Archiwum z Sierpień 2011

Alternatywna historia kościoła

sobota, 27 Sierpień 2011

Kolejny fragment “Wywrotnika”. Miłej lektury.

***

Znawców historii kościoła jest wielu. Ja do nich, niestety, nie należę. Stworzę więc historię alternatywną, acz, jak tuszę, spójną. Uwaga, zaczynam.

Przyjmijmy na wiarę, że wielki mesjasz, Mordehaj Verus, naprawdę istniał. Denerwował się widząc panujące wśród jego ludu warunki: drażniła go niesprawiedliwość społeczna, fatalne traktowanie chorych (jego rodacy uważali, że jeśli jesteś chory/a, to dlatego, że masz nieczystą duszę, ergo, zasłużyłeś/łaś sobie), dziwaczne i merkantylne stosunki świątynne (wchodząc do świątyni musiałeś/łaś „kupić” czyste pieniądze za swoje, „brudne” po odpowiednim kursie oczywiście, następnie nabyć za nie gołębie, które, rzecz jasna zaraz wypuszczałeś/łaś na wróżbę. Ptactwo wracało do właścicieli, interes się kręcił). Mordehaj postanowił coś z tym zrobić. Zorganizował serię cudów, od dawna oczekiwanych przez ziomków. Tak tak, chodzenie po wodzie, dzielenie chleba, zamiana wody w wino, nie były świeżymi pomysłami. Te zdarzenia od dawna funkcjonowały w mitologii i mówiono, że będą znakami nadchodzącego proroka. Zresztą Mordehaj, podobnie jak wielu jego poprzedników (Horus na przykład) jest utożsamiany z bóstwem solarnym, które, tak jak w przypadku dziesiątków innych bogów, jest powite przez dziewicę tchniętą przez jakiegoś ducha, przychodzą do niego trzej królowie – trzy gwiazdy w pasie Oriona, które wraz z gwiazą betlejemską – Syriuszem wskazują miejsce, gdzie wschodzi słońce 25 grudnia, czyli dzień narodzin całego morza mesjaszy przed Mordehajem. W związku z tym, że od 22 do 25 grudnia dni się nie wydłużają i rzecz rusza dopiero po trzech dobach, o wszystkich bóstwach solarnych mówi się, że zmartwychwstają po trzech dniach. Wszyscy chodzą po wodzie i robią inne cuda. Jednym słowem, postać Mordehaja była wpisana w funkcjonujący od dawna mit. CZY i JAK Mordehaj czynił swoje cuda  – nie mam pojęcia – ale faktem jest, że były one  oczekiwane i niewątpliwie trafiły na tak zwaną „gotowość percepcyjną” ich widzów / uczestników.

Gdy już go zabrakło (umarł na krzyżu, czyli słońce przeszło przez gwiazdozbiór „krzyż południa”), jego uczniowie zaczęli głosić nową wiarę tworząc sekty. Wiara ta mówiła o miłości, przebaczaniu, a nawet – w pewnym sensie – równości, chociaż nie w sensie równouprawnienia kobiet (na to zdobyła się bodaj tylko jedna wiara, praktycznie szerzej nie znana – dżinizm – odmiana hinduizmu, w której  kobiety i mężczyźni byli absolutnie równouprawnieni), tylko praw biednych i bogatych – praw do przebywania w świątyniach. Sekty były popularne także w Rzymie, a w ich rozpowszechnianiu pomagały dobrze ustosunkowane matrony. Przez trzysta lat Veranie byli miłymi ludźmi, sekciarzami, którzy głosili łagodność i miłość.

Nagle coś się stało. Ktoś pomyślał, że zgraję tę trzeba zorganizować. I teraz zastanówmy się: po co organizować i jak organizować?

Wyobraźmy sobie, że to my jesteśmy organizatorami. Mamy mnóstwo wyznawców rozrzuconych gdzieś po świecie. Co komu szkodzi, że są i że są niezorganizowani? Czy organizacja w jakikolwiek sposób pomoże ich wierze? Hm. Opowieści o Mordehaju w ciągu kilku wieków z pewnością zaczęły się różnić, ich interpretacje także. Więc może sensownie byłoby narzucić jedną, oficjalną linię rozumienia pisma? Wtedy nie będzie schizm. Załóżmy, że był to jeden z motywów. Organizujmy się zatem. Mamy Centralę, łączników, przedstawicieli prowincjonalnych (kapłanów terenowych), którzy kontaktują się z Centralą. Sporo wyznawców ma swoje majątki, pieniądze, bogactwa. Gdy jest instytucja, trudno się nią zajmować i jednocześnie być bednarzem czy kupcem. Jeśli ktoś chce ją prowadzić prawidłowo, musi się temu poświęcić. A pokarmu organizm się domaga. I dachu nad głową. Więc zaczynają płynąć pieniądze do dyrektorów kościoła Veryckiego, żeby po prostu mieli z czego żyć. Wtedy ktoś wpada na pomysł, by ziemie wyznawców przepisać do majątku kościoła, na chwałę Mordehaja. Dzięki temu Centrala już nie musi się bać śmierci głodowej, a im więcej ziemi i dochodu, tym łatwiej postawić świątynie! Już nie trzeba się modlić w jaskiniach, mamy budynki. A im fajniejsze budynki, tym więcej ściągną wyznawców.

Nasze wyznanie ma więc majątki, przedstawicieli terenowych, ich zwierzchników (dyrektorów regionalnych) oraz oczywiście Centralę. Wkrótce robi się tego tak dużo, że powstają podziały geograficzne. Ale co to? Pojawiają się inne wyznania, rośnie konkurencja, jak tu utrzymać przy naszej wierze ciężko pracujących rzemieślników i chłopów, gdy czasy niełatwe, a Veryzm ma do zaproponowania dokładnie nic, to znaczy nic konkretnego? Wyznawcy odchodzą, jest rotacja, za słabo trzymają się świątyń, dochód jest za mały! Tak, tak, konkurencja istnieje na każdym polu, także w domenie obietnic co do tego, jak fajnie będzie po śmierci. Jak utrzymać klienta? Jak nie dać mu uciec? – pyta Młodszy Dyrektor Centrali.

-  No, trzeba coś z tym zrobić – odpowiada Główny Dyrektor Centrali (GDC). – Oficjalnie trzeba powiedzieć, że po śmierci jest świetnie, w tym od innych religii się nie różnimy, ale dodajmy, że tylko my wiemy jak tam się dostać i tylko dzięki nam w ogóle można tam dotrzeć. Tylko dzięki nam. To uchroni nas przed przechodzeniem wiernych na inną wiarę.

- Świetny pomysł! – ucieszy się Młodszy Dyrektor (MD).

- Po drugie powiedzmy naszym owieczkom, że ci, co odwrócą się od nas, trafią do piekła. Okropnego miejsca, gdzie smażą ludzi na patelniach.

- Takiego jak Hades?

- O nie, to za mało. Hades jest ponury, ale nie straszny. U nas musi być horror. Tortury, rzeź i rąbanka. Warzenie w kotłach, gotowanie w oleju. Piłowanie, łamanie, palenie żywcem i wyłupywanie oczu.

- Czy to nie zbyt drastyczne?

- Nie dyskutuj tylko notuj. Ja wiem, jak wzmocnić naszą wiarę. Po trzecie nie cieszmy się, gdy przychodzą do świątyni, nie zdradzajmy po sobie, że radujemy się, że są naszymi klientami.

- Ależ dlaczego? Ja aż piszczę z radości, gdy ich widzę, a smucę się, gdy nikt nie przybywa!

- Nie rób tego! Zepsujesz ich, wzrosną w butę, zaczną się żądania, wymagania, postulaty, będziemy musieli zmieniać asortyment usług, a my nic nie mamy! Jedyne co proponujemy to obietnica raju! Przecież to trochę śmieszne! Nie możemy dać się wychować przez klientów…

- Wiernych.

- Jak zwał, tak zwał. To my musimy ich wychować. Za każdym razem, gdy przyjdą do świątyni, bądźmy surowi i od razu odwróćmy wymagania: to nie oni mają czegoś oczekiwać od nas, ale my od nich.

- Na przykład czego?

- Bo ja wiem? Może pokory. O, już wiem! Będziemy wzbudzać poczucie winy.

- Jak to zrobimy?

- Poprzez pojęcie grzechu.

- Czego?

- No, wmówimy im, że są od początku źli. Są źli i ciągle robią coś złego.

- Ale jak to? Nikt w to nie uwierzy! Przecież ludzie nie są źli i nie robią zbyt często złych rzeczy.

- To my im w tym pomożemy. Żeby nie zaczęli dyskutować, zajmiemy się nimi od dzieciństwa. Dzieci przyjmują wszystko na wiarę i nie polemizują. Potem będą jak maszyny powtarzać zupełnie bezrefleksyjnie, że są grzeszne i już. Na tak przygotowanych dorosłych łatwo znajdziemy haki. Poszukamy dziedzin, które są niezwykle atrakcyjne dla każdego człowieka, a potem obwarujmy je zakazami i kontrolą. W ten sposób będziemy trzymali ich w garści.

- Co to mogłoby być? – dziwi się MD.

- Na przykład seks.

- O, to lubię!

- Ja też. I inni także. Ludzie zawsze będą go uprawiać. Dlatego jego właśnie napiętnujemy.

- Genialne!

- Stworzymy pojęcie… czystości. I stwierdzimy, że trzeba jej dochować aż… do ślubu…

- Który będzie udzielony przez nas!

- Tak jest. Zrobimy z tej czystości… sakrament. Wtedy trudniej będzie ją złamać. W ten sposób młodzież – najbardziej gorąca – będzie w szachu.

- Poczucie winy to potężna broń.

- Powiemy, że seks jest dobry tylko wtedy, gdy służy prokreacji.

