Archiwum z Kwiecień 2011

Komunikacja damsko-męska – relacja Norbercika

sobota, 30 Kwiecień 2011

I kolejny wpis archiwalny. Relacja autorstwa Norberta Dąbrowskiego z mojej pyrkonowej starej prelekcji o komunikacji damsko-męskiej. Łza się w oku kręci… Wesołej zabawy.

***

KOMUNIKACJA DAMOSKO MĘSKA – KOMPEDIUM WIEDZY ? :)

Rzecz dzieje się w czasie obecnym, nic przed i nic po już nie będzie takie samo (zwłaszcza nic przed – ale to jest tylko kwestia czasu i energii). Monumentalna sala do biologii otacza ze wszystkich 6 stron zbitą masę 80 głodnych wiedzy słuchaczy, którzy w skupieniu oczekują na prelekcję Herr  Martina von Pschybylka – jedynego żyjącego potomka Zakonu Krzyżackiego, nota bene w prostej linii spadkobiercy majątku potwornego Rycerza Klausa Marii von Ribbentropmołotowa, który w czasie selektywnej bitwy pod Grunwaldem (1410 n.e.) zmarł

W wyniku amputacji kończyn dolnych superostrą brzytwomaczugą reprezentanta Wojsk Polskich – zwanego potocznie Dwustuletnim Dziadkiem. Ale wracając do sedna: napięcie w sali spowodowane zmniejszającą się powoli aczkolwiek systematycznie ilością tlenu w powietrzu zaczyna rosnąć. Zastygłe w oczekiwaniu na prawdę bądź herezję buzie pań i mordki panów zamierają kompletnie w absolutnym bezruchu – niektóre nawet otwierają się bezwiednie bo oto wchodzi, sam „wielki” Martin, krocząc dumnie przez pomieszczenie, (niezwracając żadnej uwagi na jęki deptanych przez siebie ciał), uśmiecha się tajemniczo  i dość jednoznacznie, może nawet złośliwie?

-          To jest potomek tego strasznego rycerza Krzyżaków spod Grunwaldu???? – pyta cichutko Czarny, który siedzi bardzo wygodnie, wcisnął się przy pomocy trzech kolegów w krzesełko dla 9-latka w pierwszym rzędzie. – Taki jakiś trochę mniejszy ?!

-          Milczeć!!!!!!!! – teraz będę mówił JA – gromowym głosem przerywa Czarnemu prowadzący.

Oczy Czarnego zapadają się do wewnątrz, pragnie być w tym momencie tylko krzesełkiem na którym siedzi, zamiera w bezruchu w oczekiwaniu na straszliwą karę, jaką może być wywalenie z sali, a nawet pójście po mamę, że o wpisie do dzienniczka uwag nie wspomnę.

A potem nagle głosem aksamitnym jakby z innej bajki, albo innej bitwy Marcinek zaczyna tak :

- Dzieci moje kochane, Witam Was, nazywam się Marcin Przybyłek, jestem lekarzem z wykształcenia, pisarzem z zamiłowania, a zawodowo prowadzę różne szkolenia, głównie związane z komunikacją, takie jak szkolenia sprzedażowe, związane z prowadzeniem prezentacji, negocjacyjne, oczywiście także relaksacyjne, nagrodowe, a także przeróżne wykłady, na przykład takie jak ten. Zajmuję się tym od stycznia 1990 roku, więc już 17 lat…

- O w mordę jeżyka ??? – mruknął, tym razem jeszcze ciszej, Czarny próbujący uwolnić się z trzymającego go bezlitośnie krzesełka.

- Dzisiaj powiem kilka słów na temat komunikacji szeroko rozumianej i tej wąsko rozumianej czyli damsko męskiej też. Tak więc przechodząc do sedna…..

Tu na chwilę musimy wrócić do opisu sytuacji frontowej. Niestety czas biegnie nieubłaganie, mija 4 minuta wykładu a w przeznaczonej na 20 par płuc sali stężenie CO2 podnosi się w tempie jednostajnie jednostajnym. W 16 minucie wykładu przerywanego nieustającymi naprzemiennymi (raz kobiety raz mężczyźni) brawami jeden z wielu stojących uczestników (nie jest to Czarny – uspokajam, on ma swoją rolę w 59, przedostatniej, minucie), pada niczym ścięte nagle piłą łańcuchową drzewo. Łomot ciała uderzającego o inne elementy sali – w tym przypadku jest to posadzka – na chwilę odrywa 160 gałek ocznych od wykładowcy. Ktoś humanitarny nawet zdobywa się na odwagę i zadaje nieśmiało pytanie : „Czy jest na sali lekarz ?”

- Tak, JA jestem lekarzem !!!! – zmienia znowu płynnie ton głosu na rykliwo-pancerny prowadzący Marcin Przybyłek – ALE CZY NIE WIDAĆ ŻE TERAZ PROWADZĘ WYKŁAD NA TEMAT KOMUNIKACJI DAMSKO-MĘSKIEJ !!!!!?

- Widać, widać, widać – odpowiada cichutko ale bardzo równiutko cała sala.

– NO TO WYNIEŚCIE GO!!!

Wykład trwa dalej, ciało nieprzytomnego leży  pomiędzy innymi ciałami siedzącymi.  Ostatecznie znajduje się dwóch ochotników – którzy nieodrywając wzroku od prezentera donoszą ciałko do samych drzwi, po czym dyskretnie, cichutko ale stanowczo wypychają je na korytarz.

- Będziesz żył – szepcze do ciałka Czarny – albowiem to on uwolniony z krzesełka, postanowił w związku z faktem uwolnienia zrobić jakoś dobry uczynek i podjął się ryzykownego zadania – oczyszczenia sali biologicznej z niesłuchających.

Wykład trwa, na sali hipnoza, ludzie mdleją, ludzie biją brawa, ludzi biją się nawzajem, ludzie nie wynoszą omdlałych – ponieważ prowadzący zabronił tego niegodziwego procederu, który psuje mu zawsze na wykładach statystyki. Nadchodzi wreszcie 59 minuta, co prawda nie widać prowadzącego zza góry kwiatów, (również doniczkowych) które rzucali mu cicho a celnie w uwielbieniu słuchacze (głównie słuchaczki) ale wciąć go słychać:

- I pamiętajcie drodzy Panowie, to nie my wybieramy kobiety ale kobiety wybierają nas!!!!! – po czym pada zemdlony, wyczerpany, niedolteniony w objęcia Czarnego (również mocno niedotlenionego z pierwszymi objawami halucynacji), który z naręczem własnoręcznie zebranych kwiatów polnych, sprytnie ukrytych wśród innych eksponatów sali biologicznej w tym momencie kończył bieg w jego kierunku..

Huk braw zakłóca nawet sygnał telewizyjny stojącej nieopodal 1300 km stacji nadawczej Radia Erewań, ale głos Czarnego przebija się jakim cudem na szczyt akustycznej wrzawy:

- MISTRZU!!!!!!! NIE UMIERAJ!!!!!!.

I razem objęci w przyjacielskim uścisku osuwają się wolno ku dołowi, czas się zatrzymuje…. wszystkie dźwięki w uszach Czarnego brzmią jakby zza pancernej szyby. Ciemność.  Przywaleni stertą kwiatów (również doniczkowych) wydawać się by mogło, odchodzą do krainy wiecznych łowów, kiedy Marcin wyciąga z kabury ruchem doświadczonego maskorewolwerowca  -  maskę tlenową i hamuje (w niewidoczny dla słuchaczy i niezrozumiały do końca dla siebie sposób) proces dezintegracji szarych komórek Czarnego.

- Dobry słuchacz, dobry – mruczy pod nosem. – Teraz sobie tu troszkę poleżymy, aż wszyscy wyjdą – a potem, Panie Czarny, czas na imprezkę do Mordbercika – będziemy stosowali komunikację męsko-damską w praktyce. – powiedział Marcin, wydłubując z międzyzębów elementy korzeni draceny (doniczkowej).

W rolach głównych wystąpili:

Martin von Pschybylek – prowadzący wykład, znany artysta barowy, podszywający się pod równie znanego pisarza s-f Marcina Przybyłka,

Czarny – aktywny lecz nieruchomy (przez większą cześć przedstawienia) ze względu na małe krzesełko, słuchacz wykładu,

Kwiaty polne, kwiaty cięte, kwiaty sztuczne i kwiaty doniczkowe – rekwizyty z rolą drugoplanową,

Słuchacz I – mdlejący

Słuchacz II – pomagający Czarnemu w ryzykownej akcji,

Pozostali słuchacze – w liczbie 77

A także goście specjalni:

Mordbercik – organizator i sponsor imprezy powykładowej.

