że jednak istnieje. Alleluja. Co by świat zrobił bez tego przyznania, nie mam pojęcia. Najwyższy oficjel watykańskiej firmy uznał prawdziwość teorii, do stworzenia której ani on, ani nikt z jego podwładnych nie przyłożyli ręki. Jakiś czas temu prawda kościelna głosiła, że poczęte, ale nienarodzone płody idą do czyśćca, a ostatnio stwierdzono, że jednak fruną prościutko do nieba, w ramiona aniołów siedzących na puchowych chmurkach. Warto tu zaznaczyć, że idea czyśćca została wdrożona dopiero w XVI wieku. Wcześniej nie było o nim mowy. Dzisiaj świętym obowiązkiem i jedyną słuszną postawą księdza jest celibat. Ale jeszcze w XI wieku księża mieli żony. Holocaust mieszkańców Ameryki Południowej został dokonany ręką niosącą krzyż. Zginęło wtedy około 30 milionów rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Z pewnością w tych czasach kościół miał inne pojęcie na temat prawdy dotyczącej życia ludzkiego, bo dzisiaj trzęsie się nawet nad istnieniem zarodka, nazwanego manipulacyjnie „życiem poczętym”. Niedawno najwyższy kapłan kościoła zabronił mieszkańcom Afryki stosowania prezerwatyw. Czy ta przerażająca ingerencja, której skutkiem są niezliczone ofiary AIDS zostanie uznana za błąd za kilkadziesiąt lat, czy będziemy musieli czekać kolejnych kilka wieków na anulowanie gumowej prawdy? A co ze zmuszaniem kobiet do rodzenia kalekich dzieci?

Wracając do moich odległych znajomych, zastanawia mnie jedno: co zrobią, gdy za kilka lat kościół zmieni zdanie i zezwoli na ingerencje medyczne u par, które nie mogą począć dziecka w sposób naturalny? Rozumiecie, sprawa jest dość poważna. Lata lecą. Optymalne okno czasowe, w którym partnerzy decydują się na posiadanie potomka nie jest otwarte wiecznie. Organizm kobiety się starzeje, mężczyzna także traci siły. Co powiedzą, gdy przekroczą pięćdziesiąty rok życia i nagle okaże się, że „już można”? Co poczują? Najpierw niezmienna i święta prawda kościelna mówiła, że nigdy przenigdy, piekło i szatani, a tu nagle pojawia się prawda 2.0, anulująca prawdę 1.0? Mam wrażenie, że poczują się strasznie oszukani. To samo tyczy partnerów, którzy, związani sakramentem małżeństwa wyrzekają się rozwodu, bo byłby to grzech, męczą się więc ze sobą całymi latami. Co powiedzą, gdy za kilkanaście lat kościół zluzuje zakazy związane z „anulowaniem małżeństwa”? „Zmarnowaliście mi życie”?

A wystarczyło by, żeby przedstawiciele nurtu „PR” zerknęli do kilku podręczników gier RPG: systemu Advanced Dungeons & Dragons czy choćby Warhammer i zrozumieliby kilka naprawdę ważnych rzeczy. Nie wiecie, o czym mówię? RPG to skrót od słów Role Playing Game. Są to gry grania ról, a bardziej po polsku – gry fabularne. Żeby w nie grać, należy przeczytać podręcznik dla mistrza gry, dla gracza drugą książkę, zaopatrzyć się w kości do gry, chipsy, piwo i hulaj dusza, można grać. Nie potrzeba planszy, figurek, w zasadzie nawet kości czasami bywają zbędne i piwo także. Całość rozgrywki odbywa się w wyobraźni graczy. Podczas gdy mistrz opowiada, gdzie znajdują się postacie wykreowane przez graczy, opisuje wydarzenia i świat wokół nich, gracze podejmują decyzje i opisują działania swoich bohaterów. To naprawdę działa. Rzeczywistości przedstawione w podręcznikach gier RPG są czystą fantastyką – są to światy fantasy (smoki, gobliny, elfy) bądź science – fiction (statki kosmiczne, lasery etc.). Gracze tak bardzo angażują się w grę, że dominia te stają się po części prawdziwe, a ich wymyślone postacie zaczynają żyć własnym życiem i stanowią, w pewnym sensie, ich alter-ego. Niektórzy angażują się do tego stopnia, że stają się prawdziwymi ekspertami od jakiejś wymyślonej rzeczywistości.

