Owoce

22 grudnia 2011

Jako wojujący ateista i lewicowiec (zgodnie ze swoją prywatną definicją bycia lewicowcem), wcale nie poganin, w sumie nie powinienem się wypowiadać na temat nadciągających świąt. Jednak obchodzę je z rodziną,  bo miło jest się spotkać, porozmawiać, zjeść dobre rzeczy i obdarować prezentami.

Nie lekceważę bynajmniej nadchodzącego czasu, wszak to okres poważnych depresji, rozczarowań, nasilonych samobójstw, partnerskich kłótni i potężnych rozczarowań oraz długich, trwożliwych chwil smutku wśród tak zwanych singli. O tak, to naprawdę poważne święta. Równać się z nimi może tylko okres przedwakacyjny.

Pozwolę sobie podzielić się refleksją na temat prezentów, które gotujemy sobie sami. Tych dużych, na których produkcję poświęcamy masę czasu… i tych jeszcze większych.

We wzór życia wpisana jest prawidłowość, że wiele rzeczy przychodzi za późno. Gdy czegoś mocno pragniemy, wdrażamy działania, które mają nas zbliżyć do celu: ciężko pracujemy usiłując na tyle rozkręcić zamachowe koła, by same, poruszane już tylko siłą bezwładności, zaczęły rotować popychając coraz więcej zębatek. W końcu wielka machina zaczyna działać, huczy, sapie i dymi, dając nadzieję, że owoce jej starań wkrótce się ukażą. Doglądamy jej więc, smarujemy osie i trzpienie, wduszamy przyciski, przesuwamy przekładnie, poświęcamy wiele czasu, by wszystko w niej działało w sposób najzupełniej optymalny. Kiedy jednak wreszcie stoimy u jej wylotu, czekając aż wyskoczą z niej rumiane, soczyste owoce i widzimy, że wyłania się pierwszy, potem drugi i trzeci, dotykamy ich, wąchamy i gładzimy, lecz okazuje się, że nie cieszą tak, jakbyśmy chcieli, bo cząstkowo zapomnieliśmy, dlaczego były tak pożądane, a stało się tak wskutek nieubłaganego, acz pożądanego nieustannego przewartościowywania tego, co ważne, który to proces nazywany jest rozwojem, albo też starzeniem. Czy przyszły owoce? Ależ tak. A czy w czas? No, jakby za późno.

Można też postawić tezę sprzeczną z poprzednią, że te rzeczy nie przychodzą za późno, że kairos ich wyłonienia się jest zgodny z charakterystyką istnienia. Owoce naszej pracy pojawiają się wtedy, gdy mają przyjść zgodnie z żelaznymi zasadami logiki i mechaniki życia. Sęk w tym, że w czasie, gdy niczym Tytani usiłujemy popychać wielkie dźwignie dalekosiężnych planów, umykają nam rzeczy, które możemy mieć i mamy natychmiast.

Te rzeczy są wokół nas. Uśmiech dziecka, promienie słońca, głos najbliższej osoby, nasz własny uśmiech wypływający z męstwa akceptacji chwili obecnej, która jest największym skarbem nam danym, bo jest tu, jest teraz i jest nasza. Nie szczędźmy zatem sobie tej odwagi i obdarowujmy siebie uśmiechami, inni naprawdę za nimi tęsknią. Znaczyć one będą, że nie wszystko przychodzi za późno. Niektóre rzeczy mamy od razu, a najpiękniejsze chwile w życiu są za darmo.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Bad Guys

2 grudnia 2011

Bad Guys to chyba jedno z największych medialnych oszustw naszych czasów. Zrobili nam wodę z mózgu dziennikarze, filmowcy tudzież ludzie bezmyślni powielający krążące w mediach memy. Wmówili istnienie psychopatów, złoczyńców, terrorystów, którzy o niczym innym nie marzą, tylko o niszczeniu. Już orkowie Tolkiena noszą takie cechy, w ogóle wszelkie piekielne armie, które żyją niezgodnie z zasadami ekologii, znaczy istnieją po to, by niszczyć. Nawet życie stad szarańczy ma swój koniec, bo każda zbiorowość, której celem jest destrukcja anihiluje się sama. Ludziom nie chce się iść na wojnę, walczyć i zabijać. Lubią spokój, herbatę w kubku, ciepło i bezpieczeństwo. Generalnie homo sapiens to gatunek leniwy i naprawdę nie chce mu się bezsensownie pocić.

Ci, którzy naprawdę zrobili komuś krzywdę, mają przeważnie fatalne dzieciństwo, z historią wykorzystywania seksualnego, potężną dysfunkcją rodzinną, są, mówiąc krótko, pokrzywdzeni przez los do tego stopnia, że stali się trochę inni od statystycznych ludzi. Gdyby porównać ich do samochodu, silnik mają w miejscu kierowcy, fotele na dachu, a kierownicę w bagażniku, jednym słowem są mocno wewnętrznie „poprzestawiani” i w związku z tym widzą świat inaczej. Mają inną, że tak powiem, hierarchię wartości. Ale to nie są Bad Guys. To ofiary, które potem robią krzywdę innym ludziom, ale bez psychopatycznej, hollywoodzkiej miny wytrawnego sadysty, tylko raczej z poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości, coś jak Grandel w animowanym filmie „Beowulf”.

Kim są osławieni mafiozi, handlarze narkotykami? To biznesmeni, których przedsiębiorstwa utrzymywane są poza legalnym obrotem, bo to się po prostu opłaca samym zainteresowanym i rządom państw. Policjanci tropiący tych podłych panów wykonują rzetelną i absolutnie nikomu niepotrzebną robotę, swego rodzaju ruchy pozorne służące zapełnianiu ogłupianych obywatelskich głów medialną papką. Poza tym widzimy tych policjantów głównie w filmach. Czy realnie coś robią? Mam wątpliwości i wolałbym, żeby nie marnowali pieniędzy, którymi obdarowuję państwo płacąc podatki. Zamiast tego wystarczyłaby odpowiednia edukacja, co dobitnie pokazuje znakomity film „Traffic”. Papierosy zabiły 20 razy więcej ludzi niż wszystkie inne środki psychoaktywne razem wzięte. Jakoś nikt jednak producentów papierosów nie ściga, a edukacja związana z ich szkodliwością sprowadza się do dogmatycznych, niczym nie argumentowanych, czarnym drukiem wypisanych  haseł na opakowaniach białych pałeczek.

Osama, Kadafi, to przecież wszyscy ludzie Wuja Sama, wyszkoleni, osadzeni, potem trochę zbuntowani, niektórzy zresztą bardzo sensownie. Największe akty terrorystyczne, czyli wojny, zostały wywołane po prowokacjach, nie aktach agresji. Największymi terrorystami są kraje wywołujące wojny, prowokujące je. To są terroryści, prawdziwi Bad Guys: rządzący tymi państwami, którzy są de facto marionetkami w rękach wielkiej finansjery.

