Archiwum z Maj 2011

Demotywatory

środa, 25 Maj 2011

Podręczniki psychologii mówią, że podstawową cegiełką, która motywuje zarówno dorosłego człowieka jak i dziecko do wysiłków, jest pochwała i docenienie dotychczasowej pracy. Jeśli brak tych czynników, homo mały i duży stwierdza wcześniej czy później, że nie ma sensu się wysilać, bo i tak nikt tego nie doceni. Przestaje się starać, zaczyna kombinować, oszukiwać, wcale nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że został zdemoralizowany, albo łagodniej – zdemotywowany.

Wydawałoby się, że nie ma nic łatwiejszego niż pochwalić, to zajmuje tylko chwilę, wydaje się, że nie ma nic prostszego niż docenić – wystarczy głośno powiedzieć, w obecności reszty zespołu / klasy: „pracownik / uczeń X dokonał rzeczy niezwykłej: zrobił a, b oraz c”. Finto, pochwale stało się zadość, docenienie zostało odnotowane, buzia pochwalonego jest uśmiechnięta, chce się żyć i pracować.

Rzeczywistość jest jednak inna. O ile nie brak nam energii na krytykowanie i pokazywanie błędów, na pochwały brakuje czasu. W efekcie ci, którzy się starali, przestają rozumieć, o co chodzi, a ci, którzy odpoczywali uważają tych pierwszych za naiwniaków.

Mam wrażenie, że system demotywacyjny zaczyna się już we wczesnych latach, konkretnie w szkołach, „dzięki” czemu potem budowany jest świat, w którym naiwni idealiści klepią biedę, a realistyczni cwaniacy odnoszą sukcesy, przy czym termin „realistyczny” oznacza „znający zdemotywowany / zdemoralizowany świat, w którym nie opłaca się wysilać”.

Jakie można zauważyć przykłady demotywacji w znanych mi szkołach? Zacznijmy od spraw najprostszych: na początku roku ustalane są zasady ubierania dzieci, np. „obowiązuje kolor niebieski / bordowy, trzeba nosić tarczę”. Na początku wszyscy do reguł się stosują, ale mija pół roku i 80% uczniów (rodziców) z reżimu się wyłamuje: dzieci odwiedzają szkolne mury ubrane dowolnie, o tarczach zapominają. Pozostaje 20% stanu, może nawet mniej, które o ustaleniach pamięta i je respektuje. Jednak nie doczekuje się za swoją sumienność żadnej pochwały. Po co się zatem trzyma zasad? Naiwniacy? Mają nadzieję, że trud rodziców i dbanie o te szczegóły zostaną docenione? U, może być z tym problem. Nie mam nic przeciwko dowolnemu ubiorowi. Ale mam wiele przeciwko martwym przepisom i niedocenieniu tych, którzy w dobrej wierze się do nich stosują.

W polskich szkołach organizowane są liczne konkursy. Dzieci chętnie biorą w nich udział, bo lubią konkurować, lubią wygrywać. Zatem malują obrazki, tworzą dziełka, angażują rodziców, którzy podpowiadają techniki, podrzucają pomysły, prace często trwają dwa, trzy dni. Potem efekt wysiłku niknie w archiwach jakiejś pani, plotki głoszą, że jest przesłany w tajemnicze miejsce „w gminie” czy na innej planecie, po czym słuch po nim ginie. Dziecko nie ma pojęcia, co się stało, dlaczego się stało i w ogóle o co chodzi. Nikt nigdy już jego obrazka nie zobaczy, czasami berbeć się dowie, że otrzymał drugą czy trzecią lokatę, ktoś da mu kredki, ale najczęściej klasa nie ma pojęcia, że szkrab się starał i poświęcił kilka godzin pracy dla spodziewanej pochwały. Pochwały i docenienia nie ma, wychowawca ma ważniejsze sprawy, kamień w wodę.

Dzieci startują też w zawodach poważniejszych: olimpiadach, konkursach ortograficznych, recytatorskich, literackich, matematycznych, wielu innych. Ich los jednak jest bardzo podobny: najpierw jest wysiłek przygotowań, następnie stres podczas konkursu, kolejne eliminacje, wreszcie finał, a potem… figa. Cisza. Pani nie chwali, inne dzieci nie wiedzą, malec się zastanawia, po co to wszystko było, skoro nauczyciel nie ma czasu zatrzymać się i powiedzieć innym dzieciom o osiągnięciach małego kolegi, a nagroda jakaś taka mikra.

Kochane jagody grona pedagogicznego, bardzo was proszę, nie demoralizujcie tych, którzy się starają. Jeśli organizujecie konkursy, to pamiętajcie o przysłowiu „finis coronat opus”, czyli „koniec wieńczy dzieło”. Niech dzieci wiedzą, po co się męczyły. Inaczej, w IV czy V Rzeczpospolitej, którą nasza progenitura zbuduje, znowu prym będą wiedli realistyczni, pozbawieni złudzeń cwaniacy.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 9.0/10 (1 vote cast)

Brak szacunku dla konkurencji

niedziela, 15 Maj 2011

Z czego wynika? Najczęściej z ignorancji: „nie mam pojęcia, o czym i jak piszą inni, wiem, że sam piszę nieźle, mam dobre recenzje, więc jestem najlepszy”. Coś w tym rodzaju. Myślę, że przez niewielką część osób jestem odbierany jako ktoś zadufany w sobie, narcystyczny, egocentryczny, ceniący tylko własną twórczość. Tak, to wszystko są moje cechy.

Myślę też, że po części zasłużyłem sobie na taki obraz zbyt radykalnymi stwierdzeniami i poglądami. Widziałem tylko własną twórczość i tylko ją ceniłem. Dlaczego? Bo słabo znałem całą resztę.

Trochę się w moim życiu zmieniło, z poglądami także. Przybywa lat, doświadczeń, także tych przykrych, człowiek pokornieje, szerzej patrzy na świat i siebie. Nadal lubię to, co piszę, ale wcale nie jestem przekonany, czy jest to takie wyjątkowe. Zaczynam dostrzegać coś innego, chyba istotnego: współtworzę polską fantastykę początku XXI wieku. Cieszę się, że robię to u boku wielu zdolnych autorek i autorów. Wdzięczny jestem losowi, że dane mi było poznać ludzi z SuperNOWEJ, którzy umożliwili mi start, dobrze się stało, że poznałem Wojtka Sedeńkę, który z wielkim poświęceniem i zapałem stara się kreować polską rzeczywistość fantastyczną i otwierać nam okno na świat.

Jestem jednym z wielu, którzy starają się po prostu tworzyć. Myślę, że te słowa winien jestem wszystkim, którzy uważali, że się wynoszę, oraz tym, których świadomie, czy nieświadomie kiedyś skrzywdziłem.

Poniżej zamieszczam listę obrazującą, jak wielu ludzi współtworzy współczesny obraz polskiej literatury fantastycznej. Są tam ci, którzy odeszli (ale ich dzieła wciąż żyją), są debiutanci, którym należy się tak samo duża uwaga, jak starym wyjadaczom. Z pewnością wiele nazwisk przeoczyłem, o wielu zapomniałem. Jeśli tak, podrzućcie je, a uzupełnię listę.

  1. Baniewicz Artur
  2. Baraniecki Marek
  3. Batko Zbigniew
  4. Białołęcka Ewa
  5. Bochenek Kinga
  6. Bochiński Tomasz
  7. Brajdak Alexander
  8. Brzezińska Anna
  9. Cetnarowski Michał
  10. Cichowlas Robert
  11. Ciećwierz Paweł
  12. Ćwiek Jakub
  13. Dębski Eugeniusz
  14. Dębski Rafał
  15. Domagalski Dariusz
  16. Dukaj Jacek
  17. Foryś Robert
  18. Grykowski Bartosz
  19. Grzędowicz Jarosław
  20. Guzek Maciej
  21. Huberath Marek
  22. Inglot Jacek
  23. Jabłoński Witold
  24. Janusz Grzegorz
  25. Juraszek Dawid
  26. Kańtoch Anna
  27. Kępczyński Paweł
  28. Kisiel Marta
  29. Kochański Krzysztof
  30. Kołodziejczak Tomasz
  31. Komuda Jacek
  32. Kosik Rafał
  33. Kossakowska Maja Lidia
  34. Kozak Magdalena
  35. Kres Feliks
  36. Krzywicki Michał
  37. Lewandowski Konrad
  38. Małecki Jakub
  39. Mortka Marcin
  40. Oramus Marek
  41. Orbitowski Łukasz
  42. Orkan Rafał
  43. Pacyński Tomasz
  44. Parowski Maciej
  45. Patykiewicz Piotr
  46. Pawlak Romuald
  47. Piątek Tomasz
  48. Piekara Jacek
  49. Pilipiuk Andrzej
  50. Piskorski Krzysztof
  51. Podrzucki Wawrzyniec
  52. Protasiuk Michał
  53. Przechrzta Adam
  54. Przybyłek Marcin
  55. Rogoża Piotr
  56. Rydzewska Jaga
  57. Sapkowski Andrzej
  58. Sobota Jacek
  59. Studniarek Michał
  60. Szmidt Robert
  61. Szostak Wit
  62. Szyda Wojciech
  63. Szyller Donat
  64. Świderski Bartek
  65. Świdziniewski Wojciech
  66. Twardoch Szczepan
  67. Urbaniuk Jarosław
  68. Uznański Sebastian
  69. Waszkiewicz Wiesław
  70. Wegner Robert
  71. Wełnicki Marcin
  72. Wójtowicz Milena
  73. Wolski Marcin
  74. Wroński Marcin
  75. Zagańczyk Mieszko
  76. Ziemiański Andrzej
  77. Ziemkiewicz Rafał
  78. Zimniak Andrzej
  79. Żwikiewicz Wiktor
VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 9.0/10 (2 votes cast)

Dwa apele

piątek, 13 Maj 2011

Apel 1

W 1954 roku, w czasach młodości moich rodziców, popełnił samobójstwo Turing, jedząc jabłko polane cyjankiem. Legenda mówi, że symbol firmy Apple, ugryziony owoc, jest hołdem złożonym temu matematykowi.