Reguły gier RPG od czasu do czasu ulegają modyfikacji. Wtedy twórcy tych systemów wydają nowe podręczniki ze zmienionymi zasadami, często dodanymi opisami nieznanych dotąd krain, stworów i zależności. Gracze i mistrzowie uczą się nowości i modyfikują swoje wyobrażenie świata. Dungeons & Dragons dla przykładu cieszy się obecnie czwartą edycją, znacznie różniącą się od edycji pierwszej. Dlaczego twórcy gier zmieniają zasady? Robią to oczywiście po to, by gra była lepsza, ciekawsza, prostsza, a jednocześnie bardziej wciągająca. Rozumiecie, modyfikują opisy nieistniejących krain, zmieniają zasady życia w wymyślonych królestwach, korygują reguły iluzorycznych dominiów. Wyobrażam to sobie tak, że kilku łebskich, zapalonych twórców spotyka się, dyskutuje, bierze ołówki w dłoń, spisuje pomysły i scenariusze, potem je testuje, odrzuca plewy, zbiera ziarno i wreszcie dochodzi do konsensusu, jak nowe zasady powinny wyglądać. Następnie podręczniki trafiają do drukarni, wreszcie do sklepów, gracze je kupują, cmokają i mówią: „Aaa, teraz tak to wygląda. Fajnie”.

Czy dostrzegliście już, do czego zmierzam? Zasady mówiące o tym, który grzech jest śmiertelny, a który nie, jakie dusze idą do raju, jakie do piekła, jakie zaś do czyśćca, w jaki sposób można wpłynąć na bóstwa zarządzające przepływem duszyczek, które modlitwy pomagają czyśćcolokatorom szybciej przedostać się przez wąską bramę raju, jakiego typu rytuały należy odprawić, by dostać się pod chmurkę i których symboli, słów, przedmiotów oraz środowisk unikać, bo otwierają one bramy piekieł, a tam czyhają siły nieczyste, nieodmiennie kojarzą mi się z regułami dość prostego systemu RPG. I zupełnie tak jak w każdym takim systemie, od czasu do czasu wychodzą nowe zasady – vide duszyczki poczętych, ale nietkniętych obrządkiem chrztu zarodków. Nie mam pojęcia, gdzie leciały przed wymyśleniem czyśćca, pewnie w ogóle się nad tym nie zastanawiano.

Czy to możliwe, żeby jakaś prawda kościelna utrzymywana przez wiele, wiele lat była nieprawdą? A może funkcjonariusze kościoła osiągają w pewnym momencie wysokiej jakości przekaz z niebiesiech (w dobie telewizji HD czas byłby po temu najwyższy) i dostrzegają swój błąd? Ale dlaczego w takim razie nie mówią otwarcie: „To, co głosiliśmy względem problemu X, było błędne, dlatego być może także to, co teraz głosimy nie jest prawdą, więc zamiast fanatycznie wierzyć naszym słowom, po prostu sobie o tym od czasu do czasu rozmawiajmy, dyskutujmy i wspólnie szukajmy odpowiedzi.”? Byłoby pięknie, prawda? Ale tak nie będzie, nie miejmy złudzeń.

Jestem przekonany, że za jakiś czas oficjele tej firmy znowu zmienią zasady w obszarze X bądź Y i, bo ja wiem, wymyślą nowy rodzaj czyśćca (nadczyściec, podczyściec?), albo wprowadzą, oprócz świętych, archaniołów i aniołów, nowy rodzaj seraficznych bytów, chociażby anielice? A jak to jest z pozagrobowym losem ateistów? Przez setki lat była mowa, że nie mają szans trafić do nieba, ale ostatnio zaczyna się tu i ówdzie przebąkiwać o nowych zasadach RPG mówiących, że nawet oni mogą mieć nadzieję. Najnowszy papież ogłosił nawet, że moralni pójdą do nieba, ale zaraz tę wypowiedź Watykan „sprostował” (nie wspominając, że sprostowywał ją nader gorliwie pewien polski prostokątnookulary przyszły święty). Na szczęście są jeszcze tacy, którzy zasad nie zmieniają: według podręczników RPG świadków Jehowy w raju jest określona liczba miejsc siedzących i załapią się tylko ci gracze, którzy perfekcyjnie znają reguły i nigdy nie oszukują. O, i to jest droga godna pochwały, a nie tam jakieś chorągiewki na wietrze. Ziemia jest płaska, nie kręci się, znajduje się w środku wszechświata, a o zarodkach zapomnijmy.