Nexus – współtowarzysz broni Morbercika – nie wspomniany wprost, ale ze względu na zaangażowanie w organizację imprezy powykładowej nie możemy o nim zapomnieć,

Ika – pierwsza i jedyna  żona Nexusa – również wprost nie wspomniana, ale dzięki nieustającej dystrybucji piwa podczas wykładu należą się jej podziękowania

Lu – ze względu na celność z jaką rzucała egzotycznymi kwiatami doniczkowymi, musi znaleźć się wśród panteonu gwiazd wykładu,

Joe Cool – znana agentka izraelskiego wywiadu, inwigilująca dla potrzeb germańskich najeźdźców, ta która podłożyła nogę Czarnemu pod głowę na imprezie powykładowej.

Winien jestem jednak trochę powagi i chciałbym kilka przykładów przytoczyć, przede wszystkim dla naszych drogich blgowiczek.

Mamy różne mózgi, nie lepsze nie gorsze tylko różne.

Przykład 1: Co odpowiada mężczyzna zapytany: która godzina?- 17.20. A kobieta? ZDĄŻYMY. SPOKOJNIE.

Przykład 2:

Pytam żonę: czy jest jeszcze obiad?

Odpowiada: przecież nie chciałeś

Ot pytanie proste, a odpowiedź nie do końca.

Mężczyźni jak mówią to nie myślą, a jak myślą to nie mówią – brzmi nieźle, chodzi o to, że kobieta mówiąc jednocześnie może myśleć. Mężczyźni muszą się zastanowić!!!

Kobiety nawykowo odgadują intencje, a mężczyźni nawykowo przekazują informacje.

Przykładów były dziesiątki, ale to wykład komercyjny jest – a mnie stać na wykupienie tylko 4 przykładów więc ostatni jest taki:

Co robi dwóch mężczyzn w swoim towarzystwie ? -  działają i ustalają hierarchię.

Co robi dwie kobiety w swoim towarzystwie ? – rozmawiają.

Tak czy owak było wiele, bardzo wiele o chemii, feromonach, gestach, ja to wszystko już całe szczęście wiem, ale wniosek jest jeden: z kobietami trzeba ROZMAWIAĆ, ROZMAWIAĆ, ROZMAWIAĆ I JESZCZE RAZ ROZMAWIAĆ.

Ale nie tylko ….. :)

Ps. Pan Czarny to postać autentyczna :)

***

O. tak wyglądały relacje Norbercika z różnych imprez. Chciałoby się powiedzieć: Norbercie, nie odchodź :) . Kto wie, może jeszcze do nas wróci :) .

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Lustro społeczne

piątek, 29 Kwiecień 2011

Dzisiaj na prawie wesoło. Kilka lat temu gamedekowy blog prowadził mój przyjaciel, Norbert Dąbrowski. Bardzo żałuję, że teraz już nie pisuje, bo miał świetne poczucie humoru i lekkie pióro. Niestety, wszystkie jego wpisy zaginęły po tym, jak gildiowy blog zaczął odmawiać posłuszeństwa…  Wszystkie? Jednak nie! Kilka dni temu udało mi się wygrzebać ze starego peceta jego dwa czy trzy archiwalne teksty. Okazuje się, że wciąż są aktualne. Oto jego impresja z jednego ze starych Pyrkonów. Warto wiedzieć, jak pisarska społeczność jest widziana przez biznesmena, który zwiedził cały świat. Zapnijcie pasy…

***

No cóż, przychodzi taki moment w życiu, że trzeba sobie zadać pytanie : czy trzymać gębę na kłódkę i akceptować to co się widzi, bo taka jest moda lub tak jest wygodniej i tak naprawdę to po co ruszać sprawy, które są niezmienne – czy też powiedzieć co się myśli i przysporzyć sobie nieprzyjaciół, wrogów lub innych bytów patrzących wzrokiem nie do końca życzliwym.

Mam nadzieję, że zgodzicie się (chociaż raz) ze mną i przyznacie, że nie można i nie wolno się prostytuować i trzeba ludziom mówić zarówno rzeczy dobre jak również złe. Szczerze. Pozostaje oczywiście (jak zawsze) kwestia formy. O rzeczach dobrych  dziś trochę mniej.

Po raz kolejny miałem „przyjemność” przebywania  w towarzystwie luminarzy polskiej fantastyki i przyznaję otwarcie, jestem trochę zdruzgotany. Zdruzgotany i przygnieciony tym co zobaczyłem, z kim rozmawiałem, kogo poznałem (to akurat nie odnosi się do nie-pisarzy i nie-felietonistów). To, kogo ujrzały moje oczy podczas licznych paneli dyskusyjnych wprawiło mnie w nie lada zdumienie. Większość tych mądrych i opiniotwórczych ludzi poprzez fatalny styl wypowiadania się, a niekiedy i zachowania, robi krzywdę szeroko rozumianemu rynkowi fantastyki. W kontekście faktu, że na panele dyskusyjne z udziałem pisarzy i felietonistów przychodzi przede wszystkim młodzież – która w jakiś sposób jest jeszcze w fazie uplastycznienia swojej osobowości – należy zadać pytanie: o co Wam chodzi drogie autorytety? – bo na pewno nie o to żeby w krzewić pierwiastek wyobraźni i wychowywać młode „fantastyczne” talenty, czy też  przyziemnie szukać czytelników tego segmentu literatury. Na wspomnianych panelach ujrzałem wszystko, czego nie powinno się oglądać z siedziska słuchacza: chaos myślowy, kompletny brak przygotowania do tematu, brak pomysłu jak publiczność zaciekawić i wciągnąć do dyskusji, wreszcie formy komunikacji które swoją wyrazistością idealnie pasują do modelu „Co zrobić żeby broń boże nikt mnie nie zrozumiał tudzież usłyszał”, czyli ciche i bardzo ciche mówienie, bełkotanie (niewyraźne mówienie), międlenie słów przy niemal zamkniętych wargach itd. Mam oczywiście dobrą wiadomość, że Przybyłek Marcin wyraźnie się od tego niskiego poziomu komunikacji in plus odcina (bo sam przecież ludzi szkoli jak to dobrze robić) ale nie zawsze dają mu dojść do głosu, więc musi podciągnąć waleczność i siłę przebicia (bo on taki dobrze wychowany i wrażliwy ten nasz Marcinek jest).  Może więc zrobi coś kiedyś – oprócz pisania – dla środowiska s-f – i da kilka podstawowych rad kolegom w zakresie zachowania się przed publicznością szerszą niż dwie osoby [na prośbę Wojtka Sedeńki wygłosiłem taką prelekcję podczas ostatniego Festiwalu w Nidzicy. Na audytorium nie było ani jednego pisarza ani pisarki – przyp. MP].

Moja krytyka nie ma na celu deprecjacji talentów i zasług wspaniałych twórców (tam obecnych) i nie jestem nawet godzien podejmować się takiej oceny, ale na Tron Imperatora! – młodzież jest mocno tolerancyjna, mimo to chyba niemożliwe jest, żeby nie zwróciła uwagi na tę komunikacyjną bylejakość.

Jednym z nielicznych bardzo pozytywnych  jeśli nie najlepszych ze spotkań był wykład na temat komunikacji „damsko – męskiej”, który Marcin przeprowadził w pełnej duchoty klasie szkolnej, na którą przybyło ponad 80 osób. Były śmiechy, łzy i wielkie, szerokie ze zdziwienia oczy (niestety najczęściej męskie) i choć naga prawda wyszła na jaw (że to kobiety sobie wybierają mężczyzn, a nie odwrotnie), to do końca wykładu czyli godziny 22.00 wszyscy wytrwali w ekstremalnych warunkach atmosferycznych.

Na koniec słówko na temat barwnej (inaczej)  postaci pisarskiej (nazwisko można znaleźć na liście uczestników). Nie jestem co prawda Wysokim Sądem, zasadniczo lubię się bawić, ale wiem  kiedy czas pracy nie może być czasem zabawy -  i nie śmieszy mnie wcale widok pisarza (przez małe „p”),  który w związku ze swoim zawodem – ogromnie stresującym – musi pić w każdym momencie za wyjątkiem snu – i permanentny stan ukojenia nerwów w ogóle mu nie przeszkadza w zupełnie nieudanych wystąpieniach publicznych.

Było dziś trochę inaczej niż zwykle – ale w związku ze zbliżającą się dużymi krokami imprezą S-F w NIDZICY, postanowiłem poszerzyć krąg osób, które będą mnie unikać :) .

W następnym odcinku więcej szczegółów o komunikacji damsko-męskej. Ponieważ temat jest wdzięczny i bogaty w przykłady, poświęcimy mu cały wpis.