Dlaczego Turing odebrał sobie życie? Bo wyrosły mu piersi. Dlaczego wyrosły mu piersi? Bo zmuszono go do przyjęcia serii hormonalnych zastrzyków, które – o zgrozo – miały go wyleczyć z homoseksualizmu, który w tych czasach i miejscu był nielegalny.

Człowiek, który dzięki przyczynieniu się do rozgryzienia tajemnicy Enigmy, niemieckiej maszyny szyfrującej, ocalił wiele istnień i być może przyczynił się do skrócenia czasu drugiej wojny światowej, nie tylko nie doczekał się należnej mu chwały, ale stał się ofiarą nagonki, upokorzono go i doprowadzono nad przepaść, po czym delikatnie popchnięto.

W tak oto piękny sposób niedorozwój rządzi od czasu do czasu rozwojem. Mam w związku z tym apel do wszystkich wartościowych ludzi, którzy czują się tłamszeni, niezrozumiani, odepchnięci, zmarginalizowani – nie dajcie się. Nie dajcie swoim załamaniem satysfakcji wrogom.

Apel 2

Wracając wczoraj ze szkolenia (kilkugodzinna jazda) słuchałem, między innymi, ścieżki dźwiękowej z gry Zork Nemesis. Ta gra jest, w moim mniemaniu, dziełem sztuki. Muzyka, grafiki, nastrój, gra aktorska, wszystko stoi na najwyższym poziomie. Mistyka, alchemia, gnoza, tajemnica, zagadki, archetypowe symbole, po prostu majstersztyk. Kto dzisiaj o niej pamięta? No, na pewno nie wszyscy. Ale ja pamiętam. Pomyślałem o jej twórcach. Czy zdają sobie sprawę, że do dzisiaj ich dzieło jest wspominane przez zupełnie im nieznanych odbiorców? Czy domyślają się, że są ludzie, którzy ich pracę cenią i stawiają na topie, chociaż  upłynęło tyle lat? Myślę, że nie i że to błąd. Jeśli ktoś tworzy coś naprawdę dopracowanego, a przy okazji ma coś do powiedzenia (te rzeczy widać w twórczości), na pewno znajdzie grupę, choćby na drugim końcu Ziemi, która o dziele będzie pamiętała i ceniła je. Będzie powracało w dyskusjach, rozmowach, będzie wypływało na wierzch we wspomnieniach.

Echa tych rozmów do twórców oczywiście nie dotrą. Ale powinni mieć świadomość, że istnieją, tak jak kiedyś fizycy uważali, że gdzieś we wszechświecie trwa echo wielkiego wybuchu.

I mieli rację.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 9.0/10 (1 vote cast)

Złamani i niezłomni

czwartek, 12 Maj 2011

Trochę czytałem o różnych twórcach, oglądałem kilka filmów. Mam wrażenie, że historie te opowiadają najczęściej o takich pisarzach / malarzach / muzykach, którzy zawsze gdzieś blisko siebie mieli osoby, które ich wspierały, dodawały sił, wierzyły w siłę ich przekazu. Namawiały: „maluj”, „pisz”, „komponuj”, „nie martw się opiniami innych, ja w ciebie wierzę”. Gdy w prasie pojawiały się niepochlebne recenzje, trwały przy nich i pilnowały, by nie upadli, widziały w nich wielkość. Jestem przekonany, że takie postacie mają niebagatelny wpływ na twórców, bo naród to często słaby, delikatny, sugestywny, podatny na opinie. Naród ten potrzebuje osób wspierających, które, jak patyki na obrazach Dalego, podpierają wątłą figurę kreatora.

A co z tymi, którym los zgotował inną drogę? Co z twórcami, którzy w najbliższym otoczeniu nie mają nikogo, kto doceniałby ich trud? Wyobraźcie sobie malarza, którego przyjaciele interesują się rolnictwem, a o farbach wiedzą tyle, że kładzie się je na ściany, gdy odnawia się dom, zaś podczas spotkań towarzyskich nawet nie wspomną o jego płótnach, zamiast tego będą dywagować nad technikami koszenia trawników, wyobraźcie sobie muzyka, którego bliscy są głusi i muzyki słuchają tylko w samochodzie (gdy włączy ją ktoś inny), a w domu nie, bo „hałasuje”. Wyobraźcie sobie pisarza, którego najbliższe otoczenie jego książek nie rozumie i czyta inne rzeczy, choćby romanse, przywołajcie oczami wyobraźni poetę, którego nawet własna matka nie pojmuje.

Wyobraźcie sobie ludzi, którym nikt otuchy nie dodaje, którzy z rzadka słyszą pochwały od osób mieszkających gdzieś daleko, zaś ci, którzy są blisko mówią: „po co ci to malowanie / komponowanie / pisanie?”, albo wręcz powątpiewają w wartość ich pracy. Wyobraźcie sobie kilku bliskich, którzy szydzą. A to przecież od najbliższych wsparcie jest najważniejsze. Jaką muszą mieć siłę wewnętrzną, by mimo wszystko tworzyć? Wbrew niemal wszystkiemu?

Powstaje pytanie, kto ma rację? „Bliscy” (de facto dalecy), czy twórcy? Czy wewnętrzna siła, która ich pcha do kolejnego twórczego trudu, który nie spotka się z aprobatą, świadczy o tym, że ich twórczość jest coś warta, czy może po prostu sromotnie się mylą i powinni dać sobie spokój?

Mam niejasne wrażenie, że prawdziwa jest pierwsza odpowiedź, jakkolwiek by podejść do tego, co znaczy „prawdziwa”. Co więcej, niewiele ona wnosi, bo jeśli ktoś musi tworzyć, to będzie to robił, choćby wszyscy z niego kpili, a jeśli ktoś nie musi – krytyka go w końcu zwyczajnie złamie. O powszechnym zaś uznaniu wartości ich dzieł i tak zadecyduje przypadek, moda bądź jej brak, ślepy los.

Pozdrawiam wszystkich złamanych i niezłomnych.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Odpowiedź Kloto

poniedziałek, 9 Maj 2011

Dzięki zaangażowaniu Norberta Dąbrowskiego udało się odnaleźć jeszcze jeden zaginiony fragment dawnego bloga przez niego prowadzonego. Tym razem jest to pierwszy wpis autorstwa tajemniczej KLOTO, która postanowiła rzucić mu erudycyjną rękawicę. Żeby wpis był w miarę czytelny zaznaczę, że jest to odpowiedź na norbertową refleksję pt. “Czy saga o Gamedeku ma zabawienie erotyczne?” Norbert uważał, że pytanie to jest “przewrotne”. Oto, co odpowiedziała KLOTO:

***

To naprawdę ciekawe, że uznałeś swoje pytanie za przewrotne. Ciekawe jest również użycie określenia „nota bene”, z łac. nawiasem mówiąc – w nawiasach. Poczułam zaangażowanie i gęstą, intelektualnie namaszczoną prowokacją atmosferę już na wstępie.

Chciałeś więc nie proś o litość.

Pytanie Twoje, a właściwie jego rozwinięcie, jest przejawem męskiej nonszalancji (osobiście bardzo ją lubię gdyż podkreśla waszą pierwotną , samczą naturę – „walić lwa – jest dla krasnali – gdzie ten mamut?” ) w aspekcie dbałości o szczegóły.

W pierwszym zdaniu swojego wywodu czynisz tożsamym „sprawy intymne” i „relacje erotyczne” determinując semantykę li tylko subiektywną kategoryzacją pruderii.

Otóż Panie mój, nie wolno bezkarnie gwałcić historycznie i kulturowo uwarunkowanego bogactwa niezrozumiałych autorowi obszarów językowych stawiając z niefrasobliwym uśmiechem emocjonalny znak równości pomiędzy jin i jang.

Erotyzm (od gr. Erotos – miłość płciowa)

Intymność (łac. intimus – wewnętrzny, ściśle osobisty, poufny, sekretny)

Biorąc pod uwagę niewątpliwą twą inteligencję potwierdzoną barwnością języka i frazeologii, wszechstronność dygresji, niebanalne poczucie humoru oraz wysublimowaną złośliwość, która jest cechą istot pląsających na wyżynach krainy Minerwy, musiałeś już wyłowić ten subtelny sofizmat, który próbowałeś wcisnąć. Z drugiej strony, uwzględniając twą powierzchownie prezentowaną, by nie rzec skrzętnie skrywaną, sferę emocjonalną (którą dla odmiany usytuowałabym jednak w pobliżu wspomnianej przez Ciebie Chińskiej Republiki Ludowej) możesz mieć problem z akceptacją tego oczywistego faktu – RELACJE INTYMNE I RELACJE SEKSUALNE (czytaj erotyczne) TO NIE TO SAMO.

