Archiwum kategorii ‘Wpisy różne’

Fragmenty powieści “Gamedec: Obrazki z Imperium”

czwartek, 28 Lipiec 2016

Powieść została nominowana do nagrody im. Janusza A. Zajdla, więc wypada jakoś ją przybliżyć tym, którzy jej nie czytali. Oczywiście nie jest to łatwe wrzucając kilka fragmentów na blog. Ale lepsze to, niż nic, prawda? Miłej lektury.

"Gamedec: Obrazki z Imperium", Tomy 1 i 2

"Gamedec: Obrazki z Imperium", Tomy 1 i 2

FRAGMENT 1

Droga Mleczna

Macierz

Planeta Yimr, grunt

Polia Roomney, Dystrykt Oomba

08 Decimi 232 EI, 07.47 H

Bunkier Gutberta Warwicka był jak zawsze pogrążony w półmroku, oświetlony tylko zielonymi snopami światła przedzierającego się przez siatki maskujące rozwieszone pod świetlikami w suficie. Han Fierce, mężczyzna o prostokątnej twarzy okolonej ciemnymi włosami, przekreślonej wąskimi wargami i punktowanej drobnymi, jasnymi oczami, odziany w odrapany, szarostalowy pancerz, wszedł do środka lekko się pochylając pod nisko sklepionym, wyokrąglonym wejściem.

- Frag, Gut, nie powiększysz tego włazu? – odezwał się zachrypłym, dość wysokim głosem.

- Salut. – Warwick, ciemnoskóry, mocno zbudowany mężczyzna ubrany w zbroję udekorowaną umbrowymi barwami obronnymi,  machnął ręką na powitanie. – Nie.

- Why?

- Żaden Ran nie będzie mi tu się wpierdalał. Zwłaszcza ze Smokiem.

Hanowi spodobała się ta odpowiedź. Wyszczerzył mocne zęby w kolorze kości słoniowej. Jego wąskie usta wyglądały teraz jak cienkie kreseczki:

- Budynek się dostosuje do Rana. – Skwitował.

Gut także wyszczerzył zęby, mocniejsze i większe:

- Nie ten.

Fierce otworzył szerzej oczy:

- ImBu ci pozwolił zaingerować w algorytm domostwa? Przecież każdy dom, nawet grondowy, musi mieć możliwość wpuszczenia…

- Jak się okazuje, nie każdy – cmoknął Gut.

Han oparł się z wrażenia o wysoki kontuar, za którym unosił się jego rozmówca i zaczął podrzucać wydobyty z udowego zasobnika przedmiot. Wyglądał jak ozdobna brosza, albo dziwnie zdobiony sensor optyczny dimena.

- W mordę… – szepnął w zamyśleniu.

- Wolna Wola, bracie – Warwick zabębnił palcami w blat. – Potrzebujesz czegoś?

Wydał mentalną dyspozycję i znajdująca się za nim ściana zdematerializowała się ukazując wiszące jeden obok drugiego, rotujące moduły bojowe.

- Pokazujesz mi stałe? – spytał Fierce obracając w ręce broszę.

- I stałe i hipokowe. Do wyboru do koloru. Jak chcesz, zrosną się z pancerzem i zostaną. Jak nie – będą wyskakiwały z podprzestrzeni na życzenie. Naudowe, nagoleniowe, przedramienne, ramienne, barkowe, głowowe, a jak chcesz nawet starożytne, trzymane w garści, jak te quilldao Aristosów. Co chcesz?

Han chwilę milczał. Wciąż wpatrywał się dziwny klejnot. Warwick wiedział, że to nie wróży niczego dobrego. Fierce milczał tylko przed naprawdę doniosłymi stwierdzeniami.

- Coś, co będzie w stanie przebić pancerz Coremour Wzór X.

No i stało się. Po tym zdaniu cisza w pomieszczeniu jakby zgęstniała, a temperatura podniosła się.

- Co ty powiedziałeś? – wyszeptał Gutberg. – Jesteś normalny? – Rozejrzał się lękliwie. – Przecież za chwilę ImBu urwie ci dupę!

Han poczekał kilkanaście cetni, jakby liczył, że zaraz przez niskie wejście bunkru Warwicka wejdzie jakaś piękność. Popatrzył w sufit i cicho zagwizdał. W tym czasie Gutberg liczył uderzenia serca. Mimo natychmiastowej ingerencji frina, puls nie chciał zwolnić.

- Jak widzisz, jakoś nie urwał – szepnął Fierce.

Gut westchnął głęboko, a wokół jego pancerza zawirowały wizerunki nagich kobiet. To go uspokajało.

- Ja pierdolę – sapnął.

- Wolna Wola, bracie. – Uśmiechnął się Han. Wokół jego pancerza nie wirowały animacje. Nigdy. Han też starał się nie latać. Preferował chodzenie.

- Ale dlaczego chcesz strzelać do Rana? – Gut oblizał nagle wyschnięte, pulchne wargi.

- Nie do Rana. Do Błogosławionego.

Fierce z zadowoleniem stwierdził, że nawet taki stary wyjadacz, jak Gutberg, handlarz nie do końca legalną bronią, potrafi zblednąć:

- Pojebało cię?!

- Nie. Widzisz to? – wskazał broszkę.

- Widzę.

- Miałem znajomą. Fajna dziewczyna.

- Julia? Ramona? O nich mówisz?

- Nie, o innej. Astrze Frey.

- Nie słyszałem.

- Bo o niej nie opowiadałem. Julia i Ramona są świetne, ale nie tak radykalne jak Astra…

- Anarchistka? – domyślił się Gut.

- Ta… Widzisz, nie mam od niej żadnych wieści.

- Nie rozumiem.

- No, nie odzywa się. Nie mam z nią kontaktu. Dostałem to coś dwa dni temu i potem już nic… Zniknęła.

- Jak to: „zniknęła”?

- Rozpłynęła się w powietrzu. A tutaj, w tym oku, utrwalone są hotki czegoś dziwnego…

- Pokaż! A nie – Warwick zreflektował się i wyciągnął rękę w obronnym geście – nie chcę wiedzieć.

- I słusznie, bo to, zdaje się, jedna z tajemnic Imperium. I za jej poznanie Astra oddała życie.

- Niemożliwe. W Czasach Szczęśliwości?!

- Widzisz, przyjacielu, nasze, jak to określasz – Fierce obnażył zęby i wysyczał – C z a s y  S z c z ę ś l i w o ś c i  są obarczone pewnymi nieszczęściami…

Handlarz bronią pokręcił głową:

- Niemożliwe. Nie wierzę.

Han pokiwał filozoficznie głową. Nie miał zamiaru przekonywać rozmówcy, tym bardziej, że, jak sądził, byłoby to niebezpieczne.

- Tak czy owak, mam wrażenie, że nade mną też już zawisł wyrok, zatem… – Westchnął. – Chcę wiedzieć, czy te skurczybyki są zniszczalne. I będzie to moja wendetta.

- Frin ci nie pozwoli.

- Zobaczę.

Gut potarł spocone czoło.

- Han, nie bądź głupi. Po co ci to?

- Czy nie na za dużo pozwalasz swojemu ciału? W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak się pocił. Frin ci nawalił?

Warwick machnął ręką:

- Eksperymentuję.

- Widzisz, ty też.

Fierce mocniej wparł się w blat i wydał mentalną komedę barmatowi, który kręcił się kilka metrów dalej. Za chwilę podleciała do niego szklaneczka z whiskey. Szkło było tak przemyślnie wycięte, że wydrążenie zawierające ciecz miało kształt trupiej czaszki. Był to patent Guta, z tego, co Han wiedział, ani nie udostępniony do sieci przez Buddę, ani nie przehandlowany przez samego Warwicka.