- I już kontrolujemy także ludzi po ślubie!

- Tak jest. Ile razy będą spółkować poza okresem płodnym, będą wiedzieli, że grzeszą. Po trzecie zakażmy myślenia o seksie i nazwijmy te myśli grzesznymi. O, już ich mamy. Każdy człowiek w myślach wyobraża sobie orgie, sprośności, a nawet komuś źle życzy.. Gdy mu się powie, że nie może tego robić… Że to myśli nieczyste…

- Oszaleje! To niebezpieczne, Główny Dyrektorze!

- Masz rację. Damy im więc wentyl bezpieczeństwa: spowiedź.

- Co takiego?

- No, taką rozmowę w cztery oczy, ale tylko z jednym z naszych kapłanów. Będą mogli ile razy chcą przychodzić i w sekrecie mówić nam o swoich „grzesznych” myślach i czynach. W ten sposób będziemy o nich wiedzieć wszystko. Wszystko. Będzie to ukryta forma szantażu. Będziemy o mężczyznach wiedzieli więcej niż ich żony, a o żonach więcej niż ich mężowie. I to też będzie sakrament.

- Jesteś genialny, Główny Dyrektorze.

- Dlatego jestem Głównym Dyrektorem. Czekaj, nie chwal mnie tylko notuj i się skup. To wszystko mało. Twoje wazeliniarstwo wywołało we mnie skojarzenie… Mam! Powiemy, że poczucie własnej wartości to grzech i nazwiemy go pychą.

- A po co to?

- Żeby im skręcić karki. Pojęcie grzechu i strach przed pychą spowodują, że będą chodzili cały czas z łbami na bok przechylonymi, o tak.

- Ha, ha! Śmiesznie wyglądasz, Dyrektorze.

- No dobra. Idźmy dalej… Ludzie się nie lubią, często zazdroszczą, więc rzadko się chwalą. Jak zaczną chwalić Kowalskiego, wszyscy zaczną mu zazdrościć. Ale nic tak nie podnosi samooceny, jak pochwalenie kogoś. Dlatego główną formą modlitwy będzie adoracja.

- Co?

- Nie mówi się „co” tylko „słucham”. Adoracja, czyli chwalenie, nieuku.

- Aha.

- W ten sposób spowodujemy, że u nas będą sobie podnosić nastrój, ale tylko u nas, w świątyni.

- Jak to? Będą się jednocześnie czuli mali, pokorni, grzeszni i wywyższeni chwaleniem? Czy to nie sprzeczne?

- Tak, kochany. To podwójne wiązanie. Poczucie pokory i wielkości jednocześnie. Zakamuflowana pycha i zakłamany grzech. Będą się czuli podwójnie winni, a spowiadać się można tylko u nas! Tak ich zamotamy, że nie będą mieli szans. Idźmy dalej… Mamy majątki. Ludzie nie lubią bogaczy. Odwrócą się od nas. Zatem…

- Stwórzmy pozór instytucji biednej!

- Brawo, Młodszy Dyrektorze, szybko się uczysz. I zażądajmy jałmużny.

- Dlaczego? Czy to nie ryzykowne? Nie dość, że nic im nie damy, to jeszcze będziemy żądali pieniędzy? Odejdą!

- Widzę, że pochwaliłem cię przedwcześnie, mój drogi. Im więcej ktoś komuś daje, tym mocniej czuje się do niego przywiązany. Rozumiesz?

- A nie odwrotnie? Im więcej dostaję, tym bardziej się czuję przywiązany ? Z wdzięczności?

- Głupiś. Gdy dostajesz od kogoś cokolwiek, wcześniej czy później zaczynasz go nienawidzić, bo widzisz, że jest od ciebie lepszy. A gdy coś mu dajesz, przywiązujesz się, bo masz się przy kim czuć lepszym – i znowu pycha! Poza tym, im więcej dasz, tym bardziej zwiększasz tego wartość, a od rzeczy wartościowej mało kto się odwraca. Im więcej daję, tym sam z siebie mocniej się przywiązuję.[1] Dlatego wszystko u nas będzie płatne. Modlitwy, pochówki, śluby, za wszystko będziemy brać pieniądze. To wzmocni w oczach wiernych wartość sakramentu. I przy okazji napełni nasze skarbce.

- Ach tak?

- Tak. Ale to wciąż mało. Stwórzmy świątynie wzbudzające bojaźń Mordehajową. I podziw. O, właśnie. Ludzie mają się bać i podziwiać. Lękliwy podziw ma być ich „cnotą”. Zrobimy z tego jakieś przykazanie. Zapisz to.

- Już notuję…

- Uczyńmy z lęku cnotę wiary. Bojaźń. Zapisz.

- Już.

- Jeszcze mi się wydaje, że czegoś brakuje. A, już wiem. Wrogów.

- Czyli?

- Ludzie tym łatwiej się jednoczą i integrują, im więcej wrogów dookoła.

- Ale my nie mamy za dużo wrogów.

- To ich stworzymy. Musimy wykreować syndrom oblężonej twierdzy. Po pierwsze wrogami będą inne wiary.

- Oficjalnie?

- Przez pierwsze stulecia tak, bo musimy powiększyć pulę klientów. Potem będziemy udawać pacyfistów.

- Mam pomysł, Główny Dyrektorze.

- No?

- Postawmy na większość.

- Co masz na myśli?

- Wróciłbym do tego seksu. Większość wiernych to heteroseksualiści, prawda?

- Prawda. Jakieś 90%.

- Uczyńmy zatem wrogów z homoseksualistów. W ten sposób wzmocnimy postulat czystości i podzielimy ludzi.

- Młody! Ty jesteś perfidny! Będą z ciebie ludzie! A co zrobimy z naszymi kapłanami? Bardzo wielu z nich lubi mężczyzn.

- Och, Główny Dyrektorze, nie będziemy się tym chwalić i już.

- Świetnie. I jeszcze jedno, skoro jesteśmy przy tej czystości. Zakażemy naszym kapłanom się żenić.

- Ależ dlaczego?

- Bo roztrwonią majątek Kościoła. Dziedziczenie, testamenty, rozumiesz? Majątek ma się pomnażać, nie odwrotnie.

- Ale to ich unieszczęśliwi!

- Ale ty jesteś naiwny. Będą mieli gosposie!

- Ha, ha!

- O, i jeszcze coś mi się wyświetliło.

- Tak?

- Zauważyłem, że chłopi na naszych ziemiach dość często popełniają samobójstwa. To stwarza poważne problemy. Chłop się wiesza, zostawia rodzinę, mamy kłopot, a i nasza dziesięcina się zmniejsza.

- To może zakażemy?

- Świetny pomysł! Powiemy, że to…

- Grzech!

- Śmiertelny! Ha, ha! I piekło jak w banku!

- I diabeł w kociołku będzie gotował!

- Ale ubaw! Zapisz to! No, uśmiałem się. Daj, przeczytam te twoje notatki… Hm. To się wszystko zbyt przejrzyste wydaje. Nie sądzisz?

- Prawda. Będziemy łatwi do rozszyfrowania.

- Stwórzmy zatem morze przykazań, edyktów i szczegółowych procedur postępowań w każdy dzień. Niech wierni utoną w świętach i obrządkach. I sprzecznościach. Dużo ich mamy?

- Sprawdzam… Kościół biedny, ale bogaty, wierni są wielcy bo chwalą, ale mali bo grzeszą, będą się bać i jednocześnie powiemy im, że Mordehaj to miłość

- O tym nie mówiliśmy.

- Sam to przed chwilą wymyśliłem…

- Rozwijasz się.

- Wierny ma być czysty, ale i tak cały czas będzie grzeszył, bo inaczej się nie da…

- To mi się szczególnie podoba.

- Kościół jest niezłomny, ale oblężony, homoseksualni kapłani nienawidzą homoseksualistów, żyją w celibacie, ale ciągle mówą o seksie… na razie wszystko.

- Wystarczy. Musimy mówić dużo o mądrym, zdrowym trybie życia. Niech większość z naszych przykazań, powiedzmy, 95%, będzie sensowna. Nam do kontroli wystarczy trafiające w sedno 5%.

- A co z wiarą? Co z Mordehajem?

- No, przecież wierzymy, prawda? A to, co teraz wymyśliliśmy służy tylko do wzmocnienia naszej religii, czyż nie?

- Niby tak… Ale czy warta jest takiego wzmocnienia? To jakby trochę… niemoralne. Nasz kult niczym się nie różni od innych pogańskich wyznań solarnych…

- Ach tam. Mordehaj nas w niebie rozsądzi. A ty nie bluźnij! Chcesz pozbawić tysiące kapłanów pracy? Jesteśmy, kochany na drodze bez powrotu. Teraz to już albo wóz, albo przewóz. To wojna, kochany, wojna.

- O co?

- O ludzkie dusze, oczywiście…


[1] Główny Dyrektor Centrali mówi oczywiście o działaniu dysonansu poznawczego. Podobne sytuacje były przedmiotem wielu eksperymentów psychologicznych.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Prehistoria ubezpieczeń

piątek, 26 Sierpień 2011

Druga część “Antyporadnika” pod roboczym tytułem “Do góry nogami. Wywrotnik” wciąż jest nieopublikowana. Wydawnictwo Literackie, jedyne, do jakiego rzecz wysłałem, raczej tekstu nie przeczytało, ale i tak nie wyda, nie mam czasu rozglądać się za inną oficyną… Tymczasem zamieszczam fragment tej książki. Chodzi o prehistorię firm ubezpieczeniowych. Oczywiście ubezpieczeń nie wymyśliło dwóch Szkotów w trosce o wdowy po księżach. Wymyślono je dużo wcześniej ;)

***

Skąd się wzięły ubezpieczenia? Z pewnością jeszcze z czasów jaskiniowych.