Determinant dywersyfikujący i zarazem wartościujący interesujące nas związki frazeologiczne (lub cielesne – dla pełniejszego zrozumienia można użyć komplementarnie) nie może być tylko fałszywą wstydliwością. To czynnik o wiele istotniejszy bo uwzględniający odwieczne, wszechmocne siły niezbadanej natury i uzurpujący sobie prawo kreowania pejoratywnej optyki postrzegania wszechświata czyli PŁEĆ KARTOGRAFA kreślącego mapy samoświadomości.

Tak więc po tym wstępie wracam do Twojego pytania : Czy Gamedec ma zabarwienie erotyczne? Retoryka! Oczywiście! Przecież to książka pisana przez faceta dla facetów. Nie utrzymał by was w skupieniu dłużej niż 15 minut jeśli co 3 strony nie zapodałby paru rozkosznych krągłości (w charakterze przerwy dla waszego „męskiego komputera pokładowego”), które niestety czasami aż deprecjonują te absolutnie cudowne treści bo zanim powrócicie z erosowej wycieczki wyobraźni mogą wam umknąć Marcinkowe przemyślenia i elektryzujące spostrzeżenia. Ale nie o tym chciałam.

Książka musi być erotyczna, fizyczna, cielesna, miękka i miła w dotyku, a kobieta w niej musi być „ładnie podana”!!!! (fuj; pieprzony redukcjonista) Tu tematyczna dygresja – Z pewnością jesteś „przedstawicielem zbyt górnej wiekowo społeczności” nastolatków czytających STAR WARS [Norbert był i jest wielkim fanem Gwiezdnych Wojen i przeczytał dziesiątki książek z tego świata - przyp. MP] – to zbiera 10 letni synek mojej sąsiadki! To moje dzieciństwo! Ale na znak protestu, że ten przepiękny okres mojego życia już przeminął nie noszę na miłość boską podkolanówek w zielone misie i warkoczyków z różowymi kokardkami.

To nie wstyd – to nawet urocze ale nie dziw się że STAR WARS kuleje z erotyką – to czytają dzieci. Mam nadzieję, iż analizując jakość i merytorykę treści erotycznej we współczesnej literaturze naukowej fikcji, nie jesteś rozczarowany iż „ W krainie Muminków” (którą można podciągnąć pod dziecięce s-f) mama muminek nie lata z silikonami i w czarnych podwiązkach za tatą muminkiem łykającym niebieskie pigułki, który ciągle bzyka tę małą chudą z długim nosem i w kapeluszu (nie pamiętam jej imienia ale w erotyce to przecież nieistotne)? Choć idąc tym tokiem rozumowania świat byłby dużo piękniejszy gdyby w szkołach podstawowych lekcje z przysposobienia do życia w rodzinie prowadził Mistrz Jedi a nie stary obleśny katecheta (choć wizualnie różnica niezauważalna) – ooo! Pojechałam po autorytarnych świętościach! Żywym ogniem będę palona… Ale też nie o tym chciałam.

Wracając do wątku nas frapującego (niektórym mężczyznom trzeba na przykładach) i niewątpliwie erotycznej sceny dyskryminacji białego, pielęgniarskiego fartucha (patrz anielica w stroju plażowym obciągniętym siatką). Otóż gdyby scena miała charakter intymny on zamiast postawić w słup oczy i inne elementarne części składowe organizmu męskiego postawił by sobie raczej pytanie czy nie zmarznie i nie zaziębi się bidulka? Łapiesz? Nie. OK. To będzie trudniejsze niż myślałam. Na pytanie „czy Gamedec jest sagą o zabarwieniu intymnym?” odpowiadam: retoryka. Oczywiście! Tylko tych fragmentów nie zauważyłeś pochłonięty erotyką i zagapiony na cycki. Ale o intymności obiecuję w następnym odcinku.

Dość już o meritum przejdźmy do spektrum. Dlaczego Marcin zabarwił swoją sagę erotyką? No pewnie dlatego że 90 % czytelników tego gatunku to mężczyźni (i chwała im za to że w ogóle czytają coś poza Przeglądem Sportowym – nie, nie umknęła żadna istotna literatura mojej uwadze bo Playboya tylko oglądacie i to się nie liczy!)

Czy Marcin nie potrafi pisać tak by zachwycić kobiety? OOOOOO! Marcin potrafi!!!! (tu uwaga dla żony wspomnianego – Aniu, Strzeż chłopa, cudo, a odwieczna wojna dobra ze złem jeszcze nie skończona na tym padole grzechu). Jego rozbudzona Wenus tak pięknie rozumie kobiecą naturę, dostrzega barwne i tajemnicze zakamarki świata female i w puchu wyuzdania z wdziękiem odkrywa świeżo zakwitłe poziomki. O tak Marcin potrafi. A TY?

I to jest mój drogi Norbercie jest właśnie moje wyzwanie dla Ciebie. Nie rozczaruj mnie. Rękawica została rzucona. Wyobraź sobie, że w III części nasz bohater……………staje się kobietą….uuuu zabolało… z buciorami na obcasach wlazłam w poukładany i bezpieczny światek zarezerwowany dla męskich aksjomatów i próżności. ZOBACZ GAMEDECA OCZAMI KOBIETY, NAPISZ TĘ HISTORIĘ DLA KOBIETY, OPOWIEDZ JĄ KOBIECIE, WSTRZĄŚNIJ, ZANURZ SIĘ, ROZKOŁYSZ, ZRÓB CO CHCESZ ALE ZWAL JĄ Z NÓG….

I ostrzegam! Nie zapomnij o pierwszym prawie „Kantowskiej rewolucji kopernikańskiej” – UMYSŁ KSZTAŁTUJE ŚWIAT BARDZIEJ NIŻ ŚWIAT KSZTAŁTUJE UMYSŁ.

Pisząc Blog Marcina musisz okazać się godnym recenzentem przebiegającej dzięki lekturze kompilacji ducha z materią, musisz też wypełniać misję twórcy – wskazać nowe horyzonty, odkryć nowe światy, zadziwić, wciągnąć, chwycić, nie puścić, nie dać się zapomnieć… Nieładnie rzucać chwytliwymi ale nudzącymi jednak (z uwagi na swój populizm) pytaniami o erotykę, tym nie zasiejesz niepewności, nie obudzisz ducha, nikim nie potrząśniesz…Nikt nie pamięta o twoim Blogu. Nikt go nie czyta. To już nawet nie wyzwanie to prowokacja…

Próbujesz czy tchórzysz? Obiecuję, że jak sprostasz wyzwaniu przyznam się do porażki i odszczekam tę Chińską Republikę Ludową.

***

O, tak, potyczki KLOTO z Norbertem były naprawdę wspaniałe. Jeśli ktoś jakimś cudem zachował inne wpisy pana N lub pani K, proszę o kontakt. To trzeba opublikować jeszcze raz!

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O fantastycznym pisaniu

piątek, 6 Maj 2011

Dzisiaj poruszę lżejszy temat, który nasunęło mi oglądanie serialu Californication. Widzimy tam Hanka Moody’ego, pisarza, Don Juana, moczymordę i skandalistę, który oprócz podbijania kobiecych serc i ciał, od czasu do czasu (w serialu w sumie raz), w wyniku natchnienia, pisze bestseller. Właśnie o pisaniu, zwłaszcza fantastycznym, chciałbym kilkoma uwagami się podzielić.

Z serialowej opowieści można wynieść wrażenie, że stworzenie powieści to rzecz prosta: kilka szklanek whiskey, papieros w ustach, siadamy do maszyny, spod palców na papier płynie poezja gorzka a głęboka, mija kilkadziesiąt godzin wytrwałego stukania i voila – mamy hit. Och, jak ja bym chciał umieć tak pisać. Ba, może to nawet osiągalne, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z literaturą głównonurtową, mówiąc inaczej – obyczajową. Nie wiem, czy, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko zdajesz sobie sprawę, że pisanie „obyczajówek” w porównaniu z tworzeniem utworów science fiction jest z pewnego punktu widzenia niesłychanie łatwe.