Czego to dowodzi? Że Good Guys: batmani, supermani itd., czyli medialne ikony walki dobra ze złem de facto walczą nie z tymi, z którymi powinni. Są robieni w konia. Bohater filmu „Fight Club” obrał cel słuszny – postanowił rozbić bankowo kredytowy system rządzący światem. Batmani wykonują ruchy pozorne, od których z pewnością lepsze są ruchy frykcyjne – bo pozorne nie są, a i życie jakieś z tego może się począć. Pojedynczych przestępców, ofiary złego dzieciństwa, trzeba izolować ewentualnie leczyć, ale z pewnością nie straszyć ich hordami niewinnych ludzi. Prawdziwi Bad Guys znajdują się po drugiej stronie barykady. Są nimi ci, którzy twierdzą, że Bad Guys istnieją, i że oni z nimi walczą.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Poszukiwanie sensu

28 listopada 2011

Jeśli odrzucić scenariusz, że w ciągu najbliższych 50 lat zostanie wynaleziony i udostępniony lek na nieśmiertelność, wszyscy umrzemy. Niestety, zanim to uczynimy, nie możemy być we wszystkich możliwych miejscach na Ziemi. Nie wszyscy nauczymy się tańczyć i pięknie poruszać, jak tancerki w telewizji. Nie wszyscy nauczymy się pięknie mówić, jak Martin Eden w książce Jacka Londona. Nie będziemy na najcudniejszych balach, nie złapiemy największych ryb, nie zobaczymy najwspanialszych zachodów słońca, nie uraczą naszych oczu najurokliwsze polarne zorze. Nie zobaczymy wielu lodowców ani wodospadów, nie przejdziemy się licznymi promenadami i nie poznamy wielu smaków, ominie nas milion uśmiechów pięknych dziewczyn i chłopców, nie poznamy miliardów ludzi, którzy być może mają niezwykłe dusze, umysły, ciała. Nie usłyszymy tysiąca pieśni, nie zrozumiemy tak wielu wierszy, opowieści. Przejdą obok zapachy sawanny, trzask palących się gałęzi gdzieś w buszu, nie powąchamy tropikalnych roślin. Życie wielu z nas ograniczy się do skończonej liczby wyjazdów, skończonej liczby szaleństw prędzej zdarzających się podczas spotkań przy piwie w niezbyt estetycznych knajpach niż podczas eskapad na linach, pod gołym niebem, nad przepaściami. Nie poznamy przygód rodem z hollywoodzkich filmów, bo te filmy są fikcją, a przygód nie ma. Gdy ktoś widzi wylot lufy pistoletu, z reguły kończy się to nie fantastyczną historią, ale tragicznym finałem i nikomu nie chce się o tym opowiadać.

Mam wrażenie, że mimo tej ograniczoności człowiek wciąż i uparcie szuka sensu. Sensu swojego życia, jego estetyki, piękna. Stara się ogarnąć całość, mimo, że nie jest mu dana. Ostatnio wysiadły nam absolutnie wszystkie żarówki w kuchni. Przepalały się jedna po drugiej, a my, przyzwyczajając się do kolejnego braku, traktowaliśmy to jak ciekawy eksperyment. Kiedy zgasło ostatnie źródło światła, stwierdziliśmy, że eksperyment dobiegł końca, a pracować się w kuchni nie da. Wymieniliśmy więc we wszystkich punktach żarówki i światłość rozbłysła na nowo. Gdy moja żona zbliżała się do przełącznika, by włączyć centralną sufitową lampę, wykonała taneczne pas i śmiejąc się z siebie pstryknęła w plastik. Patrząc na nią zrozumiałem, że nawet w tak krótkiej chwili tak w sumie nieistotnego momentu, człowiek stara się nadać znaczenie, sens temu, co się właśnie wydarza. Tym razem Ania dodała do sceny estetyczny akcent w postaci tanecznego ruchu swojego ciała, a okrasiła go autoironicznym śmiechem. I moment stał się w jakiś sposób ciężki od znaczenia, ważki, czyli na egzystencjalnej wadze, na której kładziemy poszczególne okruchy swojego życia, nomen omen zaważył.

Sens to często maleńka emocjonalna komponenta naszych spostrzeżeń. Widzę wypolerowane płytki podłogowe poczekalni stacji samochodowej, w której panowie zmieniają opony mojego samochodu z letnich na zimowe. Płytki są beżowe, nakrapiane, odbijają okienne verticale i bure niebo za nimi. Chłód zdaje się promieniować z nich i przeszywać stopy, uderzać prosto w kolana, które powoli zamieniają się w otoczaki, które leżą na grani jakiejś góry przez długie zimowe miesiące. Taki sens mają dla mnie podłogowe płytki w legionowskim motoryzacyjnym przybytku.

A jaki sens ma dla mnie moje życie? Jaki sens ma dla Ciebie Twoje? Tu na szczęście sprawa jest niesłychanie plastyczna, a znaczenie zmienne, bo nasza egzystencja i tożsamość nieustannie się przeobrażają. Nadajemy sens temu, co jest, w oparciu o to, co aktualnie pamiętamy i przeżywamy oraz mając na uwadze do czego dążymy – niezależnie od tego, czy w danym momencie myślimy o celu odległym, czy bliskim.

Ale i tak nie obejrzymy miliona uśmiechów, tysięcy wschodów słońca i miliarda drzew. Jak więc nadać naszemu życiu walor uniwersalny, skoro jesteśmy tak ograniczeni? Czy człowiek jest stworzony do życia ograniczonego, czy wszechogarniającego? Mam wrażenie, że istnieje w nas (we mnie) jakieś rozdarcie pogłębiane przez dwie natury: boską i ludzką. Bóg we mnie (ja – bóg) chce wszechogarniać, być wszędzie, wiedzieć wszystko, poznać wszystko, pragnie tego, o czym Freddie Mercury być może śpiewał w piosence „I want it all”. Druga natura, ludzka, jakoś (z trudem) akceptuje tu i teraz. To, że jestem w Legionowie, a nie na Hawajach, to, że niebo jest ponure i szare, a nie błękitne i wesołe, to, że przede mną tyle pracy, żeby utrzymać rodzinę, a nie beztroskie życie milionera.

Być może sensem egzystencji człowieka jest pogodzenie tych dwóch natur. Być może zadaniem na tym łez padole każdego z nas jest przepracowanie konfliktu między marzeniem a realnością.  Niby proste. A jednak nie do końca.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Czar ostatnich scen

25 listopada 2011

Mówi się, że “finis coronat opus”, czyli koniec wieńczy dzieło. Że pointa potrafi podnieść na wyższy poziom nawet niezbyt zgrabną opowieść. Zgadzam się z tymi stwierdzeniami, zresztą kim jestem, by podważać stare, w dodatku łacińskie przysłowie? Akurat tak się składa, że wciąż siedzą mi w pamięci ostatnie sceny trzech filmów, które to obrazy dzięki nim stały się czymś więcej.

Swego czasu oglądałem serial Californication. Najpierw sezon drugi – tak się złożyło – który bardzo spodobał się mnie i mojej żonie, potem sezon pierwszy, wreszcie trójkę i czwórkę, która nam obojgu najmniej przypadła do gustu: Hank Moody zachowywał się już tak arogancko i niespójnie, że prysła gdzieś sympatia do niego. Nie rozumiałem, dlaczego wciąż zalicza nowe kobiety, dlaczego nie przejmuje się procesem, dlaczego brnie coraz dalej w tak czarną dziurę, że pewnie już dawno zapomniał, gdzie jest wyjście. Czułem głównie poirytowanie i w zasadzie czekałem na koniec.

