Archiwum z Sierpień 2013

Film

wtorek, 20 Sierpień 2013
Gamedec The Movie

Gamedec The Movie

Podobno zanim osiągnie się jakiś cel, warto stworzyć jego wizję. Wizja przyciąga i angażuje ludzi. Powoduje, że tworzy się zespół, który myśli tak samo, dąży do tego samego, pragnie tego samego. Wizja lepszych „Obrazków z Imperium” spowodowała, że całkiem spora grupa beta readerów podjęła trud i ryzyko czytania wersji będącej półproduktem, dzięki czemu pomogła mi w stworzeniu lepszego tekstu.

Czego teraz pragnie Martin Ann? Filmu. Zawsze o nim marzyłem. Być może wśród czytających ten tekst są podobni do mnie marzyciele, którzy także sądzą, że saga „Gamedec” to materiał wybitnie filmowy, to po pierwsze, a po drugie, że saga ta naprawdę na film zasługuje.

Jeśli tak, dajcie znać.

A teraz będzie śmiesznie, bo tak zawsze jest na początku jakiegoś projektu. Nazywa się to swobodnym przepływem myśli, zwanym także burzą mózgu ;) .

Jeśli znacie rodzeństwo Wachowskich, Zacka Snydera, Petera Jacksona, Ridleya Scotta, Michaela Baya, albo kogoś, kto może ich znać, lub w jakikolwiek inny sposób możecie się przyczynić do zrealizowania tej wizji, przyłączcie się.

Jeśli znacie producentów, ludzi z branży, którzy mogliby coś wnieść, przyłączcie się.

Jeśli znacie sponsorów, którzy zaraziliby się tą wizją, przyłączcie się.

Jeśli chcecie wziąć udział w wielkiej przygodzie, patrz wyżej ;) .

Jak wiecie, mam zdolność realizowania marzeń i umiejętność kończenia rozpoczętych przedsięwzięć. Kończę książkową sagę „Gamedec”, gra planszowa zostanie lada dzień wydana, zrealizowałem spot reklamowy. To wszystko projekty, które na wielu etapach mogły się nie udać, a udały się.

Teraz stawiam sobie nowy cel, nową wizję. Nie mam pojęcia, jak do niego dojść, ale powoli zaczynam sobie wyobrażać, jak film „Gamedec” powinien wyglądać, a to dobry początek.

To będzie piękny film.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Klaskaniem mając obrzękłe prawice…

niedziela, 18 Sierpień 2013
Klaskaniem mając...

Klaskaniem mając...

Klaskaniem mając obrzękłe prawice… – pisał Cyprian Kamil Norwid opisując znudzony lud wołający o czyny. Cytat ten zawsze mi się jednak kojarzył inaczej – z gawiedzią podnoszącą entuzjastyczną wrzawę na widok zjawiska na to nie zasługującego. Mam wrażenie, że w środowisku zwanym fandomem (cokolwiek to jest i jakąkolwiek przyjąć definicję tego słowa) doszło do zakłamania. Ważne wartości zostały przykryte kocem racjonalizacji (w psychologicznym rozumieniu tego słowa). Racjonalizacja to jeden z mechanizmów obrony osobowości, dzięki któremu sami oszukujemy siebie – stwarzając logiczny wywód przekonujemy siebie i innych o słuszności swojego postępowania, mimo, że czujemy, że jest ono niewłaściwe. Na przykład porzucony chłopak mówi o byłej dziewczynie, że to „ździra”, a jeszcze wczoraj twierdził, że żyć bez niej nie może, kobieta, której nie stać na ładną bluzkę, twierdzi, że i tak nie miałaby jej do czego nosić, człowiek, który przed chwilą pobił niewinnego obywatela, argumentuje, że należało mu się, sam się prosił itd.

Coraz częściej czytam w internecie wpisy o wydźwięku mniej więcej takim: warto „walczyć” o nagrodę Zajdla, nie ma niczego złego w zaganianiu fanów do urn, trzeba dbać o własne „interesy”, a autorzy, którzy tego jeszcze nie pojęli, niech się obudzą i nie mają za złe innym, że to robią. Takie teksty budzą we mnie wyobrażenie osób, w których głowach schematy poznawcze związane z wartościami zostały wyparte gdzieś do piwnic psyche, a na wierzchu zostały billboardy reklamowe i komercyjny zgiełk.

Bo w miejscu, gdzie powinna być mowa o tym, który tekst niesie największą wartość, jest argumentacja biznesowa.