A było to tak. Jeden jaskiniowiec (nazwijmy go… Skałogryz) był tak leniwy, że w jego plemieniu żartowano, iż prędzej zje kamień niż pójdzie na polowanie. Skałogryz nie był jednak głupi, tylko leniwy. Postanowił pokombinować, jakby tu zarobić nie pracując. Gdy obserwował ziomków, zauważył, że od czasu do czasu któryś z mężczyzn nie wraca z polowania. Czasy do najbezpieczniejszych nie należały: a to mamut ciosem przydusił, a to tygrys szablastozębny kłem przeorał, a to wreszcie człowiek zeżarł coś niejadalnego, no, przyczyn zgonów było sporo. Rodziny takich nieszczęśników nie miały lekko. Owszem, plemię się nimi jako tako opiekowało, ale było to raczej żebracze życie. Skałogryz policzył, co trzeba, policzywszy stwierdził, że wszystko się zgadza i poszedł do jaskini najgłupszego członka plemienia, Tęgoryjca:

- Tęgoryjcu, często chodzisz na polowania?- spytał.

- Ano często – odparł ziom drapiąc się po gęstej czuprynie.

- A ile masz żon i dzieci?

- Ze czter… – Tu Tęgoryjec się stropił, bo liczyć nie bardzo umiał.

Skałogryz postanowił go wyręczyć:

- Czekaj, widzę, że masz głowę przeciążoną… No tak. Cztery żony i dwanaścioro dzieci. Sporo, co?

- No.

- A nie myślałeś, co by było, gdybyś kiedyś nie wrócił z polowania?

- Niby dlaczego?

- No, bo wąż by cię użarł, albo guziec pokąsał…

- Nie myślałem.

Skałogryz uśmiechnął się chytrze:

- A powinieneś! Bo jeśli nie wrócisz, to co będzie z twoją rodziną?

- Bieda.

- Roztropnie to wykoncypowałeś, mości Tęgoryjcu. I kto im wtedy pomoże?

- W zasadzie… niby plemię, a po prawdzie to nikt.

- Coś tam dostaną, jakieś ochłapy, ale czy to miłe życie?

Tęgoryjec pokręcił pustą głową.

- No właśnie – udał zatroskanie Skałogryz. – Spójrz na żony i dzieci Fajfusa, który dwa sezony temu padł przygnieciony skałą, którą zrzucaliśmy na mamuta…

- No! – rozochocił się Tęgoryjec – to było fajne!

Przez chwilę obaj chichotali wspominając śmieszne zdarzenie, a gdy się uspokoili, Skałogryz ciągnął dalej:

- Teraz jego żony takie wcale nie okrągłe są, tylko kanciaste, a i dzieci szczapowate.

- No.

- Żal patrzeć, czyż nie?

- No.

- A ty możesz swojej rodzinie zrobić to samo z polowania nie wracając.

Tęgoryjec nie na żarty się zasmucił.

- I co robić? – udał bezradność Skałogryz. – Czekaj! Mam pomysł! Pomogę ci!

- Że niby jak?

- Zaopiekuję się twoją rodziną!

- Niby kiedy?

- Jak cię szlag trafi!

- A trafi?

- Nigdy nie wiadomo, wypadki się zdarzają. Lepiej założyć, że tak.

- Lepiej co?

Skałogryz zignorował pytanie Tęgoryjca i kontynuował:

- Ja będę twoim przyjacielem i gdyby coś ci się stało, wezmę na siebie wielki ciężar opiekowania się twoją rodziną.

- Jesteś wielki – rozrzewnił się Tęgoryjec – zawsze uważałem cię za darmozjada i moczymordę, ale widzę, że się myliłem.

I uścisnęli się na dinozaura.

- Ale wiesz – stropił się Skałogryz – to dość kosztowna sprawa. Taka opieka.

- No – przytaknął skwapliwie Tęgoryjec.

- I zobowiązanie na całe życie – dodał Skałogryz.

- Tak jakby.

- To ja sam nie dam jednak rady…

- Ojej – zasmucił się Tęgoryjec.

- …Chyba że, dopóki będziesz żył, będziesz mi dawać, w razie jeśli zginiesz, rozumiesz, z każdego polowania jeden cios mamuta.

- Że jak?

- To proste. Za każdym razem, gdy wrócisz z łowów, przyniesiesz do mojej jaskini jeden cios mamuta. Ja będę je magazynował. Będą one stanowiły zabezpieczenie twojej rodziny w razie, gdyby coś ci się przydarzyło.

- W sensie, że co?

- Będę zbierał te ciosy, i powiedzmy, jeśli coś ci się stanie za sezon, czy dwa, będę miał ich już, załóżmy, czterdzieści. Będę je wtedy wymieniał stopniowo i korzystnie na targowisku w sąsiednim plemieniu i tak zapewnię życie twojej rodzinie przez długie lata!

- Ojej, genialny pomysł!

- Ba, wszystko dla przyjaźni!

- Daj pyska! Ale czekaj, a co będzie, jak się skończą te ciosy?

- Jakoś sobie poradzę.

- Słuchaj, a może namów na taką współpracę Wyrwizęba, Lędźwiodrapa i Kaczochoda? Nigdy nie wiadomo, który z nas padnie, może żaden? Dzięki temu będziesz miał więcej ciosów i będziesz bardziej wypłacalny!

W tym momencie Skałogryz przysiągł sobie, że nigdy już nie nazwie Tęgoryjca głupkiem. Ubrane w skóry anielice zatrąbiły w kościane trąby nad jego głową. Wreszcie znalazł sposób szybkiego i bezbolesnego zarobku.

- Czekaj – wyrwał go z błogiego zamyślenia Tęgoryjec – a co będzie z całym tym bogactwem, jak nikt z nas nie wykituje? Tak do końca będziesz je gromadził?

Tu spojrzał na Skałogryza tym samym wzrokiem, jakim trzy sezony temu zmierzył biednego Łapidrąga, zanim maczugą wbił go w ziemię.

- Ależ Tęgoryjku kochany, to jest ryzyko zawodowe! A co będzie, jak wszyscy trzej wykopyrtniecie, bo jakiś mamut postanowi umościć sobie z was gniazdo? Ja też ryzykuję, i to więcej niż wy! Wiecie, ile teraz będę miał nerwów? Po nocach nie będę spał! Z troski o was, oczywiście.

- Hm – Tęgoryjec naburmuszył się, ściągnął krzaczaste brwi i po chwili milczenia mruknął – co racja to racja.

- Słuchaj, to ponieważ już to ustaliliśmy…

- Co?

- No to, że będę się opiekował twoją rodziną, że będę ją… nie, ciebie… o, już wiem, jak to nazwać: ubezpieczał, to zgódźmy się też, że jako obecny twój największy opiekun, zatroszczę się o twoje zdrowie na polowaniach. To ważne, czyż nie?

- No tak.

- Przyrzeknij mi, że od tej pory nigdy nie zbliżysz się bardziej niż na dwadzieścia kroków do mamuta.

- Jak to?

- Bliżej jest niebezpiecznie, prawda? Pamiętasz Robiplacka?

- A no. To było śmieszne!

- Ale jakby ciebie tak mamut spłaszczył, to byś się nie śmiał, prawda?

- No.

- Czekaj, wezmę kawałek kory brzozowej… Mam.

- Co ty robisz?

- Ten symbol zrobiony węglem drzewnym oznacza, że nie zbliżysz się do mamuta na dwadzieścia kroków[1].

- No… dobrze.

- A ten, że nie podejdziesz do tygrysa na pięćdziesiąt.

- Niech będzie.

- A ten, że nie będziesz wchodził do lasu w pojedynkę.

- Dlaczego?

- Bo we dwóch łatwiej gadzinę zobaczyć.

- Niby fakt.

- I teraz weź tu znak swój postaw.

- Że co?

- Taki symbol, no, że podpisujesz, że o tym gadaliśmy.

- A po co?

- To dokument.

- Do… co?

- Dowód, żeśmy zawarli umowę.

- Super!

- Tylko pamiętaj, jak zerwiesz umowę, czyli podejdziesz na dziewiętnaście kroków do mamuta i wtedy zamieni cię w płaskie łajno, nie zaopiekuję się twoją rodziną.

- Dlaczego!?

- Bo zerwiesz w ten sposób umowę. Masz o siebie dbać.

- Ale jak to?

- No co? Nie chcesz o siebie dbać?

- Chcę, ale…

- Świetnie. Idę teraz do Wyrwizęba, jak mi poradziłeś. Też z nim podpiszę umowę.

Skałogryz zostawił biednego Tęgoryjca bezmyślnie wpatrującego się w kawałek kory, na którym na swoje nieszczęście postawił jakiś gryzmoł. Interes zaczął się kręcić.

Kilka sezonów później Tęgoryjec został ukąszony przez węża drzewnego i po krótkiej chorobie zmarł. W tym czasie Skałogryz uzbierał od niego ponad dwieście mamucich ciosów. Jednak nie zaopiekował się rodziną ziomka, bo wszyscy widzieli, jak nieszczęśnik wchodził do lasu sam, niepomny umowy sporządzonej na brzozowej korze, więc, zgodnie ze słowem pisanym, opieka nad sierotami nie należała się.

I tak to się zaczęło.

I powiedzcie same, drogie dzieci: czy to nie głupie? Ktoś do was podchodzi i mówi: daj mi swoje ciosy! Ja je przechowam, a jak coś ci się stanie, to zaopiekuję się twoją rodziną… albo nie. Wystarczy, że nie spełnisz choćby jednego punktu umowy… Rzeknijcie, drogie dzieciaczki: czy nie lepiej zatrzymać ciosy dla siebie? Przecież Skałogryz musiał policzyć na samym początku, że wypadki w plemieniu zdarzają się na tyle rzadko, że opłaca się wchodzić w ten układ. Społeczność od razu powinna go pogonić w busz i uzgodnić, że w razie czego będzie dawała tłustsze kąski sierotom, prawda?