Koniec zaś pozytywnie mnie zaskoczył. Hank podrywa / jest poderwany przez kobietę, która ma grać jego ukochaną w serialu tworzonym na podstawie jego wspomnień, podczas aktu widzi nie jej prawdziwą twarz, ale oblicze swojej kobiety, potem wsiada do porshe’a, na którego tylnym siedzeniu leży maszyna do pisania, rusza, wtedy przed maskę wyjeżdża wielka dekoracja, płótno przedstawiające drogę ciągnącą się po horyzont i zachodzące słońce. Za chwilę widzimy Hanka pędzącego tą tęczową drogą, prowadzącego wehikuł ku nieco kiczowatemu zachodowi. Ta scena bardzo mnie poruszyła, bo w spójny sposób spointowała całość przygód niepoprawnego pisarza, pijaka i dziwkarza. Hank Moody żył w świecie tylko częściowo zakorzenionym w realnej rzeczywistości. Duża część jego realności była wytworem wyobraźni, kreacją tęsknoty za niemożliwym pięknem, tym bardziej niemożliwym, że sprzecznym z jego wewnętrznie skonfliktowaną osobowością. Obraz samochodu jadącego ku zachodzącemu słońcu, z maszyną do pisania na tylnym siedzeniu, chociaż niby prosty i w swojej treści bynajmniej nieoryginalny, pozostanie w mojej głowie prawdopodobnie do końca życia. Było w nim coś wyjątkowego.

Drugim filmem jest Gran Torino Clinta Eastwooda. To dzieło prawie wcale mi się nie podobało. Clint jako reżyser i autor scenariusza jawi się prostacko. Obraz wydaje się grubo ciosany, jest wrażenie, jakby zrobił go człowiek niedorozwinięty, czujący nieodpartą chęć, by co chwila komentować:  teraz jest scena, w której chodzi o…, teraz z kolei musicie, musicie zauważyć, że… itd. Kadry jak klocki stawiane z wielkim „bum!” jeden za drugim, jeden za drugim, tworzą historię, w której tylko prawie końcówka i zupełna końcówka dają do myślenia, a jak powiedziałem na samym początku, właśnie ostatnia scena filmu zrobiła na mnie wrażenie. Znowu mamy drogę, znowu samochód, tym razem nie porshe’a tylko tytułowego Gran Torino, a w nim jednego z głównych bohaterów, którego życie właśnie się zaczyna. Piękna pogoda, brzeg morza, palmy, spokój. Czuć powiew przygody, którą jest zwykłe życie, zwłaszcza na jego początku, gdy przed człowiekiem tysiąc możliwości, zdrowie dopisuje, sił także nie brakuje. Eastwoodowi udała się jedna fenomenalna rzecz: opowiedział historię, której koniec jest właściwie dopiero początkiem, początkiem czegoś bardzo ciekawego, czego przedsmak daje widok morza, drogi, a ton dyktuje ciepła piosenka. Patrzyłem na tę scenę jak zauroczony. Napisy przesuwały się w dół, samochody jechały (Torino już gdzieś zniknął), a ja słuchałem i patrzyłem. I zapamiętam.

Trzeci film to „L’homme de chevet” znany u nas jako „Przyjaciel u boku” z Christopherem Lambertem i Sophie Marceau. Taka sobie miła historia o byłym bokserze i sparaliżowanej piękności. Romans. Nie byłby jednak tym, czym się stał, gdyby nie ostatnie sceny. Widzimy w nich mężczyznę niosącego ukochaną brzegiem morza, a nad nimi niebo całe w poduchach złotych chmur, zupełnie jak z najlepszych sakralnych obrazów. Przestrzeń, światło, zupełnie jakby przed kochankami niebiosa otwierały podwoje. Ich miłość zdaje się przez tę scenerię tak piękna, że wręcz idealna. Czyż może być cudowniejszy związek?, pytałem siebie, a przecież racjonalna odpowiedź jest inna – para, w której jedna połowa jest sparaliżowana, ma przed sobą raczej trudne życie. Tymczasem kadry wieńczące film „Przyjaciel u boku” spowodowały, że opowiedziany związek wyglądał na anielski, najlepszy z możliwych. Szczęśliwy.

I tę scenę także zapamiętam raczej do końca życia.

Na tym właśnie polega czar dobrych ostatnich scen. Zapadają w pamięć. A skoro tak, zawierają coś ponadczasowego i ważnego dla odbiorcy osobiście. Osobiście. Czy nie ciekawe jest, że idee w nich zawarte, raczej abstrakcyjne i właśnie idealistyczne, są dla nas tak ważne? I kto powiedział, że dla człowieka najważniejsze jest “tu i teraz”? A gdzież tam.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Fale losu

28 października 2011

Czasami widzę, głównie w telewizji, ludzi, którzy z dumą oświadczają: zawsze osiągam to, czego chcę. Patrzę na nich i jakoś trudno mi odnaleźć w ich twarzach myśl. Facjaty są z reguły jakby grubo ciosane, pozbawione subtelności. Mam znajomych, którym życie układa się w miarę pomyślnie. Niektórzy z nich wydają się być bardzo pewni siebie, miewają radykalne poglądy i generują stanowcze stwierdzenia, bo wydaje im się, że wszystko wiedzą. Pamiętam koleżankę, która dziwiła się, gdy opowiadałem, jakim małym szatanem jest moja córeczka (jako trzylatek). Znajoma zachowywała się, jak specjalista od IT w dużej firmie: „Szwankuje ci ta aplikacja? Dziwne, u mnie działa.” Dopiero, gdy urodziło jej się trzecie dziecko, tym razem zupełnie niepodobne temperamentalnie do poprzednich, powiedziała, że zaczyna mnie rozumieć i że gdyby to było pierwsze, nie zdecydowałaby się na następne.

Często pytają mnie młodzi ludzie na szkoleniach: z kim lepiej się związać – z kimś podobnym do siebie, czy wręcz przeciwnie? Odpowiadam mniej więcej tak: jeśli wejdziesz w związek z osobą podobną, życie będzie słodkie, ale będziesz miał mało bodźców do rozwoju. Jeśli zaś spleciesz swoje losy się z kimś różniącym się od ciebie, nie zawsze będzie miło, ale wiele rzeczy zrozumiesz.