Nieodmiennie przychodzi mi do głowy słowo „korupcja”, ale w trochę innym znowu znaczeniu, niż powszechnym. Zazwyczaj korupcja kojarzy się z łapówką: ja ci dam dwieście tysięcy złotych, ty mi załatwisz wygraną w przetargu i tak obaj wygramy. Istnieje jednak jeszcze jeden rodzaj korupcji – korupcja psychologiczna – wewnętrzna i zewnętrzna. Ta pierwsza zachodzi, gdy sami stajemy się skorumpowani, sami sprzeniewierzamy się wartościom, a ta druga, gdy swoimi czynami przyczyniamy się do skarlenia kogoś drugiego. Od czego się zaczyna proces korupcji? Od zastraszenia? Próby przekupstwa? Nic podobnego. Zaczyna się od uśmiechu, miłej rozmowy, ciepłej wymiany zdań, budującego dialogu na forum, komplementu, podbijających ego fraz, wypitego wspólnie piwa jednego i drugiego, zaproszenia do domu, wizyty we wspólnie odwiedzanym miejscu i tak krok po kroku dochodzi do powstania zażyłości, która, chcemy, czy nie może doprowadzić do korupcji. Nie musi, ale może i często prowadzi. Co bowiem się dzieje, gdy już będziemy mili, gdy już wypijemy masę piw z potencjalnymi „ofiarami” (korupcji), gdy staniemy się ludźmi lubianymi, nawet szanowanymi w środowisku? Ano, gdy poprosimy o głosowanie na naszą książkę, czy opowiadanie, pozyskamy masę głosów. I o to chodzi, prawda?

Właśnie nie o to.

Dopóki jesteśmy fajnymi kumplami przy wshiskey i rozmawiamy o filozofii – jest okej. Ale gdy idzie o nagrodę dla książki roku, dla opowiadania roku, o nagrodę, której przyświeca postać Janusza Zajdla, który w swoich dziełach walczył z zakłamaniem, obłudą, głupotą i tępym ludem, który klaskaniem mając obrzękłe prawice skanduje „niech żyje”, chociaż powinien krzyczeć „hańba!”, gdy idzie o nagrodę, której patronuje pani Jadwiga Zajdel, kobieta mądra i myśląca, już „nie o to chodzi” i nigdy nie chodziło. „Książka roku”, „opowiadanie roku”, to w domyśle powieść i opowiadanie najlepsze. Po prostu najlepsze. Taka jest idea tej nagrody – szukamy najlepszych tekstów i je nagradzamy. Dlaczego? Bo po pierwsze najlepsi zasługują na aplauz, po drugie to nasza wizytówka poza granicami kraju – ludzie za granicą na podstawie nagrodzonych tekstów wyrabiają sobie opinię co do poziomu naszej fantastyki, po trzecie, no właśnie. Co po trzecie?

Wyobraźmy sobie, że o statuetkę „walczą” różne wydawnictwa i autorzy. Piją z fanami piwo, robią wpisy na facebooku, wrzucają skany okładek, otwarcie proszą o głosy. Czy jest to fikcyjny obraz? Nie, to już się dzieje, nie od dzisiaj. Ba, sam w tym uczestniczyłem, ale wreszcie się obudziłem, w zupełnie innym tego słowa znaczeniu, niż kilka akapitów wyżej. Wyobraźmy sobie, że wygrywa autor X i autorka Y. Wyobraźmy sobie szalejący tłum fanów, wzniesione ręce zwycięzców, uśmiechnięte buzie wydawców. I zadajmy sobie pytanie: Z CZEGO ONI SIĘ, DO CHOLERY, CIESZĄ?