- Wgrałem sobie ostatnio wiedzę filozoficzną – odezwał się Fierce chowając mechaniczne oko do zasobnika w udzie.

Gut, który także zamówił drinka, prychnął i opluł sobie rękę. Podleciało do niego pięć minidronów, wylądowało na grzbiecie dłoni, w ciągu cetni skwapliwie wyczyściło naskórek i odleciało.

- Jaką?

- A wiesz, filozoficzną. To bardzo ciekawe i w sumie proste sprawy. Takie, rozumiesz, życiowe. – Han popił ze szklaneczki. – Ta cała Wolna Wola to poważna rzecz. Cały czas mamy w sobie friny. Friny są non stop połączone z ImBu. Tworzą razem sieć, to wie każde dziecko. Teoretycznie jesteśmy częściami sieci, która nas obserwuje i kontroluje. Patrzy na nas superszybki Budda i podobno całkiem ludzki Imperator, którego ja, purwa, na oczy nigdy nie widziałem ani na uszy nie słyszałem.

- No ja też w zasadzie…

- Prawda jest taka, że jak trafisz na Sofię, to tam frin rzeczywiście nie pozwoli ci kilku rzeczy zrobić. Ale jeśli tu będę chciał do Namaszczanego…

- Namaszczonego.

- Namaszczanego, wiem, co mówię. Twierdzisz, że jak będę chciał mu w ryj wypaskudzić, frin mi nie pozwoli. Unieruchomi palec, zatrzyma rękę, coś w tym stylu. – Fierce pokręcił głową i obnażył białe zęby. – Otóż sądzę, że głęboko się, brachu, mylisz. Frin nie może mi tego zabronić, nie może wstrzymać ruchu ręką, bo to by oznaczało, że mamy gówno, nie Wolną Wolę. Ludzkość nie będzie mogła się rozwijać, rozumiesz, w poczuciu, że stale ją ktoś obserwuje i ocenia: to robię dobrze, a to źle. Jeśli tak by było, to zamienilibyśmy się w gromadę srających pod siebie dzieci, a założę się, że Ezra, chuj mu na zdrowie w cyfrową dupę, tego nie chce. On stworzył Wolną Wolę naprawdę. I ona naprawdę istnieje. My jesteśmy, jak to się mówi, sprawczy. Proaktywni, kumasz, nie mamy cyfrowej smyczy, która by nas powstrzymała, gdy chcemy pierdnąć czy inną paskudną rzecz zrobić. Jeśli by tak było, już bylibyśmy skończeni jako gatunek, kumasz?

Gut od dłuższego czasu trzymał szklaneczkę, w której połyskiwała bursztynowa od whiskey trupia czaszka, w połowie ruchu do ust i patrzył na znajomego szeroko otwartymi oczami.

- Ja pierdolę. Zawsze uważałem, że zawarta w sieci wiedza to super sprawa, ale nie sądziłem, że…

- …taki chłopek roztropek jak ja tak się rozgada na filozoficzne tematy?

- No tak!

- Widzisz. Ja muszę to sprawdzić. Udowodnić, że Wolna Wola naprawdę istnieje,  robię to, jak widzisz, ideowo. Dla ludzkości.

- No i się mścisz.

Fierce uśmiechnął się wąskimi ustami:

- To dodaje mojej misji dodatkowego, osobistego wymiaru.

- Tylko dlaczego Błogosławiony?!

- Bo nie ma już królów i prezydentów. Jakbyśmy mieli żywego pojedynczego Imperatora, to jego bym próbował…

- Na Buddę, co ty mówisz. – Gut błyskawicznie wypił kolejkę i wystawił pustą szklaneczkę do barmata. Ten skwapliwie ją napełnił.

- Ale teraz nie ma. Są Błogosławieni. To któremuś z nich łeb rozwalę.

- Ale na Sofię cię wsadzą!

- Nie na całe życie.

- He. Heeehehehe… No może nie na całe, ale wiesz, teraz żyje się długo…

- Się nie rechocz, tylko pokaż, co masz.

FRAGMENT 2

Rodney Duval był Sitem dumnym z siebie z kilku względów. Po pierwsze pracował. To sytuowało go w bladej bo bladej, lecz jednak zauważalnej hierarchii Sitów nieco wyżej. Po drugie był Pionierem. Praca jego polegała na penetracji głębokiego kosmosu, a o tym marzył od dzieciństwa. Cudownym paradoksem WayEmpire jest to, że jeśli kochasz coś robić, a ImBu uzna to za pracę – pracujesz, w związku z czym szczycisz się nieco wyższym statusem od innych, a poza tym Budda i Imperator dostarczą ci wszelkich możliwych narzędzi, nawet takich, które w innych warunkach byłyby ci odmówione. Rodney nie dostąpił jeszcze zaszczytu odwiedzania gromad gwiazd poza Galaktyką, ale ImBu ocenił jego umiejętności na tyle wysoko, że obdarzył go honorem poszerzania imperialnej wiedzy o Drodze Mlecznej na całym jej obszarze. Zatem Sit Duval mozolnie rozszerzał obszar znanych WayEmpire systemów, a owa „mozolność” bynajmniej go nie nużyła. Wiedział, że robota będzie długa i bardzo go ten fakt cieszył. Ktoś mógłby zapytać, jaki jego trud miał znaczenie w olbrzymim, zmechanizowanym Imperium? Były przecież sondy i próbniki, niezliczone ich ilości, były te przerażające gromady Pożeraczy Światów, ile więc znaczyła kropla jego wysiłków w oceanie czynności Buddy? No cóż, w świetle wydarzeń, które miały się wkrótce rozegrać, można zaryzykować stwierdzenie proste, a jednak genialne. Co człowiek, to człowiek.

W sto sześćdziesiątym drugim cyklu Ery Imperium, czyli dwanaście cykli po nastaniu Czasów Szczęśliwości i spory czas po rozruchach, jakie wtedy nastąpiły, WayEmpire dysponowało już na tyle rozwiniętą technologią, że Sit przeniesiony z naszych czasów w przeszłość i umieszczony w airvillu Pioniera, nie dostrzegł by większych różnic. Może O’Toole nie były tak zgrabne jak dzisiaj, ale równie dobrze ich kształt mógłby być uznany za ekstrawagancję. Rzecz jasna, gdyby ktoś zajrzał do sieci i przyjrzał się kodowi Buddy, stwierdziłby, że nie jest tak rozwinięty jak dzisiaj, a gdyby ktoś inny znał się na technofraktalach i zgłębił strukturę flofów, zobaczyłby, że zarówno pod względem konstrukcji jak i oprogramowania stoją eony za tym, czym dysponujemy dzisiaj, jednak, jak już zostało to wspomniane, widocznych różnic nie było.