Patrzę na życie swoje i innych ludzi i zaczynam dostrzegać, w miarę upływu lat, pewną prawidłowość: jeśli los pokarze nas tak zwaną pomyślnością, czyli ułoży się zbyt dokładnie wedle naszych zamiarów i planów, stajemy się zadufani, rośniemy w siłę i puchnie w nas przekonanie, że przyszłość jest plastyczna, można ją kształtować wedle swojego widzimisię, a ci, którzy myślą inaczej, bo na przykład opatrzność ich pokarała, najprawdopodobniej sami sobie na to zasłużyli, na przykład niezbyt optymistycznym myśleniem wprzód. Widzę w ich zachowaniu i postawach małpią głupotę (tu obrażam małpy. Mam nadzieję, że jeśli to przeczytają, wybaczą mi) i zupełny brak rozwoju. Bo jak tu się rozwijać – czyli zmieniać – jeśli wszystko układa się po myśli? Człowiek, który wciąż zwycięża, odnosi sukcesy, nie musi niczego w swoim wnętrzu modyfikować. Wszystko jest idealne.

Mam znajomego o konserwatywnych poglądach, właśnie odnoszącego sukcesy, prującego fale losu niczym potężny pancernik niezbaczający z kursu nawet o metr. Obserwuję jego małego synka, którego zachowanie nie wyklucza ewentualności, że wyrośnie na bardzo miłego geja (chociaż równie dobrze może z niego być wrażliwy heteryk, to też się zdarza). Lubię sobie wyobrażać wariant przyszłości, w którym mina mojemu znajomemu rzednie, bo dowiaduje się od latorośli, że lubi chłopców. Yamato uderza o potężną skałę, kapitan wydaje rozkazy łatania dziur, dowództwo rozpatruje nowy kierunek rejsu. Skończyło by się chodzenie do kościoła, wyznawanie pararepublikańskich poglądów, wiele rzeczy ległoby w gruzach. Ale zacząłby się rozwój, który niewątpliwie przyczyniłby się do poszerzenia horyzontów mojego kolegi.

Gdy o tym wszystkim rozmyślałem siedząc wraz z żoną na tarasie i łapiąc ostatnie ciepłe promienie słońca tego sezonu, powiedziałem: „Wiesz, nie jest dobrze, gdy życie układa się za bardzo po myśli. Wtedy człowiek sztywnieje w przekonaniach, głupieje zamiast się rozwijać. Dobrze jest, gdy musimy czasami borykać się z przeszkodami. Tylko dzięki temu wzrastamy.” Oto, co odpowiedziała: „Ale los bardzo rzadko układa się tak, jakbyśmy chcieli. Przynajmniej o to nie musimy się martwić.”

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Jak powinien wyglądać pisarz?

24 października 2011

Podczas licznych szkoleń przeprowadzam minisondy na tematy mnie interesujące. Jedną z najczęstszych ostatnimi czasy jest zabawa pt. „jak powinien wyglądać pisarz?”. Odpowiedzi nie są zaskakujące. Pisarz:

  1. Nie powinien wyglądać zbyt młodo. Jego wygląd powinien wskazywać na co najmniej czterdziestoletnie zużycie bez nadmiernego dbania o wygląd.
  2. Za tym idzie nadwaga. Pisarz raczej nie powinien być szczupły. Brzuszek, policzki, cała sylwetka powinna być raczej zwalista, grubo ciosana.
  3. Do pisarza pasuje gruby sweter, najlepiej wełniany, ładnie opinający się na krągłościach.
  4. Konieczne są okulary, ale nie w drucianych oprawkach, raczej cięższe, wyraźnie zaznaczające swoją obecność.
  5. Niezbędne jest owłosienie twarzy, najlepiej broda i wąsy, w przypadku braku pierwszego – chociaż drugie, w przypadku braku drugiego – chociaż pierwsze.
  6. Przydatne są akcesoria, na przykład kapelusz lub fajka, z akcentem na ten drugi, arcypisarski przedmiot.

Tak wyglądają zbiorowe wyobrażenia, powtórzę to słowo, wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać pisarz. Po obróceniu tego zdania wyjdzie, że osoba parająca się pisarstwem właśnie tak wyglądająca dokładnie wpasowuje się w oczekiwania zbiorowego odbiorcy i przypisuje się jej wyższe kompetencje (nawet nie znając jej dorobku) niż osobie, która powyższych sześciu walorów nie posiada (także nie znając jej dorobku). Świat, można powiedzieć, jedzie na wyobrażeniach, a psycholog powiedziałby, że opiera się na projekcjach. Ba, czasami z jakości tych projekcji robi się wartość, która bywa nazywana „imidżem” lub „wizerunkiem”, co jest zbrodnią na zdrowym rozsądku, bo stare przysłowie mówi wyraźnie: „nie oceniaj książce po okładce”. Ale kto dzisiaj pamięta stare przysłowia.

Dlaczego pisarz powinien wyglądać staro? Bo nikt mu do dowodu zaglądał nie będzie i nie sprawdzi, że może młodo wygląda, ale metrykalnie jest starszy. Dlaczego więc tak powinien wyglądać? Bo starość symbolizuje doświadczenie, mądrość, zdaje się świadczyć o tym, że wiele przeżył, a im bardziej poorana twarz zmarszczkami i bruzdami, tym więcej śladów po bojach i ranach. Ergo, w książkach starego pisarza będzie więcej pogłębionych przemyśleń i egzystencjalnego oddechu. Tak mówi powszechna „ludowa mądrość” nie do końca zgodna z prawdą. Bo owszem, lata sprzyjają gromadzeniu doświadczeń, zatem im człowiek starszy, tym więcej ma do powiedzenia, ale to „więcej” nie znaczy ciekawiej. Lata nie sprzyjają umiejętnemu ich opracowywaniu, czyli wyciąganiu interesujących wniosków. Znam gromadę starych ludzi o bardzo skostniałych, sztywnych, niereformowalnych poglądach, których książek, gdyby jakieś napisali, z dopłatą nie chciałbym czytać. Zatem o tym, czy książka będzie posiadała głębię nie decyduje wiek, tylko zdolność do umysłowej obróbki wszystkiego, co nas spotyka. A to, niestety, nie jest już kwestia rocznika, tylko, przepraszam, genów czyli tak zwanego talentu.

Inna sprawa to w ogóle kwestia prowadzenia się. Co ma zrobić biedaczysko, które na swoje nieszczęście wygląda młodziej niż w metryce? Czekać, aż jakiś siwy włos wyrośnie? Podbródek obwiśnie? O tym w następnym akapicie.