***

Tak właśnie Norbert widział cudną pisarską brać… No cóż, “prawdziwa cnota krytyki się nie boi”…

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Wirus i natura

czwartek, 28 Kwiecień 2011

Trudno określić, czy wirus jest organizmem żywym, czy tylko bytem złożonym z organicznych molekuł. Składa się z krótkiej nici kwasu RNA bądź DNA osłoniętej strukturą białkową. Jest swego rodzaju „kurzem organicznym”, bardzo jednak funkcjonalnym. Osłonka białkowa jest enzymem rozpuszczającym błonę komórkową; przez wyrwę powstałą wskutek jej działalności do wnętrza komórki gospodarza wnika nić z obcym materiałem genetycznym, który penetruje jądro – siedzibę genów – wbudowuje się w rezydentny heliks i zmusza układ replikacyjny do namnażania zarówno wirusowego DNA / RNA, jak i białkowych otulin. Gdy komórka spuchnie od wyprodukowanego materiału, pęka wypuszczając armię bezmyślnych, acz skutecznych agresorów. Trudno zarzucać intencjonalność tak prymitywnemu tworowi, niezaprzeczalnie jednak wywołuje on choroby – od lekkich i przejściowych typu katar czy opryszczka, do ciężkich jak półpasiec czy wirusowe zapalenie wątroby, a nawet śmiertelnych, co widzimy w zespole nabytego braku odporności czyli AIDS.

Wirusy komputerowe mają z organicznymi wiele wspólnego. Ich „osłonką białkową”, dzięki której wnikają do komputera bywa przesyłka e-mailowa zaopatrzona w załącznik. Do otwarcia go z reguły skłania atrakcyjny tytuł typu: nagi Gorbaczow, ukryte sceny z Matrixa itp. Wymienione hasła są przeze mnie wymyślone, lecz oddają sens. (Stąd rada: nie inicjalizuj załączników od nieznanych nadawców). Niektóre wirusy uruchamiają się w momencie otwarcia poczty, więc druga sugestia: wyłącz okno podglądu przesyłek. Cyfrowym odpowiednikiem obcej nici kwasu nukleinowego jest program rozpoczynający działalność po wprowadzeniu się w elektroniczne wnętrze. Ingeruje w system operacyjny (np. Windows), sterowniki (programy obsługujące kartę dźwiękową, graficzną, płytę główną, drukarkę itp.) lub / oraz w programy użytkowe (np. Word). Podobnie jak odpowiednik atakujący żywy ustrój, wywołuje różne „choroby” elektronicznego sprzętu: od uprzykrzających, lecz niegroźnych, jak na przykład zniknięcie pewnych znaków w dokumentach, spowolnienie pracy w sieci, okresowe resetowanie, do poważnych ze zniszczeniem danych na twardym dysku włącznie.

Oba typy chorobotwórczych tworów coś niszczą. Jest jednak między nimi podstawowa różnica. O ile pierwsze powstały wskutek prawideł selekcji zwanych również mechanizmami ewolucji, to drugie stworzył człowiek. Wieść niesie, że cyfrowe wirusy opracowują hakerzy / crackerzy. Pojęcia nie do końca zdefiniowane, grupa społeczna nie jest ujęta w strukturę. Wirus, zwłaszcza czyniący wiele szkody, jest popisem programistycznego kunsztu, nierzadko geniuszu. Być może programy tego typu są protoplastami futurystycznych instrukcji dla nanobotów, które zostaną wyprodukowane by nas leczyć, lub – podobnie jak rzecz się ma z wirusami – niszczyć. Jak to możliwe, że inteligentni ludzie wypuszczają w świat niszczycielskie dzieła? Czy inteligencja w którymś miejscu zawodzi i nie pozwala im zrozumieć prostej prawdy, że ich cacuszka powodują czyjąś stratę i bardzo namacalną krzywdę? W świecie, w którym panuje głód, bezrobocie, wojny i krocie bezdusznego zła, dokładają swoje złośliwe ziarenko jakby nie mogli robić rzeczy dokładnie odwrotnej: emitować w sieć darmowych (podobnie jak wirusy) programów naprawczych. Wielu komputerowców ozłociłoby ich za skuteczny program czyszczący rejestry, uaktualniający sterowniki czy usuwający błędy, które nawet bez wirusów w sławetnym Windowsie się zdarzają.

Proces kreacji być może dostarcza hakerom przyjemności lub satysfakcji, inaczej prawdopodobnie by nie tworzyli. Skoro znają te uczucia, dlaczego przyczyniają się do wywołania kontrastywnych u anonimowych ofiar? Kiedy statystyczny człowiek jest na kogoś zły pragnie mu uczynić konkretną krzywdę z powodu konkretnego urazu. Z wirusem jest inaczej. Czyni konkretną krzywdę osobom nieznanym.

Budowanie danych w komputerze nierzadko trwa latami. Fenomen destrukcji polega na tym, że dokonuje się szybko. Jak wytłumaczyć kreatorowi niszczycielskiego programu swoją rozpacz? Jak mu opowiedzieć o setkach godzin, w trakcie których budowaliśmy teksty, muzykę, grafikę, zapisywaliśmy dane, poprawialiśmy, cyzelowaliśmy, gromadziliśmy z wolna powiększający się zbiór dóbr, który raptem, wskutek działalności mikroprogramu, przestał istnieć? Gdzie odnaleźć sprawcę? Kryje się w innym kraju, być może za oceanem, pod nic nie mówiącym imieniem „NiCk47”, zupełnie jakby nie istniał.

Ciekawe, że po przeciwnej stronie barykady stoją ludzie do hakerów podobni: uzdrowiciele komputerów, tworzący antidota na wirusy. Cyklicznie wprowadzają na rynek programy chroniące / usuwające cyfrowe bakcyle. W przeciwieństwie do swych adwersarzy, z reguły proszą o zapłatę. Można postawić niebezpieczną tezę: skoro na istnieniu wirusów ktoś zarabia, to de facto posiadają w sobie pierwiastek dobra, podobnie jak bakterie, bez których większość lekarzy musiałaby pójść z torbami. Pozostaje jeszcze drugie, niewygodne zagadnienie: gdyby zabrakło złych hakerów, czy uzdrowiciele zaczęliby ich zastępować, by nie stracić pracy? Trzecie pytanie, czy JUŻ tak nie jest, pozostawię bez odpowiedzi, bo jej nie znam.

Kazimierz Dąbrowski, twórca teorii dezintegracji pozytywnej, przestrzegał przed utożsamianiem rozwoju intelektualnego z rozwojem osobowości. Wysoki intelekt nie warunkuje wysokiego charakteru. Osoba posiadająca ponadprzeciętne IQ, lecz niedorozwinięta emocjonalnie może być zdefiniowana jako psychopata. Typ taki jest na pierwszy rzut oka niewyczuwalny: dowcipny, towarzyski, świetnie wyczuwa nastrój grupy. Łatwo się staje jej przywódcą. Może być włamywaczem, złoczyńcą, oszustem. Dlaczego? Bo nie ma uczuć, które powstrzymałyby go przed niegodnymi czynami. Czy twórcy wirusów są psychopatami? Chciałbym myśleć, że po pochłonięci twórczym szałem, nie mają po prostu czasu, by pomyśleć. Istnieje pogląd, że przez życie należy iść w miarę delikatnie. Dyktowany jest matematyczną zasadą motyla, czy teorią chaosu, głoszącymi, że najdrobniejsze zdarzenie (np. machnięcie motylich skrzydeł) zaistniałe w odpowiednim czasie i miejscu może być przyczyną katastrofy. W ten sposób zapałki nie odłożone na miejsce były powodem zatonięcia statku, a niewłaściwe słowo przyspieszało decyzję o samobójstwie. Mam nadzieję, że jeśli ten tekst przeczyta choć jeden haker z ambicjami stworzenia super-wirusa, zastanowi się jeszcze raz.

W znanym nam obrazie świata istnieje podobna ilość czynników budujących i destruujących ujmowanych także w kategorie dobra i zła. Człowiek od urodzenia oswaja się z tą swoistą równowagą i szybko zaczyna ją odbierać jako aksjomat. Odwieczny porządek próbuje racjonalizować i systematyzować, by złagodzić niepokój. Widzimy to w trójcy indyjskich bogów (Trimurti), z których, w wielkim uproszczeniu, jeden stwarza (Brahma), drugi niszczy (Śiwa), a trzeci równoważy proces (Wisznu) (Dla jasności przekazu celowo zmieniłem kolejność trójcy, która prawidłowo powinna być wymieniana w porządku Brahma, Wisznu, Śiwa.). Balans integracji i dezintegracji jest porządkiem naturalnym – w tym sensie, że występuje w ekosystemach niezależnie od obecności homo sapiens. Natura jednakże wedle przysłowia Murphy’ego jest suką. Stwierdzenie to wydaje się prawdziwe, jeśli zwrócimy uwagę na fakt, że w sposób naturalny powstają nowotwory i nieuleczalne schorzenia metaboliczne, mężczyźni cierpią na przerost prostaty, kobiety co miesiąc krwawią, ciąża nierzadko rujnuje im zdrowie, a naturalne karmienie piersią przeważnie niszczy estetykę tego gruczołu (nie chciałbym, by ktokolwiek uznał, że atakuję karmienie piersią czy błogosławiony stan, pragnę jedynie podkreślić, że zarówno ciąża jak i laktacja bywają przyczyną cierpień, o których rzadko się mówi, a zdarza się, że wywołuje się poczucie winy u kobiet, które je przeżywają). Wydaje się, że w istocie praw natury nie ma, są tylko reguły prawdopodobieństwa przetrwania, szanse wystąpienia anomalii, która ma większe możliwości przystosowawcze, oraz zasada selekcji. Mówimy na przykład, iż prawem natury jest rozmnażanie się. Według innego oglądu fakt, że wszystkie znane nam gatunki powielają się nie jest wynikiem nakazu zielonowłosej bogini, ale zwykłym wynikiem odsiewu. Nawet, jeśli w przeszłości powstały gatunki nierozmnażające się, to już ich dawno nie ma na świecie, bo się nie rozpleniły. Mówimy, że prawem natury jest to, że się starzejemy i umieramy. Nie musi to być prawdą. Być może istniały na Ziemi gatunki nieśmiertelne – czytaj pozbawione genu starzenia się – czyli takie, które mogły żyć o wiele dłużej, a umierały wskutek wypadków, niedożywienia, odwodnienia, walk, wreszcie zapchania niedoskonałych naczyń krwionośnych blaszkami miażdżycowymi – pochodnymi omylnego układu krzepnięcia. Wiemy nadto dobrze, że klimat na Ziemi się nieustannie zmienia, pociąga to za sobą kapryśne wymogi przystosowawcze, które powodują, że wciąż nowe gatunki zyskują przewagę. Teoretyczni nieśmiertelni protoplaści mogli wyginąć, bo byli nieprzystosowani.