  1. Z tego, że wygrały NAJLEPSZE teksty?
  2. Z tego, że wygrały ICH teksty?

Idę o zakład, że wyłącznie z drugiego powodu, często podpartego racjonalizacją, że przecież ich teksty wygrały nie dlatego, że przedtem miała miejsce wielka kampania korupcyjna, ale dlatego, że są zwyczajnie najlepsze, ale to, niestety, często tylko mechanizm obrony osobowości. Zwycięzcy zachowują się, jak kierowcy formuły jeden, którzy wygrali wyścig, a przecież, do diabła, TO NIE BYŁ WYŚCIG! W idei nagrody dla książki / opowiadania roku nie chodzi o to, by wygrać plebiscyt! Nie chodzi o to, by go wygrać! Chodzi o to, by czytelnicy, kierując się WYŁĄCZNIE jakością tekstów, kierując się WYŁĄCZNIE osądem na temat POWIEŚCI / OPOWIADAŃ, nie autorów i autorek, starając się nie poddawać MODOM wykluczającym pewnych autorów i autorki poza margines uwagi, nie dając posłuchu UPRZEDZENIOM wobec autorów / autorek nielubianych, zagłosowali po prostu na najlepszy utwór! O to w duchu tej nagrody chodzi. O najlepsze teksty, a nie autorów najpopularniejszych i najsympatyczniejszych, korumpujących lud, który zamiast klaskać, powinien zacząć myśleć i wrócić do wartości.

Ktoś mógłby powiedzieć: ale zaraz, o co tyle krzyku? Przecież od dawna wiadomo, że „Zajdel” to plebiscyt, od dawna wiadomo, że to „nagroda uznaniowa” itd. Gdybym był Januszem Zajdlem, na dźwięk takich słów przewróciłbym się w grobie, a potem wylazł z niego i gromkim głosem zawołał: w takim razie proszę zaprzestać używać mojego nazwiska! Ktoś może powiedzieć: ale o co tyle hałasu? Przecież czasami nagrody dostają rzeczywiście rzeczy na to zasługujące. Tak, czasami tak jest. Ale nie zawsze. Ktoś może powiedzieć, no to po co w ogóle się produkujesz, Ann?

Napisanie książki to nie jest czynność typu „szast prast”. To kawał życia. W przypadku niektórych pismaków dwa – trzy lata. To udręka, poświęcenie i wybór. Autor / autorka jest w stanie w ciągu swojego życia napisać określoną liczbę dzieł. Dziesięć, piętnaście, czasami więcej. Za każdym razem jest to wielki wysiłek, no, chyba, że mamy do czynienia z grafomanami, którzy piszą rzeczy niezbyt ambitne. Pisarze, jak my wszyscy, potrzebują docenienia swoich wysiłków. Dostrzeżenia. Nie chcą być pomijani. Jeśli zdarzy im się napisać tekst wybitny, ale wskutek tego, że „to przecież nagroda uznaniowa”, zostanie on pominięty przez skorumpowaną gawiedź, jeśli zdarzy się to raz, drugi raz i trzeci, to ta zabawa, ten „plebiscyt” stanie się ich torturą. Zabraknie im sił, by pisać dalej, przestaną wierzyć we własne siły. Nie będą rozumieli, dlaczego nie są dostrzegani, dlaczego nie są doceniani, dlaczego ta „nagroda” idzie wciąż w inne ręce. W końcu mogą popaść w melancholię, zgorzknienie, bo ktoś podeptał ich marzenia. Czy podeptał celowo? Ależ nie. Czy złośliwie? Rzecz jasna nie. Podeptał przy okazji wielkiego, skorumpowanego „hurra!” i wrzawy oklasków. Czy tego chcemy? Czy tego właśnie chcemy? „Zabawy w Zajdla”, podczas której możemy nie dostrzec najlepszych?

Zagłosowałem na nagrodę im. Janusza Zajdla raz. Jak? Nieuczciwie. Dlaczego nieuczciwie? Bo nie czytałem nominowanych utworów. Oddałem głos na kolegę. Zaganiałem swoich czytelników do urn. Prosiłem, by głosowali. Zachowywałem się w sposób korupcyjny. To, że nie miałem na tym polu żadnych sukcesów (żadnych nominacji) nie usprawiedliwia moich czynów. Dopiero w tym roku się „obudziłem”. Być może ktoś zauważył, że nie odezwałem się ani słowem odnośnie nagrody i ani razu o nic nie prosiłem, nawet nie linkowałem strony z głosowaniem. Stwierdziłem, że nie mogę tak dłużej postępować, bo to szkodliwe – dla mnie i dla tych, którzy moim namowom ulegną. Stanę się człowiekiem korumpującym i będę miał kłopoty ze spojrzeniem w lustro, a oni zostaną skorumpowani – w dobrej wierze, w poczuciu walki o swojego ukochanego autora, ale nie o to w tej nagrodzie chodzi. Nie chodzi o ukochanego autora tylko o najlepsze utwory.

„Niech wygra najlepszy” – to piękne hasło, które, nie wiedzieć dlaczego, zostało w dzisiejszych czasach zapomniane i zastąpione innym: „Niech wygra MÓJ AUTOR”.