Nie powinno więc dziwić, że Rodney Duval we wspomnianym już cyklu, konkretnie czterdziestego czwartego Quatrii w okolicach hekty dwunastej czasu uniwersalnego, wisiał (nie stał) w osobistym airvillu o nazwie Orzeł (na pamiątkę pierwszego lądowania ludzi na obcym globie, czyli misji Apollo 11, Robert doskonale znał historię podboju kosmosu), rozkoszował się doskonałą kawą, wokół niego unosiło się kilka niezbędnych narzędzi nawigacyjnych, obok niego czatował O’Tool, a po drugiej jego stronie lewitowała druga pilotka-dron, w tle zaś unosiła się wewnętrzna, mieszkalna platforma airvilla i w ogóle wszystko wyglądało tak, jakby się to działo dzisiaj. Rodney skanował za pomocą specjalnych modułów statku kompletną pustkę, czyli obszar międzygwiezdny CA 543-543-876-543 Ramienia Krzyża, fragment naszej Galaktyki oddalony od centrum i mocno już rzadki. Ktoś mógłby spytać – po co skanować pustkę?, i byłoby to nierozsądne pytanie, bo pustka jako taka nie istnieje. Przestrzeń tworzy piana kwantowa, która może rozszerzać się bądź kurczyć szybciej od światła, jest zatem najciekawszym fragmentem rzeczywistości, poza tym w rzeczonej pustce tej mogą kursować czarne dziury, brązowe karły czy planety wyrwane z jakichś kosmicznych katastrof – jak mówił Duval, „PPP”: Ponurzy Próżniowi Podróżnicy. Jako ciała nieposiadające własnych źródeł światła, często są niewidoczne nawet dla najdoskonalszych imperialnych teleskopów, a mogą być względnie groźne. Kosmos jest pełen niespodzianek. Rodney dobrze o tym wiedział, bo sam odkrył dwie planety posiadające białkowe życie i to nie pod powierzchnią globów, ale na zewnątrz, skatalogował kilkanaście czarnych dziur, dwa brązowe karły i jedną, wyjątkowo szybko przemieszczającą się planetę pozbawioną swojego słońca, za to zaopatrzoną w księżyc, który okrążał ją po śmiesznie wydłużonej orbicie.

Gdy Duval konstatował dziwy kosmosu i chłonął z niekłamanym zachwytem widok za wielką, panoramiczną szybą airvilla, skanery przekazały informację o detekcji dużej masy siedemset czternaście jednostek astronomicznych od jego lokacji. Kamery skierowały tam swoje oka, ale, zgodnie z przewidywaniami Rodneya, niczego nie zobaczyły.

- Jak duża to masa? – spytał.

- Wygląda na brązowego karła, ale kształ się nie zgadza – odparł mózg statku ustami drugiej pilotki.

Rodney zamrugał. Jego airvill po raz pierwszy od dziesięciu cykli, czyli od czasu, gdy zajął się skanowaniem kosmosu, wyraził się tak nieprecyzyjnie. Mężczyzna spojrzał na mechaniczną kobietę:

- Spectra – tak ochrzcił robota – Co masz na myśli mówiąc „kształt się nie zgadza”?

- Brązowy karzeł powinien mieć formę kulistą. – wyjaśniła sztuczna kobieta.

- Obdarzysz mnie jeszcze jakimiś rewelacjami? – Pionier nie lubił, gdy pilotka dzieliła się z nim oczywistościami. Uważał się za Sita wszechstronnie wykształconego i odbierał takie konstatacje jako obraźliwe.

- Oto najbardziej prawdopodobna forma obiektu. – Spectra wskazała mechanicznym palcem trójwymiarową mapę wiszącą metr przed nimi.

Macki skanerów zaczęły, niczym ślepiec za pomocą palców, lepić z pustki formę, która krok po kroku, skan po skanie, zaczęła przypominać dziwny, nieforemny…

- Krzyż?! Czarna dziura, przepraszam, brązowy karzeł w kształcie krzyża? Ktoś jaja sobie robi?! – wykrzyknął mężczyzna.

- Nie, Rodney. To jest ten kształt.

Sit Duval, dzielny próżniowy podróżnik, przełknął głośno ślinę i wytrzeszczył oczy starając się zrozumieć to, co widzi, ale konstatacje były tak obezwładniające, że przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie głosu.

- Czy ja dobrze rozumiem, że to…

- Nie jest naturalne – weszła mu w słowo Spectra.

- Ale na miłość Imperatora, przecież to waży tyle ile…

- Brązowy karzeł.

- Przestaniesz mi przerywać? – Rodney spojrzał ze złością na robota. – Dobrze wiem, ile waży brązowy karzeł… Dlaczego to ma tak dziwnie nieregularny kształt? On mi się kojarzy…

- Rodney. Skanery wykryły drugą masę.

Mężczyzna zacisnął szczęki tłumiąc złość wynikłą z ponownego przerwania jego wypowiedzi. Jego mózg nie mógł jednak zajmować się jednocześnie poprawianiem wychowania dronki i analizowaniem niezwykłego znaleziska. Skierował więc uwagę ku istotniejszemu obszarowi.

- Chryste. Trzeba zawiadomić ImBu – szepnął.

- ImBu o wszystkim wie. Prosi o dlasze skany.

- Gdzie jest ta druga masa?

Dronka wskazała miejsce na mapie. Na lewo i w górę od pierwszego obiektu wyłaniał się, w odległości połowy jednostki astronomicznej, nowy kształt. Sygnatury, które go otaczały sugerowały, że ma podobną, ale nie taką samą masę. Był to także krzyż, ale nieco inaczej skonstruowany…

- Zaraz postradam zmysły – szepnął martwymi wargami Rodney.

- Mamy trzeci obiekt. – odezwała się Spectra.

Tym razem masa wyłoniła się na prawo i w dół od pierwotnego krzyża, w odległości jednej trzeciej jednostki astronomicznej. Rodney patrzył z rozpaczą, jak wyłania się jej forma. Tym razem nie były to dwie niezgrabne, skrzyżowane belki, lecz raczej rozgwiazda. Masa różniła się od dwóch poprzednich.

- Rodney? – Drugi pilot spojrzał na mężczyznę jasnymi, niebieskimi oczami.

Mężczyzna oczyścił krtań chrząknięciem.

- Hm?

- Te obiekty poruszają się idealnie synchronicznie.

- Lecą w szyku?

- Dokładnie tak.

- Cholerna armada wielkich jak słońce statków o pokopanej architekturze?!

- Armada jest dobrym określeniem. Skanery wykryły jeszcze dziesięć takich obiektów.

Duval wytrzeszczył oczy i wyciągnął ręce w obronnym geście.

- Nie załamuj mnie…

- I jeszcze pięć.

- Przestań!

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że jego reakcja jest dziwaczna. W końcu miłośnik kosmosu po to go eksploruje, by odkrywać, a właśnie z odkryciem i to nie byle jakim nasz Sit miał do czynienia, jednak nigdy nie mów, jak zachowasz się w jakiejś sytuacji, dopóki w niej się nie znajdziesz. Rozmiary odkrycia i jego absolutna nietypowość, cecha, która powodowała, że Pionier nie mógł jej odnieść do niczego znanego, wywoływały w nim następujące jeden po drugim ataki paniki.

- One też lecą synchronicznie? – spytał cichym głosem.

- Tak. I żaden z tych obiektów nie wygląda jak inne.

- To się kupy nie trzyma. Wielkie, nieregularne, a lecące w równym szyku?

- Kształt, który został pierwotnie wykryty nie jest prawidłowy – odezwała się dronka.

- No. Wiedziałem, że coś z nim jest nie tak. – Rodney klasnął w dłonie, ale za chwilę uśmiech na jego ustach zamarł.

Ramiona krzyży, rozgwiazd i innych nieregularnych tworów zaczęły się wydłużać. Ślepe skany Orła zaczęły obmacywać przestrzeń dookoła nich dalej i dalej… Teraz nie były to już toporne nieregularności, ale miejsca przecięć niezwykle długich belek.

- Spectra. Przestań. Nie ma takich obiektów. Te wysięgniki muszą ważyć tyle co całe układy planetarne…

- Tak. A ciała, które z początku uznaliśmy za osobne statki, nie są osobnymi statkami.

- Co?