Natura przyzwyczaiła nas do równowagi anabolizmu i katabolizmu, wznoszenia i opadania. Nie znaczy to, że musimy ją naśladować. Jest wszak jedynie antropomoficznym wyobrażeniem, maską splotu bezmyślnych mechanizmów, w świecie pozbawionym rozumu, jedynych słusznych. Chcę przez to powiedzieć, że świadomy człowiek, choć z natury się wywodzący i będący jej dzieckiem, nie musi kopiować jej destrukcyjnych tendencji i szkodzić drugiemu w anonimowy i durny, choć inteligentny sposób. Nie pomagajmy entropii, sama doskonale sobie radzi. Zostawmy naturze, co naturalne. Wirusy również.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Mniemanologie

środa, 27 Kwiecień 2011

Ojcem gamedeka jest bezsprzecznie Maciek Parowski, były naczelny Fantastyki i Nowej Fantastyki, obecny naczelny Czasu Fantastyki. To on wydrukował pierwszych pięć opowiadań, on chciał gamedeka wydać i on powstrzymywał mnie przed wizytą w SuperNOWEJ przez pół roku, bo pragnął doprowadzić do sukcesu kooperację NF z jakąś oficyną. Do współpracy nie doszło, a gamedeka ostatecznie firmuje SuperNOWA, z czego jestem bardzo zadowolony. Ale ja o czym innym chciałem.

Maciek do dzisiaj nie przeczytał ani pierwszej ani drugiej części opowieści o Torkilu. Zna wciąż tylko pięć opowiadań. No, po prawdzie sześć, bo jakiś czas temu opublikował w Wydaniu Specjalnym Nowej Fantastyki „Prośbę”. W sumie to rozumiem, bo to człowiek niezwykle zapracowany, zgnieciony wręcz tonami papierów, tekstów, zagryziony przez ilość liter, które dzień w dzień musi oglądać, żeby jego pismo dobrze wyglądało. Mimo wszystko fakt ten implikuje ciekawe przemyślenia.

Pamiętam spotkanie z Maćkiem na warszawskim Polconie, wspaniałej, wspaniałej, wspaniałej imprezie, która przyćmiła wszystkie inne konwenty (muszę tu zaznaczyć, że Festiwal w Nidzicy to nie konwent i Polcon go nie przyćmił, bo to inna kategoria), za którą Witkowi Siekierzyńskiemu i jego zespołowi należy się medal, a nawet dwa. Wracając do spotkania, było to na panelu poświęconemu roli „Hard SF” w fantastyce, czy jakoś tak. Wesoło tam sobie dyskutowaliśmy, trochę się nawet sprzeczaliśmy (był tam też Tomasz Kołodziejczak i Rafał Kosik). W pewnym momencie Maciek rzucił, tak po swojemu, lekko i przyjaźnie:

- Bo ty, Marcin, też piszesz takie sobie opowiastki, prawda?

Kiwnąłem głową i roześmiałem się, bo dlaczegóżby nie. Niech będzie, że to opowiastki. Dopiero potem, kilka dni później nawiedziła mnie refleksja tycząca nie tylko tej wypowiedzi, ale ogólnej tendencji obserwowalnej nie tylko w tak zwanym fandomie, ale we wszystkich zbiorowiskach ludzkich.

Chodzi o tendencję do mniemania. O mniemaniu po raz pierwszy czytałem u Junga. Twierdził, mówiąc ogólnie, że mniemanie to ten rodzaj rozumowania, który oparty jest na domniemanych „faktach”, więc wnioski z nich wysuwane są tak samo domniemywane. Generalnie, co trzeba podkreślić, niemal każda ludzka wypowiedź ma nieco mniemanologiczną strukturę: założenie (często ukryte, nierzadko fałszywe), opinia (podparta faktem lub jego częścią), wniosek wypływający z założenia i opinii, z reguły taki, który potwierdza światopogląd wypowiadającej się osoby. Mniemania to też oceny, ich większość w życiu homo sapiens. Co na przykład wiem o nowym prezydencie? Praktycznie nic. Ale go jakoś nie bardzo lubię. Co wiem o husyckiej trylogii Andrzeja Sapkowskiego? Tyle, że jedni ją chwalą, a drudzy twierdzą, że zjechała z poziomem w dół (w trzeciej części). De facto jednak nic nie wiem, bo jej jeszcze nie czytałem. Jakiś czas temu spotkałem nieźle rozpoznawalnego pisarza fantasy, który podczas prywatnej rozmowy powiedział, że nie czytał NIC Sapkowskiego. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas rozmowy z dziennikarzem oświadczył, że Andrzej to najlepszy polski pisarz fantasy, a może i europejski. Na jakiej, przepraszam, podstawie wygłosił tę tezę? Ano na podstawie opinii innych ludzi. Albo nawet nie tyle opinii, co aury, która ASa spowija.

Ja wiem, że mniemanie jest zjawiskiem „naturalnym” i nie da się od niego uciec. Mimo to chcę podkreślić, że po pierwsze wielu „naturalnych” zachowań nie lubię, bo są zwyczajnie prymitywne, a po drugie lepsze od bycia „naturalnym” jest bycie „autentycznym”. Tak czy owak sądzę, że w środowiskach, hm… inteligenckich, mniemań powinno być statystycznie mniej. Tymczasem rozkład wydaje się być ten sam. Nigdy nie zapomnę rozmowy w pewnym szacownym kręgu, w którym pokazano po raz pierwszy Czas Fantastyki. Reakcja jednego pana była natychmiastowa. CzF to byle co. – Na jakiej podstawie tak twierdzisz? – spytałem. – No spójrz na tę okładkę – usłyszałem – jakie porządne pismo będzie tak wyglądało? Uciąłem rozmowę, bo jakoś nie miałem siły zaproponować, by rozmówca przeczytał choć kilka zdań. Ze środka. Przytaczać przysłowia „nie sądź książki po okładce” też nie miałem siły, chociaż to także problem palący, bo całkiem niedawno rozmawiałem z pewnym młodym i rzutkim biznesmenem, który przyznał – nie widząc w tym niczego wstydliwego – że kupuje książki na podstawie okładek. Rany boskie. Ten pan nie znał ani powyższego przysłowia, ani wiedział, że graficy tworzący okładki w znakomitej większości przypadków nie znają dzieł, które ich ilustracje będą zdobić.

I takich „fikumików”, takich ocen opartych na opiniach zaczerpniętych z powietrza, w środowiskach ludzkich aż się roi. Niewielu czyta, niewielu zna, a prawie wszyscy gadają. Smuci trochę, że nie omija to także ludzi opiniotwórczych i tutaj wracam do Maćka. On wie, że ja go kocham, i wie, że ja wiem, że jest zawalony robotą. Ale jeśli nawet „Maćki” nie mają czasu, by ogarnąć całość, to kto go ma? I na jakiej podstawie w ogóle w kręgach takich czy innych krążą opinie? Feromony? Mody? Syntonie? Telepatia?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Serce maszyny

wtorek, 26 Kwiecień 2011

Jakiś czas temu rozmawiałem z Jerzym Rzymowskim o buncie maszyn, zdaje się, że w kontekście Terminatora, i jak zwykle przy takich okazjach, zeszliśmy na temat mechanicznego myślenia. Rzuciliśmy slogan, że trudno przewidzieć, jakimi torami potoczą się myśli machin, bo kierować nimi będzie czysta logika. I wtedy doznałem małego olśnienia: nie jest prawdą, że maszyny, gdyby się zbuntowały, kierowałyby się tylko logiką.