Nie.

Dopóki to się nie zmieni, mówię temu biegowi świń do koryta “nie”.

I żeby nie było, że jestem święty: sam byłem świnią, ale dałem sobie w ryj.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Źli ludzie

środa, 14 Sierpień 2013
Black Dragon Sinister Evil. Nie znam autora.

Black Dragon Sinister Evil. Nie znam autora.

Nigdy nie wierzyłem w istnienie złych ludzi. Dlaczego? Nie mieści mi się w głowie, by ktoś świadomie założył taki kurs życiowy: będę zły, będę krzywdził. Człowiek jest tak skonstruowany, by nawet najgorsze rzeczy robić raczej w mniemaniu, że w jakiś sposób są dobre, albo przynajmniej usprawiedliwione. Lektura książek poświęconych psychopatologii potwierdza, że nawet seryjni mordercy to po prostu ludzie skrzywieni. Gdyby ich psyche porównać do samochodu, mają silnik na siedzeniu kierowcy, a kierownicę w bagażniku, są po prostu nieprawidłowo skonstruowani i postępują zgodnie z logiką tej konstrukcji, struktura ta zaś bardzo często jest skutkiem fatalnego dzieciństwa – przemocy fizycznej i seksualnej. Oczywiście dopuszczam istnienie sadystów czerpiących przyjemność ze sprawiania bólu, ale wyobrażam sobie, że oni także szukają sobie odpowiednich partnerów zabaw, choćby masochistów.

Moja wiara czasem bywa zachwiana. Pierwszą dawkę mroku otrzymałem chyba w 2010 roku, gdy prowadziłem z grupą trenerów duży program szkoleniowy typu „train the trainer”, innymi słowy szkoliliśmy szkoleniowców w cyklu dziewięciu dwu- a nawet trzydniowych spotkań, a wszystko nazwaliśmy ładnym terminem „Panta Rhei” (zdaje się, że niesłusznie przypisywanym Heraklitowi. Czytałem jego myśli i nie natrafiłem na ten cytat). Nie jest łatwym zadaniem prowadzić zajęcia dla kolegów i koleżanek po fachu, więc przygotowywaliśmy się bardzo rzetelnie. Gdy przyszło do podziału grup, dano mi tę, która składała się z najbardziej doświadczonych i  wymagających szkoleniowców. Dlaczego? No cóż, wiedziano, że się ich nie boję i że wszyscy inni boją się niezmiernie. Grupa okazała się fantastyczna – dociekliwa, zainteresowana, niebanalna. Odkrywaliśmy coraz głębsze aspekty zmian, komunikacji międzyludzkiej, w zasadzie zagłębialiśmy się w każdy możliwy dostępny temat, dlatego zajęcia bardzo często przedłużały się ponad zamierzony czas.

W końcu jednak trzeba było zmienić nieco układ i dostałem grupę najmniej doświadczonych „młokosów”, przyczyny były różne i nie są tu najważniejsze. To było chyba szóste szkolenie w cyklu i moja „sława” jako trenera prowadzącego długie i wychwalane treningi chyba już zdążyła się jakoś roznieść. Jakie było moje zdziwienie, gdy właśnie w tej grupie spotkałem się z chłodem, uszczypliwościami, a na końcu dewaluacją. Szkolenie trwało dwa dni i należało chyba do najcięższych, jakie zdarzyło mi się prowadzić. Mimo nieustannej niechęci, jaką prezentowali uczestnicy, starałem się przekazać im wszystko, co najlepsze – w końcu mówiłem do świeżynek o doświadczeniach faceta, który prowadzi szkolenia od dwudziestu lat (temat dotyczył, nomen omen, trudnych sytuacji podczas treningu). Doprowadziłem wszystko do końca, pożegnałem się, posłuchałem opinii niezależnej obserwatorki uczestniczącej w całości (powiedziała, że na przerwach miała ochotę tłuc tłumoków po gębach, podziwia mnie za wytrwałość i współczuje), poszedłem do domu i co? No i rozpłakałem się. I potem płakałem jeszcze trzy dni. Tyle czasu dochodziłem do siebie. Trudno powiedzieć, co było przyczyną takiej reakcji. Najbardziej chyba wyrzucałem sobie to, że dałem im to, co najlepsze, a powinienem był ograniczyć się do niezbędnego minimum, bo zwyczajnie nie zasługiwali na know how. Mimo to jakiś wewnętrzny przymus rzetelności kazał mi przekazywać wszystko, bez cenzury. Niezależnie od przyczyn pogorszonego nastroju, to wtedy właśnie miałem pierwszy bezpośredni kontakt z czymś, co można by nazwać jawnym, otwartym… cieniem nienawiści.