Weźmy prostą scenę: „Zadzwonił telefon. Helena niechętnie podniosła słuchawkę. Głos mężczyzny i treść wypowiadanych przez niego słów sprawił, że na chwilę zamarła, po czym, nie zabierając nawet torebki, wybiegła na ulicę. Akurat przejeżdżała taksówka. Zatrzymała ją. – Na lotnisko! – krzyknęła.” Pisząc ten fragment autor nie musi wyjaśniać, czym jest „dzwonienie”, co to jest telefon czy lotnisko, nie musi opisywać wyglądu ulicy ani taksówki. Wszystko jest jasne, a obrazy, które czytelnik generuje w głowie – w miarę oczywiste. Gdyby spróbować przenieść tę sytuację do świata science fiction, mielibyśmy nie lada problem. Spróbujmy. „Helena usłyszała śpiewny sygnał telesensu. Niechętnie wydała mentalną dyspozycję przyjęcia połączenia. Pojawiła się przed nią półprzezroczysta twarz nieznanego mężczyzny. Nie czuła jego zapachu, więc zablokował ten kanał zmysłowy, jednak promieniowało od niego nienaturalne ciepło. Jego słowa spowodowały, że zamarła, po czym, nie zabierając nawet omnika, wybiegła z apartamentu zrywając połączenie w biegu. Zatrzymała się na tarasie. Niedaleko przelatywała automatyczna taksówka. Chciała ją przywołać, ale w tym momencie zorientowała się, że omnik zostawiła w mieszkaniu”… Kreując ten fragment, autor musi mieć świadomość, że gdzieś w tekście powinien umieścić wyjaśnienie, czym jest telesens i jak działa: że generuje  obraz trójwymiarowy dzięki sprzężonym z nim soczewkom, które Helena nieustannie nosi na rogówkach, że używając go można selektywnie wybierać i blokować kanały zmysłowe, czyli, jeśli chcemy, odbiorca może nas tylko słyszeć, albo słyszeć i widzieć, a jeśli nie mamy nic przeciwko, także poczuć zapach nasz i pomieszczenia, w którym przebywamy, przyda się notatka, że omniki to medialne urządzenia zastępujące wszelkie współczesne elektroniczne bajery i tak dalej… Co krok, dosłownie co krok, to wysiłek wyobraźni, intelektu (by wizja była spójna) i pióra, bo niełatwo jest prowadzić narrację, w której nieustannie trzeba coś zgrabnie i szybko objaśniać. Tworząc futurystyczne wizje, autor powinien przemyśleć tysiące spraw: uwarunkowania socjologiczne, psychologiczne, ekonomiczne, kulturowe, technologiczne, fizyczne i wiele, wiele innych. Na każdej stronie musi się pilnować i pamiętać o stwarzanym przez siebie świecie. Wielokrotnie biedaczysko wraca do różnych fragmentów i przerabia je, zorientowawszy się, że czegoś tam nie uwzględnił. O, mógłbym pisać na ten temat jeszcze bardzo długo.

Reasumując, pisanie o wzlotach i upadkach, sercowych uniesieniach bądź porażkach, zmaganiach i dylematach w otoczce s-f, jest dużo trudniejsze niż we współczesnych plenerach. Być może Hankowie Moody’owie naszych czasów są w stanie w miesiąc napisać dobrą obyczajową książkę. Ale niech no spróbują zrobić to samo w sztafażu futurystycznym, a osiwieją.

Tak, tak.

PS. A do Hanka jeszcze sobie kiedyś wrócę…

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Rzeczy Oczy Wiste

czwartek, 5 Maj 2011

Zasadą rozwoju jest kwestionowanie status – quo. Jeśli ktoś chce się rozwijać, powinien – poza innymi ważnymi rzeczami – unikać oczywistości i starać się jakimś narzędziem, najlepiej ostrzem wykonanym ze stopu wyobraźni, intuicji i mądrości, podważać tkankę rzeczywistości.

SNY I CIENIE

Dedukcja jest formą twórczego myślenia polegającą na tym, że jeśli znam jeden fakt, mogę z niego wywnioskować wiele innych, np.: Batman jest człowiekiem. Ludzie nie umieją latać, więc Batman także tego nie potrafi, ergo, żeby przemieszczać się drogą powietrzną, ale nie przy pomocy pojazdów, musi używać urządzeń, które z racji tego, że ma ich w swoim pasku bardzo wiele (na różne okazje), powinny być zarówno małe, jak i niezwykle wytrzymałe, a skoro tak, to wszelkie linki i uchwyty pomagające mu w „nibylocie” wywierają ogromne ciśnienie na jego dłonie, w związku z czym rękawice Batmana muszą być zrobione z bardzo wytrzymałych materiałów, zaś mięśnie rąk i przedramion bohatera są z pewnością nieprawdopodobnie sprawne i silne, ewentualnie ich siła jest wzmacniana przez strój (a skoro tak, ubiór jest połączony z układem nerwowym właściciela)… i tak dalej.

Proponuję zabawę w dedukowanie na temat rzeczywistości i oczywistości. Pomoże nam w tym szereg faktów, które w twórczy sposób rozwiniemy. Być może po lekturze tego artykułu to, co czytelnikowi wydawało się rzeczywiste i oczywiste, przestanie takim być, a to, co dotąd było mało rzeczywiste, stanie się niemal namacalne.

Pojęcie rzeczywistości jest wielowątkowe i wielopoziomowe, będziemy się więc poruszali po kilku torach jednocześnie, dotkniemy kilku płaszczyzn tego zjawiska by na koniec znaleźć się w jakimś zrozumiałym punkcie rozważań.

Jesteśmy jedynie cieniami rzucanymi na ścianę jaskini, pisał Platon. Załóżmy, że mówił prawdę. Czy cień jest? Cień jest brakiem światła, ale specyficznym, bo oddającym obrys, kształt pierwotny, który to światło zabiera. Jego bycie zaznacza się w zmianie temperatury podłoża. Cienia nie da się dotknąć, nie można przesunąć, zatem jakby nie istnieje, ale z pewnością istnieje brak światła. Z pewnością istnieje także kształt: proporcje, odległości, relacje.  Choć cień niby nie istnieje, to istnieją informacje na jego temat. Jeśli my, nasza rzeczywistość, jest cieniem – czyli relacją, to co jest ekranem, na który ów cień jest rzucany?

Bolesław Prus, Lalka. Kiedy umierał stary subiekt, widział skrótowy przebieg swojego życia przebiegający wstecz, aż do dzieciństwa w sklepie Mincela.  „Czy ja to wszystko istotnie widziałem, czy mi się tylko śniło?… Boże miłosierny…”, wyrzekł ostatnie słowa. Potem wydawało mu się, że patrzy w dymnik, który zmniejszył się do rozmiarów talerza, spodka, wreszcie gwiazdy o nieustannie zmniejszającej się jasności. Aż i ona znikła. Może zobaczył ją znowu, ale już nie na tym świecie. Tak opisał śmierć Ignacego Bolesław Prus. Subiekt w ważnej, być może najważniejszej życiowej chwili, zadaje egzystencjalne pytanie stawiające sen obok rzeczywistości. Być może Tobie także wspomnienia z dzieciństwa wydają się bardziej snem, niż czymś co rzeczywiście miało miejsce. A skoro są to wspomnienia, to czym wspomnienie snu różni się od wspomnienia tzw. rzeczywistości?

Prof. dr hab. Tadeusz Kobierzycki wspominał kiedyś swojego, nie żyjącego już nauczyciela, prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Kiedy szli ulicą, nauczyciel odezwał się:

- Niech pan popatrzy na tych ludzi. Co pan widzi? …No? Nie widzi pan? Wszyscy śpią.

Zdanie to można by uznać za nieco paranoidalne, gdyby nie to, że Dąbrowski był wybitnym psychiatrą i mógł sobie pozwolić na tego typu stwierdzenia. Co miał na myśli? Nie patrzył przecież na ludzi w łóżkach, nie patrzył na ludzi w telewizorze, na obrazie, w książce, obserwował żywych, obok niego przechodzących obywateli, z całą pewnością świadomych, przytomnych. Dlaczego więc mówił, że śpią? Czy dla kontrastu zdarzało mu się twierdzić, że osoby śniące są przebudzone?

Urealnić, w granicach możliwości, sny, marzenia, wizje i stany im pokrewne, a odrealnić codzienną rzeczywistość – oto zapewne zadanie przyszłego człowieka. [107]

To jeden z jego aforyzmów egzystencjalnych. Zaraz za nim czytamy:

Franz Kafka przedkładał sny ponad jawę – opracowywał je, kultywował, systematyzował i kontrolował. Do snów przeniósł swoją główną kwaterę. Jego sny, siłą i przenikliwością przekraczały jawę. Może to sprawa przyszłości, że rozbudowywać się będzie sny i stany podobne i tworzyć z nich główny wymiar rzeczywistości [108]

Jestem przekonany, że wizje rzeczywistości wirtualnych zostały stworzone przez twórców, którzy nie zapoznali się ze swoistym proroctwem polskiego psychiatry filozofa. Widzimy, że prof. Dąbrowski nie tylko uważał, że rzeczywistość nie koniecznie jest tu i teraz, ale tam, gdzie indziej – także. Prof. Kobierzycki często podkreśla, że znane i wałkowane przez psychologów starszej daty „tu i teraz” niekoniecznie jest dobrą metodą terapeutyczną. Czasami, jak mawia, należy nasilać projekcje. A projekcje to coś w rodzaju marzeń. Twórczość jest odmianą projekcji. W tym momencie moglibyśmy postawić pytanie – jak się mają „sztuczne” rzeczywistości (np., gry komputerowe) do „prawdziwej” rzeczywistości?