A tak, pasożytniczy guz rozrósł się na całą Ziemię…


[1] W ten sposób Skałogryz wynalazł pismo. Był to efekt uboczny jego matactwa.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Who dies first?

wtorek, 23 Sierpień 2011

Dawno temu słyszałem, czy może oglądałem wywiad z Agnieszką Holland. W pewnym momencie powiedziała, że ma zamiar zrobić jakiś ambitny film. Za chwilę wyjaśniła, że dla Amerykanów „ambitny” oznacza mniej więcej tyle, że źle się kończy. Nie może być ambitne coś z happy endem. Wypowiedź ta wydała mi się kuriozalna, bo ukazywała niezwykle schematyczne i czarno-białe widzenie amerykańskich odbiorców. Zdawało mi się, że Europejczycy nie staną się nigdy tacy sami.

Stało się jednak inaczej. Ale zanim do tego dojdę, jeszcze jedno wspomnienie, tym razem z przeszłości bardzo bliskiej.

Jechałem z rodziną do Chorwacji i przejeżdżaliśmy przez Bratysławę. Przedtem mijaliśmy piękne góry, w stolicy Słowacji zaś zobaczyliśmy rozległą rzekę, zamek na skale, rozmach. Akurat w radiu leciała jakaś byle jaka polska piosenka, podobna do setek innych byle jakich polskich piosenek. Wtedy wypowiedziałem do Ani następującą kwestię:

- Naród, który promuje miernoty, karleje.

Zobaczyłem oczami wyobraźni następującą sekwencję: jest muzyk wybitny i jest miernota. Miernota ma koneksje, więc to jej piosenki są prezentowane na falach eteru, grajek wybitny albo jedzie za granicę, albo najmuje się jako doradca finansowy. Ludzie słuchają szarpidruta bez talentu, nucą bezwiednie jego dzieła, byle jakie introjekty marnych rozwiązań harmonicznych układają się w ich głowach, w końcu stają się częścią ich osobowości. W taki sposób cząstkowo stają się miernotami. Gdyby wypromowano muzykanta uzdolnionego, w ich głowach powstałyby introjekty rozmachu, przestrzeni, inteligencji. A tak mamy zaściankowość, piwnicę i odór przetrawionego alkoholu. Tego typu sekwencji jest mnóstwo: dzięki miernotom w polityce, miernotom w filmie, miernotom w wielu innych gałęziach wiedzy / sztuki / kultury, nazwij to jak chcesz. Dlatego tam, gdzie miernoty są promowane, ludzie karleją.

Teraz ad rem. Mam wrażenie, że spora ilość czytelników i odbiorców dzieł filmowych (do której to puli zaliczyłbym także siebie), ma predylekcję do dość schematycznego ich odbioru. Odbiór ten można opisać prostym zdaniem: „Ciekawe, kto umrze, a kto przeżyje?” Za dzieło oryginalne uznaje się to, w którym nie przewidzieliśmy, kogo twórca ukatrupi, a kogo nie, a za nieoryginalne – czytaj: gorsze – uznajemy ten wytwór, w którym przewidzieliśmy, kogo zagarnie pod mroczny całun ponury żniwiarz.

Ponadto duża liczba odbiorców, zupełnie jak Amerykanie w wypowiedzi pani Holland, uznaje dzieło, w którym nikogo szlag nie trafia, za zupełnie nieambitne, zaś to, gdzie zetniemy jakąś główną postać – za ambitnawe, ambitnawe.

Mam wrażenie, że doszło tutaj do przemieszania wartości i to niezbyt fortunnego. Jak często bowiem widzimy wokół siebie zgony? Ile razy zdarzyło nam się widzieć, jak ktoś żegna się ze światem, ile razy ktoś umierał na naszych rękach? Jak mocno śmierć wpływa na nasze życie w sposób intensywny i bezpośredni? Zlitujmy się. Przez 7 lat byłem mocno związany z medycyną. Widziałem ludzi umierających, szykujących się do odlotu, widziałem zwłoki, odwoziłem je własnoręcznie do kostnicy szpitalnej, kroiłem ciała wyjęte z formaliny oraz ich odseparowane członki. I co? I nic. To byli obcy ludzie, ich odejścia były odległe, nie wywierały jakiegoś wielkiego wrażenia. Z bliskich osób nie umarł w mojej rodzinie nikt, w rodzinie żony także. Jacyś wujkowie, których widzieliśmy dawno temu, babcie, z którymi ledwie miałem kontakt… Nie zdarzyło mi się żegnać z osobą naprawdę bliską, chodź w grudniu stukną mi 43 lata. Dlaczego więc miałbym opisywać na kilkuset stronach książki, którą czytelnik pochłania w trzy wieczory, masakrę na wielką skalę tylko po to, by odbiorca uznał, że dzieło jest „ambitne”?

Mam wrażenie, że do takiego spostrzegania literatury tudzież kina przyczyniły się niestety znowu miernoty, czyli twórcy kina sensacyjno/horrorowego klasy B. Tam mamy do czynienia z grupą niedorozwiniętych młodocianych bohaterów, którzy zamiast trzymać się razem i bronić czym popadnie przed otaczającymi hordami zombich, rozłażą się, dzielą, wchodzą do piwnic i innych niebezpiecznych miejsc po to, by zaliczyć jakiś spektakularny koniec swojego żywota. Widz patrzący na ich zmagania istotnie zadaje sobie proste pytanie: kto przeżyje, a kto padnie? Obstawia przy tym tę, albo tamtą postać, tymczasem żywe trupy to tego nadzieją na pal, to tamtą poszatkują i tak, przy akompaniamencie chrupanego popcornu miło płynie czas.

Ale przecież to fikcja fikcji! Śmierć w filmie i literaturze jest jak czarny kolor na płótnie! Spytajcie dowolnego, ale dobrego malarza, co sądzi o zastosowaniu czerni. Prawie każdy odpowie, że koloru tego nie używa, bo jest „ślepy”, nie wnosi żadnego brzmienia do kompozycji. Dlatego malarz użyje ciemnych odcieni zieleni, granatu, nawet czerwieni, ale nie czerni. Bo czerń jest głucha. Podobnie śmierć. Jej zastosowanie powinno być bardzo wyważone. Jeśli autor opisuje grupę postaci, nie powinien po prostu którejś z nich wyłączać z gry, żeby podnieść temperaturę zdarzeń. Każdy z uczestników fabuły, miejmy nadzieję, myśli, a skoro tak, powinien raczej trzymać się życia. Naprawdę niełatwo jest się z nim rozstać, jeśli ktoś je ceni.

Poza tym, jeśli cenimy dzieło, gdy – nawet jeśli sf czy fantasy – zawiera dużą dozę prawdopodobieństwa, pamiętajmy także o śmierci. Śmierć w życiu jednostki jest mało prawdopodobna. Zdarza się, owszem, nieuchronnie, ale rzadko. Zatem dzieło ambitne / prawdopodobne / dojrzałe śmierci powinno zawierać stosunkowo mało, czyż nie? Śmierć jest rozwiązaniem prostym i moim zdaniem względnie banalnym.

No, chyba, że opisujemy wojnę. Ale o tym zjawisku kiedy indziej.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Krzyż pański z brzuchem

niedziela, 21 Sierpień 2011
Marzia Prince

Marzia Prince

Ci, którzy mnie znają – wiedzą, ci, którzy nie – dowiedzą się teraz, że jeśli chodzi o kobiece wdzięki, najbardziej jestem wrażliwy na brzuch. Zaczęło się to chyba w dzieciństwie, kiedy do mojej siostry, ćwiczącej, by ładnie wyglądać, odezwał się mój ojciec zachęcając, żeby zwróciła uwagę na tę część ciała. „Lubię ładne brzuchy”, powiedział.

Było to dla mnie swego rodzaju odkrycie. Brzuch? Ależ tak. Przecież to bardzo ładna część ciała. Od tej pory, gdy w czarno białej telewizji pojawiały się jakieś tancerki z tym właśnie odkrytym fragmentem figury, zwracałem na niego baczną uwagę, nawet rysowałem nieudolnie w brudnopisach na przerwach i lekcjach.

Zacząłem pilnie śledzić modę bikini, bo górna linia damskich fig niebagatelnie wpływa na rysunek brzucha. Za mojej młodości modne były figi płaskie, podkreślające szerokość bioder, ukazujące brzuch jako klepsydrę o dość szerokiej podstawie. Gdzieś w okolicach czasu studiów, rysunek ten zmienił się: pojawiły się majteczki wykrojone wysoko, zamieniające dolną część brzucha w okrągły klin, podkreślające krągłość linii bioder, talii i płaskie podbrzusze. Teraz moda znowu skłania się ku figom płaskim – ku mojemu niezadowoleniu – bo klin jest naturalnym i pięknym zwieńczeniem podbrzusza, co zauważono już wieki temu. Kobiety (wracamy do studiów) zaczęły bardziej dbać o ciało – pojawiły się w mediach figury umięśnione, wysportowane, które odkryły całkiem nową jakość brzucha – jego muskulaturę.

Wtedy, dzięki znajomości anatomii, doceniłem po raz pierwszy w pełni rysunek brzucha, na który składają się pionowa bruzda ciągnąca się od mostka do pępka (oddzielająca dwa mięśnie proste), dwie bruzdy boczne oddzielające mięśnie proste od mięśni skośnych, delikatne bruzdy podkreślające dół mięśni skośnych, oraz nieskończoną finezję rzeźby tej części ciała w zależności od tego, jaką pozycję przyjmuje jej właścicielka.