Jak można go sobie wytłumaczyć? Mimo wszystko chyba prosto, o ile odrzuci się fałszywą skromność. Niedoświadczeni chłopcy i dziewczęta nie mogli znieść faceta, a) o którym krążyły plotki, że jest „niesamowity”, b) który okazał się „niesamowity”. Sęk w tym, że „bycie niesamowitym” nie jest i nie może być celem trenera. Celem trenera jest przekazanie wiedzy i na tym się powinien koncentrować. Zawsze o tym pamiętam (tutaj proszę o zawierzenie moim słowom) i nigdy nie poświęcam nawet grama uwagi temu, „jak mogą mnie postrzegać?”, „jak mogą mnie oceniać?”. Szkoleniowiec, który zada sobie te pytania podczas zajęć dekoncentruje się, traci kontakt z grupą, sabotuje swoją pracę. Takie jest moje zdanie. Te pytania zatruwają szkolenie. Ergo, nie starałem się być „niesamowity”, mimo to byłem, bo dobrze wykonywałem swoją pracę, to po pierwsze, po drugie jestem w tym dobry i nie będę tu wymieniał powodów, dlaczego (za długo by to trwało, jak chcecie wiedzieć, zapytajcie uczestników, tylko proszę, nie z opisywanej grupy).

Jednym słowem przyczyną była nieprzepracowana zazdrość. I znowu – nie wierzę, by ludzie tak po prostu chcieli być zazdrośni, zawistni, nienawistni. To uczucia powszechnie uznane za negatywne, niszczące, więc gdyby zapytać tych uczestników, dlaczego byli nieprzyjemni, z pewnością znaleźliby wiele innych przyczyn (tu zadziałałyby różne mechanizmy obrony osobowości z racjonalizacją na czele) i oczywiście zaprzeczyliby, że są zazdrośni. Powiedzieliby być może coś w tym stylu: „Facet nie miał nic do powiedzenia”, albo „Szkolenie miało fatalną strukturę”, lub: „W sumie nie wiadomo było, o co chodzi”, ewentualnie „Mówił ogólnikami i nie dał nam żadnych narzędzi”. Każde z tych stwierdzeń brzmi w miarę prawdopodobnie i kamufluje jedną prostą frazę: „No rzesz jasna cholera, był tak dobry, że kiszki mi się skręcały, udusiłbym go za ten perfekcjonizm, też chcę taki być!!!”

Co z tego wynika? Myślę, że to, co napisałem na początku: wciąż nie wierzę w istnienie złych ludzi. Zazdrość może zmienić nasze postępowanie, to, co mówimy, to co robimy. Potem możemy żałować, nie koniecznie od razu, ale po latach. Skąd to wiem? Sam byłem nieraz zazdrosny. Sam robiłem złe rzeczy powodowany tym uczuciem. Nie raz dotknąłem mroku od drugiej strony. Nie jestem bez winy. I nie uważam siebie za złego człowieka. Po prostu błądziłem. A teraz staram się błądzić trochę mniej.

Pamiętam opowieść jednej trenerki, osoby, którą bardzo lubię i szanuję. Mówiła o swoich studiach i pewnym wykładowcy. Chodziła regularnie na jego prelekcje i nieustannie go atakowała. Może nie tyle z chęci udowodnienia, że nie ma racji, co z pasji poznawczej, z chęci drążenia tematu. Wykładowca bronił się jak mógł, a ona nie ustępowała. Lubiła go i szanowała. Po skończeniu studiów wciąż go pamiętała. Pewnego razu została zaproszona przez znajomą na przyjęcie. Tam, ku jej zdziwieniu, został jej przedstawiony dawny profesor. Zanim zdążyła krzyknąć: „Ja tego pana znam!”, stały się dwie rzeczy: koleżanka zdążyła dokonać prezentacji, a mężczyzna pokiwał głową i powiedział smutno: „Tak, znam tę panią. To ta osoba, która spowodowała, że odszedłem z uczelni”. Szok mojej znajomej był wielki (co oczywiste), a żal do siebie ogromny. Nie wiem, co było dalej na tym przyjęciu, ale wiem, że do dzisiaj nie może sobie darować swojego zachowania. Nie zdawała sobie sprawy, jak jej ataki były odbierane przez szanowanego przez nią profesora. A on cierpiał. Zło dokonało się niejako poza jej wiedzą.