Pułap wolności

Pamiętam znajomego, który pobierał nauki u tego samego nauczyciela filozofii, co ja. Dzisiaj jest to nobliwy pan profesor, ale wtedy był tak samo nieopierzony i po omacku poszukujący sensu istnienia jak ja. O ile bardzo doceniałem jego oczytanie i fenomenalną znajomość greki, nie bardzo pojmowałem, dlaczego wciąż zadawał pytania: „Czy można tak? Czy można robić to? A czy można? Czy można? Czy można?”. Zastanawiały mnie te pytania, bo de facto powodowały, że znajomy ów nie pozwalał sobie na szukanie odpowiedzi, nie sięgał do swojego rozumu. Chciał, by autorytet wytyczył mu drogę dwiema barierami: po lewej „już można”, a po prawej – „już nie można”, dzięki czemu pośrodku powstałby wygodny trakt. Wyobrażałem sobie, że gdyby ktoś miał tak jasno wytyczoną ścieżkę wiodącą w bezpiecznym przedziale możności, jego życie stałoby się wyjątkowo proste, a nawet w pewnym sensie przyjemne: wystarczy, że będę przestrzegał reguł, a egzystencja będzie słodka i wolna od dylematów.

Oczywiście pewnego dnia mój znajomy przestał zadawać te pytania i zaczął samodzielnie myśleć, ale trzeba zaznaczyć, że miał wyjątkowo dobrego nauczyciela, któremu zależało, by się usamodzielnił. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby mistrz ów był zaborczy i dążył do tego, aby uczeń już zawsze zadawał mu pytania co wolno, a czego nie. No właśnie. Tutaj jest pies pogrzebany. Dobry mentor mówi: „Myśl! Szukaj odpowiedzi! Bądź ciekaw! Dociekaj! Ucz się! Podważaj! Zadawaj pytania!” A co robią nauczyciele sączący w uszy naszych dzieci doktrynę „PRowej” wiary katolickiej? Prawdopodobnie używają dokładnie tych samych słów, ale w wyjątkowo pokrętnej logice, dzięki której dzieci przestają myśleć, a zaczynają wierzyć, odpowiedzi szukają wyłącznie w piśmie świętym i modlitwie, a gdy chcą dociekać, zwracają się z pytaniem wyłącznie do „PRowych” przedstawicieli kościoła. I tak oto montuje się w głowach latorośli pułap wolności, powyżej którego już, jako dorośli, nie potrafią się najczęściej wygramolić. Gdy pułap zostanie zamontowany dobrze i szczelnie, parafianin będzie w nieskończoność pytał, co mu wolno, a czego nie, będzie szukał odpowiedzi w książkach wydawanych przez „PRowe” religijne wydawnictwa, podczas spotkań kółek parafialnych oraz bezpośrednich rozmów z księżmi. „Wolno tak?” „Można tak?”, „A co, gdyby spróbować inaczej? Można by było?”. Przedstawiciele „PRowego” kościoła zaś będą z nieustającą cierpliwością i miłością odpowiadali na pytania: raz że „można”, a czasami „nie można” (częściej to drugie) i nigdy, przenigdy nie zasugerują, że parafianin powinien po prostu pomyśleć. Jeżeli zaś to zrobią, odwołają się do jego poczucia winy, obowiązku i „sumienia”, nigdy zaś do wolnej myśli opartej o sensowne źródła, chociażby literaturę naukową. Dlaczego to robią? Oczywiście z jednego, podstawowego powodu – aby utrzymać nad pytającymi władzę.