Dlaczego pisarz powinien mieć nadwagę, czyli trochę tłuszczyku tu i tam? Bo poważniej wygląda. Przypominają mi się utyskiwania mojego dobrego przyjaciela: „Marcin, przytyj trochę. Jak będziesz tak wyglądał, nikt nie będzie cię traktował poważnie”. Powtarzał mi to ładnych parę razy, a ja byłem tymi uwagami coraz bardziej zmęczony. Gdy więc zupełnie inny człowiek przy innej okazji powiedział dość autorytarnym tonem: „Marcin, musisz przytyć. Źle i niemęsko wyglądasz”, odparowałem: „Masz obwisły podbródek i okrągły brzuch, a ja wyglądam rewelacyjnie”. Mój rozmówca na chwilę zamyślił się, po czym spokojnie odparł: „Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale pier**lisz” i na tym skończyła się nasza twórcza konwersacja na temat męskiego wyglądu. Niestety moi dwaj interlokutorzy w pewnym sensie mieli rację. Powszechne wyobrażenia na temat statecznego, poważnego człowieka są takie, że powinien mieć co najmniej 10 kg za dużo. Co najmniej 10, najlepiej 15, albo 20. Wiem, co mówię, bo gdy miałem 6 kilo więcej niż teraz, na pierwszy rzut oka niczym się nie różniłem od stanu obecnego, który moja córka (alleluja!) nazwała „chudym”. Tu wypada coś wyjaśnić: nikt nigdy przedtem nie nazwał mnie chudym, dlatego słowa córki uważam za najpiękniejszy komplement. Teraz przyjrzyjmy się owej nadwadze poważnie, czyli realistycznie. Czy rzeczywiście nadmiar tłuszczu oznacza powagę i stateczność? Jakoś z logicznego punktu widzenia nie umiem zrównać tych dwóch chmur znaczeniowych: nadwaga = stateczność? Zastanówmy się. Nadwaga jest czynnikiem ryzyka wielu chorób. Człowiek z nadwagą najczęściej zaniedbuje ciało, czyli nie ćwiczy fizycznie, ergo jest niesprawny, zasapie się na schodach, nie przebiegnie trzech kilometrów, do palców się nie schyli, będzie stękał przy dziesiątym przysiadzie i piątej pompce, a na drążku podciągnie się całe pół raza. Nie pominę faktu, że gdy będzie opisywał bohaterskie starcia wojenne, bieg, bijatykę, czy wreszcie żywiołowy seks, będzie bajał o rzeczach, które może oglądał w telewizji, albo przeżył dawno temu, z pewnością jednak nie obecnie, więc będzie musiał potężnie wysilać wyobraźnię.

Jaka więc, przepraszam, powaga? Weźmy dla porównania człowieka i jego samochód. Jak ocenilibyśmy właściciela automobilu, który doprowadził do tego, że wóz zapala raz na trzy próby, gubi olej, rzęzi, traci moc w najmniej pożądanych momentach, klekocze, nigdy nie wiadomo, czy się nie rozkraczy na drodze, a w dodatku wajcha od skrzyni biegów mu wylata? Rzecz jasna uznalibyśmy takiego pana za niepoważnego, bo przecież samochodem wozi dzieci do szkoły, siebie – żywiciela rodziny – oraz żonę swoją wierną a niepocieszoną. Nie muszę tutaj wyjaśniać, że samochód jest metaforą ciała. Jak można uważać za poważnego człowieka, który zaniedbuje swój organizm, ergo naraża na osierocenie swoje dzieci, a partnera życiowego (właśnie uzmysłowiłem sobie, że pisząc o pisarzach założyłem, że mówimy o mężczyźnie. Może w sumie dobrze, bo jakby to wyglądało, gdybym się natrząsał z nienagannych sylwetek pisarek?) na wdowieństwo, nie wspominając o budżecie naszego biednego państwa, który zubożeje lecząc jego (oczywiście nie „jej”) chore serce, żyły, tętnice i wszelkie inne organy? Przepraszam Państwa bardzo, ale jakoś tej powagi nie widzę. To raczej krótkowzroczność i podejście do osobistego „samochodu” zgoła niepoważne.

Dalej mamy sweter, okulary, wąsy, brodę, kapelusz oraz fajkę. To wszystko swego rodzaju „akcesoria”. Przywiązywanie do nich wagi jest moim zdaniem tak samo głupie, jak traktowanie serio imidżystów, kreatorów mody i specjalistów od piaru. Człowieka powinno się, podobnie jak powieść, oceniać po treści, nie po okładce. Sweter symbolizuje miękkość, bezpieczeństwo, coś na kształt poduch, w które czytelnik może się wtulić, zatopić niczym w barwnym świecie sagi. Okulary to niby mądrość, chociaż po prawdzie symbolizują tylko jedno – wadę wzroku, ułomność albo spowodowaną niewłaściwym garniturem genetycznym, albo charakterystyczną dla pewnego wieku (Robert Silverberg mimo lat, nie nosi okularów, bo nie musi. Ma zdrowe oczy. Szczęście, że kompensuje to siwą brodą i wąsami. Nota bene, mimo, że twierdzi inaczej, moim zdaniem nie za dobrze się trzyma). Znam kilogramy ludzi w okularach, których nie chce mi się ani widzieć, ani słyszeć.

Co symbolizują włosy pod nosem i na podbródku? To przecież atrybuty Starego Mędrca, słynnego jungowskiego archetypu, który wszyscy mamy zakorzeniony głęboko, ponoć gdzieś w podświadomości kolektywnej. Gdy widzimy brodę oraz wąsy, nieświadomie uznajemy, że mamy do czynienia z chodzącą księgą objawienia. A teraz poważnie. Jakim cudem włosy mogą świadczyć o osobowości człowieka? Ja rozumiem, włosy na mózgu, no to by było coś, naprawdę jakaś sensacja, ale pod nosem? Na brodzie? Włosy? Jaka jest korelacja między owłosieniem twarzowym a mądrością? Żadnych badań nie znam i nie sądzę by istniała. Włosy twarzowe świadczą tylko o jednym – że ich posiadacz od jakiegoś czasu się nie golił. Wiem, bo żona zabrania mi się golić i utrzymywać tzw. „trzydniowy zarost”. Naprawdę tak to działa: nie golisz się – rosną włosy. Słowo daję, że ich wzrost ma się nijak do mądrości. Czasami robiłem w życiu bardzo głupie rzeczy, nawet takie, których do dzisiaj się wstydzę, a włosy na brodzie i pod nosem furt rosły, niebaczne na moją głupotę. Co do kapelusza – no cóż, nawet ja uległem pokusie i poprosiłem przyjaciela, żeby raz w życiu sfotografował mnie z tym nakryciem głowy, bo jest twarzowe i właśnie takie „pisarskie”. Był to jeden jedyny raz. Pewnie jeszcze kiedyś się w nim pokażę, bo ciągnie mnie do ronda. Z drugiej strony chyba nie najlepiej bym w sumie wyglądał, bo jestem niewysoki, a pisarz przecież wysoki musi być, bo jak jest wysoki, to od razu lepsze książki pisze. Co do fajki – czy naprawdę muszę jeszcze o tym pisać? Fajka to drewniany, ewentualnie wykonany z innego materiału przedmiot służący do palenia tytoniu. Trzymany w zębach nie przyczynia się do wzrostu liczby połączeń neuronalnych, zatem nie czyni pisarza bieglejszym w sztuce przekładania myśli na słowa.

I tak dobrnęliśmy do końca dywagacji na temat „jak powinien wyglądać pisarz?”. Odpowiedź brzmi: nijak. Bo nie ważne jest, jak wygląda, ważne, co pisze. Chociaż… z drugiej strony… Wolę szczupłych, młodo wyglądających, wesołych, bez zbędnych gadżetów. Dlaczego? Bo to znaczy, że są poważni, odpowiedzialni, niebanalni, inteligentni, nie chcą manipulować i nie mają kompleksów. A to już dużo.

portret w cieniu

portret w cieniu

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Eksperyment

22 października 2011

Kilka stron w sieci, kilka książek, traktuję jako swoje skarby. W związku z tym nie dzielę się nimi za bardzo z innymi, bo to moje źródło know how, moje sekrety. Myślę, że postępuję w ten sposób egocentrycznie i twórcom tak cenionych przeze mnie źródeł nie przypadłaby moja postawa do gustu.