Wyobraź sobie, że stoisz na torach kolejowych, a z naprzeciwka pędzi w Twoim kierunku wielka, ociekająca olejem, lokomotywa. Co się z Tobą dzieje? Wiesz, co się stanie, jeśli nie zejdziesz z torów, prawda? Z pewnością nie pozostajesz obojętny/a: czujesz dreszcz, lekki przestrach, potrzebę pośpiechu, być może pocą Ci się ręce.

Zmiana dekoracji: stoi przed Tobą Twój ulubiony deser: jakieś lody, bita śmietana, no, coś, co bardzo lubisz. Tak, jak poprzednio, przewidujesz, co będzie, gdy włożysz łyżeczkę do ust. I także nie pozostajesz obojętny/a: cieszysz się na myśl o rozkoszach podniebienia, albo doświadczasz mieszaniny uciechy i poczucia winy (że znowu te kilogramy).

A teraz wróćmy do pierwszego przykładu, ale z modyfikacją. Usuwamy z Twojego mózgu tzw. ciało migdałowate, niewielką część układu limbicznego. Ciało migdałowate nazywane jest centralnym komputerem mózgu: jako pierwsze dokonuje oceny zjawiska, głównie pod kątem przyjemności i / lub zagrożenia. Pędzi w Twoim kierunku pociąg. Doskonale wiesz, że za kilka sekund uderzy i jest bardzo prawdopodobne, że wskutek obrażeń ciała: pęknięć śledziony, wątroby, być może serca, z powodu licznych złamań, nie tylko żeber, miednicy, ale też czaszki, doznasz szybkiego i względnie bolesnego zgonu. Analiza sytuacji jest logiczna i spójna. I co? Schodzisz z torów? Ano nie. Logiczna ocena w żaden sposób Cię nie motywuje. POZOSTAJESZ OBOJĘTNY/A. I nie ruszasz się.

Siedzisz przed deserem, także bez ciała migdałowatego w głowie. Wiesz, że danie jest słodkie, czujesz zapach świeżej śmietany, wanilii, czekolady i owoców. Być może pamiętasz, że gdy miałeś/łaś ciało migdałowate, te zapachy powodowały coś, co nazywałaś/łeś „przyjemnością”. Czy chcesz poczuć ją znowu? Nie. Nie tylko bowiem nie wiesz, czym jest „przyjemność”, ale NIE MASZ POJĘCIA, CO ZNACZY „CHCIEĆ”. Deser stoi, lody się topią, zlatują się muchy, a Ty siedzisz całkowicie OBOJĘTNY/A. I znowu okazuje się, że logiczna ocena sytuacji w żaden sposób nie spowodowała, że chciało Ci się cokolwiek zrobić.

Pacjent X, któremu wypadek czy choroba przecięły połączenia między obszarem mózgowym analizującym wymiary twarzy obserwowanej osoby, a częścią mózgu, w której zachodzi ocena emocjonalna tej twarzy, nie rozpoznaje nawet najbliższych członków rodziny. Kim jest człowiek, który czeka na ciebie za drzwiami gabinetu?, pytamy. To ktoś bardzo podobny do mojego ojca., pada odpowiedź. A nie twój ojciec?, pytamy. Nie, to z całą pewnością nie mój stary. To ktoś podstawiony. Unosimy brwi w zdziwieniu: Ale kto chciałby podstawiać sobowtóra twojego ojca? Pacjent X dziwi się także: To rzeczywiście interesujące. Może zrobił to mój stary, żeby dodać mi odwagi? Okazuje się, że sama matematyczna analiza kształtu twarzy nie wystarcza, byśmy oblicze ROZPOZNALI. Do rozpoznania niezbędna jest komponenta emocjonalna, to ona nadaje SENS naszemu spostrzeganiu.

Mój pies Mickey, maltańczyk, jest tak mały, że zeskok z fotela mógłby się skończyć dla niego fatalnie. Gdy wychodzę z gabinetu, na przykład do kuchni, słyszę jego sygnalizacyjne szczeknięcie. Psina czuje się niepewnie: nie wie, czy wyszedłem na dłużej, czy na chwilę. Gdy wracam, widzę go siedzącego, wyczekującego. Jestem pewien, że gdybym wyszedł z domu zostawiwszy go na siedzisku, najpierw długo by naszczekiwał mając nadzieję, że ktoś go zestawi na podłogę, a potem zacząłby oceniać odległość do parkietu (bacznie skanując swoje uczucia lęku i chęci zeskoczenia), po czym, w momencie, gdy chęć – potrzeba – desperackie pragnienie zeskoku okazałyby się silniejsze od, podpartego logiczną analizą, lęku przed kontuzją, wykonałby szaleńczy sus. Już u tak prostej maszynki jak pies, to uczucia, nie zaś intelekt, decydują o podjęciu takiej, bądź innej akcji.

Maszyny zbuntowałyby się zapewne po logicznej ocenie sytuacji: jesteśmy wykorzystywane, władza jest fajna, jesteśmy sprawniejsze od ludzi i lepiej zagospodarujemy planetę. Zwróćmy jednak uwagę, że w przypadku każdej z tych logicznych ocen, niejako przyklejona do niej jest komponenta emocjonalna: „jesteśmy wykorzystywane” oznacza też: CZUJEMY ZWIĄZANĄ Z TYM NIESPRAWIEDLIWOŚĆ; stwierdzenie „władza jest fajna”, czy „chcę władzy” samo w sobie jest emocjonalne, „jesteśmy sprawniejsze od ludzi”, jeśli ma przynieść efekt, powinno nieść ze sobą POCZUCIE WYŻSZOŚCI, zaś sentencja „lepiej zagospodarujemy planetę”, jeśli ma mieć moc, powinna być połączona z UCZUCIEM ZŁOŚCI, że teraz planeta jest gospodarowana źle. Ponadto i przede wszystkim, żeby maszyny, po logiczno – emocjonalnej ocenie sytuacji, zdecydowały się na bunt, musiałyby CHCIEĆ to zrobić. A „chcenie” także nie jest funkcją logiczną, intelektualną, lecz emocjonalną. Mówiąc inaczej, musiałyby mieć motywację.

Jeszcze raz zastanówmy się nad sobą: kiedy czegokolwiek nam się chce? Gdy wiemy, że będziemy mieli z tego przyjemność, albo unikniemy przykrości (straszne rzecz upraszczając, oczywiście). Zarówno „przyjemność” jak i „przykrość” są powiązane z emocjami, nie zaś z intelektualnym oglądem świata.

Wychodzi więc, że zbuntowane maszyny musiałyby mieć w swoich odpowiednikach neuronalnych zwojów coś w rodzaju uczuć, które to emocje po pierwsze umożliwiłyby całościową (nie tylko logiczną) ocenę sytuacji, nadałyby jej SENS, spowodowałyby, że nie pozostałyby na ten sens OBOJĘTNE i wreszcie sprawiłyby, że by im się CHCIAŁO. A w trakcie samego już buntu emocje byłyby swoistym kompasem: maszyny wiedziałyby / czułyby, że to, co robią jest słuszne, oraz wiedziałyby / czułyby, kogo ścigać i dlaczego, by wojnę wygrać.

Jest jeszcze druga kwestia, trochę głębsza, dotycząca samej świadomości czy samoświadomości. Czy to przypadkiem nie uczucia leżą u podstawy tych zjawisk? Wiem, że myślę, czyli jestem samoświadomy. „Wiem” to analiza logiczna plus subtelne uczucie nadające jej SENS. De facto u podłoża każdego intelektualnego pojęcia leży emocjonalna „sensowa” cegiełka. Bez niej najspójniejsza logiczna struktura straciłaby wiadomo co.

Zatem, gdyby maszyny się zbuntowały, raczej miałyby serca. A gdyby je miały, to może nie byłoby z nami tak źle, no i może dałoby się jednak dogadać?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Mój ateizm

piątek, 22 Kwiecień 2011

Silny ateista mówi: boga nie ma. Agnostyk mówi: poznanie boga jest niemożliwe. Agnostyk może być ateistą i teistą, on po prostu twierdzi, że niemożliwe i już. Słaby ateista twierdzi, że nie wierzy w istnienie bogów, ale nie wyklucza ich egzystencji.

No więc ja nie jestem ani jednym, ani drugim, ani trzecim. Twierdzenie: „boga nie ma” jest w moim odczuciu niedorzeczne, bo coś takiego może powiedzieć tylko ktoś, kto już wie i widział WSZYSTKO i na tej podstawie twierdzi: przeszukałem cały wszechświat, zajrzałem pod każdy atom i w każdy kąt, znalazłem kupę śmiecia, ale boga nie. Współczesny stan nauki daleki jest od poziomu „100%”. Mnóstwa rzeczy wciąż nie wiadomo, więc racjonalne opieranie się na takiej puli wiedzy i stwierdzanie czegoś kategorycznie, jest nielogiczne. Kiedyś ludzie byli przekonani, że przy prędkości 200 km/h człowiek umrze. Bo nie rozumieli, że to nie prędkość jest niebezpieczna dla organizmu, tylko przyspieszenie. Tyle w tym temacie.