Czy nie napawa Was przerażeniem, że niektórzy wierzący naprawdę pytają, jak się kochać z partnerami: w które otwory można, a które należy stanowczo omijać, co robić z wytryskiem, czy można do środka, czy się powstrzymywać, a na brzuszek da radę? Nie? Ojej, no szkoda… Kobiety także doskonale wiedzą, co im wolno, czego nie wolno i jak mają odczuwać przyjemność (ma być związana z obcowaniem z sakramentalnie wybranym mężem, a nie z nieczystym, grzesznym podnieceniem). Pojawiają się wypowiedzi, jak katoliczka powinna chodzić ubrana i jakiego typu fatałaszki są „niemiłe bogu”. Dekolt może być maksymalnie na dwa palce poniżej górnej krawędzi mostka, koszulki na ramiączkach są zakazane (przez otwór pod pachą widać stanik „albo coś jeszcze gorszego”), spódnice długie, a na plażę lepiej w ogóle nie chodzić (to będzie taka mała „ofiara”) i tak dalej. Nie można jeść mięsa w piątek, nie można się bawić w adwent, nie można strzelić sobie w łeb, jak człowiek już nie ma siły przebywać w towarzystwie idiotów, nie można, nie można, nie można. A dlaczego? Bo grzech. I pójdziesz do piekła, sprawdź sobie w podręczniku RPG, oczywiście w najnowszej edycji (samobójstwo stało się grzechem śmiertelnym dopiero w VI wieku, nota bene we współczesnych Chinach także pojawiły się zakazy samobójstw w wielkich zakładach pracy, a karą jest „hańba dla całej rodziny”).
Droga pomiędzy „już można” i „już nie można” to kurs na zatracenie. To trakt bez myśli, autostrada bez wolności, szosa owszem, bezpieczna, dająca poczucie kontroli, ale jakże przerażająco niewolnicza. Co jednak daje? Oczywiście poczucie bycia człowiekiem moralnym.

Jak moralny – to tylko katolik

Pamiętam panel dyskusyjny między kolegami pisarzami, który odbywał się podczas jednego z licznych konwentów miłośników fantastyki. Sam siedziałem na widowni, a wśród panelistów trzech było praktykującymi katolikami (niektórzy znani i cenieni nie tylko w świecie fantastów) i tylko jeden niekatolik, za to gej. Gdy „przyznał się” do tego, że jest ateistą (w tej chwili twierdzi raczej, że jest poganinem, ale, jak go znam, jego pogaństwo jest pełne subtelnej refleksji, a nie nakazów i zakazów), jeden z dyskutantów, fizyk zresztą (sic!), na szczęście szczerbaty, wychylił się i powiedział: „Wiesz, ja ci bardzo współczuję, bo jeśli nie wierzysz w boga, to nie wiesz, co jest dobre, a co złe”. Do dzisiaj pamiętam, jak to absurdalne zdanie, wypowiedziane przez skądinąd inteligentnego człowieka, wcisnęło mnie w twarde krzesło. Do dzisiaj czuję nacisk nieustępliwego drewna na mięśnie pośladkowe i oblewa mnie nieodmienne, duszące zdumienie. Zdanie to zawiera bowiem kwintesencję „PRowskiego” myślenia o moralności: jeśli w ogóle mówić o moralności, to istnieje tylko jedna! Nasza! ProstackoReligijna! Żadnej innej nie ma i nie było! Dlatego w oczach tak wychowanego katolika każdy ateista jest człowiekiem amoralnym. Moralność „PR” opiera się na prostym założeniu, że moralny człowiek to ten, który ma słuszność. Słuszność zaś ma ten, kto zna prawdę, a prawdę zna ten, kto wierzy w kościół święty i powszechny. Amen.

To bardzo smutne, że środowiska „PR” usiłują przywłaszczyć sobie pojęcie moralności wyraźnie sugerując, że „niePRowiec” moralny być nie potrafi. Co zdumiewające i kuriozalne, twierdzą, że źródłem moralności jest biblia, która, jak wiemy, pełna jest przemocy i niewinnie przelanej krwi, i to z rozkazów bóstwa YHWH. „PRowcy” utrzymują też, że par excellence ikoną moralności jest Karol Wojtyła, znany z tego, że od czasu do czasu kanonizował jakiegoś zbrodniarza, o którego niecnych uczynkach wiedza jest oczywiście skrętnie ukrywana, ale na szczęście od czasu do czasu gdzieś wypływa (poszukajcie na przykład, kim był Józef Anchieta, bardzo święty święty).