Miałem niebywałe szczęście w tej mierze, bo moja dziewczyna, a obecna żona, szczyciła się i szczyci nadal jednym z najpiękniejszych brzuchów jakie dane mi było podziwiać na żywo i na zdjęciach, mogłem więc poznać tajemnice tej części ciała dogłębnie, starannie, dokładnie i bez pośpiechu, studiując także strukturę pępka, który w idealnym wydaniu powinien być podłużny i odpowiednio zagłębiony.

W miarę upływu lat i konfrontacji moich upodobań z preferencjami innych mężczyzn stwierdziłem jednak, że jestem samotnikiem. Moich kolegów interesowały niezmiennie wypukłości – dolne, górne, twarze, nogi, ale nigdy brzuchy. Gdy rozpoczęła się era Internetu i mogłem popatrzeć na fragmenty filmów pornograficznych, niestety kręconych przez ludzi pozbawionych erotycznej wrażliwości, uznałem, że tam także nie znajdę braci w guście: pokazywali albo zbliżenia na okolice wstydliwe, albo wypukłości jedne bądź drugie oraz pełne sztucznej ekstazy twarze.

Gdy zacząłem szukać gdzie indziej – np. w relacjach z wyborów „miss bikini”, zobaczyłem, że jest (z reguły) podobnie – miłośnicy kobiecych wdzięków nagrywający uczestniczki konkursów amatorskimi kamerami długo filmują ich pupy, potem błyskawicznie przeskakują na piersi i buźki. Brzuch dla nich nie istnieje. Filmują go przypadkiem, mimochodem, nie specjalnie.

Wpiszcie w przeglądarkę internetową słowa brzuch, belly, stomach, tummy, a owszem, zobaczycie trochę normalnych brzuchów męskich i kobiecych, w sumie nic ciekawego, ale przede wszystkim brzuchy ciężarnych kobiet. Na ironię zakrawa fakt, że ludzie o wiele większą estymą darzą wypukłe banie pań w ciąży niż płaskie powłoki nieródek / zadbanych ródek.

Tak więc jestem sam jeśli chodzi o moje preferencje i fascynacje. Nie ma strony „nice belly”, nie ma fanklubów „sexy tummy”. Modelki, które dbają o tę część ciała nie dominują na rynku zdjęć prezentujących kobiecą urodę, arcyzgrabne miss’ki konkursów „bikini open” nie stały się światowej sławy gwiazdami (a powinny). Brzuch jest pomijany.

Dlaczego? Czy dlatego, że jest zbyt finezyjny, by docenił go standardowy odbiorca? Cycki – wiadomo – mają być okrągłe i duże. Pupa – też wiadomo, gdzie jest, i że lepsza wypukła niż wklęsła. Nogi – no ba – długie. Te wszystkie kryteria łatwo do głowy załadować i wtedy samiec wie, co ładne, co nie. Przy tych częściach brzuch skazany jest na przegraną. Jedyne, co facet czasami o nim „wie”, to że powinien być raczej płaski, ale z tą płaskością też bywają wielkie nieporozumienia (widziałem i słyszałem niejedno zapewnienie o „brzuszku płaściutkim”, gdy w mojej ocenie był to wydęty kadłubek).

O talii lepiej nie wspominać. Jestem miłośnikiem wąskich talii i tutaj już w ogóle panuje pustynia. Nawet graficy, którzy powinni być wyczuleni na cudowne proporcje charakteryzujące kobiety o smukłych kibiciach, wskutek mody, która promuje od kilku lat tzw. „biodrówki”, które spowodowały poszerzenie cieśni brzucha (paski pomagają utrzymać węższą talię), stronią od malowania „os”, bo mają wrażenie, że taki wąski tułów się… „złamie”. Słowo honoru.

Cóż mi pozostaje? Oczywiście moja żona :) , a na okrasę, od czasu do czasu, by nasycić instynkt kolekcjonerski, chociażby taka modelka jak Marzia Prince, która posiada, podobnie jak Ania, coś w rodzaju brzucha idealnego. Zamieściłbym w tym miejscu fotkę mojej partnerki, ale ona oczywiście się na to nie zgodzi, dlatego, zamiast jej – Marzia.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Konsekwencje

sobota, 20 Sierpień 2011

Moja matka, Maria, twierdzi, że zanim poznała swojego przyszłego męża, kręcił się przy niej niejaki Staś. Podobno bardzo, bardzo miły mężczyzna. Niestety, potem, jak mówi, „przyplątał się” Witek, mój ojciec, a jego tendencję do przesady i popisywania się (którą częściowo po nim odziedziczyłem) wzięła za dobroć (np.  masowanie jej łydek w kolejce, w sklepie spożywczym, żeby rzekomo ulżyć znużonym mięśniom). Tak więc wyszła za Witolda, a nie za Stasia i to był z pewnego punktu widzenia błąd. Znaczy, jeśli chodzi o ten moment historii, nie powinienem narzekać, bo gdyby nie ten związek, nie urodziłaby się ani moja siostra Natalia, ani ja – osiem lat po niej.

Marny charakter mojego rodzica dość szybko zaczął dawać o sobie znać. Był inżynierem konstruktorem (broni), lecz tracił pracę regularnie – z powodów personalnych. Nie umiał się dogadywać z ludźmi. Matka, jak opowiada, często interweniowała próbując pracę dla niego odzyskać (w przeciwieństwie do niego umiała rozmawiać z ludźmi, co mam nadzieję, odziedziczyłem właśnie po niej), rozmawiała więc z dyrektorami i sekretarzami partii (oni potrafili czasami pomóc), z różnymi efektami, im później, tym gorszymi.

Ojciec mój w trakcie lat, które nastąpiły potem, zniszczył niemal wszystkie przyjaźnie i znajomości moich rodziców. Skłócił się z ludźmi sympatycznymi, inteligentnymi, których jako chłopiec uwielbiałem oglądać w naszym domu, bo byli zabawni i naprawdę – jak mi się wówczas wydawało – wartościowi. Nikt jednak nie mógł wytrzymać zadziwiającej zdolności Witka do tworzenia atmosfery kłótni nawet wtedy, gdy nikt inny oprócz niego nie podnosił głosu. Tak więc zostali praktycznie sami, a nerwy mojej mamy, moje i mojej siostry były targane raz za razem szkwałami dziwnych pomysłów i zachcianek twórcy moich dni. Niestety, moja mama, chyba genetycznie zaprogramowana na to, by utrzymywać miłą atmosferę (też mam te geny), usiłowała pogodzić nas wszystkich, kosztem siebie i dzieci, bo Witek nie był elastyczny i dopasować się do normalności nie mógł. To my musieliśmy się dopasować do nienormalności i dlatego żyłem przez wiele lat w absolutnie nienormalnym domu, który być może kiedyś opiszę w jakiejś surrealistycznej książce.

Moja matka, oprócz tego, że wyszła za mojego ojca, a potem w odpowiednim wieku się nie rozwiodła, popełniła jeszcze jeden poważny błąd: we wczesnym wieku zaczęła palić papierosy. Najpierw mocne Sporty bez filtra, potem Klubowe, a później inne marki, których nazw nie pamiętam. Pamiętam, że często, gdy wracałem ze szkoły, w mieszaniu było siwo od dymu (przez jakiś czas mój ojciec palił też fajkę). Być może z tamtych dni wzięło się moje charakterystyczne chrząkanie oczyszczające tchawicę (dym papierosowy niszczy rzęski nabłonkowe wyściełające oskrzela). Chociaż była kobietą teoretycznie chronioną przez hormony, codzienny stres związany z przebywaniem z moim tatusiem, a potem przekwitanie, zaowocowały oczywistym – dostała zawału serca. Był to trudny okres dla Witka, bo to on zawsze trzymał palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o bycie chorym. Był rencistą od wielu lat, przebył niewielkie, jak twierdzi dwa, zawały serca, miał niezbyt sprawne zastawki, no chory był na sto dwa i piszę to w zasadzie bez złośliwości. Zawał matki pokrzyżował mu szyki. Gdy staliśmy przy łóżku Marii w szpitalu, a on wciąż się skarżył, zapytałem: „To kto w końcu jest chory? Matka czy ty?”. „Ja”, odpowiedział, co w tamtych okolicznościach brzmiało naprawdę kuriozalnie. W końcu Maria doszła do siebie, chociaż zawał był rozległy, lewokomorowy, nie w kij dmuchał. Rzuciła papierosy, ale obcowanie z Witkiem w końcu spowodowało, że od czasu do czasu, dla zabicia stresu, popalała.

Wkrótce przyszła konsekwencja palenia i zawału: udar zakrzepowy mózgu. Maleńka skrzeplinka prawdopodobnie oderwała się od dużej, która z reguły wyścieła bliznę pozawałową i zaczopowała jakieś naczynko w mózgu. Był to epizod niewielki i po kilku dniach matka opuściła szpital bez jakichkolwiek objawów.

W międzyczasie ojciec przeszedł operację przeszczepu zastawki i wstawienia rozrusznika serca. Wskutek błędów lekarskich (najprawdopodobniej) zaczął mieć zawroty głowy (uszkodzenie błędnika), bardzo schudł (to akurat na zdrowie powinno mu było wyjść, bo miał nadwagę) i zaczął być nieprawdopodobnie agresywny winiąc cały świat za swoją niedolę, a zwłaszcza moją siostrę i mnie. Zawsze uważał, że naszym podstawowym zadaniem powinno być interesowanie się jego zdrowiem i nieustanne nad nim czuwanie. Zapominał niestety, że od lat już był czarną owcą w naszej rodzinie, czy raczej czarnym baranem, z którym nikt nie chce mieć do czynienia, który rani, wywołuje konflikty i generuje nie lada kłopoty. Przez długi czas byłem jedynym człowiekiem, który się z nim jako tako dogadywał – płacąc za to psychologiczną, emocjonalna cenę – ale i to czasami zawodziło. Dlatego „interesowaliśmy się” nim tak mało, jak to było tylko możliwe, niestety odczuwając w związku z tym silne poczucie winy, w którego wzbudzaniu ojciec był i jest mistrzem.