Zatem pozwólcie, że ujawnię bardzo inspirujący blog. Są tam tylko ilustracje, lecz dla pisarza to doprawdy wystarczy. Prawda, że fascynujące miejsce?

Mam w związku z tym prośbę. Jeśli traktujecie tak samo mój blog, jeśli zatrzymujecie go dla siebie, słusznie sądząc, że zawiera wyjątkowe treści, tym razem Wasze know how, przestańcie to robić. Podzielcie się z przyjaciółmi, chociaż tymi najbardziej cenionymi. Zróbmy eksperyment. Podajcie adres tego miejsca chociaż jednej osobie. Niech także się nacieszy. I niech ja na tym skorzystam. Chyba zasłużyłem, prawda?

Za kilka dni zajrzę w statystyki, jak się spisaliście ;) .

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pokurcze

19 października 2011

Z pewnością nie tylko ja, ale i więcej internautów miewało przykre starcia z gburami różnorakiego sortu rozchamiającymi się na internetowych forach. Dzisiaj chciałbym trochę bliżej ich przedstawić, bo na przestrzeni wielu lat miałem okazję, że tak powiem, poobserwować ich w realium i wyciągnąłem na podstawie tych obserwacji chyba interesujące wnioski.

Jak wiemy, internet daje anonimowość po pierwsze, a jeśli nie anonimowość to choćby możliwość napisania słów ostrych i ostatecznych bez konieczności patrzenia w oczy interlokutorowi, a jak wiadomo, zawszeć to łatwiej. Okazuje się, że gdy zobaczymy forumowego wroga w rzeczywistości, zamiast walić go w łeb, uśmiechamy się litościwie, bo jak tu takiego pokurcza uderzyć? Poprzypatrywawszy się tym twardzielom, stwierdziłem, że można podzielić ich na kilka kategorii.

  1. Strachliwy dziadek. Typ patrzący wytrzeszczonymi oczami zza grubych szkieł, mały, prawie karłowaty, siwa broda, wystraszone spojrzenie, drżący głos, nerwowy uśmiech szukający na podobieństwo laboratoryjnego wyleniałego szczura akceptacji, przytulenia, uspokojenia, widzący w drugim człowieku potencjalne zagrożenie, ale oczekujący słów krzepiących niczym relanium. Gdy się zorientowałem, że dziadunio kiedyś mocno mi zaszkodził i zdrowia zespół kilka litrów, nie miałem sumienia nawet go trącić. Zamiast tego dodawałem mu odwagi i wzmacniałem wszystkie jego dość egocentryczne uwagi. Bałem się, że bez tego się rozsypie.
  2. Grubas ze szczękościskiem. Gdy się go czyta w internecie, wydaje się, że to Odyn gromowładny, gdy jednak spojrzy się na niego w realium, człowiek od razu zamienia się w psychologa amatora / psychoanalityka / siostrę miłosierdzia i instynktownie wie, że jedyne, co można robić, to przytakiwać, bo przypadek jest w zasadzie nierokujący. Osobnik sapiący, śmiejący się przez zaciśnięte zęby, szukający wzrokiem (zupełnie jak dziadunio), potwierdzenia swoich słów, perseweratywny (powtarzający w kółko te same banalne frazy), z charakterystycznym nerwicowym przygarbieniem pleców w okolicy nadłopatkowej (tak jak dziadosław), egocentryczny, chichotliwy, dwa złote bym dał.
  3. Szczerbaty kundel. Wygłaszający prelekcję ze skrzyżowanymi rękami na mocarnej kurcie, niezmieniający pozycji od początku do końca wykładu, wydawało by się, człowiek posągowy, niezłomny, inkarnacja boskiego Adolfa. Jednak co się dzieje, gdy po prelekcji kilka osób obecnych na sali zaczyna bić brawo? Człowiek pochyla głowę i jak wielokrotnie bity pies nieśmiało podnosi wzrok, wreszcie uśmiecha się łapiąc każdą sekundę krótkotrwałej chwały, odsłania kilka zębów i jedną potężną szparę po zębie. Ten jeden gest, to spojrzenie spaniela po przejściach, to skomlenie w oczach, ten błogi szczerbaty uśmieszek demaskują naszego złowrogiego przedstawiciela internetowego chamstwa i powodują, że już, podobnie jak w przypadku dziadunia i grubasa, nie chcemy go pałować, ale raczej znowu obdarować jakimś ciepłym posiłkiem i obietnicą, że już nie będzie marzł na dworze biedaczek.
  4. Zgarbiony z wypiekami. Generalnie garbienie się jest charakterystyczne dla internetowych gierojów, chyba dlatego, że jest znakiem lęku, niezdrowego podniecenia, znamionuje kłębiące się w garbie kompleksy i sprzeczne uczucia. Zgarbionego z wypiekami wypatrzyłem podczas panelowego spotkania z pewną grupą pisarzy. Siedział tak potwornie wygięty w paragraf, że bałem się, że kręgosłup mu pęknie. Wyglądał jak gimnazjalista, który jest tak szczęśliwy, że może się odezwać do mądrzejszych od siebie, którzy nie tylko, że go słuchają, ale i uprzejmie odpowiadają, że za chwilę trysną mu policzkami i uszami soki niezdrowej, sztubackiej egzaltacji. Kiwał głową szybko, nerwowo, śmiał się używając odgłosu przypominającego gdakanie, kręgosłup mu się giął coraz bardziej, wypieki rosły, łepek mało nie urwał. No i jak do takiego podejść i dać w mordę za sieciowe chamstwo? No nie można, trzeba chronić taką radość, takie uniesienia, uczucia czyste i uroczyste, że jest się wreszcie dostrzeżonym.

Widzicie sami, że nie sposób odegrać się na sieciowych brutalach w realium, bo wzbudzają autentyczną troskę, litość, zdumienie. Ich potrzeba akceptacji, docenienia, ich żądza bycia chociaż na chwilę w świetle lamp jest tak silna, tak psychotyczna, że trzeba, no trzeba im te chwilę dać.

Zatem nie bójcie się tych, którzy was ranią w internecie. To są po prostu ludzie z kompleksami, często zagubieni, a że zakompleskieni i pogubieni, nierzadko nieadekwatnie agresywni. Gdy po raz kolejny potrąci Was psychologicznie jakieś domniemane bydlę, uświadomcie sobie, że to nie żadne bydlę tylko albo dziadunio, albo szczerbaty kundel, albo grubas ze szczękościskiem, albo wygięty w kabłąk gimnazjalista z wypiekami. Podajcie im rękę i uspokójcie. To naprawdę nie ich wina. Zło tego świata bierze się z kompleksów, a kompleksy – ze złych rodziców.