Tymczasem moralność, jak dowiadujemy się z poważnych, nie „PRowskich” źródeł, jest podstawą biologicznego istnienia. „Iskający żyją dłużej”, pisze Richard Dawkins, który podaje piękny i powiązany z niniejszym artykułem argument na rzecz tego, że człowiek ma moralność wmontowaną w geny: dlaczego powołując się na biblię jej obrońcy systematycznie omijają najbardziej przerażające fragmenty, chociażby ten o świętym, który dzięki modlitwie do boga spowodował, że czterdzieścioro dzieci zostało rozerwanych przez dzikie psy (naraziły mu się krzycząc, że jest łysy. Zaiste śmiertelna to obraza)? Robimy to, bo bez biblii wiemy, co jest moralne, a co moralnie wątpliwe. Nakazy i zakazy naprawdę nie są do tego potrzebne. Ateiści radzą sobie doskonale bez dekalogu, bo hierarchię wartości mają uwewnętrznioną, a nie zewnętrzną, obwarowaną karami i nagrodami. Ponadto nigdy nie wysyłali na święte podboje swoich wojów i nigdy nie obiecywali zbawienia za zabicie innowierców. Jeśli ktoś w tym miejscu chciałby, wzorem wielu „PRowców” zauważyć, że „Hitler i Stalin byli ateistami”, pragnę zaznaczyć, że Hitler był rzymskim katolikiem, a Stalin owszem, pewnie ateistą, ale z tego co wiem, ani jednego, ani drugiego wojna nie była wojną religijną, a za mordowanie nie obiecywali raju. W ogóle nowoczesne wojny to już zupełnie niereligijny temat, raczej gospodarczy (wykluczam wiadome wypadki na bliskim wschodzie).

Patriotyzm

Jestem zameldowany we wsi, w której mieszkam. Robię zakupy w miejscowych, niedużych sklepikach. Owszem, czasami odwiedzam supermarkety, nawet portugalską Biedronkę, ale dzień w dzień daję zarobić miejscowym właścicielom sklepów. Odprowadzam podatek od każdej zarobionej złotówki do polskiego Urzędu Skarbowego a nie ekwadorskiego, co czyni pewien głoszący jedyną słuszną prawdę poważnie zaburzony bosonogi obywatel. Zależy mi na tym, by rodacy rozwijali się i uczyli. Dlatego w swoich książkach nie dość, że opisuję Polskę przyszłości, to staram się stymulować myślenie, drażnię, spycham czytelnika z utartych torów rozumowania, pytam, co by było, gdyby. Taką postawę uważam za patriotyczną. Ale jestem ateistą.

I tu jest problem, bo dla przedstawiciela opcji „PR” patriotą może być tylko katolik. Słyszymy to nie tylko w radiu Maryja, ale widzimy w niektórych filmach, vide przeokropna „Bitwa Warszawska”, prawdziwy Krzyżowy Product Placement, bo krzyż widać w tym obrazie chyba w każdej scenie – na szczycie kościoła, na biurku, na kobiecym biuście, na męskim torsie, wszędzie, wszędzie, wszędzie. Paradygmat patriota = katolik oparty jest jednak na jakimś dziwacznym założeniu. Przyjrzyjmy się temu bliżej…

Kim jest „patriota”? To chyba ktoś, kto przysparza dobra miejscu, w którym żyje, prawda? Wytwarza zarówno wartość materialną jak i intelektualną aby w danej okolicy ludziom żyło się par excellence i w wielu wymiarach lepiej. Jak w tym rozumieniu tego terminu ma się kościelny patriotyzm? Którzy przedstawiciele kościoła pomnażają dobra materialne gmin, powiatów, kraju? Nic o tym nie wiem. Kościół katolicki jest firmą niepolską lecz watykańską (co stara się kamuflować twierdząc, że „kościół to wspólnota wiernych”) i jako jedyne przedsiębiorstwo w Polsce wszedł do przedszkoli i szkół. Jest to jedyna niepaństwowa firma, która więcej od budżetu dostaje niż oddaje. Wyobraźmy sobie, że producent gazowanego napoju opatrzonego czerwoną etykietą wkracza do przedszkoli tudzież szkół i wmawia dzieciom, że najlepszym napojem na świecie jest wiadomo co i że każdy inny płyn jest zły albo jeszcze gorszy. Wyobraźmy sobie, że w sali sejmowej wisi logo tego napoju, w izbach lekcyjnych także, że codziennie dzwon reklamuje tę właśnie firmę. Uznalibyśmy ją za niezwykle sprytną i pazerną, prawda? Ponadto podejrzewalibyśmy, że musi mieć „haka” na wielu polityków i decydentów, skoro udało jej się tak głęboko wgryźć w trzewia naszego kraju. A teraz wyobraźmy sobie, że piarowcy tej firmy zaczynają wmawiać wszystkim podczas obowiązkowych spotkań z wyznawcami, że firma ta „stoi na straży wartości patriotycznych”. Co byśmy zrobili? Popukali się w czoło oczywiście.