Na trójwymiarowej mapie pojawiła się odpowiedź. Krzyże i rozgwiazdy połączyły się długimi dźwigarami. Teraz Rodney Duval zrozumiał kształt tych obiektów i wiedział, z czym mu się na początku skojarzyły. Z węzłami nośnymi starożytnych konstrukcji, mostów i wież wykonanych z kutej stali i mocowanych za pomocą nitów. Owe krzyże były po prostu przecięciami dźwigarów. Zostały wykryte w pierwszej kolejności ze względu na największą koncentrację masy. Z czerni wyłaniały się kolejne cienkie linie tworząc nowe połączenia i zamieniając przestrzeń mapy w niezwykle misternie złożoną siatkę przypominającą…

- To jakby wieloryb – szepnął Rodney.

- Długi na kilka parseków – dodała Spectra.

- Takich stworzeń nie ma na świecie.

- Nie było, Sicie. Teraz już są.


FRAGMENT 3

Niewiele czasu upłynęło, gdy dziesiątki, a potem setki domostw połączyły się w karawanę. Po piątej dolewce błyskawicznie pochłanianej wiśniówki byłą Reormater nagle zmroziło. Spojrzała na pozkaręcaną, barwną plątaninę latających siedzib, a potem wzniosła się wyżej, by zobaczyć ją dokładniej. Długi, kostropaty wąż, zapętlony, pozawijany, a w oddali przerażające sylwetki pancerników… Czyżby widziała przyszłość rodzaju ludzkiego? Wielką viję, która będzie po wieczność uciekała przed rasą Waruitów? Nie byłby to taki zły scenariusz, gdyby nie to, że WayEmpire było totalnie uzależnione od teleportacji i Worplanów, z których część, wedle zapewnień Smoka, jeszcze nie dostała się w bąbel innej fizyki i niedługo powinna zacząć przesyłać do siedzib zapasy żywności, ale przecież wkrótce i one zostaną im odebrane! Eim przełknęła ślinę. Czy wystarczy im zapasów? Zterraformują kolejne planety? Rozpoczną od nowa? Będą uciekać z nadzieją, że Ojcowie ich nie dopadną?

Wyciągnęła kieliszek w bok.

- Nie ma już wiśniówki, Siti. – Odezwał się dron. – Czy może być aroniówka?

- Lej.

W wielkim, obłym kielichu zatańczyła ciemnorubinowa ciecz. Była Reormater pamiętała, skąd pochodziła: z Goryeh, podobno najlepszego rolniczego Worplanu w Imperium. Z całą pewnością była robiona domowym sposobem, a w czasach WayEmpire oznaczało to brak jakichkolwiek nienaturalnych składników. Łyknęła. Alkohol był mocny i szczypał w tylną część podniebienia, język atakowała gorycz owoców, potem miód, cytryna i na koniec, zupełnie jakby ukłucia halabard, ze zdwojoną siłą gorzkie aronie. Odetchnęła głębiej i wlała w siebie drugi, pokaźny łyk.

Torkil. Torkil.

Gdzie jesteś, draniu?

Zerknęła w górę. W kosmos. Przy gwiazdach zatańczyły frinowe oznaczenia. Wiedziała, które posiadają zamieszkałe systemy. Wybrała na chybił trafł. Macedonia. Przed oczami zamajaczyły zbliżenia różnych części globu – góry, morza, śnieżne szczyty i szerokie plaże. Ale opcja TIO była nieaktywna. Tylko archiwalne ujęcia.

Gdzie jesteś, Torkil?

Zamknęła oczy i poprosiła frin o dostarczenie wspomnień o gamedecu.

Jego brwi, dość gęste, ciemne i męskie.

Oczy szaroniebieskie, z delikatnymi żółtymi cętkami, tak uważne, tak… czułe.

Policzki, lekko zapadnięte, równe, zakończone mocnymi krawędziami szczęk.

Zęby lśniące, białe i te niesamowite kły, gdy się uśmiechał. Większe fangi miał nawet w cywilnym ciele…

Zapach – ledwie wyczuwalny, jakby skórę ogrzewało słońce.

Głos – gdy był w ciele Rana potężny i niski, gdy był w ciele cywilnym – jasny, śpiewny, jakby gdzieś głęboko w duszy Aymore’a mieszkała dziewczyna.

Jego dotyk…

Pauline wstrząsnął dreszcz.

Przyspieszyła. Świat dookoła niej niemal się zatrzymał. Biesiadnicy zastygli w alegorycznych, prawie sakralnych pozach wznosząc puchary trunku, śmiejąc się, rozmawiając, wsłuchując w słowa innych ludzi.

A Eim tonęła w ramiona Aymore’a. Czuła jego oddech, mocne bicie serca na swoich piersiach, jego dłonie na plecach, jego usta na szyi, na policzkach, na czole, na ustach. Eim zaczęła głębiej oddychać. Nakazała frinowi przewinąć wspomnienie. Za intensywne. Nie teraz.

Torkil patrzy na nią uważnie. Siedzą na łóżku. Pauline przeczesuje mu włosy. On pije szampana. Za wysokim, witrażowym oknem Teacupa wstaje świt.

- Pauline – odzywa się do niej.

- Tak?

Przełyka ślinę.

- Ty… też jesteś sierotą?

- Przecież wiesz. Mój ojciec umarł, a matka zginęła na Damnacie.

- U mnie było odwrotnie.

- Wiem.

Torkil zaciska szczęki: na ich krawędziach zaznaczają się mocne żwacze. Eim wie, co chce powiedzieć. Nie chce tego słyszeć.

- Słuchaj – odzywa się gładząc jego ramię poznaczone wypukłymi, twardymi prążkami mięśni – dlaczego nosisz te białe, w zasadzie siwe kosmyki we włosach? Są tam odkąd pamiętam.

Aymore uśmiecha się. Te jego zęby. Przez chwilę oślepia ją aureola wokół jego głowy. Głupie wrażenie leżeć w łóżku ze świętym.

- Chcesz, żebym zmienił kolor włosów? – pyta. – Niebieski? Żółty? Złoty? Srebrny? – śmieje się, ale w jego oczach osiadł smutek. Kobiety to widzą.

- Nie. Tak mi się podoba. – Pauline bawi się swoimi talizmanami: topazowym i granatowym. Lewitują wokół jej palców. Fasetki tego drugiego pieszczą oko pomarańczowymi refleksami słonecznego światła. – Tylko te kosmyki. Skąd?

- Nigdy ci nie mówiłem? – Aristos poprawia się w pościeli i odpycha pusty kieliszek. Ten posłusznie odpływa na szafkę nocną lewitującą obok łoża.

Platforma, na której się znajdują, powoli unosi się w górę, a reszta wewnętrznych tarasów opada w dół. To zwykły rytm pomieszczenia.

- Nie.

- Nawet w paku nie przeciekło? – uśmiecha się cierpko.

- Widać chowasz to bardzo głęboko.

Torkil patrzy w okno Airvilla. W jego oczach odbija się oranżowe niebo. A man with the sky in his eyes. Tak go kiedyś nazywała.

- Lubię to wino – szepcze wskazując na pełny kieliszek trzymany przez Pauline – szybko działa i rozwesela.

- Tak.

Przez dłuższy czas milczą. Mężczyzna patrzy na zabawę Pauline i przejmuje kontrolę nad jednym ze swoich talizmanów. Rubinowy klejnot oprawiony w barokowe złoto rusza do kamieni kobiety i także zaczyna tańczyć wokół jej palców.

- Będziesz się śmiała.

- Nie.

- Nazwiesz mnie maminsynkiem.

- Nie.

Torkil bierze głębszy wdech i mówi szybko, niskim głosem:

- Kiedy zginęła moja matka, Laura, pojawił się pierwszy. Pierwszy kosmyk. Potem drugi. Były ułożone niesymetrycznie, więc dodałem jeszcze trzy.