Oni po prostu mieli skopane dzieciństwo.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Paradygmat pomysłu

18 października 2011

Czytałem niedawno „Pierścień” Larry’ego Nivena. Powieść, z punktu widzenia literackiego, jest tak płaska, że trudno ją do czegokolwiek poza deską do chleba porównywać. Motywy bohaterów, ich reakcje, uczucia (o przeżyciach w zasadzie można zapomnieć) są tak płytkie i często niedorzeczne, że doprawdy dziwię się, dlaczego dzieło uzyskało nie tylko nagrodę Hugo, ale i Nebulę. A nie. Już wiem, dlaczego. Pan Niven wpadł na pomysł pierścienia i na kilka innych pomniejszych pomysłów. I za to dostał nagrodę.

Coś mi tu się nie zgadza. Dlaczego nagradzać kogoś za pomysł, gdy opowieść, w którą go wcisnął nie spełnia kanonów powieści dobrej? Czy nie lepiej stworzyć nową kategorię nagród – nagrody „pomysłowskie” dla fajnych idei? No pomyślmy.

Gatunek science fiction cierpi na pewną chorobę. Nie wiem, kto ją pierwszy zaszczepił, ale ja spróbuję być jej doktorem. Ta choroba to „pomysłoza”. Jej symptomami są:

  1. Mniemanie, że ponieważ w książce można znaleźć „fajne pomysły” to książka jest dobra.
  2. Mniemanie, że ponieważ w książce można znaleźć spójnie wykreowany świat, to książka jest dobra.
  3. Mniemanie, że ponieważ w książce przedstawiona jest „nowa idea”, to książka jest dobra.

Oświadczam, jako dyplomowany lekarz, że mniemania te są tym, czym są, czyli mniemaniami, iluzjami, złudzeniami. Ani dobre pomysły, ani spójny świat, ani nowa idea w żaden sposób nie świadczą o tym, że historia, o której opowiada książka jest dobra, bo to historia + bohater tworzą wartościową treść, nie scenografia plus pomysły plus powiew nowości. Nie dajcie się uwieść pseudoautorytetom, które podają za pozytywne przykłady mistrzów scenografii i twierdzą, że są mistrzami opowieści. Mistrzowie ci są mechanikami, którzy stworzywszy pomysł wymyślają cień bohatera, jego kontur, który podąża za ich myślą tylko po to, by odkrywać przed czytelnikiem kolejne koła zębate maszyny, którą jest pomysł twórcy. Przepraszam, ale dla mnie powieść, w której występuje bohater pretekstowy, czyli taki, który istnieje tylko po to, by te tryby po kolei odwiedzić i opisać, nie jest powieścią dobrą i tego będę się trzymał. To jest przekaz scenograficzny, a nie historia z krwi i kości.

Podeprzyjmy się autorytetami. Andrzej Sapkowski mówi, że powieść jest jak namiot, a masztem go podtrzymującym jest nie pomysł, świat czy idea, ale bohater. Bez bohatera namiot się wali. Co pisze Ernest Hemingway w korespondencji do Esquire z 1934 roku?

„Najtrudniejszą rzeczą na świecie jest pisać prostą prozą o ludzkich istotach. Najpierw trzeba znać temat; potem trzeba umieć pisać. Nauczenie się obydwu tych rzeczy wymaga całego życia […] przeczytajcie […] „Wojnę i pokój” Tołstoja, a przekonacie się, jak będziecie musieli opuszczać wielkie fragmenty Myśli Politycznej, które niewątpliwie uważał za najlepsze w całej książce, kiedy ją pisał – bo nie są już dziś ani prawdziwe, ani ważne, o ile kiedykolwiek były czymś więcej niż sprawami aktualnymi, i zobaczycie, jak prawdziwi, trwali i ważni są tam ludzie i akcja. Niech wam nikt nie wmawia, jaka powinna być książka z uwagi na to, co akurat jest w modzie. Wszystkie dobre książki są do siebie podobne w tym, że są prawdziwsze, niż gdyby działy się naprawdę, i kiedy skończycie taką czytać, będziecie mieli uczucie, że to wszystko zdarzyło się wam samym, a później wszystko należy już do was: dobro i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda. Jeżeli zdoła się dojść do tego, że potrafi się dać to ludziom, wtedy jest się pisarzem. Bo jest to rzecz najtrudniejsza ze wszystkiego.”

Tak pisał posiadacz siwej brody, wielbiciel połowów na pstrąga tęczowego tudzież marliny i ja się z nim zgadzam. I proszę, nie mówcie mi, że science fiction, z uwagi na to, że są tam takie fajne drzwi, które się wsuwają w ściany i że są tam latające pneumobile i villabile i linowce i pancerze typu Coremour, więc, że z tych wszystkich powodów science fiction nie musi mieć historii, intrygi, akcji i bohatera z krwi i kości, że nie są w tej scenografii potrzebne wzruszenia, przeżycia, piękno, zachwyt i pęd życia. Jeśli tak uważacie, to jakbyście mówili, że życie w przyszłości będzie pozbawione dynamiki, głębszych uczuć i ludzi, którzy czują, kochają, upadają i podnoszą się z kolan. Tak moim zdaniem nie jest. Science fiction to literatura o przyszłości, o fantastycznych miejscach, cudownych miastach, podróżach w kosmos i jak najbardziej doznaniach, przemyśleniach, radościach i smutkach żyjących tam bohaterów, oby jak najbardziej żywych, prawdziwych, takich jak my.

Nie konturowych, ledwie widocznych, by nie zasłaniali przypadkiem świętych dekoracji i pomysłów.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Krzyżowy product placement

16 października 2011

Obejrzałem film „1920 Bitwa Warszawska” Jerzego Hoffmana. Po wyjściu z kina powiedziałem do żony: „Co za g***no. Dożyłem czasów, gdy polska kinematografia zrobiła coś takiego.” Wiem, że użyłem nieładnych słów, mimo to wypowiedziałem je na głos, tak, żeby inni, którzy mieli jakiekolwiek wątpliwości, usłyszeli. Tak, zachowałem się niepolitycznie. Mimo wszystko w jakiś sposób czuję się usprawiedliwiony.

Na początku projekcji wrażenia są nawet miłe. Pociąg jedzie po śniegu, ładne zdjęcia, miłe twarze aktorów, dobry dźwięk, barwny obraz. Ale krok po kroku widz przekonuje się, że dzieło jest lotów średnich, potem niskich, następnie tragicznych, a na końcu stwierdza, że twórca przekroczył (nieświadomie) granicę groteski. Tak, tak. Pod koniec scen walk, gdy kolejny dzielny polski wojak otrzymał celny strzał prosto w głowę… wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem. Na całą salę kinową. Gdy Natasza Urbańska w jednej z ostatnich scen upuściła tacę z lekami, i taca ta z głośnym hukiem i  w obowiązkowym zwolnionym tempie upadła na podłogę, także nie mogłem powstrzymać głośnego rechotu. Film po prostu był tak zły, że zaczął we mnie wzbudzać nieudawane rozbawienie.

Obraz generował jednak nie tylko powody do śmiechu. Pomijam troskę o jakość gry polskich aktorów, na ten temat można poczytać w różnorakich recenzjach, nie będę się znęcał, bo wiem, że zły reżyser może utrudnić, albo wręcz uniemożliwić poprawną grę nawet najlepszym wykonawcom, zatem, jak zaznaczyłem, ani nad panią Nataszą Urbańską, ani nad panem Danielem Olbrychskim wywnętrzać się nie będę.