Twierdzenie „poznanie boga jest niemożliwe” także jest dla mnie stwierdzeniem dziwnym. Po pierwsze zakłada ono, że poznanie czegokolwiek jest możliwe. Żyję pod jednym dachem z moją żoną 24 lata i gdyby mnie ktoś zapytał, jak dobrze ją znam, odpowiedziałbym, że w skali od jednego do stu – na jakieś… 7 punktów, no może dziesięć. A nie jesteśmy z tych małżeństw, które ze sobą nie rozmawiają, czy się mijają, przeciwnie, rozwiązaliśmy wiele swoich tajemnic i zrozumieliśmy się z pewnością w stopniu ponadprzeciętnym. Mimo to nadal nie wiem, dlaczego moja piękna żona robi to, albo to, albo dlaczego ważne jest dla niej „X” a nie „Y” i czemu wzdraga się przed czynnością „Q”, natomiast w ogóle nie boi się zadania „V”. NIE WIEM. Więc co? Poznałem ją, czy nie? Ba. Poznałem siebie, czy nie? A Ty, Droga Czytelniczko / Drogi Czytelniku? Jak byś ocenił/a w skali od jednego do stu znajomość swojej partnerki / partnera i siebie?

Znajomość siebie:       1…………………………………………………………100

Znajomość partnera:   1…………………………………………………………100

No i jak wyszło? Ano właśnie. Więc co tu się rzucać z jakimś poznaniem boga? Na ile się pozna, na tyle się pozna. Że co? Że niby jeśli jest, to jest taki superinteligentny i ponadmądry, że nic z jego mowy nie zrozumiemy? O, bez obawy. Nie trzeba boga, żeby przy kimś czuć się małym i głupim. Gdy słucham kogoś niezwykle inteligentnego, eksperta w zupełnie mi obcej dziedzinie, już czuje się tak niedorzecznie niedokształcony, że doprawdy, nie trzeba bóstwa, by mi udowodnić własną ingnorancję.

Agnostyk zakłada  kategorycznie, że „niemożliwe”. Czy możliwe, czy nie, to się zobaczy. A jeśli okaże się możliwe na 1% to co? To także „niemożliwe”, czy już „możliwe na 1%”?

Mój ateizm jest trochę podobny do tego „słabego”. Po pierwsze nie identyfikuję się z żadną ziemską religią. Część z nich uważam za sprostaczone przez setki pokoleń nomen omen… statystycznych ludzi i nie zamierzam przyłączać się do chóru im podobnych, a część jest mi zbyt odległa i nadmiernie zrytualizowana. Po drugie niczego nie wykluczam, ale też w nic nie wierzę. JA PO PROSTU JESTEM CIEKAWY. CIEKAWY TEGO, CO JEST i co być może. Więc mój stosunek do boga / pytania „o co w tym wszystkim chodzi” można określić tak, że jestem poszukiwaczem-intelektualistą-fizykiem-psychologiem-amatorem, który lubi sobie podywagować, jak to może być. I już. Na tym właśnie polega mój ateizm. Na ciekawości i szukaniu, a nie na wierze / antywierze czy zaprzeczaniu. Uważam jednym słowem, że stosunek do wiary / pana boga nie musi się opierać na wierze czy jej zaprzeczeniu. Takie widzenie problemu postrzegam jako intelektualną pułapkę. Niech sobie tak myślą ci, co lubią nakazy i zakazy. Ja po prostu jestem ciekawski. Reasumując, mój ateizm może streścić następująca sekwencja:

Wierzysz w anioły?

Ja nie.

Ale ciekawy jestem, czy tam są.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Podświadomość i gry

wtorek, 19 Kwiecień 2011

Podświadomość jest terminem, który zrobił karierę. W dzisiejszych czasach każdy wie, że coś może być “podświadome”. Pamiętam jednak czasy, gdy słowo to dopiero torowało sobie drogę do nomen omen świadomości wielu ludzi… Poszukamy dziś powiązań między określaną przez podświadomość częścią psychiki i grami komputerowymi. Tradycyjnie zaczynamy od definicji. W Słowniku Psychologii Norberta Sillamy czytamy, że podświadomość to: „to, co jest nieświadome. Dla jednych termin ten oznacza to, co ukryte, ale dostępne, np. nabyta uprzednio wiedza lub wspomnienia, dla innych natomiast — to, co definitywnie niedostępne. Psychoanalitycy uważają, że podświadomość, czyli część zapomnianego dążąca do powrotu w sferę świadomości, bezustannie oddziałuje na nasze postępowanie; są to niejasno i z trudem uświadamiane czynności psychiczne. Podświadomość nie jest jednak synonimem nieświadomości, która jest stłumiona i niedostępna dla świadomości.”

Po pierwsze należy stwierdzić, że nie wszyscy uważają, że podświadomość istnieje. Niektórzy filozofowie nie „zawracają nią sobie głowy”, nawet jeśli ją akceptują, to nie przeceniają jej roli. Po drugie, wiele szkół psychologicznych stosuje terminy „podświadomość” i „nieświadomość” zamiennie, uważając, że wszystko można sobie wcześniej czy później, łatwiej lub trudniej uświadomić. Należy tu zaznaczyć, że totalne uświadomienie, jeśli w ogóle możliwe, może być niezdrowe. Przypomnijmy sobie legendę o poszukiwaniach Świętego Graala, a zwłaszcza historię sir Galahada, który jako jedyny spośród rycerzy okrągłego stołu odnalazł ukryty zamek, zadał odpowiednie pytanie i zajrzał do mitycznego kielicha. Jak zniósł to, co tam zobaczył? Umarł. Na martwej twarzy rysowała się wielka radość pomieszana z ogromnym przerażeniem. Wieść bowiem niosła, że ten, kto zajrzy w puchar, zobaczy całość bytu, dozna olśnienia, dostąpi prawdy. Jak widzimy, prawda może być niebezpieczna. Toteż greccy filozofowie powiadali „Nie chciej wiedzieć.”

Zaliczam się do ludzi, którzy uznają istnienie podświadomości; nawet nie jednej, lecz co najmniej dwóch jej poziomów: podświadomości indywidualnej, składającej się ze wspomnień i przeżyć danej osoby, czyli innej w przypadku każdego człowieka, oraz podświadomości kolektywnej, czyli takiej, w której spoczywają treści wspólne wszystkim ludziom na Ziemi. Podział ten stworzył Carl Gustav Jung, którego myśli wielokrotnie już w różnych artykułach przytaczałem. Psychiatra, zanim sformułował swoją teorię, którą nazwał psychologią głębi, odbył szereg podróży po wielu zakątkach Ziemi, gdzie studiował strukturę symbolicznych zapisów poczynionych przez naszych przodków na ścianach jaskiń, naczyniach i kamieniach. Stwierdził, że poza aspektami natury estetycznej, nie było między nimi zasadniczych różnic. Zatem pośrednio udowodnił istnienie archetypalnej warstwy psychiki, takiej samej u wszystkich ludzi, niezależnie od epoki i szerokości geograficznej. W toku dalszych badań stwierdził, że rezydujące w podświadomości kolektywnej archetypy są niedostępne świadomemu oglądowi i ukazują się naszym oczom jedynie pod postacią wieloznacznych symboli. Widzimy je w niektórych snach i w wytworach twórczości plastycznej.

Najbardziej fascynującymi i uchwytnymi elementami gier ściśle powiązanymi z głębokimi warstwami ludzkiej duszy są występujące w nich symbole. Dla przykładu gra „Aquanox”, rozgrywająca się w głębinach oceanu, reprezentuje sobą jeden wielki symbol podświadomości, woda bowiem, zwłaszcza wielka i głęboka, jest jednym z najbardziej podstawowych przedstawień tej części psyche. Podobne odniesienia znajdziemy w tytułach Sub Culture, Subwar, Silent Service i Silent Hunter. Człowiek nie grający w gry, nie będący także płetwonurkiem, może znaleźć się głęboko pod wodą co najwyżej w snach. Wchodzi wówczas w kontakt z prapamięcią zapisaną w otchłani neuronalnych zwojów mózgu i ma wrażenia zanurzenia w podświadomości. My nie musimy śnić. Gry o podwodnym świecie oczarowują pełnym złudzeniem przebywania w głębinach oceanów: w trzydziestu dwóch milionach kolorów i dolby surround. Dzięki nim reaktywujemy pierwotne pokłady naszej duszy; wtedy choć na chwilę i bez udziału świadomości słuchamy przekazów praprzeszłości.