Matka mówiła, że rok, który nastąpił po jego operacji był dla niej „Oświęcimiem”. Ojciec grał rolę ciężko chorego tak dobitnie, że musiała biegać dookoła niego rano, wieczorem i w nocy, nadwerężając swoje sterane serce.

Właśnie po roku tego maratonu przyszedł drugi udar mózgu. Niestety, dużo, dużo większy. Zniszczył znaczne części prawej półkuli mózgowej, co zaskutkowało paraliżem lewej połowy ciała. Lekarze twierdzili, że matka nie będzie chodzić. Wtedy ojciec cudem odzyskał wigor i zaczął jeździć regularnie samochodem, szaleć w związku rehabilitacją mamy, którą zajął się z energią godną nastolatka. Obiecał sobie, że doprowadzi do tego, że Maria będzie chodzić. Wszyscy dziwili się przemianie Witka: z człowieka obłożnie chorego przeobraził się w mężczyznę praktycznie w pełni sił. Wtedy wyszła na jaw prawdziwa natura jego wcześniejszego „chorowania” tudzież „koszmarnych” zawrotów głowy: człowiek z silnymi zawrotami nie może prowadzić samochodu, bo zaraz wyląduje w rowie. Nie przeczę, mógł mieć niewielkie dolegliwości, ale na pewno nie takie, od których demonstracyjnie się co chwila (tylko w naszej obecności) niemal przewracał.

Wysiłek ojca i rehabilitantów przyniósł sukces. Maria chodzi. Może nie tyle chodzi, co się przemieszcza. Mało pewnie, ale na swoich osobistych dwóch nogach. Lewa ręka wciąż niedomaga, a psychika jest lekko zmieniona.

To stan na dzisiaj.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Jest to najlepiej mi znana historia dwojga ludzi, która pokazuje, z żelazną konsekwencją, jakie skutki przynoszą nasze decyzje. Zły wybór małżonka / żony skutkuje utratą zdrowia i nerwów. Palenie papierosów powoduje zawał, a potem – dlaczego nie – udar i paraliż. Tolerowanie nienormalności, godzenie się na nią, a nawet naginanie się do niej członków rodziny skutkuje zniszczeniem emocjonalnych więzi.

Wnioski są proste i banalne:

  1. Uważnie dobieraj partnera / partnerkę, a jeśli już dobrałeś / dobrałaś i widzisz, że źle się z nim / nią czujesz i nic tego nie może poprawić – rozważ rozwód. To Twoje życie i Twój los. Nie urodziłeś / łaś się po to, by poświęcać całego czasu swojego życia dla drugiej, być może niewartej tego osoby.
  2. Nikotyna jest naprawdę szkodliwa. Twoje zdrowie to nie tylko „Twoja sprawa”. Gdy ktoś w rodzinie dostaje zawału / ma raka, cierpią wszyscy członkowie rodziny. Choroba jest nie tylko bardzo smutnym wydarzeniem, jest także niebagatelnym – przepraszam, że to powiem – kłopotem. Zatem dbaj o swoje zdrowie w dobrze pojętym poczuciu odpowiedzialności za siebie i innych.
  3. Dbaj o higienę psychiczną związku partnerskiego. Obstawaj przy swoim, jeśli czujesz, że to bardzo ważne, nie naginaj się do czegoś, co w Twoim odczuciu jest nienormalne. Dużo rozmawiaj z partnerem / partnerką, spotykaj się z się z innymi ludźmi, rozmawiaj na tematy osobiste. To pomoże Ci utrzymać sensowny kurs.

Jeśli ktoś lekceważy te proste zasady, jego życie może się potoczyć na tyle dziwnie, że stanie się świetnym materiałem na bardzo interesującą książkę, w środku której jednak nikt nie chciałby się znaleźć.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O zwycięstwach i przegranych

piątek, 19 Sierpień 2011

Oglądałem ostatnio kilka dziwnych programów w telewizji: mam talent, you can dance, jeszcze coś o śpiewaniu. Wszystko to były konkursy, w których startowali utalentowani ludzie: jedni tańczyli, inni śpiewali i tańczyli, byli też tacy, co tylko śpiewali. We wszystkich obowiązywały dziwne reguły przechodzenia uczestników do następnych etapów, mianowicie o zwycięstwie decydowało nie tylko jury, ale telewidzowie, dzięki czemu telewizja TVN mogła poważnie zarabiać na SMS’ach, a tryb ten powodował, że osoby tworzące komisję oceniającą od czasu do czasu wypowiadały kontrowersyjne teksty, by podgrzewać atmosferę, wzburzać widzów i prowokować, by chwytali za słuchawki.

Gdy oglądałem te programy, zwłaszcza ich finały, przypominał mi się stary film, którego tytułu nie pamiętam, w którym pan domu bardzo chciał wygrać osiedlowy konkurs na najpiękniej udekorowany balkon. Dziwiło mnie, dlaczego zależy mu na wygranej. Czy sam nie umie ocenić, że ma piękne kwiaty? Czy jego balkon będzie piękniejszy niż jest w rzeczywistości, gdy okaże się, że przebija urodą inne? Czy sędziowie tworzący komisję są mistrzami estetyki i rzeczywiście docenią właściwie kwiecie i girlandy? A może w jury siedzi krawcowa, szewc i kontroler lotów, którzy, mimo wykonywania tak pięknych i pożytecznych zawodów jednakowoż na sztuce tudzież florystyce się nie znają? Dlaczego bohaterowi filmu tak bardzo zależało na zwycięstwie? Jawił mi się jako człowiek słaby i uzależniony, znerwicowany i niedojrzały, bo chciał, by ktoś z zewnątrz, wcale nie mądrzejszy od niego, powiedział mu, że jego balkon jest lepszy. On sam ocenić jego piękna nie umiał.

Do finałów you can dance, mam talent i tego programu ze śpiewakami, przeszli naprawdę bardzo zdolni ludzie. W przypadku programu tanecznego nie przeszedł z powodu osłabienia organizmu niejaki Michał Maciejewski, moim zdaniem najlepszy ze wszystkich, nie dlatego że mieszka w tej samej wsi, co ja, ale dlatego, że najbardziej mi się podobał jego styl, ruchy, charyzma, osobowość. Gdy uczestnicy znaleźli się w grupie najlepszych, dziwiło mnie znowu to samo: dlaczego zależy im na wygranej, na pozornym laurze w sumie zależnym od przypadku, nie, przepraszam, gorzej – od widzimisię telewidzów? Miałem bardzo silne wrażenie, że oni już wygrali, udowodnili swoją sprawność, swoje uzdolnienia. Szczyt nic już nie znaczył, bo był kaprysem losu, wcale nie oznaczał, że zwycięzca jest lepszy od pozostałych finalistów, w przypadku Michała tym bardziej.

Dotarło do mnie, że magia zwyciężania jest bardzo silna i że jest to czarna magia. Ludzie nie powinni chcieć wygrywać w takich okolicznościach. Powinni wiedzieć, że osiągnęli już wszystko – bo pokazali, na co ich stać. Wystarczy. Nie powinni się cieszyć, że głos demokracji plus palec boży marketingowców TVN (jak sądzę) wskazał właśnie na nich. A ci, którzy „przegrali” nie powinni pochylać głów, bo nic nie przegrali! Wygrali tak, jak „zwycięzcy”! Mam wrażenie, że wstąpienie na najwyższe wyniesienie podium może dać więcej strat niż korzyści. Każdy wygrany cieszy się tak samo: skacze i szczerzy zęby. To „przegrani” muszą skonfrontować się z losem i przekroczyć przeszkodę, przez co rosną i rozwijają się. Muszą zrozumieć, że ich talentu i umiejętności nic im nie zabierze, a „wygrana” w żaden sposób ich nie powiększy.

Tak więc, kochani osobnicy startujący w różnych programach: pamiętajcie, że zwycięstwo w nich jest iluzoryczne i w żaden sposób nie powiększy waszych zdolności. Finał jest wiktorią. I to wcale nie nad innymi. Jest po prostu dowodem na to, że macie talent.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Saint-Exupéry. Ostatnia tajemnica

czwartek, 18 Sierpień 2011
Saint-Exupéry. Ostatnia tajemnica

Saint-Exupéry. Ostatnia tajemnica

Książka „Saint-Exupéry. Ostatnia tajemnica” autorstwa Jacquesa Pradela i Luca Vanrella to jedyna w swoim rodzaju relacja z kilkuletnich poszukiwań prowadzonych przez grupę zapaleńców wraku Lightninga P-38, na którym 31 lipca 1944 roku wystartował z lotniska na Korsyce celem odbycia zwiadowczej misji światowej sławy pisarz Anotine de Saint- Exupéry i z której to misji nie wrócił.

Rzecz podzielona jest na dwie główne części – dość obszerny życiorys pisarza okraszony licznymi ciekawostkami i cytatami, oraz dziennikarską relację obejmującą wielowątkowe zmagania ludzi, których połączyła jedna pasja.