Film niepokoił mnie i to bardzo. Pójdzie na niego młodzież. Obejrzą go też ludzie nie do końca wykształceni, pewnie miliony, te same rzesze, które widziały „Potop” i „Ogniem i mieczem”. I co zobaczą? Piękną Polskę przedwojenną z cudną arystokracją. Mundury, szable, ludzi honorowych, dzielnych, niezłomnych, czystych… i jak diabli katolickich. Słowo „bóg” pada z ust bohaterów i bohaterek chyba ze dwadzieścia razy, może i więcej. Teksty w stylu „teraz wszystko w rękach boga”, „jak bóg da”, rozważania na temat woli boskiej itd. są tak gęste, że chwilami nie wiadomo, czy to dzieło o bitwie warszawskiej, czy o wierze. Nie, chyba z tą dwudziestką to nieprawda. Może ktoś za mnie policzy, ale pewnie termin ten pojawia się z pięćdziesiąt razy. Ksiądz, chociaż nie widać go tak często jak lansowanej pani Nataszy Urbańskiej (no ładna kobieta, nie powiem i miło się na nią patrzy, ale za dużo jej trochę w tym filmie), pełni rolę kluczową, bo to on z krzyżem zamiast karabinu wstaje z ziemi, chociaż kule koszą krwawe żniwo, i to dzięki niemu podnosi się cały oddział i rusza na wroga i to on oczywiście bohatersko ginie trafiony idealnie w czółko, a potem wali się na ziemię w tempie jak zwykle w kluczowych momentach arcyzwolnionym. Co tam jednak ksiądz. I tak głównym bohaterem jest krzyż. Niemal każda postać nosi go na szyi, stoi na każdym stole, wisi na każdej ścianie, zdobi każdy szczyt budynku (bo każdy budynek w tle jest kościołem), lata w powietrzu (nie mam na myśli samolotów, tylko autentyczne dwa latające krzyże. Zobaczcie film, a przyznacie mi rację: latają jak się patrzy, oczywiście w zwolnionym tempie).

Po obejrzeniu tego filmu czułem się, jak człowiek masywnie zindoktrynowany. Oto, jakie introjektowe owoce połknęła moja jaźń:

  1. W przedwojennej Polsce byli tylko arystokraci, wyłącznie katoliccy. Byli to ludzie atrakcyjni, niezłomni i stroniący od bolszewizmu jak od zarazy. Epizodycznie pojawiający się plebs był bojaźliwy i w cuda wierzący, co ostatecznie też jest pozytywne, bo cuda są i były, na przykład cud nad Wisłą.
  2. Bolszewicy byli w swojej głównej masie brudni i prymitywni, ich polowi przywódcy byli niedomytymi psychopatami, a przywódcy główni – czyli Lenin i Stalin – czystymi psychopatami.
  3. Polskę uratowali piękni, katoliccy, szlachetnie urodzeni oficerowie i ich dziewczyny.
  4. Och, niech wrócą te czasy ślicznych mundurów, szabelek, polskości zrośniętej z katolicyzmem i patriotyzmem.

A ja, durny, miałem wrażenie, że czasy filmów z białymi i czarnymi charakterami, gdzie biali = nasi, a czarni = nienasi, minęły bezpowrotnie, bo przecież inteligentniejemy i dojrzewamy i rozumiemy, że ludzie po drugiej stronie barykady zostali tak jak my jakoś zmanipulowani i to nie ich wina. Ale nie. Pan Hoffman spreparował obraz tak prymitywnie, chciałoby się powiedzieć „discopolowo” jednoznaczny, że słabo się robi.

Tyle o filmie. I tak za dużo.

Jeszcze dygresja. Tak gwoli równowagi. Czy ktoś może wie, gdzie się podziały jakieś sensowne, oficjalne przekazy o przedwojennych prześladowaniach komunistów, nie tylko w Polsce, ale także w Europie i USA, a takie były, nawet w komiksie „Maus” można znaleźć o nich, tfu, świadectwo? A nie, przecież w naszym pięknym kraju prześladuje się wyłącznie katolików i księży. Kto uważa, że komuniści to także ludzie, może nawet inteligentni, powinien się swoich myśli wstydzić i chować je do szafy.

Mój nomen omen boże. Ostatnio słuchałem relacji z jakiejś światowej konferencji psychologicznej. Jeden z mówców zapytał, ilu ludzi na sali ma poglądy lewicowe. Ręce podniosło 80% uczestników zjazdu. Gdy zapytał, kto ma poglądy konserwatywne, ręce podniosło dwóch ludzi. Dlaczego? Bo to normalne. Człowiek szukający tak zwanej sprawiedliwości i przyzwoitości w świecie kieruje się w lewo. Artyści, idealiści, ludzie młodzi i niezdemoralizowani (jak na przykład Janosik i Robin Hood ;) ), mają poglądy lewicowe. Ale nie tylko. Zacytujmy poczciwego Ernesta Hemingwaya, który w grudniu, 1934 roku tak pisał do gazety Esquire:

„[…] świat był znacznie bliższy rewolucji w latach powojennych niż teraz. W owych czasach my, którzy w nią wierzyliśmy, wyglądaliśmy jej każdej chwili, spodziewaliśmy się jej, mieliśmy na nią nadzieję – bo była rzeczą logiczną. Jednakże tam, gdzie nastąpiła, spaliła na panewce. Przez długi czas nie mogłem tego zrozumieć, ale w końcu sobie wytłumaczyłem. Jeżeli przestudiujecie historię, przekonacie się, że nigdy nie może być rewolucji komunistycznej bez uprzedniej całkowitej klęski militarnej. […] Niemcy nie zostały pokonane w klęsce militarnej. […] Niemcom po prostu nie udało się zwyciężyć na wiosnę i w lecie, ale ich armia była nadal nienaruszona, a pokój zawarto, nim nastąpiła taka klęska, jaka powoduje rewolucję. Wprawdzie była rewolucja, ale uwarunkowana i trzymana w szachu przez sposób zakończenia wojny, i ci, co nigdy nie pogodzili się z klęską militarną, nienawidzili tych, co się z nią pogodzili, i zaczęli usuwać najzdolniejszych z nich przy pomocy najnikczemniejszego programu zabójstw, jaki świat znał kiedykolwiek. Rozpoczęli zaraz po wojnie od zabicia Karola Liebknechta i Róży Luksemburg i zabijali dalej, systematycznie eliminując zarówno rewolucjonistów, jak liberałów niezmiennym systemem przemyślnego mordowania. [wytłuszczenie moje]”

No i proszę. Hemingway, nie byle kto, śmiem twierdzić, że może nawet wybitniejszy twórca od pana Hoffmana, wspomina. Uf. Coś jednak się zachowało.

No i to tyle dla odtrucia po indoktrynacji filmem w obecnej dobie z całą pewnością „słusznym”, poprawnym, zgodnym z patriotycznymi trendami i w ogóle.

Amen, krzyż na drogę.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)