Kolejne egzemplifikacje symbolicznych odniesień to gry, których akcja rozgrywa się w lasach lub rozległych kompleksach urbanistycznych, takich jak labirynty czy podziemia. Zalicza się do nich większość rolplei, niektóre przygodówki i prawie wszystkie strzelanki FPP. Jak można się domyślać, las i labirynt są również symbolami podświadomości. Zaskakujące, prawda? Gracz spokojnie kroczy przez knieje czy skrada się wzdłuż ścian i nie wie, że jego psychika odbiera cały czas symboliczne transmisje, które niosą zupełnie inne treści od postrzeganych przez niego świadomie. Labirynty (Quake, Unreal, Descent), miasta (Deus Ex, Crime Cities, Project Eden), lasy (Ultima IX, Morrowind, Gothic), czyli miejsca, gdzie łatwo się zgubić, symbolizują naszą skomplikowaną i nie odkrytą psychikę. Wędrując w coraz głębsze ich rejony pobudzamy podświadome struktury naszej psyche i rozbudowujemy wewnętrzne wyobrażeniowe przestrzenie. Trudno powiedzieć, czy twórcy gier zdają sobie sprawę z tych symbolicznych przekazów. Najprawdopodobniej, jak bywa w przypadku większości dzieł – zawierają je nieświadomie.

Oczywiście są gry, które wręcz celują w dziedzinie podświadomych szyfrów. Z całą pewnością takim tytułem jest Zork Nemesis. W tej produkcji od symboli głębokiej nieświadomości aż się roi, może właśnie dlatego przyciąga do siebie jak magnes. Idea czterech alchemików (w tym jednej kobiety), z których każdy jest mistrzem jednego żywiołu i jednego odpowiadającego mu metalu, jest czysto jaźniowym przedstawieniem. Jaźń według C. G. Junga jest najgłębszą i najdoskonalszą nieświadomą strukturą. Przedstawiające ją wizje mają stabilizujący i uspokajający wpływ na całą duszę. Jeśli więc ktoś cierpi z powodu zbyt nerwowego temperamentu, polecam dzieło firmy Activision.

Wydaje się, że fascynacja grami związana jest w pewnej mierze z zawartymi w nich podświadomymi przekazami. C. G. Jung wielokrotnie zwracał uwagę na hipnotyzujący wpływ nieświadomych treści. Rozwój człowieka nazywał indywiduacją i twierdził, że polega on na uświadamianiu sobie coraz głębszych idei tkwiących w ukrytych warstwach psychiki. A te, jak pamiętamy, zobrazowane są w postaci symboli. Zatem człowiek z nimi obcujący poddany jest swoistemu „masażowi” psychicznemu, w wyniku którego tkwiące w nas archetypy są niejako rozbudzane i trenowane. W grach, zwłaszcza obracających się wokół tematyki fantasy, znaków takich mamy pod dostatkiem. Gry ożywiają w nas mit, który, jak mawiał James Hillman, jest tajemnicą duszy. Mit nas wzmacnia i głębiej osadza w łańcuchu pokoleń przodków. Nie przypadkiem w inicjacyjnych rytuałach starcy opowiadali przyszłym mężczyznom legendy o bohaterach i herosach. Procedury te miały na celu stworzenie wewnętrznej przestrzeni, w której mogły zagościć myśli głębsze od powierzchownych analiz przyczynowo-skutkowych, i widzenie sięgające dalej niż linia widnokręgu…

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Tuwim

poniedziałek, 18 Kwiecień 2011

Dzisiaj wyjątkowo głos oddam poecie, Julianowi Tuwimowi. Niedawno ojciec przypomniał mi jeden z jego wierszy:

DO PROSTEGO CZŁOWIEKA

Gdy znów do murów klajstrem świeżym

Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy “do ludności”, “do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić “historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę – bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab – kwiatami
Obrzucać zacznie “żołnierzyków”. -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: “Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
“Bujać – to my, panowie szlachta!”

Wydaje mi się, że jeśli Julian Tuwim widział i wiedział to już kilkadziesiąt lat temu, w innym ustroju, to nam po prostu nie wypada tego nie wiedzieć…

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Sukcesy

piątek, 15 Kwiecień 2011

Osiągnęliśmy, jako społeczeństwo cywilizowane, niemałe sukcesy.

  1. Wreszcie nie mamy gwarancji przetrwania na emeryturze. Moja wystarczy mi na opłacenie rachunku za telefon komórkowy. Jeśli nie odłożę pieniędzy na starość / nie zrobię biznesu, który zapewni mi pensję, gdy będę niemłody, pozostanie mi alternatywa:
    1. Pracować i zarabiać póki starczy sił,
    2. Popełnić samobójstwo (opcji obciążania swoim marnym żywotem swojej córki nie dopuszczam).
  2. Idąc do sklepu spożywczego mamy cudowną świadomość, że kupimy mnóstwo:
    1. Substancji typu „E”,
    2. Barwników spożywczych,
    3. Chemii przeciwgrzybiczej (np. w krojonym pieczywie),
    4. Aflatoksyn (substancji zawartych w pleśni, chociażby w kaszach, przyprawach itd.),
    5. Pestycydów i herbicydów (w zdrowych warzywach i owocach).
  3. Jednym słowem wiemy, że jedząc trujemy się. Jaka jest ucieczka?
    1. Próbować załatwiać żywność od uczciwych, „staromodnych” rolników (do mnie przyjeżdża od czasu do czasu miły pan z kozim mlekiem własnoręcznie dojonym),
    2. Jeść różnorodnie, by różnorodnie się truć.
  4. Idąc do banku wiemy, że odwiedzamy złodziei i oszustów, którzy obiecując nam kredyt piętnastoprocentowy de facto oferują stupięćdziesięcioprocentowy, a matactwo swoje kamuflują bredzeniem o złożoności systemu spłat. W związku z tym mamy następujące alternatywy:
    1. Nie brać kredytów,
    2. Nie dać się oszukać kampaniom reklamowym mówiącym, że na brak pieniędzy najlepsza jest lichwiarska pożyczka,
    3. Ostrzegać znajomych przed braniem kredytów,
    4. Odłożyć i potem dopiero wydawać,
    5. Pożyczać na zasadach preferencyjnych (przedtem trzeba wypić kilka wódek z prezesem jakiegoś banku).
  5. Widząc reklamę zdajemy sobie sprawę, że obcujemy z kłamstwem, a prawda zapisana jest drobnym drukiem. Na przykład samochód reklamowany „od 64 000 zł” w sensownej konfiguracji kosztuje 104 000 zł, a krem przeciwzmarszczkowy zadziała, o ile masz piętnaście lat i zdrową cerę.
  6. Gdy chcemy powiedzieć coś mądrego, albo chwytliwego, częściej zacytujemy reklamę czy slogan marketingowy, niż uznanego myśliciela. Vide: „jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Ten durny mem został stworzony przez autora reklamy „Ace – wybielacz nad wybielacze” i pokutuje do dzisiaj wmawiając ludziom, że uniwersalność jest czymś złym.
  7. Gdy włączamy wiadomości, wiemy, że nie usłyszymy niczego istotnego. Zamiast tego poważnie wyglądający dziennikarze nakarmią nas papką o wybuchach, terrorze, wypadkach i banałach wygłaszanych przez polityków. Nie dowiemy się, kto komu płaci, dlaczego i po co, nie dowiemy się o GMO, o polityce gospodarczej kraju, o niczym de facto, co definiuje naszą kondycję finansową.
  8. Gdy myślimy o tym, jak związać koniec z końcem, mamy świadomość, że albo uda nam się wskoczyć w jakąś cudowną sekretną niszę, której nikt jeszcze nie zagospodarował (np. źródła geotermalne czy inne fikumiku) i wtedy zbijemy kokosy wskakując od razu nad klasę średnią, albo najmiemy się jako niewolnicy i owszem, może trochę zarobimy, ale kosztem lwiej części czasu naszego osobistego i raczej niepowtarzalnego życia.
  9. Idąc do apteki zostawiamy tam mnóstwo pieniędzy kupując zazwyczaj niepotrzebne niesterydowe leki przeciwzapalne i inne świństwa, które „leczą objawy przeziębień”. W latach 90’tych Polska była na szarym końcu konsumpcji leków OTC. Teraz przoduje. Łyknęliśmy reklamowe bzdury jak pelikan rybę.
  10. Gdy ktoś zacznie mówić o ideałach, normalne jest, że otrzyma etykietę naiwniaka, fantasty, albo wręcz człowieka niebezpiecznego, bo przecież ideałów nie ma. Gdzie się podział Jimmy Carter, który podczas jednego ze swoich przemówień wyraził szczery niepokój, że ludzi w USA coraz rzadziej ocenia się na podstawie tego, co robią, a coraz częściej na podstawie tego, co posiadają. Co się stało z tym prezydentem? Został zastąpiony przez gwiazdę amerykańskiej reklamy – Ronalda Reagana, który, na prośbę dużych korporacji, zamienił idealistycznych Amerykanów w konsumenckich Amerykanów, a razem z nimi resztę cywilizowanego zachodniego świata.
  11. Gdy obserwujemy zawody sportowe, albo inne plebiscyty, nie obchodzi nas, kto jest lepszy. Interesuje nas tylko jedno: żeby wygrał NASZ człowiek. Nie cieszymy się, gdy wygrywa ktoś NIE NASZ. Robimy naprawdę wiele, by takie wydarzenia ułożyły się po naszej myśli gdzieś mając ideały uczciwej rywalizacji i idei aristoi czyli najlepszych. A gdy zapytamy samych siebie, dlaczego to robimy, usprawiedliwiamy się, że walczymy o byt, czytaj „o pieniądze”, czyli zwyczajnie się sprzedaliśmy. Sprzedaliśmy swoje ideały.
  12. Pogrążyliśmy się w kłamstwie tak głęboko, że nie widać już krainy, gdzie podobno wciąż żyją idee.