Kościół, według danych historycznych, zawsze dbał przede wszystkim o swoje interesy. Popierał działalność Hitlera gdy to było wygodne, popierał rozbiory Polski, odbierał polskie grunty, nieruchomości i czerpał z tego zyski. Nie ma w tym w sumie wielkiego grzechu – każda międzynarodowa korporacja tak się zachowuje – dba o budżet. Ale żadna, żadna korporacja nie utrzymuje, że tylko ona wie, czym jest dobro kraju, z którego czerpie zyski! No wyobraźmy sobie zagranicznego producenta samochodów, który jest właścicielem setek hektarów naszej ziemi, tysięcy kamienic, prowadzi w naszym kraju politykę, która ma na celu jedynie jego przetrwanie, zatem niejednokrotnie, gdy kraj nasz jest zagrożony, sprawdza, jakie mamy szanse, by sobie poradzić i wtedy od czasu do czasu zmienia polityczną opcję. Trudno to sobie wyobrazić? Ależ nie. I teraz dodajmy do tego, że przedstawiciele tego koncernu zaczynają nagle mówić, że tylko oni wiedzą, czym jest polski patriotyzm.

Przywłaszczenie świąt

Jezus Chrystus urodził się albo w marcu/kwietniu albo we wrześniu/październiku, w grudniu raczej nie. 25 grudnia to dzień zwycięstwa słońca niezwyciężonego, czas przesilenia zimowego, po którym zaczynają wydłużać się dni, święto o wiele starsze od chrześcijaństwa. Wielkanoc wywodzi się z Wielkiej Nocy, święta przejścia (znowu chodzi o długość dni i nocy, tym razem o to, że dni będą dłuższe od nocy), narodzin bogini Asztarte (Easter), bóstwa babilońskiego. Króliczek jest pogańskim symbolem płodności, a jajka malowano już cztery tysiące lat temu, takich danych można by tu podać o wiele więcej, ale ludzie posiadający w tym obszarze wiedzę większą ode mnie zrobili to już w innych tekstach, więc nie będę wszystkiego za nimi powtarzał.

Wszystko było przez wiele lat całkiem okej – ateiści, poganie i chrześcijanie obchodzili te dziwne, synkretyczne święta obdarowując się prezentami bądź dzieląc się nabiałem akceptując ich symbolikę, najczęściej zresztą nie przywiązując do niej nadmiernej wagi. Był to czas spotkań z rodziną, ze znajomymi, nie zawsze zresztą bardzo miły, ale siła przyzwyczajenia zwana tradycją jest silna i jakoś to sobie grało. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek komukolwiek wypominał „jesteś ateistą, więc dlaczego obchodzisz NASZE święta?” A teraz coraz częściej się to zdarza. Słyszę to zarówno podczas zwykłych rozmów jak i w internetowych dyskusjach. I robi mi się coraz bardziej nieswojo, bo po pierwsze zaczynam czuć presję, a po drugie widzę mur rosnący między ateistami i ludźmi spod znaku „PR”, który, jeśli wyrośnie zbyt wysoko, spowoduje, że ateiści ubierający choinkę czy obchodzący święta Wielkiej Nocy, staną się celem drwin. Czuję się źle też dlatego, że PRowskie zarzuty świadczą o kompletnym braku wiedzy, a to niedobrze gdy naród głupieje zamiast się edukować.