Niedawno prowadziłem dla dyrektorów firmy ubezpieczeniowej szkolenie z asertywności. W przerwie w zajęciach jeden z uczestników podszedł do mnie i zaczął pytać o sens swoich snów. Śnił bardzo konkretne, namacalne budowle, wnętrza, miasta. Do niektórych z nich wracał. Zapewne niejeden czytelnik również ma takie miejsca: ze zdziwieniem odkrywa, że był w nich wiele razy, może nawet zna tam jakieś osoby. Uczestnik pytał o sny, bo były dla niego ważne, inaczej by nie pytał, nieprawdaż? Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że kryje się w nich coś istotnego. Próbowałem zasugerować, że ma marzenia senne związane z archetypem jaźni, który wiąże treści związane z wewnętrznym ideałem, lekarzem, ostatecznością i bogiem. Takie tłumaczenie jest wzmacniające i raczej nieszkodzące ;) .

O śnieniu często wspominał Karol Gustaw Jung, zajmował się bowiem, jak wielu spadkobierców myśli Freuda, analizą marzeń sennych, ale, podobnie jak Dąbrowski, widział sen nie tylko w nocy, ale także w rzeczywistości – tak zwane śnienie na jawie, stąd wziął się jego tekst „Śniący świat Indii”, w którym sugestywnie przedstawia świat ludzi zawieszonych między realnością a rzeczywistością wyobrażoną, mistyczną, religijną.

Czym zatem jest rzeczywistość i czym nie jest?

Czy coś, co jest, może być nierzeczywiste?

ISTNIENIE I ZNACZENIE

Wyobraźmy sobie, albo lepiej połóżmy przed sobą płytę z muzyką, grę komputerową, płytę DVD z filmem, książkę i komiks. Są to przedmioty jak najbardziej realne, dotykalne. Ale czy to, co zawierają, jest również dotykalne? W cyklu „Co w duszy gra” kilkakrotnie sygnalizowałem, że gra toczy się nie na ekranie, w sieci czy w komputerze, ale w głowie gracza. Podobnie rzecz się ma z muzyką, treścią filmu czy komiksu. Historie te aktualizują się i dokonują wyłącznie w psychice słuchacza / czytelnika / widza. Dokonania te trudno nazwać rzeczywistymi, bo są niedotykalne.

Wydaje się, że dość często wpadamy w pułapkę reizmu, czyli nurtu filozoficznego skoncentrowanego na przedmiotach. Niejako automatycznie uznajemy, że jeśli coś jest dotykalne, namacalne, to jest rzeczywiste. Jeśli zaś coś dotykalne nie jest, ergo nie jest przedmiotem, to nie jest rzeczywiste. Na przykład zakładamy, że przygody Scarlett O’Hary czytane w książce „Przeminęło z wiatrem” są nierzeczywiste. A czy rzeczywiste są litery, które zapisały jej historię? Z pewnością tak. Tworzy je reistycznie istniejąca farba. A słowa? Czy słowa, które opisują jej losy są realne? Tu już jest problem. Bo o ile słowo jako dźwięk jest realny (fala mechaniczna), o ile zbiór liter jest realny jako farba na papierze, to sens słowa, jego znaczenie, „connection” jak mówił program o imieniu Rama do Neo w drugiej części Matrixa, już trudno uznać za realny, reistyczny. Ten sens, znaczenie, połączenie, nie są przedmiotami. Co więcej, każdy z nas nadaje danemu słowu trochę inny sens, bo słowo obrasta w znaczenia w miarę przybywania lat i indywidualnych doświadczeń. Gdy spytamy malca, co oznacza słowo „dom” i to samo pytanie zadamy człowiekowi osiemdziesięcioletniemu, otrzymamy różne wypowiedzi, zarówno pod względem treści jak i długości, przy czym wypowiedź malca znajdzie się gdzieś w wypowiedzi starca jako krótki akapit. Co więcej, dziesięciu starców będzie miało dziesięć poglądów na to samo słowo, częściowo się pokrywających, częściowo nie.

Gra, powieść, treść filmu, rozgrywa się w człowieku. W podobny sposób rozgrywa się cała realna rzeczywistość. W naszej głowie, czy może raczej w naszej informacyjnej samoświadomości. Stanisław Lem opisywał statki kosmiczne jako struktury bez okien. Ekrany znajdujące się wewnątrz kabin wyświetlały obrazy z kamer. Człowiek także nie ma „okien”, tylko detektory, które za pośrednictwem nerwów, tak jak kamery przy pomocy kabli, przekazują do mózgu proste impulsy, które dopiero w nim są „nazywane” barwami, dźwiękami, wrażeniami dotykowymi czy smakowymi. Każdy człowiek ma w swoim mózgu siebie samego (swoją samoświadomość) z… hełmem wirtualnym na głowie. Tym hełmem jest nasz mózg, który interpretując proste „bip”, „bip”, „bip” z kamer wytwarza obraz „rzeczywistości”.

Przejdźmy do Parmenidesa, słuchacza Ksenofanesa. Twierdził on, że:

Byt jest, niebytu nie ma.

Zasada ta bywa rozumiana najrozmaiciej, na przykład tak, że skoro byt jest, to nie ma początku i końca, w związku z tym jest niezmienny, nieruchomy itd. Tak tłumaczył swoje twierdzenie jego twórca. Zaproponujmy inną interpretację, bliższą naszych rozważań:

Wszystko, co jest, to jest.

W tym świetle nawet nierzeczywista rzeczywistość jest rzeczywista, bo jest, bo istnieje, jest obecna, dostępna, choćby w wyobrażeniach, na obrazku, na ekranie. Stoimy teraz przed formalnym zabiegiem językowym. Zgódźmy się z tym, że rzeczywiste jest to, co istnieje. Jeśli tak, to wszystko, co istnieje, jest rzeczywiste.

Można zasadę metafizyki uzupełnić:

Wszystko, co ma swoją nazwę, istnieje. Bo nazwa określa byt w wyobraźni. A skoro wyobraźnia istnieje to i ten byt istnieje.

W tym świetle nawet niereistyczna rzeczywistość istnieje, bo ma nazwę. Posiłkując się tymi dwiema interpretacjami i rozważaniami sprzed nich uznamy, że tak samo jak istnieje stołek, lampa i obrus, istnieją marzenia, wyobrażenia, prospekcje, wspomnienia. W ten sposób rozumują wyznawcy Huny, którzy wierzą w to, że wizualizując pożądane stany, sprawiają je. Jest wśród nich Scott Adams, twórca postaci Dilberta, który chciał być najpopularniejszym twórcą komiksów i jego marzenie urzeczywistniło się: jego „Dilbert” jest publikowany w rekordowej liczbie pism. Wyznaje on w książce „Przyszłość według Dilberta czyli na skrzydłach głupoty w XXI wiek”, że regularnie wizualizował swój sukces.

Wydaje się, że pisarze powinni dobrze rozumieć ten rodzaj myślenia, bo oni też stwarzają byty z niebytu. Ale nawet stworzywszy książkę z pewnością zadają sobie pytanie: czy jej treść zaistnieje bez czytelnika? Treść, którą stwarza pisarz nie istnieje, dopóki nie będzie czytana, czy nie zostanie przeczytana (i wtedy ostanie się w czyjejś pamięci). A gdy ją czytelnik aktualnie czyta, to gdzie jest ta treść? Już ustaliliśmy, że w jego głowie (samoświadomości)… A w głowie teraz, w jednej mikrosekundzie, czy w jakimś przedziale czasowym? Jeśli w przedziale czasowym, to w pamięci i w relacji, jaką stwarza. Wiemy jednak, że pamięć jest zawodna, bo działa nie na zasadzie taśmy magnetofonowej, ale na zasadzie odtwarzania w oparciu o zapamiętane krótkie fragmenty, impulsy. Można więc od razu przyjąć, że czytelnik cząstkowo stwarza treść, którą czyta. Mówi się, że czytanie jest nieinteraktywne, ale to oczywiście uproszczenie. Czytanie jest w istocie interaktywne (choć w innym wymiarze niż gry komputerowe). Stąd częste zdziwienie na twarzy pisarza czytającego recenzję: ja o czymś takim pisałem? Gdzie? Wyobrażenia na temat treści, które, jak twórca twierdzi, nie zaistniały w książce, narastają. Tak powstają wersje czytelników, recenzentów, krytyków. Nie ma w tym niczego dziwnego. Tylko najwięksi fani znają przebieg filmów i książek lepiej od twórców. Wypada teraz zadać pytanie: to jaka jest rzeczywista, prawdziwa treść książki? Czy ta zawarta w głowie autora? W takim razie co z treściami zawartymi w głowach czytelników? Są nierzeczywiste? Są inne, można powiedzieć, nieprawdziwe (bo prawdziwa jest intencja autora), ale na pewno istnieją. A teraz: czy autor potrafił doskonale przenieść swoje intencje na papier? Uczucia, przeżycia, przemyślenia bohaterów? Raz, że najczęściej posługuje się skrótami, żeby nie zamęczyć czytelnika, dwa, używał nie telepatii, ale translatora: tłumaczył intencje, uczucia, przeżycia, wyobrażenia, na słowa, które nie są zbyt giętkim materiałem. Gdyby były, nie istniałaby poezja, która wykraczając poza słowo zawiera między werbalnymi znakami przekazy głębsze od najgłębszych wyrazów. Jeśli więc prawdziwa treść jest w głowie twórcy, to czy on ją dobrze widział? Wyraźnie? Na pewno? Nie wahał się? A co z jego podświadomością? Na pewno niejednokrotnie dyktowała wiele rozwiązań, a on wybierał tylko jedno. Z logicznego punktu widzenia, chociaż prawdziwa treść książki istnieje w głowie autora, to nawet on nie ma jej pełnego oglądu.

PAMIĘĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ

Ustaliliśmy już, że jeśli coś nie jest przedmiotem, nie znaczy, że nie istnieje. Ustaliliśmy też, że w przypadku tak zagmatwanego nośnika jak mózg ludzki (albo, by być precyzyjniejszym, samoświadomość), istnienie jest niedookreślone i nieobejmowalne.

Zajmijmy się dokładniej specyficznym rodzajem pamięci, mianowicie pamięcią o drugiej osobie. W jaki sposób ktoś istnieje? Ktoś dla nas odrębny? Nie my sami? Możemy go dotknąć, możemy usłyszeć, zobaczyć. Ale czym jest dotyk, słyszenie, widzenie? Po dotychczasowych rozważaniach pamiętamy, że są to doznania stworzone przez centralny układ nerwowy: nazwy zjawisk fizycznych, np. zmiany potencjału elektrycznego w chwili odkształcania komórek (zmysł nacisku). Komórki nerwowe generują konkretne impulsy, impulsy zerojedynkowe, które wchodzą do centralnego układu nerwowego i dopiero tam są interpretowane. Nerw nie potrafi nadać innego sygnału jak tylko „bip”, „bip”, „bip”. Tych „bipów” może być więcej, mniej, ale zawsze to będzie tylko „bip”. Odczucie generuje mózg. I w zależności od okoliczności albo powie, że to przyjemne (łaskotanie partnera seksualnego), albo alarmujące (komar). Podobnie rzecz się ma w chwili poruszenia rzęsek w danej części narządu Cortiego (zmysł słuchu), czy w chwili podrażnienia falą elektromagnetyczną (zmysł wzroku). Pobudzenia nerwowe z tych komórek biegną do centralnego układu nerwowego i tam są nazywane. Przez nas. Oto blady kolor twarzy, oto spocone ręce, które nas dotykają, oto drżący głos. Sens tym doznaniom nadajemy sami, bo same w sobie sensu nie mają. To my uczymy się przez całe życie nadawania znaczenia mimice, ruchom, gestom drugiej osoby. Zatem jej obecność, istnienie, zaznacza się szeregiem doznań w naszym mózgu, ale wejść w drugą osobę, jak zrobił to Neo w pierwszej części Matrixa, gdy skoczył w agenta Smitha, nie możemy. Można powiedzieć, że druga osoba pozostawia po sobie ślady. Ślady zmysłowe: zapach, dotyk, słowa. Ślady te siedzą w naszym mózgu, choć wydaje się nam, że czujemy czyjś dotyk na ustach i czyjś zapach w nosie. Śledzimy drugą osobę. Po śladach. Śledzimy ją siedząc w biurze nazywanym mózgiem, patrząc w ekrany kamer, słuchając głośników, nurzając głowę wewnętrznego ja w wirtualnym hełmie – naszym mózgu wytwarzającym obraz rzeczywistości – swoisty matrix.

Przypomnijmy zagadkowe greckie słowo anthropos – człowiek.

άνθρωπος

Można by je rozbić na:

An thropos – przed śladami. Według tego rozbicia człowiek to istota stojąca przed śladami rzeczywistości, lub podążająca śladami rzeczywistości, innych osób, zjawisk.

Anthro phos – przedsionek światła – inna ciekawa interpretacja. Można się tam też doszukać słowa sos – zdrowy, cały.

Mamy więc:

Przed

Przedsionek

Ślad

Światło

Zdrowie

Całość

Człowiek zatem, według tego dość twórczego rozbicia, to ktoś idący śladami. Być może śladami światła (które między innymi jest symbolem prawdy), być może stojący w przedsionku światła. Zostańmy przy wizerunku tropiciela. Nawet w przypadku, gdy ktoś siedzi tuż obok mnie, nawet gdy jestem z kimś w kontakcie intymnym, to z pewnego punktu widzenia, fenomenologicznego, ten ktoś istnieje tylko jako pewne domniemanie, którego doświadczam na podstawie śladów, które zostawia. Według twórcy fenomenologii, Edmunda Husserla, istnienie rzeczy na zewnątrz jest problematyczne: nie wiadomo, czy są. Według niego z pewnością istnieją myśli i uczucia. Reszta to transcendencja. Na tej samej zasadzie mogę powiedzieć, że moje istnienie jest podobnie domniemane.

Znane jest intrygujące stwierdzenie, które pada czasami po czyjejś śmierci:

On / ona wciąż jest. Jest w nas.

To zdanie można interpretować jako terapeutyczną bajkę, która ma ukoić ból po stracie. Ale można też do niego podejść bardziej racjonalnie. Mianowicie: jeśli mam w pamięci obrazy danej osoby, nawet krótkie filmy z nią w roli głównej, niewyraźne, bo niewyraźne, ale niewątpliwie z tą osobą; jeśli brzmi mi w głowie jej głos, piosenki przez nią śpiewane, dowcipy opowiadane, śmiech, jeśli pamiętam jej dotyk i zapach, to co to jest? Czy to nie istnieje? Czy te ślady nie istnieją? Istnieją. I nie są znowu tak różne od śladów, które spostrzegamy na bieżąco (zresztą zaraz podważymy i tę „bieżącość”). Tak więc pamięć o kimś istnieje, choć ten ktoś raczej już nie. A ta pamięć to z pewnością trochę ten ktoś, bo powstała z nagrań śladów po nim, tak samo, jak myśli tej osoby wciąż mkną w przestrzeń kosmiczną jako słaba fala elektromagnetyczna. Czyli stwierdzenie „on / ona żyje w nas” jest w zasadzie prawdziwe. Co prawda w każdym żyje już innym życiem, ale niewątpliwie jest to cząstkowo ta osoba i niewątpliwie żyje, bo wciąż się zmienia.

Podobnie jest z uczuciami. Uczucie, moje, czy Twoje, wielkie czy słabe, jest bytem niematerialnym. Nie ma przedmiotu o nazwie uczucie. Mimo to, właśnie uczucia często kierują naszymi decyzjami, całym naszym losem. Uczucia niewątpliwie istnieją mimo, że reistycznie ich nie ma. To samo jest z myślą, relacją, odniesieniem, marzeniem, długością, proporcją. Można powiedzieć, że żyjemy częściowo w świecie duchów. I że są to duchy realne. Nawet informacja ma być może swoją masę – a więc i bezwładność. Może więc materia jest informacją?

Parmienides, i nie tylko on, mówił, że prawdziwe poznanie to poznanie rozumowe, bowiem zmysły wprowadzają nas w błąd. Oczywiście miał rację i należałoby uznać jego  geniusz, bo przy dzisiejszej wiedzy neurofizjologicznej jest to jasne, ale przy stanie wiedzy starożytnych Greków….

To, co dotąd jawiło się jako oczywiste wcale oczywiste nie musi być. Ot zerknijmy na plansze pokazujące, jak zwodzi nas wzrok:

złudzenie optyczne

Powyższy graf pokazuje, że widzenie peryferyjne nie zachodzi na zasadzie prostego odwzorowania, ale dzięki kontrastom wykrywanym przez pola recepcyjne. Nie czas to i miejsce na dokładne przedstawianie tego mechanizmu. Ważne jest to, co demonstruje, a wydaje się, że jest przykładem tego, że ani nasze zmysły, ani nasza pamięć, ani nasz rozum, nie funkcjonują w uproszczony sposób, jaki wydaje się oczywistym. Wielką rolę w określaniu, mapowaniu świata odgrywają korowe ośrodki interpretacyjne. Nasze postrzeganie świata jest interpretacją. Interpretacja to przeróbka danych. A przeróbka danych to matrix. Każdy z nas chodzi po mapie, świecie wyobrażonym. Gdybyśmy byli delfinami, widzielibyśmy rzeczywistość zupełnie inaczej.

Więc przestańmy się zastanawiać nad tym, co jest rzeczywiste, a co nie, bo…

Byt jest, niebytu nie ma.

Wróćmy do pytania: czym jest rzeczywistość? I czy aby na pewno jest?

Domyślamy się przyszłości, pamiętamy przeszłość, a jak się rzecz ma z teraźniejszością? Teraźniejszość jest terminem, który z pewnością istnieje, istnieją także wyobrażenia na temat sensu, który w sobie słowo to zawiera. Ale teraźniejszość jako taka raczej nie istnieje, albo, mówiąc prościej, istnieje jako nieskończenie cienka granica między przeszłością i przyszłością. Czyli rzeczywistość nie tyle jest, co BYŁA.

Wszystko jest wspomnieniem.

Zdaje się, że zbliżamy się do rozwiązania kwestii:

Cień a rzeczywistość

Sen a rzeczywistość

Twórczość a rzeczywistość

Skoro wszystko jest wspomnieniem, to jakie ma znaczenie, czy wspominam siedzącego właśnie przy mnie realnego człowieka i idę po jego śladach, człowieka, który umarł kilka lat temu, czy idę po śladach osoby przez kogoś wymyślonej, wykreowanej przez siebie, wymarzonej, wyśnionej, skoro wszystkie te rzeczy to wspomnienia? Idziemy po śladach wspomnień. A wspomnienia są naszym dziełem.