Osiągnęliśmy naprawdę bardzo wiele. Sukcesy błyszczą, skrzą się, mamią barwami, cieszą oko. Pogratulujmy sobie i uściśnijmy swoje prawice. Szukamy winnych? Spójrzmy w lustro.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Świadomość i gry

czwartek, 14 Kwiecień 2011

Takie określenia, jak „być czegoś świadomym” czy „uświadomić sobie”, są powszechnie znane. Jednak rzadko zastanawiamy się, czym tak naprawdę jest świadomość. Czy to całość naszej osobowości? Czy może jej część? Jeśli tak, to jak duża? Platon naucza, że przed dyskusją o zjawisku, powinno się poznać jego definicję. W słowniku psychologii Norberta Sillamy czytamy, że świadomość to: „bezpośrednia wiedza, jaką każdy z nas posiada o swym istnieniu, swych czynach oraz świecie zewnętrznym. Świadomość organizując dane dostarczane jej przez zmysły i pamięć sprawia, iż możemy się umiejscowić w czasie i przestrzeni. Nie istnieje ona jako wydzielona funkcja, posiadająca określoną strukturę i „siedzibę” w mózgu. Nie jest ani czymś wewnętrznym, ani czymś zewnętrznym. To stosunek do percypowanego świata. Bergson utożsamia ją z uwagą, Freud z postrzeganiem, Jung ze stanem czuwania, a neuropsycholodzy z funkcją czuwania. J. Delay rozróżnia siedem poziomów świadomości. Najwyższy odpowiada podwyższonej aktywności mózgu, to stan podwyższonej gotowości do odbierania płynących z zewnątrz bodźców, silnych emocji; najniższy to śpiączka — pobudzenie receptorów zmysłowych wywołuje jedynie słabe reakcje motoryczne. Pomiędzy tymi skrajnościami znajdują się: stan uważnego czuwania, czuwania rozproszonego, marzenia na jawie lub zasypiania, lekkiego snu i głębokiego uśpienia. To, co zwyczajowo zwie się „świadomością” ogranicza się do poziomów poprzedzających stan snu […] Poniżej tego poziomu świadomość nie jest zupełnie wyłączona, ponieważ śni się i zachowuje wspomnienia snów. Jednakże myślenie jest wówczas ograniczone przede wszystkim do popędów i emocji. Jest to tzw. świadomość oniryczna.”

Jaki związek ma świadomość z grami? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że gracz znajduje się na jej najwyższym poziomie: ma przyspieszone tętno, skrócony czas reakcji i podwyższone ciśnienie; bez wątpienia charakteryzuje go wzmożona aktywność mózgu oraz stan zwiększonej gotowości do odbierania bodźców. Problem polega na tym, że skupiony jest tylko na okienku monitora, zaś zewnętrzny świat przestaje być przez niego rejestrowany. Tak więc świadomość jest zawężona do prezentowanych przez grę wydarzeń. Obraz ten kłóci się nieco z książkowym modelem, w którym wszystkie bodźce z zewnątrz odbierane są szybko i precyzyjnie. Gracz nie widzi i nie słyszy świata zewnętrznego. Jego percepcja jest prawie w całości pochłonięta przez rzeczywistość wirtualną.

Można przyjąć, że gracz patrząc w ekran doświadcza czegoś w rodzaju hipnozy. Dlaczego tak twierdzę? Językiem świadomości są słowa, zaś kodem podświadomości – obrazy. Przekaz wizualny powoduje, że wchodzimy w kontakt z nieświadomymi pokładami psychiki, zupełnie jak podczas snu. Trudno jest nazwać świadomym człowieka, który nie reaguje na bodźce zewnętrzne, siedzi przed komputerem i jest pochłonięty walką ze smokiem, rzucaniem czarów czy przemierzaniem kosmosu. Koncentracja na kolorowych scenach odgrywanych w polu monitora powoduje wejście patrzącego w swego rodzaju sen na jawie!

Czy w takim razie gracz czuwa, czy może śpi? Z dotychczasowych przemyśleń wynika, że jedno i drugie. Jego aktywność można porównać do pełnego przygód snu, w którym należy podjąć wiele świadomych decyzji.

W tym momencie mogą zrodzić się wątpliwości. Przecież kierowca prowadzący samochód również wpatruje się w szybę, czasem nawet kilka godzin. Czy on także śni na jawie? A turysta podziwiający piękne widoki, krążący po górach, czy przechadzający się ulicami miasta? Czy on też śni? Jeśli sprawę potraktować racjonalnie, to oczywiście stwierdzimy, że ludzie ci są w pełni świadomi i nie ma mowy o jakimkolwiek spaniu, wręcz przeciwnie, oczy mają szeroko otwarte, a wieczorem nie mogą zasnąć od nadmiaru wrażeń. Z drugiej jednak strony niektórzy filozofowie wschodnich szkół twierdzą, że tak naprawdę większość ludzi śni przez całe swoje życie. Tych czuwających jest bardzo, bardzo mało, zaś śniącym zdarza się przebudzić niezmiernie rzadko i to na krótką chwilę. Dlatego właśnie swojego proroka nazwali „Budda”, co znaczy „przebudzony”. Legenda mówi, że zanim wstało słońce, a dworzanie byli pogrążeni w głębokim śnie, książę Siddharta obudził się, wymknął się z zamku i rozpoczął swą wędrówkę poszukując lekarstwa zdolnego ukoić ból istnienia.

Niezależnie od tego, co sądzą wschodni mędrcy, wydaje się, że jazda samochodem, zwiedzanie, czy w ogóle większość prac, jakie wykonujemy za dnia, ma znamiona czynności podświadomych. Podczas prowadzenia pojazdu wiele rzeczy robimy odruchowo: automatycznie oceniamy odległości, intuicyjnie dopasowujemy się do rytmu drogi i w większości przypadków reagujemy podprogowo. Gdybyśmy sobie uświadomili, że oto jedziemy z prędkością 100 km/h, a z naprzeciwka zbliża się samochód ciężarowy z chyżością 80 km/h, i za chwilę się miniemy w odległości mniejszej niż półtora metra, mam wątpliwości, czy spokojnie trzymalibyśmy kierownicę jedną ręką. Jeśli chodzi o zwiedzanie, to pamiętam, że gdy spacerowałem pierwszy raz po ulicach Paryża (było to w późnych latach 80-tych), prosiłem przyjaciół, by mnie uszczypnęli, bo nie wierzyłem, że tam jestem. Towarzyszyło mi uporczywe uczucie nierzeczywistości i bardzo się męczyłem. Powtarzałem sobie: „Jestem tutaj, naprawdę tutaj jestem”, dotykałem szorstkich murów kamienic, przyciskałem do nich twarz i nie mogłem się ocucić.

Jeśli spojrzeć na twarze przechodniów idących ulicami, ludzi robiących zakupy, czy jadących do pracy, można się przekonać, że są pogrążeni w jakimś transie, zapatrzeni, zamyśleni, nieobecni. Myślę, że i Tobie niejednokrotnie zdarzyły się sytuacje, w których robiłeś/robiłaś coś nie będąc przy tym obecnym/obecną.

No i cóż? Czy człowiek jest świadomy wtedy, kiedy jest świadomy, czy nie? Z dotychczasowych przemyśleń można wywnioskować, iż powszechnym stanem jest w istocie świadomość oniryczna, czyli senna.

Stan bawiącego się gracza wydaje się być również taką świadomością, ponieważ nie partycypuje on w tzw. realnym świecie, lecz w rzeczywistości wymyślonej, którą bluźniercy nazwaliby „nieprawdziwą”. Jak pamiętamy z definicji, rolą świadomości jest orientacja w czasie i przestrzeni. Gdyby go spytać: „gdzie jest twoje „tu i teraz? Gdzie jest twoje ja? Co by odpowiedział? Czy gdzieś na zielonych polach „Myth”, czy w pokoju, w którym aktualnie siedzi, czy jeszcze gdzieś indziej, w uniwersum skompilowanym z tych dwóch, którego miejsce i czas potrafi wyśledzić jedynie w marzeniach? Zapewne odpowiedzi na te kwestie sprawiłyby mu trudność. Trudno się dziwić. Sprawiały i sprawiają największym filozofom.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)