Drogi „PRowcu”. Poczytaj, skąd się wzięły Twoje obyczaje tudzież święta i przestań, proszę Cię pięknie, obstawać na stanowisku, że Ty i Twoja firma jesteście jedynymi posiadaczami onych. Nie jesteście. Kościół na przestrzeni wieków przywłaszczył sobie rozmaite niechrześcijańskie zwyczaje i święta, aktywnie zatarł ich pierwotne historyczne ślady, stworzył nowe zasady swojego RPG, a teraz usiłuje szczuć swoimi niedouczonymi wyznawcami tych, którzy święta obchodzą siłą tradycji, przyzwyczajenia i te pe.

Tak, jestem ateistą i w czasie grudniowych świąt stoi u mnie choinka, szesnastowieczny wynalazek alzacki, nie betlejemski. Wiszą na niej bombki, które można interpretować jako rajskie jabłka, chociaż ja wolę je interpretować jako bombki. Oświetlają ją lampki, które, owszem, mogą odpędzać złe duchy (wynalazek bardzo chrześcijański), ale mogą też po prostu ładnie wyglądać. Dzielę się z bliskimi czymś przypominającym opłatek (nie przyjmujemy w domu kościelnego), na pierwszy rzut oka rzeczą chrześcijańską, wprowadzoną w XVIII wieku, de facto jednak placki ofiarne znane były na długo przed przybyciem Chrystusa, zaś w zwyczajach słowiańskich, także przedchrześcijańskich, popularne było dzielenie się chlebem dla odnawiania pobratymstwa. Czyż nie miło jest raz do roku (albo i częściej) zajrzeć w oczy żonie, dzieciom i zapewnić ich o trosce i miłości? Co, ateiście nie wolno? Mam nadzieję, że poganie nie mają mi za złe, że odprawiam ich rytuał, prawda drodzy bracia?

Czy ateiście wypada uczestniczyć w rytuałach wywodzących się z magicznych lub religijnych wierzeń? Oczywiście, bo duchowość jest także domeną ateistów. Niejeden człowiek spod znaku „A” lubi symbolikę, mistycyzm i refleksję z nimi związaną. To wszystko jest przecież arcyludzkie, o czym pisał chociażby C. G. Jung, nieodmiennie zafascynowany symboliką religijną, choć zawsze badający ją z punktu widzenia psychologa, nie duchownego.

Duchowość

Gdy ateista wykrzyknie „O mój boże!”, niejeden „PRowiec” krzyknie w ślad za nim: „A ty co Boga wzywasz? Przecież jesteś ateistą!” Słowo „bóg” też powoli zaczyna być zagarniane przez siły Prostackiej Religijności. Jeśli ateista zaczyna mówić o bogu, to wkracza na nieswoje terytorium. Coraz częściej się tak czuję w rozmowach z osobami spod znaku „PR”. Tymczasem słowo „bóg” jest zawarte w licznych idiomach („Jak bóg da”) czy wykrzyknikach typu „Niech mnie pan bóg chroni!” i trudno się od nich uwolnić, niełatwo też na siłę zmieniać te słowne zbitki („Jak los da”? „Niech mnie okoliczności mają w opiece”?).

Ateista z reguły nie jest człowiekiem pozbawionym czegoś, co z braku lepszego słowa nazwę duchowością. Co prawda zastępuje wiarę ciekawością, ufność dociekliwością, a jego wyobrażenia na temat „życia po życiu” ulegają nieustającym przeobrażeniom w zależności od tego, jakie rewelacje ogłoszą fizycy zajmujący się mechaniką kwantową, jednak sama wiedza o tym, jak skonstruowana jest materia, wiedza o jedenastu wymiarach, teoriach hologramów, teorii strun tudzież teorii zunifikowanego pola same z siebie powodują, że powstają pytania o kształt rzeczywistości, który wydaje się być zupełnie czymś innym niż mechanicznym, pozbawionym żywej myśli konstruktem. Obecnie mówi się, że nie da się oderwać przedmiotu od podmiotu, obserwatora od obiektu obserwowanego, coraz mocniej podkreśla się, że w jakiś sposób stwarzamy rzeczywistość obserwując ją. Filozofia, pytania o naturę otaczającego nas świata, nawet metafizyka, jest domeną także ateistów. Ateista potrafi sobie z tarota powróżyć, poezję poczytać, a czasami nawet zapytać, gdzie jesteś, boże? Obszar religii nie jest ateiście obcy, to nie jest teren ogrodzony drutami kolczastymi. W dorosłym życiu przeczytałem cztery ewangelie. Dokładnie, ze zrozumieniem i nawet przeżyciem. Jestem skłonny twierdzić, że znam wiele fragmentów, których nie znają przeciętni katolicy (bo wykraczają poza utarty kanon). Czytałem bardzo obszerne fragmenty Starego Testamentu, nie tylko te o Ezechielu i jego widzeniu, czytałem sporo Koranu, Mahabharaty, poznałem mitologię grecką, nordycką, hinduską. Nie powiem, żebym wszystko teraz pamiętał, ale zapoznawałem się ze źródłami z wielkim zainteresowaniem. Bo to są ciekawe rzeczy.