Pauline liczy oddechy. Raz. Dwa. Trzy. Walczą w niej uczucia zaskoczenia, rozbawienia i potrzeba dania wsparcia. Wreszcie szepcze:

- I co? Tak nosisz tę żałobę? Przez tyle cykli?

Torkil lekko się krzywi:

- To znak, że pamiętam.

- Rodziców?

Teraz grymas na jego twarzy zamienia się w niesymetryczny uśmiech.

- Nie. Po prostu, że nie zapominam o tych, którzy cierpieli.

Pauline wychyla niewielki łyk szampana. Światło poranka tańczy w złotych bąbelkach.

- Po co ci to? – uznaje, że to zdanie zabrzmiało zbyt obcesowo, więc stara się je zmiękczyć ciepłym uśmiechem.

- Mam wrażenie, że to najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o człowieczeństwo. – Torkil lekko kuli usta.

- Nie zapomnieć?

- Tak.

Aymore wydaje mentalną dyspozycję. Podlatuje dron i nalewa szampana do kieliszka. Szkło unosi się i podpływa do jego palców. Pauline wyciąga rękę. Jej puchar także się wypełnia. Piją. Bąbelki łaskoczą podniebienie. Kręci jej się w głowie.

Torkil patrzy na nią. W jego niebieskich oczach wciąż tańczy róż nieba Wiz, planety, nad którą przylecieli kilkad dni wcześniej. Dołącza do trzech talizmanów krążących wokół jej smukłej dłoni czwarty – szafirowy, także oprawiony w złoto. Pauline przez chwilę się zastanawia, czy żółcień, ciemna zieleń, granat i brąz pasują do siebie, ale światło wpadające przez okno godzi wszystkie barwy.

- Nie myślałaś o tym?

Kobieta podnosi na niego wzrok:

- O czym?

- O wskrzeszeniu rodziców?

Od stóp Pauline do jej kręgosłupa przebiega zimny dreszcz. Przełyka ślinę i odsyła jego dwa kamienie. Torkil przejmuje je i pozwala im krążyć nad swoim lewym barkiem.

- Przestań – szepcze.

- Wiele sierot to zrobiło. Nawet przyjaciół wskrzeszają. Z Damnaty. Jeśli mają zapis DNA. My mamy dane materiałów genetycznych rodziców. Ty i ja. Nasi starzy zrobili skany.

- Przestań. – Eim chce powiedzieć więcej, ale słowa utykają jej w gardle. Dobrze, że Torkil myśli w tej chwili o sobie. Gdyby nie to, jej zachowanie mogłoby go zastanowić…

- Ja wiem, że to nie byliby oni – ciągnie. – Że to byłyby ich klony, bliźnięta. Mimo wszystko…

- Moi rodzice nie żyją. Umarli. – Stwierdza twardo była Reormater.

- Więc mamy pozwolić im… nie żyć?

- Tak. To normalne. Naturalne.

- Posthomo Sapiens od dawna przestał całować dupę matki natury. – Torkil bierze głęboki wdech. Prążki jego mięśni piersiowych drgają przy tym, jak podczas ziewania. Chyba jest zdenerwowany.

- Ja bym nie mogła. Nie wytrzymałabym.

- Widoku swojej mamy jako dziewczynki?

Pauline zagryza wargę:

- Tak.

- Dziewięćdziesiąt dziewięć procent Sitów Imperium ma żyjących rodziców, naturalnych, nie wskrzeszonych.

- Dziękuję za ten miód. Moi rodzice wystarczająco mi zaszkodzili. Nie rozumiem nałogowych wspominaczy i nie rozumiem sierot wskrzeszających…mamę i tatę.

Torkil znowu pije. Wstaje. Jest nagi. Podchodzi do okna po ścieżce, która układa się pod stopami w miarę stawiania kroków. Pauline uwielbia patrzeć na jego zgrabne pośladki. Ale bardzo rzadko to komentuje.

- Jest tu kilkanaście centrów exuterowych. – Aymore mówi nie odwracając się do niej.

- Na Wiz?

- Tak. A pod nami, w Tris, jedno, w którym pracuje organiczka. Niejaka doktor Ula Sun. Nie Dis.

- I co z tego?

- To wyjątkowa sprawa. Człowiek w pracy.

- Nie dla mnie. Ty ciągle pracujesz.

- Myślałem, żeby wyhodować tutaj…

- Twojego tatusia i mamusię?! – Pauline podrywa się z pościeli. Kilka kropel z kieliszka spada na kołdrę. Czuje na ręce lepką ciecz. – Zwariowałeś?! Twojej matki bym się bała, a twojego ojca nie lubię, chociaż tylko o nim opowiadałeś!

Kołdra trawi plamę. Eim wydaje rozkaz frinowi. Jej skóra wchłania ciecz, a cukier się krystalizuje się na jej powierzchni. Kobieta macha ręką strząsając mikroskopijne kryształki. Minidrony rezydujące na oparciu łóżka startują i połykają je. Przez chwilę krążą cichutko sycząc, wychwytując cukrowy pył. Wyglądają jak starożytne samoloty na polu bitwy.

- To byliby inni ludzie. Przecież wiesz. – mówi cicho Gamedec.

- Nie, na mnie nie licz. Nie będę im matkować. – odpowiada przez ściśnięte gardło Pauline. – Zapomniałeś już co ten… ten potwór ci zrobił?!

***

Wchodzę do kuchni. Muszę. Muszę to powiedzieć. Ale tylko mamie. Tata nie może o niczym wiedzieć. O niczym.

- Mamo – patrzę na matkę szeroko otwartymi oczami.

Laura Aymore podnosi wzrok znad kitchenmatu. Widzi, że jestem zdenerwowany.

- Co, synku?

Przełykam ślinę:

- Ale nie powiesz tacie?

- Ale o co chodzi?

- Ale nie powiesz tacie? Proszę?

Twarz matki tężeje. Wciąż się uśmiecha, ale już nie tak ciepło:

- Tori, nie mogę ci tego obiecać, powiedz o co chodzi.

O mój boże. Tata nie może o tym wiedzieć.

- Pani prosiła, żebyś dzisiaj przyleciała do szkoły.

Matka otwiera szerzej oczy. Co jej siedmioletni syn mógł zmalować?!

- Dlaczego?

Kulę nogi, splatam palce, moje ciało robi się na przemian ciepłe i zimne.

- Bo ja… paliłem papierosy – wyduszam z siebie.

Matka zastyga.

- Co robiłeś?

- Paliłem… papierosy – szepczę.

- Co takiego?

- Paliłem papierosy – mówię jeszcze ciszej – ale tylko sześć. Tylko sześć! I nie zaciągałem się!

- Ale jak? Gdzie?

- George Ritchanowsky mnie namówił. Robiliśmy to z Jackiem Karwatsky’m. Za boiskiem.

Matka wychodzi z kuchni. Próbuję ją zatrzymać:

- Ale nie mów tatusiowi, proszę cię, nie mów mu, proszę cię, nie mów!

Chwytam ją za rękę. Laura łagodnie, ale stanowczko odkleja moje spocone palce od swojego przedramienia. Zostaję w kuchni. Trzymam rączki przy twarzy, nie oddycham.

Słyszę stłumioną rozmowę.

- Torkil – to głos ojca.

Nie mam wyjścia. Nie mam wyjścia. Muszę ruszyć. Ruszyć nogami. Muszę wejść do jadalni. Oślepia mnie światło dnia wpadające przez okno apartamentu niższej wieży Wrocławia. Widzę tatę pod światło. Nie widzę jego twarzy. Podchodzę do stołu, gdzie czeka śniadanie.