To zdumiewające, ile treści może pomieścić niewyglądająca na nadmiernie obszerną pozycja (245 stron). Mamy tu opowieść o wypadkach “Saint-Exa”, które dały w rezultacie liczne dolegliwości pod koniec życia (nudności, bóle wątroby, boleści przy schylaniu się), przykłady jego niecodziennych zachowań (budzenie się w nocy celem odbycia spaceru z półprzytomnym przyjacielem, ewentualnie rozegrania z nim partii szachów czy zjedzenia jajecznicy przygotowanej przez żonę Consuelo), problemy „Tonia” z otrzymaniem pozwolenia na odbywanie lotów bojowych (przeszkodą był jego wiek, stan zdrowia, czasami nawet nadmiernie wysoki wzrost), jego niechęć do mówienia przez radio po angielsku i korzystania ze słuchawek, animozje między Francuzami, którzy w czasie drugiej wojny światowej dzielili się i kłócili, opis zdumiewającego incydentu, podczas którego Francuzi walczyli z Anglikami i Amerykanami, w wyniku których to walk zginęło ponad tysiąc osób, w końcu poruszający portret człowieka ogarniętego pragnieniem śmierci, przeczuwającego, że zginie podczas wojny, przygniecionego zanikiem wartości, gotującego się do ostatniego lotu (zostawił na biurku dwa listy, a przyjacielowi kuferek ze swoistym testamentem), jakby przeczuwającego swój los.

Część opisująca poczynania poszukiwaczy nie jest tylko relacją z rejsów, nurkowań, czy wizyt u byłych pilotów. To spisane z dziennikarską rzetelnością (Jacques Pradel) losy rybaka, Jean-Claude’a Bianco, który w 1998, podczas połowu ryb na pokładzie trawlera L’Horizon, w pobliżu wyspy Riou wyciąga z dna morskiego srebrną bransoletkę identyfikacyjną pisarza, a potem jest dość specyficznie potraktowany przez spadkobierców autora „Małego Księcia”, wskutek czego procesuje się i broni swojej godności, którą ci próbują mu odebrać (spadkobiercy Antoina ukazani są w mało pozytywnym świetle). To historia archeologa i nurka, Luca Vanrella (który jest drugim autorem książki), historyka Philippe’a Castellano, założyciela stowarzyszenia Aero-Re.L.I.C., Lino von Gartzena, eksperta od patentów technicznych i wielu innych osób, które aktywnie i z wielkim poświęceniem pomagały odsłonić tajemnicę.

Jacques Pradel nie przemilcza sytuacji przykrych, na przykład zablokowania poszukiwań przez spadkobierców pisarza, ich niemiłych komentarzy w prasie oraz więcej niż chłodnych z nimi rozmów, opisuje kłopoty prawne i administracyjne, a w końcu, zamiast tryumfu poszukiwaczy ich rozgoryczenie, gdy nie zostają zaproszeni na uroczystość wieńczącą ich wieloletni trud i cały splendor spływa na spadkobierców, którzy nie dość, że nic nie zrobili, to raczej w operacjach przeszkadzali.

Przez kilka lat poszukiwań (1998 – 2003) przewinęło się wiele wątków pobocznych, jak historia wdowy po amerykańskim pilocie, podporuczniku Jamesie Riley’u, która niemal do końca życia nie wiedziała, gdzie rozbiła się maszyna jej męża, czy losy Alexisa von Bentheima, którego Messerschmitt Bf 109 F-2 rozbił się dokładnie w tym samym miejscu, co maszyna Anotine’a.

Autorzy książki opisują zegarmistrzowską dokładność, z jaką badali każdy wydobyty z dna element, perypetie związane z odróżnianiem licznych wersji samolotów, konsultacje z pilotami i technikami, dziwaczne odkrycia i ich rozwiązania, a w końcu niezbite dowody na to, że znaleziona przez nich maszyna jest bez wątpienia samolotem, na którym francuski pisarz odbył swój ostatni lot.

Jacques Pradel i Luc Vanrell odkrywają w końcu niemal wszystkie tajemnice łącznie z odpowiedzią na pytanie kto i jak zestrzelił Antoine’a. Jest to smutna historia pilota, który kochał książki Exupéry’ego, jak większość lotników tamtych czasów, i gdy dowiedział się, że to on go zestrzelił, chował tę tajemnicę przez całe życie, by ujawnić ją dopiero wtedy, gdy został przez Lino von Gratza odnaleziony.

Książka, niestety, nie pozbawiona jest wad. Pierwszą jest, paradoksalnie, narodowość autorów. Są to Francuzi, dla których niuanse dość zawikłanej sytuacji politycznej Francji czasu drugiej wojny światowej są oczywiste. Polski odbiorca może się pogubić w zależnościach i nazwiskach. Dodatkowych wyjaśnień nie ma (musiałyby być naniesione przez polskiego wydawcę), więc albo zaakceptuje swoje zagubienie, albo odniesie się do innych źródeł.

Styl Jacquesa Pradela także nie należy do najłatwiejszych (nie doszukuję się tu winy tłumaczki, bo Luc i autor posłowia, Xavier Delestre, piszą w sposób bardziej komunikatywny): jest zdawkowy, charakteryzuje się licznymi przeskokami w czasie i przestrzeni, czasami czytelnik się gubi i nie wie, co było najpierw, co potem. Kolejną wadą książki jest nieprawdopodobna liczba nazwisk, nazw firm i instytucji, które związane były z akcją poszukiwawczą. Nie sądzę jednak, by dało się w jakikolwiek sposób przekaz uprościć nie krzywdząc ludzi, których wysiłek przyczynił się do sukcesu poszukiwaczy. Słowo uznania należy się autorom, którzy przewidując konfuzję czytelnika, wspierają go załączając aneksy, które porządkują zdarzenia i przypominają, kto jest kim. W książce jest także sekcja z dwudziestoma dwoma zdjęciami, które pomagają zwizualizować pewne treści. Osobiście chętnie powitałbym także kilka mapek, które pomogłyby lepiej zorientować się w topografii wydarzeń. Jeden obraz wart jest tysiąca słów.

Mimo tych usterek, śmiało mogę polecić tę książkę nie tylko miłośnikom awiacji, nurkowania, czy dzieł „Tonia”. To poruszająca, prawdziwa historia pełna trudnej prawdy o człowieku: jego pasjach, cnotach i wadach.

Dziękuję wydawnictwu Znak za przesłanie mi egzemplarza do recenzji.

„Saint- Exupéry. Ostatnia tajemnica”, Jacques Pradel, Luc Vanrell, tłum. Marta Szafrańska-Brandt, wyd. Znak, 2011.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

SKS

środa, 17 Sierpień 2011

W Chorwacji poznałem pewnego sympatycznego człowieka o imieniu Józef. Był starszy ode mnie o ponad dekadę i zdradził znaczenie akronimu SKS, który dotąd oznaczał dla mnie tylko nazwę „Szkolny Klub Sportowy”. Otóż SKS oznacza także coś innego. To „Starość, K***wa, Starość”.

Mam wrażenie, że trochę się zestarzałem. Jakie rejestruję u siebie objawy?

Objaw nr 1: Zmęczenie.

Chyba coraz częściej i głębiej bywam zmęczony. Kiedyś nawet umordowanie się wielokilometrowym biegiem nie powodowało przemęczenia. Teraz niedospana noc, zbyt intensywnie rozegrany mecz w siatkówkę, stres, to wszystko powoduje, że zaczynam rozpatrywać całą rzeczywistość z punktu widzenia trudu: patrzę na wystawę sklepową i zastanawiam się, ile musieli pracować ludzie, którzy ją tworzyli, mam iść do sklepu i krzywię twarz na myśl o wysiłku, który mnie czeka.

Objaw nr 2: Otumanienie

Często łapię się na tym, że spostrzegam świat jak zza grubej zasłony, jakbym był odrętwiały. Stan ten kojarzy mi się z upojeniem alkoholowym: udaję prawidłowe reakcje, ale naprawdę niewiele czuję i niewiele widzę. Trochę jak we mgle.

Objaw nr 3: Brak ekscytacji

Kilka / naście lat temu ekscytację odczuwałem nader często: piękny widok, dobry utwór muzyczny, ładne ciało, wszystkie wywoływały we mnie radosne uniesienie, generowały multum skojarzeń, marzeń na jawie, wyobrażeń, w głowie same powstawały historie. Teraz ekscytuje mnie naprawdę mało co. Czasami zdarza się, że poczuję coś na kształt podniecenia podczas oglądania filmu, podczas rozmowy, ale nie są to tak świeże i silne emocje jak kiedyś.

Objaw nr 4: Udawanie

Mam wrażenie, że ludzie starzy udają trochę normalnych obywateli, tak jak osoby pijane udają trzeźwe, a zombie żywych. Uśmiechają się, chociaż nie czują radości, symulują zainteresowanie, chociaż niewiele rozumieją z tego, co słyszą. Czasami czuję się jak taki zombie. Udaję normalnego człowieka, ale nim nie jestem. Gram rolę.

Objaw nr 5: Zapominanie

Pamięć ludzka psuje się z wiekiem. Kiedyś szczyciłem się tym, że pamiętałem, co gdzie położyłem i dlaczego. Cechowało mnie duże skupienie na czynnościach, tzw. przytomność. Dzisiaj coraz częściej konstatuję, że nie pamiętam, gdzie położyłem aktywną troskę (tak nazywa się szminka, której używam, żeby mi usta nie pierzchły), krem nivea, z którym się nie rozstaję (suche ręce), książkę, klucze. Drobne dystraktory w postaci szczebiotu córki, pytań żony, powodują, że rozpraszam się na tyle, że nic już nie wiem.

Reasumując

Zestarzałem się, czy jestem chory? Raczej to pierwsze. Zapominam, udaję normalnego człowieka, jestem częściej zmęczony, otumaniony i mało co mnie ekscytuje. Dlaczego nikt nie uczy w szkole, jak wygląda starzenie się? To przecież podstawowa wiedza, tak jak nauka o tym, czym de facto jest macierzyństwo i ojcostwo (to wcale nie sama miłość, o nie) czy par excellence dorosłość.