I o ile odrzucałem (podobnie jak co bardziej światli katolicy) ideę surowego starucha obserwującego mnie z chmurki i karzącego za najmniejszy błąd, nieobce są mi dywagacje natury teologicznej, bo nawet Einstein chciał zrozumieć zamysły „staruszka” (tak nazywał boga). Ja w „staruszka” nie wierzę i wątpię w jego istnienie, bo gdyby był, wszechświat byłby niesymetryczny, nieelegancki, a boga stworzyciela musiałby skonstruować inny demiurg, który także musiałby być stworzony, więc pojawia się problem nieskończonego koła stworzenia, które choć samo z siebie fascynujące z punktu widzenia filozoficznego, w tym kontekście stanowi, jak mi się wydaje, sygnał błędu w rozumowaniu. Idea samostwarzającego się i samoobserwującego świata jest niemniej fascynująca, a przy okazji symetryczna, bardziej elegancka, ponadto stawiająca nas, obserwatorów, niejako w pozycji boskiej. Są to ciekawe rozważania, nieprawdaż? Prowadzone przez ateistę. Ale że nie o nich jest ten artykuł, postawię tutaj kropkę i być może opiszę te rozmyślania w innym miejscu.

Tymczasem proszę pt. „PRowców”: niech Wam się nie wydaje, że o bogu mogą mówić tylko Wam podobni. Porzućcie błędne mniemanie, że teren religii jest zastrzeżony tylko dla Was, że to „Wasz ogródek”. Nie jest Wasz. Mam wrażenie, że o wiele więcej ciekawych rzeczy na temat boga powiedzieli fizycy niż piewcy jedynej słusznej księgi. Religia to część kultury. Czasami trochę mroczna, czasami niedorzeczna, paradoksalna i sprzeczna, ale przez to fascynująca i przede wszystkim dostępna ogólnie, dla każdego, a nie tylko wybranych.

Reasumując

Bóg wyznawców prostackiej odmiany religii jest istotą dokonującą idiotycznych wyborów odnośnie tego, komu pomóc, komu nie, „PRowcy” usłużnie słuchają, co im wolno, czego nie wolno i mają kłopoty z samodzielnym myśleniem, żyją w przekonaniu, że tylko oni wiedzą, czym jest moralność i patriotyzm, przywłaszczają sobie święta zaś duchowość utożsamiają z nurtem „PR”.

Smutny obraz, prawda? Czy nie przeraża Was, że to coś wymorfowało się w zasadzie niedawno, w XXI wieku? Co się stało? Dlaczego tak się stało? Czy to owoc działalności Karola Wojtyły, który ukształtował teraz już dorosłe pokolenie „JP”? Czy dołożyło do tego swój kamyczek znane wszystkim toruńskie radio? Może dodali pięć groszy niektórzy konserwatywni i niedouczeni politycy? Dziennikarze? Trybuni?

Wszyscy jesteśmy winni. Ja też. Bo zbyt długo milczałem.

Ale dosyć tego. Artykuł ten powstał nie po to, by „wsadzać kij w mrowisko”, nie po to, by skłócać, czy wzbudzać sensację. Nie chcę dłużej biernie patrzeć, jak głupota wygrywa ze zdrowym rozsądkiem Polaków. Dosyć tego. Ateiści i katolicy mogą bardzo sensownie rozmawiać. O ile z tego równania wykluczy się zmienną „PR”.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)