Matka ma głos bardzo cichy:

- Powiedziałam ojcu o twoim… grzechu. Nie wiem, co z tym zrobi.

Zerka na niego.

- Uwidim, skazał sliepoj – odzywa się Baltazar Aymore. „Zobaczymy, powiedział ślepy”. To jego ulubione przysłowie. – Ale to będzie bardzo bolało.

- Lecę do pracy – mówi cicho mama. – Zajrzę dzisiaj do twojej szkoły. Mam nadzieję, że gdy wrócę, wszystko będzie już… załatwione.

- Ale…

- Jedz.

Pobytu w szkole w ogóle nie pamiętam. Nie pamiętam powrotu do domu. Pamiętam tylko puf. Ojciec kazał mi się na nim położyć. Był miękki i pachnący, nowy. Granatowy. Miałem zdjąć majtki. Prawdopodobnie prosiłem ojca, żeby mnie nie bił, prawdopodobnie płakałem. Prosiłem i płakałem. Ale to nic nie dało. Baltazar zdjął z półki „dyscyplinkę”. Cholerne narzędzie tortur, pewnie odziedziczone po dziadku. Na jednym końcu był gruby węzeł i ten węzeł trzymał go w dłoni. Zwisały z niego długie, twarde rzemienie.

- Kładź się.

- Tatusiu proszę cię, nie rób tego, już nie będę, obiecuję, że nie będę.

- Kładź się.

- Proszę cię, tatusiu, proszę cię, naprawdę już nie będę…

- Kładź się.

Kładę się, brzuchem do dołu. Chwytam krawędzie pufa. Czekam.

Pierwsze uderzenie jest jak oparzenie. Ognista smuga rozjarza uda i pośladki czerwienią bólu. Strasznie swędzi mnie siusiak. Krzyczę. Pada drugi cios. Krzyczę głośniej. Nie ma nic straszniejszego od krzyku bolejącego dziecka. Nie ma nic straszniejszego. Trzecie. Moja skróra jest wielkim, ostrym krzykiem. Puczczają zwieracze cewki moczowej.

- Tatusiu, muszę siusiu!

- Idź.

Biegnę do łazienki. Nie zapalam w niej światła, boję się, że nie zdążę. Sikam. Długo. Wracam.

- Tatusiu, już nie będę…

- Kładź się.

To już nie jest ogień. To szkarłatny spazm wyrywający nerwy. Przy drugim uderzeniu nie wytrzymuję:

- Tatusiu, znowu muszę siusiu!

Nie udaję. Naprawdę muszę. Mocz koniecznie chce opuścić moje ciało, jakby się chciał ewakuować z organizmu, który ma za chwilę umrzeć. Biegnę do łazienki. Sikam.

Wracam.

- Kładź się.

Kolejne uderznia zamieniają moją skórę w nieustanny skowyt. Zwieracze znowu puszczają.

- Muszę siusiu!

- Biegnij.

Ten schemat powtarza się nie wiem, ile razy. Za każdym razem, gdy wracam i modlę się, żeby to był już koniec, ojciec każe mi się kłaść. Mijają godziny. Poznaję czym jest ból ostateczny, nieustępliwy, diabelski, drapieżny, niewybaczający. Udręka jest niczym czerwony demon wczepiający się parzącymi szponami w rany na moich udach i pośladkach. Istnienie staje się krzykiem. Krzyk staje się ogniem. Rozpacz w moim głosie czyni z apartamentu gabinet do spraw beznadziejnych.

Po niewyobrażalnie długim czasie ojciec kończy. Pyta, czy wiem, ile razy zostałem uderzony.

- Sto?

- Nie. Piętnaście. Nie myśl, że robiłem to z przyjemnością. To było dla mnie tak samo nieprzyjemne jak dla ciebie.

Patrzę na ojca z wyrazem niewyobrażalnego zdumienia. Piętnaście? Czuł to samo? W pierwsze jestem w stanie uwierzyć. Byłem w łazience… chyba pięć razy, może sześć. W drugie – nie.

***

- I to za co? – mówi podniesionym głosem Pauline. – Za sześć papierosów?! Za ciekawość małych dzieci?

- Z Jackiem i Georgem rodzice tylko porozmawiali – odpowiada cicho Torkil. – Nie przestali palić.

- Torkil, o czym ty mówisz? To były łobuzy! Sam mówiłeś!

- Tak.

- Sześć papierosów i pręgi, które nosiłeś przez miesiąc, bo ojciec zabronił używać inflahealu?

- Tak.

- A to, jak cię ciągle podejrzewał o to, że kłamiesz?

- Był paranoidalny.

- Jak cię bił, gdy wysłał do sklepu, a ty nie przyniosłeś tego, o co cię prosił?

- Było inaczej. Wyszedłem, kumpel wracał z tego marketu i powiedział, że nie było, nie pamiętam, czego. Uwierzyłem i wróciłem. Ojciec poleciał tam, okazało się, że było. Wrócił i mnie zbił.

- Właśnie. I takich przypadków było mnóstwo.

- Było.

- A w szkole średniej? Na studiach? Wszystko mi opowiadałeś. Ten gość był nienormalny.

- Wychował go człowiek, który pamiętał TRID.

- To niczego nie tłumaczy.

- Dziadek był podobno nie lepszy.

- Torkil. Rola wychowania jest przereklamowana. To geny. Geny decydują o tym, kim jesteśmy. Dlatego mnóstwo Sitów przeszło czyszczenie i stali się innymi ludźmi. Baltazar Aymore wyrośnie na paranoidalnego, skłonnego do przesady, egocentrycznego skurczybyka. Chcesz mieć takiego syna?! Ojco-syna?! Chcesz wychowywać Laurę i Baltazara, skazać ich na siebie, tylko tym razem nie jako katastrofalne małżeństwo, gdzie ona spełniała wszystkie jego zachcianki, ale jako rodzeństwo? Koszmarne bliźniaczki? To chore! To najbardziej koszmarna wizja, o jakiej słyszałam!

- Pauline.

- Co, Pauline? Co Pauline?! Zastanów się!

Torkil stoi wciąż odwrócony do niej plecami. Milczy. Cisza się przedłuża. Wie, że to ją uspokoi. Tek sukinkot zna się na komunikacji o wiele lepiej od niej. Nastrój człowieka jest kształtowany przez świeże doświadczenia i sytuację. „ŚS”, jak często żartował. Ich sypialnia wygląda pięknie o tej porze dnia, raj Wiz to miejsce czarowne, do nozdrzy Pauline docierają miłe wonie perfum, sączy się cicha muzyka. Ależ on ma szerokie te barki… Mam nadzieję, że nie stosuje na mnie tych swoich czarów. Tej Łaski Imperatora. Nie darowałabym…

- Gogoi – Błogosławiony odzywa się wreszcie głosem czystym i w jakiś sposób zniewalającym – załatwiają wszystko. Teraz rodzicielstwo to sama przyjemność. Nie zmieniasz naluszek, nie przejmujesz się kolkami. Wiesz. Sama słodycz.

- Torkil. To chore.

Odwraca się do niej. Wraca cienkim łącznikiem między oknem a platformą łoża. Siada na pościeli. Patrzy jej prosto w oczy. Pauline kocha te jego ślepia. Okolone ciemniejszymi otoczkami, szarobłękinte. Ale nie kolor jest w nich ważny. Tylko myśl. Nie wie jak to możliwe, ale to spojrzenie ma w sobie tyle głębi, że często ma ochotę w nim się zanurzyć, zacząć w nim pływać.

Tym razem te oczy kryją ocean pełen trucizny. Eim nie chce do niego wstępować.