Zatem rzeczywistość nie jest, tylko była… wspomnieniem. A ekranem na który być może była rzutowana jako cień, to… Teraźniejszość. Być może to, co ja nazywam Teraźniejszością, Stephen Hawking nazwałby Braną i moje pytanie, czy nie jesteśmy cieniami rzucanymi na Teraźniejszość uznałby za tożsame z postawionym przez siebie dylematem: żyjemy na Branie, czy jesteśmy na nią rzutowani?

I to by było na tyle, jeśli chodzi o zabawę w dedukowanie na temat rzeczy-wistości i oczy-wistości.

Mam nadzieję, że, zgodnie z zapowiedziami to, co czytelnikowi wydawało się realne przestało takim być, a to, co wydawało się nierealne, trochę się urealniło.

Zaś termin „wróć do rzeczywistości” przestał być jednoznaczny.

PS. Twórczo do tego tekstu podszedł Daniel Grzeszkiewicz w swoim komiksie “Dziwny sen Spielberga”.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Amnezja

środa, 4 Maj 2011

Dzisiaj dość już stara, ale nigdy dotąd nie publikowana impresja z Triconu, czyli ostatniego Polconu.

Wróciłem. Oczywiście było miło, mnóstwo rozmów, inspiracji, prelekcji, towarzystwo fantastyczne, rozmowy z Klaudią Heintze, panele z udziałem Wojciecha Siudmaka, spotkanie z Andrzejem Sapkowskim, wiele miłych twarzy. Tak było. Ale nie tylko miłe refleksje mnie nawiedziły tam i po powrocie.

Uczestniczyłem i słuchałem kilku paneli dyskusyjnych. Jako słuchacz przyglądałem się panelowi dotyczącemu współczesnej polskiej literatury fantasy. Wymieniano wiele nazwisk, w tym głównie te, które międli się na okrągło (wciąż te same). Ku mojemu zasmuceniu i zdumieniu ani razu nie wspomniano o Baniewiczu, Jabłońskim i Patykiewiczu. Jest to naprawdę zastanawiające. Baniewicz – trylogia o Debrenie z Dumayki, Jabłoński – tetralogia o Witelonie, Patykiewicz – trylogia „brudnego fantasy” całkiem niezłych lotów. Wszyscy to autorzy SuperNOWEJ (przypadek?). Cisza. Kamień w wodę. Nawet pogłosu nie uświadczysz.

Tak się stało, a w zasadzie tak się nie stało, znaczy, nazwiska nie padły. Z faktami się nie dyskutuje, przeszłości się nie zmieni.

Na innym panelu, tym razem powiązanym z s-f, zapytałem, czy ktoś kojarzy nazwisko „Jaga Rydzewska” (także SuperNOWA). Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nikt! A to przecież autorka trylogii „Atalaya”, prozy s-f szczycącej się bardzo pochlebnymi recenzjami! Bałem się zapytać, czy ktoś zna Kępczyńskiego, Waszkiewicza, Baranieckiego, czy Bochenek, bo oni, o zgrozo, nie napisali trylogii (i także są z SuperNOWEJ). O Andrzeja Zimniaka także nie zapytałem, bo gdyby się okazało, że jego też nikt nie kojarzy, świat przewróciłby się do góry nogami.

Chciałbym być dobrze zrozumianym, więc powtórzę: na panelu dyskusyjnym, podczas którego prowadzone były rozmowy o współczesnej polskiej fantasy, nie wymieniono nazwisk autorów wielotomowych sag utrzymanych w tym gatunku. Trzech autorów, którym uwaga jakaś chyba się jednak należy. Podczas dyskusji o sf nie wymieniono całej armii dobrych autorów z Jagą Rydzewską na czele. Nie chodzi o to, że ja się na to obrażam. Chodzi o to, że świadczy to o niezbyt dobrym zjawisku, mianowicie o tunelowym widzeniu i braku jakiejkolwiek dbałości czy troski o to, by, skoro ktoś ma odwagę dyskutować na tak przekrojowe tematy, jak „współczesna polska fantasy”, czy „polska sf” przygotować się do spotkania i nie pomijać naprawdę istotnych twórców tudzież wydawnictw.

Zawężanie listy pisarzy do strumyka wciąż tych samych nazwisk tworzy w uszach / głowach słuchaczy takich paneli nieświadome przekonanie, że niczego więcej na świecie nie ma. W takiej sytuacji każdy autor będzie się starał dostać się do strumyczka świadomości kreowanego przez nieprzygotowanych panelowych dyskutantów. Dlaczego? Bo nie chce zostać zapomniany.

Mam w związku z tym prośbę do prelegentów i panelowiczów: jeśli macie wziąć udział w dyskusji przekrojowej – w moim przekonaniu bardzo poważnej rzeczy, bo przekrój to ho, ho, nie przelewki – przygotujcie się. Inaczej stwarzacie rzeczywistości nie dość, że nieprawdziwe, to zwyczajnie krzywdzące.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Lotniskowce

poniedziałek, 2 Maj 2011

Jakiś czas temu żona mi powiedziała, że w mediach huczy od plotek o dziewczynie, która umarła na sepsę. Wieść gminna niosła, że jednego dnia źle się poczuła, a drugiego odeszła na drugą stronę. Nie pierwszy już raz słyszę o „śmierci na sepsę”, o „zachorowaniach na sepsę” i ciągle coś mi się nie zgadza.

Na studiach uczono mnie, że jeśli ktoś ma poważną infekcję (np. bakteryjne zapalenie płuc), jest stary, ma obniżoną odporność, może dojść do bardzo groźnego powikłania, właśnie sepsy, czyli uogólnionego zakażenia organizmu: bakterie przedostają się do krwi i infekują wszystko.

Ciągle mam w pamięci sekwencję: infekcja / pogorszenie stanu pacjenta / długotrwałe, nieskuteczne leczenie / słaby organizm / sepsa. Tymczasem okazuje się, że do sepsy może dojść nagle, niespodziewanie, niejako „od razu”. To naprawdę poważna sprawa, bo oznacza, że każdy z nas może umrzeć szybko i bezsensownie.

Nie mniej poważne wydają się przyczyny ewolucji choroby zwanej sepsą. Nie wiem, czy przypominacie sobie opis generała Enrique „korwa” Baczewskiego, gdy po raz pierwszy zobaczył go Torkil? Siedział za biurkiem, a wokół jego potężnego ciała krążyły samolociki z pierwszej wojny światowej. Głównemu bohaterowi jawił się jako King Kong. Podobne opisy towarzyszyły przygotowaniom do ataku na fort Ironstone. Tam graczy otaczały programy ochronne. Gamedec powiedział, że ludzie zamienili się w lotniskowce. Właśnie.

Jesteśmy lotniskowcami. Albo, jak być może powiedziałby Stanisław Lem, „miastodontami” czy „nacjomobilami”. Czym lub kim w takim razie jest nasza „załoga”: piloci, oficerowie, marynarze? To bakterie. Nasze gigantyczne ciała są dla nich niczym planety. A żyją ich tysiące milionów. W samym jelicie posiadamy więcej niż dwa tysiące szczepów tych organizmów. Są na naszej skórze, w drogach rodnych, w jamie ustnej, i wreszcie w wielometrowej rurze, którą jest nasz przewód pokarmowy. Bakterie są obecne w powietrzu, którym oddychamy, na meblach, o które się opieramy, na klawiszach, w które teraz stukam, na pożywieniu, w kuchni, łazience, pościeli, bieliźnie. Wszędzie. Mitem jest myślenie, że przebywamy w jakichś sterylnych pomieszczeniach. Chodzimy w bakteryjno – wirusowej zupie. Powiem więcej: współżyjemy z tymi organizmami i to często na bardzo zaskakujących zasadach. Nie jesteśmy sami, a nasze ciała NIE NALEŻĄ WYŁĄCZNIE DO NAS i bez bakterii straciłyby wiele swoich cech. To jest obraz faktyczny.

A jaki jest obraz kreowany przez media, w tym głównie reklamy? Od razu przed oczy wyskakują animowane komputerowo „zarazki” siedzące w sedesie, bakcyle szczypiące w gardło, paskudne istotki wywołujące „pryszcze”. Zarazki to zło, które należy niszczyć preparatami antybakteryjnymi czyszczącymi urządzenia sanitarne, wyjaławiającymi jamę ustną, usuwającymi je ze skóry. I po sprawie. Mydełko sprzedane, zielony żel sanitarny także. Taki jest obraz medialny. Fałszywy i szkodliwy.

Bo w istocie to nie domestosami powinno się myć sedesy, ale właśnie bakteriami, ze skóry nie powinno się ich usuwać tylko tworzyć warunki korzystne dla tych „dobrych”, a usunięcie bakterii z jamy ustnej jest taką samą herezją, jak odkurzenie piasku z Sahary. Co „dobrego” robią preparaty antybakteryjne? Są niczym darmowa siłownia dla naszych „pilotów”, „oficerów” i „marynarzy”. Bakterie uczą się na nie uodparniać, mutują, zmieniają się, czasami stają się złośliwe. Są nieustannie trenowane, wzmacniane, jakby powiedział lekarz (którym kiedyś byłem), „pasażowane”. Nie wiem, jak jest teraz, ale jeszcze kilka lat temu na rynku antybiotyków był kryzys: nie wynaleziono niczego nowego, a bakterie się uodparniały.