Myślę, że z czasem przyzwyczaję się do nowego stanu i odnajdę w nim nową normę. Wtedy prawdopodobnie zapomnę, jak było kiedyś.

A może nie jest tak źle i to wszystko tylko wynik przepracowania?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Po Chorwacji

wtorek, 16 Sierpień 2011

Wróciłem z urlopu w Chorwacji. Mam kilka przemyśleń.

Przemyślenie nr 1

Zjadłem tam dwa kotlety wieprzowe, bez panierki, z kością, z grilla. Były tak nieziemsko dobre, że przypomniało mi się dzieciństwo. Nie, nie przypadły mi do gustu, bo było miłe towarzystwo, bo byłem na haju czy po piwie. Smakowały, że się tak wyrażę, normalną świnią i świnia ta była znakomita. Przypomniało mi się, jakimi walorami powinno cechować się jedzenie i zrozumiałem, że takich smaków w Unii Europejskiej zdominowanej przez wielkie koncerny nie uświadczysz. Wniosek pierwszy – Chorwaci, nie wstępujcie do Unii. Wniosek drugi – jemy produkty mięsopodobne: wyglądają jak mięso, ale inaczej smakują i inaczej pachną. Wniosek trzeci – zacznijmy hodować własną trzodę, bydło i drób.

Przemyślenie nr 2

Podczas pobytu w kraju zalanym słońcem, o wodzie tak przeziernej, że widać dno nawet przy głębokości 7 metrów, gdzie szumią palmy i cyprysy, a kamienie gruchają pod odzianymi w gumowe obuwie stopami plażowiczów, prawie nic nie czułem. Na siłę próbowałem zachwycać się morzem, widokami, zachodami słońca, pływaniem i swobodą. Racjonalnie mówiłem, że jest ładnie i że jest fajnie, lecz w tym samym czasie zadawałem sobie pytanie: dlaczego nic nie czuję? Dlaczego już mnie to nie bierze? Okazało się, że moja małżonka ma podobne dylematy (zgadaliśmy się po powrocie, bo na miejscu nie chcieliśmy sobie nawzajem psuć humoru). Doszedłem do wniosku, że to chyba efekt przewartościowania zwanego kryzysem. Nie można oczekiwać, że świat będzie dostarczał coraz nowszych i intensywniejszych wrażeń. Woda nie może mieć piękniejszego koloru, a niebo czystszego odcienia cyjanu. Oglądaliśmy z daleka jacht tak luksusowy, że posiadał na swoim pokładzie niewielką łódź motorową, mieścił z pewnością kilka osób załogi, był pływającym hotelem. Przez kilka chwil zachwycaliśmy się potężną jednostką. Podglądaliśmy rejsowiczów rozpostartych na luksusowych karmazynowych kanapach. A potem przyszła refleksja: czy byłbym szczęśliwy posiadając taką łódź? Ludzie bogaci otaczają się nieprawdopodobną ilością cudownych dóbr: mają samochody, samoloty, jachty, drogie ubrania i wspaniałe domy. Ale czy jesteś biedakiem czy człekiem zamożnym, wciąż masz tylko jedną parę pośladków i jedne plecy, więc bogacz i biedak mogą zrobić z nimi tylko jedną rzecz: usiąść, rozwalić się na siedzisku. Co z tego, że bogate jest obszyte skórą, a biedne zrobione z parcianki? Nie można mieć czterech pup i czterech pleców i usiąść na czterech kanapach. To wciąż jest tylko jedno, małe ciało, którego nie da się rozmnożyć, powiększyć tak, by odpowiadało zamożności. Dwoje oczu i dwoje uszu także są w stanie przyjąć tylko ograniczoną ilość wrażeń, a czy będziemy pić piwo w podrzędnej knajpie czy sączyć margaritę na pokładzie luksusowego jachtu, i jedno i drugie wprowadzi nas w stan szamański z podobną skutecznością. Nie da się żyć szybciej, więcej, mocniej, bo mamy tylko jedno ciało. Możemy siadać, leżeć, trzymać kierownicę, wolant i być tylko w jednym miejscu. Szukanie większej ilości wrażeń, pędzenie coraz szybciej, spożywanie coraz bardziej wykwintnych potraw i te pe wciąż ogranicza nasza zdolność przeżywania i odbierania bodźców. Doszedłem ostatecznie do wniosku, że wcale nie wykluczone, że na jachcie takim dostałbym depresji. Pojąłem też, dlaczego sławni ludzie wpadają w alkoholizm, narkomanię i inne kłopoty. Nie radzą sobie z pozorną wielkością. Chcą więcej, a więcej już się nie da. Gdzie zatem szukać nowych doznań? W rozmowie. Przemyśleniu. Kulturze. Pogłębieniu.

Przemyślenie nr 3

Wracając samochodem do Polski przejechałem w ciągu 10 godzin około 1 200 kilometrów autostrad w Chorwacji, na Węgrzech i na Słowacji. W tym czasie widzieliśmy dwa razy samochody policyjne, ale drogowcy nie stali na zewnątrz i nie trzymali suszarek. Coś tam sobie robili. Podczas nadzwyczaj mozolnej jazdy przez nasz piękny kraj, gdy 350 km pokonywałem przez ponad 6 godzin, bo akurat ktoś postanowił zamienić katowiczankę w slalom, widzieliśmy co najmniej cztery patrole, z czego trzy maltretowały zatrzymanych kierowców, minęliśmy też niezliczoną ilość kamer mierzących prędkość. Polska jawiła się jak niebezpieczny labirynt z niezliczonymi pułapkami, które czyhają na nieostrożnych podróżnych. Koszmar. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Dotarło do mnie, po co postawiono te kamery i dlaczego jest tak dużo policjantów na drogach. Nie z powodu troski o nasze bezpieczeństwo, ale z chęci wyjęcia nam z kieszeni kolejnych pieniędzy, które mają zapełnić budżet, który dziurawy jest dlatego, bo szanowni politycy zadłużyli państwo w bankach, i których to długów już nigdy nie spłacą. Policjanci nie są stróżami sprawiedliwości, o nie, sprawiedliwość poszła sobie na długie wakacje i nie wiadomo kiedy wróci. Kim są panowie w niebieskich mundurach i wesołych czapeczkach? POBORCAMI PODATKOWYMI. Dlatego już nie da się z nimi pogadać, nie da się ich udobruchać, nie da się ich zjednać. To urzędnicy chciwego państwa, którzy z lada powodu zabiorą nasze z trudem wypracowane zasoby. Nasz kraj kiepsko wypada pod tym względem w porównaniu ze Słowacją, Węgrami czy Chorwacją. Tam możesz jechać i się relaksować. U nas jest to niemożliwe. Bo przy drogach stoją, zupełnie jak w zamierzchłych czasach – zbójcy.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Anarchizmu lekcja trzecia

wtorek, 2 Sierpień 2011

Prewencja i karanie

Lata dziewięćdziesiąte. Kręcimy się z Anią, moją żoną, po Urzędzie Skarbowym. Chcemy się dowiedzieć, jaki podatek chętnie i chyżo będę odprowadzał po zarobieniu choćby złotówki przez moją jednoosobową firmę szkoleniową w przepastną gardziel naszego ukochanego państwa. W jednym pokoju mówią nam „ryczałt”, w innym – VAT, w trzecim – liniowy, w czwartym – progresywny, w piątym – regresywny, w szóstym – normalny, a w siódmym twierdzą, że pop…lony. Skołowani nie wiemy już, co robić, bo co pokój i mędrczyni, to inny werdykt. Co jest? – myślimy na głos – czy urzędniczki ze Świętego Urzędu nie biorą na siebie żadnej odpowiedzialności? Ano nie – odpowiadają złośliwe duszki biurokracji krążące wokół naszych głów – nie biorą, mogą pleść co im ślina na język przyniesie, dlatego jeśli mówi coś urzędnik, trzeba brać to na piśmie… duszki znikają, a my wciąż stoimy i kiwamy się niczym lunatycy. W końcu ktoś nam radzi, żebyśmy poszli do pokoju kontrolerów. Może oni wiedzą.

Wchodzimy do sali gladiatorów, które okazują się gladiatorkami. Wyłuszczamy problem, prosimy o pomoc.

- Ale proszę państwa, kontrolerzy nie mają obowiązku udzielania informacji! Poza tym nie wiemy. – słyszymy lekko oburzony ton pani kaciny (żeńskiej odpowiedniczki kata).

Stojący za nią wielki i mroczny Grim Reaper powoli kiwa głową.

Wtedy trafia mnie szlag, a za moimi plecami pojawia się wielki Ran, a za nim anielica i demon, więc wzmocniony świętą trójcą uzyskuję względną przewagę nad kostuchą, która się kurczy i jakby ustępuje pola.

- Aha – charczę przez zaciśnięte gardło – to teraz panie nie wiedzą, ale jak przyjdziecie do nas na kontrolę, już będziecie wiedzieć i nie będziecie miały wątpliwości, tak?!

Wtedy wystające spod kiecek gladiatorek rury wyraźnie miękną, kobiety patrzą na nas potulniej i w końcu wyznają:

- Liniowy.

Przygód w Urzędzie Skarbowym przeżyłem jeszcze sporo, a schodziłem w lochy coraz mroczniejsze i bardziej przerażające. Jednak ta pierwsza, dziewicze wejście do jaskini bestii, nauczyła mnie pierwszej (dla Was trzeciej) lekcji anarchii:

Urzędy i urzędnicy nie są po to, by stosować prewencję, by chronić obywatela przed popełnieniem błędu. One / oni są po to, by obywatela przyłapać i ukarać, jak już ten błąd (dzięki bogom biurokracji!) popełni. Co możemy w związku z tym zrobić? Niewiele. Prosić, by każde istotne dla nas oświadczenie urzędnik drukował i podpisywał…

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)