- Pauline. Ja ich nie znałem. Ta myśl nie daje mi spokoju: nie znałem moich rodziców.

- Jak miliardy Sitów.

- Wiesz, że to nieprawda. W czasach paków dzieci znają swoich rodziców o wiele lepiej niż kiedyś. Mniej wyobrażają sobie, kim są, więcej realnie wiedzą. Naprawdę ich znają. Chcę wiedzieć, kim są. Kim byli.

- Nie dowiesz się. To będą inni ludzie – Pauline zaciska usta, jakby były wrotami chroniącymi ją przed treściami, które usłyszy.

- Więc dlaczego tak się ich boisz? – pyta mężczyzna.

Była Reormater milczy.

- To będą ci sami ludzie, ale w innych warunkach. – Ciągnie Ran. – Brak dziadka sączącego toksyny w uszy Baltazara, brak obciążeń dzieciństwa Laury mogą spowodować, że nie będą tacy straszni, jak mówisz.

Pauline prycha.

- Chcę zrozumieć – ciągnie Aymore – dlaczego moja matka była taka, jaka była. Dlaczego we wszystkim ustępowała ojcu. I dowiedzieć się, jaka była naprawdę. Czy była taka ugodowa, taka uległa… Chcę ją zobaczyć jako dziewczynkę, która skacze z radości, która widzi świat swoimi niewinnymi oczkami. Chcę zobaczyć ojca jako chłopca, który cieszy się widząc nową zabawkę, który śmieje się po raz pierwszy rozkładając skrzydła. Chcę zrozumieć nie tylko kim są oni, ale także… – Wzdycha głębiej: – kim ja jestem.

- Myślisz, że w ich oczach zobaczysz siebie?

Pauline odpycha do połowy opróżniony kieliszek. Szkło przez chwilę łapie w swój pryzmat promień słońca. Wygląda jak bursztyn. Za chwilę posłusznie ląduje nad połyskliwym blacie nocnej szafki.

- Ależ tak. Zobaczę cząstkę siebie. Lepiej zrozumiem.

- Wciąż nie rozumiesz? Mimo tylu cykli?

Torkil macha ręką:

- Pauline. Mam dwieście trzydzieści sześć cykli plus trzydzieści coś lat. Wszystkie cykle, które spędziłem w Petrach to była wojna i rzeź. Wojna i rzeź. Żyję i wciąż siebie nie rozumiem. Jestem jak… jak…

- Bonsai Larmana?

Torkil patrzy na nią bardzo długo. Wychyla duży łyk szampana.

- Tak. Jak Bonsai Larmana. Bliski, ale osobny. Swój, ale nie swój. Twój, ale nie twój, przecież wiesz.

- Wiem.

- I wciąż nie rozumiem, dlaczego.

Pauline pochyla głowę.

- Jeśli ty się nie zgodzisz – ciągnie Torkil – zgodzi się Angie, Anna, mogę poprosić Brendę…

- Tylko nie Brendę. I nie Annę. I nie Angie. – Patrzy mu zdecydowanie w oczy. – Jesteś mój, rozumiesz? Mój. Nikomu cię nie oddam.

Torkil uśmiecha się.

- Dobra – Pauline zwiesza głowę. – Załatw to. Ale będziesz potem płakał, wiesz o tym.

- Wiem.

- I te biedne dzieci nie będą rozumiały, dlaczego.

- Tak.

- Powiesz im, kim są?

- Na pewno. Jak będą starsze.

- Siedem cykli?

- Tak jak to robiły inne sieroty. Dzieciom ta informacja nie szkodzi. Raczej je bawi.

Pauline ciężko wzdycha.

- A ty? – pyta Aymore. – Nie chcesz spróbować?

- Nigdy. Nigdy i nie wracajmy do tego.

Potrząsa głową. Nie chce o tym myśleć. Nie chce wspominać. Potok skojarzeń usiłuje napłynąć do głowy, ale rośnie tam wielki mur, który zatrzymuje rzekę nieczystości. Nie.

Nie.

- Nienawidzę cię – szepcze do niego.

Torkil zbliża się do niej i mocno przytula. Eim czuje jego mocne mięśnie piersiowe, ramiona, zapach skóry… Trzymaj mnie, Torkil.

Trzymaj do końca świata.

Trzymaj.

Poczuła dotknięcie na ramieniu. Nie jego. Zewnętrzne.

Wyłączyła przyspiesznie.

Nakazała frinowi odwołanie wspomnienia.

Obok niej wisi Anna.

Eim chrząka.

Patrzy w dół, na biesiadników. Przełyka ślinę i bierze duży łyk aroniówki.

- Wspomnienia? – szepcze Sokolowski.

Pauline kiwa głową.

- Myślisz o nim? – pyta Anna.

- Zaraz zwariuję.

- Angela się nim zajmie, prawda?

- Raczej on nią.

- Jest silna. Ta baba ma muskuły…

- A on ma serce.

- Na pewno jest przy nim Laurus.

- I Nexus – Eim wychyla do końca kieliszek. Dron podlatuje i uzupełnia szkło. Zupełnie jak we wspomieniu. Może to nawet ten sam dron.

- Tak – Anna poszła w jej ślady i opróżniła puchar. Cierpliwy automat nalał aroniówki także w jej kieliszek.

- Ale oni wszyscy – mówi przez ściśnięte gardło Pauline – cała ta zgraja Toy Soldiers, to maniacy. Poświęcą się, jeśli będzie trzeba. A ja wolę, żeby przeżyli. Taka jest różnica między facetami i kobietami.

FRAGMENT 4

Jason Prad był Ziemianinem. Pamiętał czasy sprzed Imperium, pamiętał swój pierwszy okręt – Grenadę, krypę w porównaniu z Bezlitosnym po prostu antyczną, w jego pamięci bardziej kojarzącą się z ryciną wykonaną tuszem na papierze, Nautilusem kapitana Nemo, niż z kosmicznym statkiem. Pamiętał manewry w obrębie układu słonecznego, wtedy, jak się wydawało, nieprawdopodobnie złożone, teraz śmieszące nawet rekrutów. Pamiętał kuliste myśliwce taktyczne typu Szakal obwiedzione trzema pierścieniami deceleracyjnymi, na owe czasy szczyt techniki, którymi teraźniejsze machiny mogłyby grać niczym kulami bilardowymi. Pamiętał bazy na Księżycu i Marsie, ba, nigdy nie zapomniał występu Papa Porki na czerwonej planecie, podczas którego onerockowy performer pokazał słynnego roztrojonego penisa, czym zgorszył małżonkę kapitana… Gdyby ktoś w tamtych czasach powiedział Pradowi, że będzie w przyszłości dowodził pancernikiem takim jak Bezlitosny, nie uwierzyłby, bo technologia Czasów Szczęśliwości graniczyła z magią.

Gdyby zaś potem, już w Erze Wielkiego Imperium, ktoś mu powiedział, że cała ludzka populacja będzie musiała w obawie przed wrogiem pośpiesznie opuścić swoje planety, zostawić cały dorobek w chaotycznej ewakuacji, także by nie uwierzył. Imperialna Flota wydawała się niezwyciężona, potencjał produkcyjny Worplanów nie miał granic, tempo rozwoju WayEmpire wywoływało zawrót głowy, te wszystkie floty Terraformerów, Pożeraczy Światów…

Ciemnoskóry mężczyzna głęboko westchnął, a jego oliwkowy pancerz otoczony seledynową poświatą powtórzył ten ruch.