Antybiotyki lub preparaty do nich podobne są wszędzie: w paszach dla zwierząt (przepisy unijne to trochę na szczęście zmieniły, ale tylko trochę), w mydle, w krojonym chlebie, w płynach czyszczących. Nie zawsze i nie wszędzie musiałyby być w takich ilościach, bo mycie rąk w domu to nie to samo co przygotowywanie się do operacji, a zmywanie naczyń to nie to samo co sterylizacja narzędzi chirurgicznych. Ale jakimś… inteligentnym inaczej specom od marketingu przyszło do głowy, że to świetny pomysł reklamowy.

Nie wiem, czy globalne gwałcenie współżyjących z nami bakterii ma coś wspólnego z zachorowaniami na sepsę, naprawdę nie wiem. Wiem tylko, że intuicyjnie łączę te dwa obszary. Mam w związku z tym apel do producentów… w zasadzie wszystkiego (tak na wszelki wypadek): po pierwsze zajrzyjcie do książek, albo zaproście ekspertów, zanim coś wyprodukujecie, a po drugie… odczepcie się od bakterii. Żyły na Ziemi długo przed nami i jeśli się nie opamiętamy, to nas przeżyją.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Dyskusja z paradoksem Fermiego

niedziela, 1 Maj 2011

Paradoks Fermiego może być w skrócie określony pytaniem “Gdzie Oni są?”. Myślę, że satysfakcjonujący opis można znaleźć tutaj. Kiedyś zostałem zapytany, co o nim sądzę. Skrótową odpowiedź można przeczytać poniżej. Miłej lektury.

***

Paradoks Fermiego opiera się na kilku niewidocznych gołym okiem założeniach, które, gdy je wydobyć, poddają go w poważną wątpliwość, jeśli w ogóle go nie obalają.

1 założenie – życie inteligentne jest ekspansywne.

Duża część populacji Ziemi wyrosła w społeczeństwach kolektywistycznych, mało agresywnych, mało ekspansywnych. Tak jak zwierzęta, ludzie w „prymitywnych plemionach” żyli i żyją w zgodzie z naturą: nie powiększają kontrolowanego przez siebie terytorium, nie namnażają się z szybkością kolonii bakteryjnej. Powstanie agresywnej odmiany homo sapiens, podobnej do „wirusowej” wizji agenta Smitha z Matrixa, być może było dosyć rzadkim wyjątkiem. Dinozaury żyły wielokrotnie dłużej na Ziemi i jakoś nie dopracowały się agresywnej gospodarki / cywilizacji, a być może były dość inteligentne. Inteligentne życie NIE MUSI BYĆ EKSPANSYWNE. Być może pewnym stadium mądrości jest nieekspansywność. Ekspansywność nie jest sublimacją inteligencji lecz agresji. Jeśli więc cywilizacja X byłaby ekspansywna, byłaby także agresywna. W paradoksie Fermiego nie ma słowa o tym, czy uważa on, że nieodłączną cechą cywilizacji jest agresja. Ja uważam, że nieodłączną cechą ekspansji jest agresja. Sama ekspansja w sobie jest agresywna.

2 założenie – duża, wieloplanetowa cywilizacja nie zwraca się przeciw sobie samej.

Jeśli założymy powstanie w takiej cywilizacji agresywnego wyjątku, takiego jak homo sapiens, który wyrżnął australopiteka i pewnie neandertalczyka, należy założyć, że będzie lubił rżnąć także swoich ziomków, tak jak czyni to do dziś dzień na naszej planecie. Skoro tak, to wielce prawdopodobne jest, że wieloplanetowa cywilizacja zacznie się bić wewnętrznie z wielką ochotą i animuszem, w związku z czym jej ekspansja będzie mocno problematyczna. Ekspansja i agresja związana jest z władzą, tam, gdzie jest władza wieloośrodkowa (wieloplanetowa) rodzą się ruchy niezależnościowe. Być może można by matematycznie wyliczyć wielkość progową i krzywą wzrostu takiej cywilizacji. Przez wielkość progową rozumiem ilość planet, powyżej której cywilizacja już raczej się nie rozwija wskutek eskalacji konfliktów.

3 założenie – gatunek osiedlający się na nowym globie pod nowym słońcem ma wciąż te same cechy fenotypowe

(Z braku danych o „obcym DNA” posłużę się naszym przykładem). Kurczęta hodowane na orbicie wykluwały się bez głów. Wystarczy niewielka zmiana w środowisku, a ekspresji ulegają inne geny, zaś nie ulegają jej stare. Nikt nie powiedział, że człowiek wygląda tak a tak, bo „tak jest zaprogramowany przez geny”. Człowiek NIE JEST zaprogramowany przez geny. Zaprogramowane są reakcje jego genów na środowiskowe bodźce. Koniki polne zamieniają się w szarańczę, gdy napotkają odpowiednie warunki środowiskowe. Tak więc rasa X miałaby wielkie możliwości wytworzyć wiele pod-ras X na różnych planetach – biorąc na warsztat istoty homopodobne, mogłyby być to odmiany z ogonami, z sierścią, z wydatnymi wałami brwiowymi, o małpich rysach, o wielkich głowach, o sześciu palcach itd. Doprowadziłoby to do przymusowego trzymania „czystości rasowej”, ale prawdopodobnie w dużym procencie przypadków do zaakceptowania odmienności. Wystarczy już tylko ta różnica między mieszkańcami planety A i B, że żyją w innych miejscach, by zaczęli przejawiać następujące nastawienie: a) my jesteśmy fajniejsi, b) my jesteśmy do siebie podobni, a tamci do nas nie pasują, c) brak rozróżniania pomiędzy przedstawicielami drugiej planety (traktowanie ich jako homogennej grupy), d) oznaki wrogości. (wyniki eksperymentów psychologii społecznej) Dodanie do tego różnic genotypowych spowodowałoby nasilenie objawów alienacji i wrogich tendencji. Połączenie tego z gospodarką rynkową i wolą władzy niechybnie prowadzi do konfliktów, tym razem nie tylko niepodległościowo – pieniężnych, ale także międzyrasowych. Im więcej planet zajęłaby cywilizacja X, tym więcej jej odmian by powstało. Być może także odmiany agresywniejsze i łagodniejsze, co prowadziłoby do zachwiania równowagi polityczno-gospodarczej.

4 założenie – ekspansja jest celem nadrzędnym cywilizacji.

Ekspansja przy pochłonięciu wewnętrznymi konfliktami nie jest celem nadrzędnym, tak jak nie jest nim w obecnej dobie. Już dawno moglibyśmy lecieć na Marsa, ale wuja Sama o wiele bardziej obchodzi zysk na zielonej planecie niż wydatki związane z dawaniem komuś nowego domu za gigantyczne pieniądze. Komu i po co dawać nową planetę do rządzenia? Jeśli mamy do czynienia z agresywnym gatunkiem, być może jest on także zazdrosny i zawistny. Podarowanie nowej planety nowemu wujowi Samowi (niech będzie wujowi Henrykowi) tworzy rywala. Jeśli nieodłączną cechą cywilizacji agresywnej jest zazdrość, tworzenie nowych światów będzie działo się tylko w wyjątkowych, podbramkowych sytuacjach.

5 założenie – cywilizacja agresywna ma duże szanse przetrwania wielu milionów lat.

Wszechświat ma 13,7 miliardów lat. Czas życia agresywnej cywilizacji może wynosić 200 – 300 lat, co przy uwzględnieniu odległości i wielkości galaktyki jest nawet nie lemowskim okamgnieniem.

6 założenie – cywilizacja agresywna ma ochotę kontaktować się i zdradzać swoje istnienie / położenie innym, nieznanym cywilizacjom.

Takie zachowanie jest błędne z punktu widzenia strategicznego, taktycznego, zwłaszcza w sytuacji rozbicia wewnętrznego. Być może nadrzędną zasadą cywilizacji agresywnych jest niezdradzanie swojej obecności, żeby inne agresywne cywilizacje nie miały łatwego celu. Być może dla agresywnych, bardziej od nas rozwiniętych cywilizacji, kontakt z nami jest tak potrzebny jak gwint na pewnej części ciała. Oni mają poważniejsze kłopoty. A nami zajmują się, dyskretnie i bez większych funduszy, ichniejsi naukowcy i zapaleńcy.

Możemy odbierać jedynie fale elektromagnetyczne. Fale grawitacyjne także mają prędkość światła. Jakim sposobem mamy odbierać informacje nadświetlne? Owszem, mówi się, że cywilizacje techniczne na pewnym poziomie emitują promieniowanie cieplne i nie są w stanie tego ukryć. Przeczesano kawał Drogi Mlecznej i na razie takich obłoków ciepła nie wykryto. To może oznaczać, że są po prostu trochę dalej… No i niekoniecznie należy traktować serio zapewnienia naukowców, że ukrycie obłoku ciepła jest niemożliwe. My po prostu nie wiemy, jak to zrobić…

***

Co więc ostatecznie zrobić z paradoksem Fermiego? Moim zdaniem jest interesujący i skłaniający do myślenia. Gdyby go nie było, nie napisałbym powyższej dysertacji, która, jak zaznaczyłem na początku, mam nieśmiałe wrażenie, podważa jego zasadność.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)