W internecie też jest dużo znaków zła. Ostatnio, mam wrażenie, zagęszczenie złych emocji jest jakby większe. Ale wciąż nie wierzę w złe intencje rozmówców. Z moich zawodowych doświadczeń wynika, że większość, naprawdę znaczna większość kłótni spowodowana jest błędami komunikacyjnymi. Czyli ludzie sprzeczają się nie dlatego, że są wrogami, ale z tego powodu, że się nie rozumieją. Jakie są główne przyczyny nieporozumień prowadzących do przykrych wymian zdań? Spróbuję je wymienić.

  1. Założenia. Internet jest miejscem pośpiechu. Bardzo często rozmówcy używają ogólników, uproszczeń, męczą się ze słowem (ja także) i nie zawsze udaje im się przekazać precyzyjnie to, co mają na myśli. Błędem interlokutora jest założenie, że wie, co przedmówca miał na myśli i błyskawiczne ustosunkowanie się do jego wypowiedzi (z reguły negatywne). Myślę, że dobrą praktyką byłoby uprzednie uściślenie, o co mojemu rozmówcy chodzi. Można tu zastosować proste pytania, typu: „Co konkretnie masz na myśli?”, „Nie bardzo rozumiem, czy mógłbyś sprecyzować?”, „Ciekawe, ale chyba nie do końca rozumiem aspekt…”. W ten sposób umożliwiamy drugiej stronie doprecyzowanie wypowiedzi. Dzięki temu możemy szybko dotrzeć do jej sedna. Bez takiego doprecyzowania, no cóż, zakładamy, że wiemy i z tym założeniem w kieszeni zaczynamy walkę z fantomami, czyli z mniemaniami na temat sensu wypowiedzi rozmówcy. Jeśli rozmówca jest niedoświadczony, albo po prostu mu się spieszy, wejdzie w dialog z tymi fantomami i tak zacznie się taniec duchów, a sedno wypowiedzi zostanie zapomniane.
  2. Brak pytań. To wiąże się z punktem poprzednim. Zauważyłem, że w rozmowach internetowych bardzo mało jest pytań, dociekliwości mającej na celu zrozumienie rozmówcy. O czym to świadczy? Chyba o tym, że bardzo często prowadzących konwersację nie interesuje tak naprawdę, co kto ma na myśli, a tylko to, co sami chcą powiedzieć. Brak równowagi między dociekliwością (ustalaniem punktu widzenia rozmówcy) i obroną swojego stanowiska prowadzi nie do dialogu, ale dwóch monologów.
  3. Nadmierna obrona własnego stanowiska (własnego ego) połączona  z koncentracją na swoich wypowiedziach oraz brakiem uwagi poświęconej wypowiedziom interlokutora (czytanie pobieżne, szybkie, bez zastanowienia się nad sensem słów rozmówcy, patrz punkt drugi). Skąd się to bierze? Trochę z pośpiechu, trochę z kompleksów, trochę z nastawienia obronnego, trochę pewnie z przykrych doświadczeń przeszłości. Ludzie zranieni przestają być ufni, ludzie poniżeni przestają wierzyć we wzniosłe treści, ludzie cyniczni to niegdysiejsi idealiści.

Te trzy czynniki, czyli błędne założenia, brak dociekliwości (zadawania pytań w celu zrozumienia drugiej strony) oraz nadmierna koncentracja na obronie swojego stanowiska powodują powstanie… „Hejtu”, jak to się w internecie mówi. U podłoża tych zjawisk leży brak ufności i przykre doświadczenia w przeszłości. Taka jest moja robocza teoria, bo wciąż, uparcie nie chcę wierzyć w istnienie złych ludzi.

Co można z tym zrobić? Ba. Najpierw trzeba mieć dużo czasu (ja go nie mam) i cierpliwości. Po drugie raczej ciągnąć w górę niż spychać w dół (zakładać, że rozmówca ma na myśli coś lepszego niż gorszego), po trzecie nie zakładać, po czwarte dopytywać się, po piąte dążyć nie do „wygrania sporu”, ale do ciekawych wniosków i tak zwanej prawdy, czego sobie (nie jestem bez wad) i Wam życzę.

Spróbujmy. W końcu co nam szkodzi?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)