Teraz spoglądał na trójwymiarową, graficzną reprezentację sił cywilnych i wojskowych zgromadzonych w sektorze A1 wyznaczonym przez ImBu i liczył uciekinierów. Osiemdziesiąt pięć tysięcy airvilli, dwadzieścia pięć pancerników, trzy Maodiony: dwudziesty trzeci, osiemdziesiąty ósmy i dwieście czwarty. Nie za dużo, nie za mało. Jak w sam raz. Koncentracja masy w porównaniu z ciałami niebieskimi względnie mała, obszar A1 również niewielki. Wróg nie powinien ich wykryć.

Zerknął w podgląd jednego z podsektorów zajmowanych przez pojazdy cywilne. Domostwa zachowały się zupełnie jakby były w jakimś raju. Połączyły się, posplatały, stworzyły jedną wielką multiviję. Podgląd sugerował, że niektórzy zaczynają się bawić.

Niezwykłe. Ród ludzki jest niezwykły. Przecież zostawili za sobą znajomych, czasami bliskich! Nie martwią się o nich czy zupełnie poszaleli? A może mają rację? W obliczu zagłady to przecież lepsze niż lękliwe czekanie na cios.

Zerknął na Smoka o imieniu Matias Kill, który od jakiegoś czasu rezydował w sterówce. Suver zachowywał się bardzo delikatnie i jak na razie niczego nie zepsuł, prawdopodobnie dlatego, że Suverzy po prostu umieją się poruszać w ludzkich pomieszczeniach, a plotki o ich dewastacyjnych cechach są przesadzone. A może dlatego, że jeszcze odmarzał. Matias Kill wleciał do sektora A1 dwadzieścia mon temu w Szponie, który rozpadł się na oczach tysięcy Sitów. Suver, już pozbawiony statku, przemierzał przestrzeń kosmiczną w rozhermetyzowanym pancerzu, gubiąc powietrze i stygnąc. Przebywał w próżni ponad trzy mony, zachował przytomność, udało mu się dotrzeć na jednym, ocalałym silniku pancerza do czekającej na niego otwartej śluzy Bezlitosnego i własnym szponem ją zamknąć. Gdy po wyrównaniu ciśnień rzuciła się do niego ekipa medyków, delikatnie ich odepchnął i o własnych siłach doczłapał do sterówki. Prad wiele słyszał o odporności fizycznej Suverów, ale gdyby nie zobaczył tego na własne oczy, nie uwierzyłby. Człowiek wytrzyma w próżni dwadzieścia cetni. Potem traci przytomność. Można go odratować jeszcze  przez dwie mony, a potem życie z niego ucieka. Ran wytrzymuje w przytomności czterdzieści cetni. Ale trzy mony? Siedem i pół raza więcej od Aristosa?! Z czego te Smoki są zrobione? Przebiegł oczami po łuskowych okrywach Matiasa. Były wciąż jakby szkliste, a barwy brązu i czerwieni dominujące na jego ciele były matowe i wyblakłe, ale, jak mu się zdawało, z mony na monę stawały się coraz bardziej intensywne. Zdumiewające, że Kill nie zrzucił pancerza, który z pewnością na początku niemiłosiernie go ziębił, tylko zwinął go na tyle, na ile pozwalała jego struktura. Dragonoidy pod względem traktowania nagości były bardzo ludzkie. Samice polatywały topless, ale zarówno osobniki męskie jak i żeńskie zasłaniały genitalia.

- Jakieś wiadomości, Smoku? – spytał Prad, gdy Matias spojrzał na niego swoimi wielkimi, niebieskimi ślepiami.

Gad był jakby zamyślony. Jason wiedział, że wczuwa się w miliardy myśli krążących po Galaktyce.

- Coraz więcej dimenów ginie, kapitanie.

- Tak.

- Całe szczęście, że pomagają im organicy.

- Ci przejęci przez ImBu?

- Zgadza się. – Matias spróbował poruszyć skrzydłami, jakby sprawdzał, czy nie naruszył sobie stawów. Otoczyły je karmazynowe wstęgi. – Budda nie manifestuje zanadto ich możliwości, czeka na stosowną okazję. Mam jednak odczucia, że ci zombi ocalili już miliony dimenów i organików odzianych w szczelne pancerze.

- Czy te floty zombi mogłyby zaatakować…

- Nie, kapitanie. Przepraszam, że wszedłem ci w słowo, ale wiem, o co chciałeś zapytać. Oni latają bardzo słabo uzbrojonymi pojazdami. Na razie udają, że atakują dimenów, a ImBu zbiera informacje. Tak sądzę.

- Hm…

Matias zaskrobał szponami po platformie, na której leżał. Uniósł się prostując kończyny i opadł.

- Do domu naszych wrogów poleciał też statek Nemezis. – dodał cichszym głosem.

- Jaki?! Jak to: „do domu”?!

- Alphtrans Nemezis.

- To nazwa własna?

- Tak.

- Statku, czy tego „domu”?

- Statku.

- Co, do cholery, znaczy „alphtrans”?

- Altered Physics Travelling Nonorthodox Spaceship.

Prad prychnął:

- A rodzaj? Mój frin nie zna takiego pojazdu.

- Jest jedyny w swoim rodzaju. Tajna konstrukcja. Potrafi podróżować w innej fizyce.

- To możliwe?!

- Wskazuje na to nazwa.

Prad sięgnął jeszcze raz do archiwów frinu i lokalnego ImBu.

- Ja nic nie widzę, Smoku.

- Jest z nimi moja siostra Quai i brat Tell. Zlokalizowali coś bardzo dziwnego.

- To znaczy?

- Siedzibę króla Ojców w galaktyce Andromedy. Walczą o przetrwanie i próbują zebrać jak najwięcej danych.

- Króla? Warui mają króla?

- Hm… Podobno prawidłowa nazwa brzmi „Waruici”, ale „Warui” też dobrze brzmi. Wracając do twojego pytania, kapitanie, wy macie Imperatora, my mamy Cara…

FRAGMENT 5

Droga Mleczna

Rubieże

Planeta Nowa Polinezja, raj

Sektor B 43253

08 Decimi 232 EI, 07.34 H

- Do abordażu! – krzyknął Ben Torres i rzucił się w stronę airvillu lecącego pięćdziesiąt metrów od jego Biegnąej po falach.

Załoga, składająca się z barwnie przystrojonych korsarzy, których pancerze połyskiwały złotem, srebrem, rubinami i szmaragdami, których kapelusze powiewały na wietrze, a generatory anty-g zbroi odkształcały obraz tego, co znajdowało się za nimi, krzyknęła gromkie „hurra!”, po czym wyjąwszy z hipoków samopały i rusznice także ruszyła w bój.

Dookoła nich trwało poznaczone nielicznymi różowymi cumulusami, karmazynowe, płonące niebo, rozciągające się w każdym kierunku, w górę i w dół także. W dali połyskiwały światła latających miast, długich karawan i odległych filarów raju. Wszystko to trwało w arealnym półprzezroczystym labiryncie powietrznych szlaków, serwisów informacyjnych i najnowszych wiadomości z różnych planet WayEmpire.

Torres nie miał jednak czasu na podziwianie uroków raju Nowej Polinezji, jednej z piękniejszych planet Rubieży. Był zajęty! Od masywnych naramienników jego pancerza oddzieliły się trzy samobieżne działka i rozpoczęły ostrzeliwanie tarasów wrogiego airvilla, które niczym satelity krążące wokół głównego globu, kręciły się dookoła domostwa wyglądającego jak latający magiczny zamek wyjęty prosto z bajki dla grzecznych dziewczynek. Z siedziby wyleciało kilkadziesiąt ciemnozielonych droidów, które zaczęły ostrzeliwać się fosforyzującymi na tle czerwonego nieba impulsami elektromagnetycznymi, ale działa Biegnącej po falach natychmiast zneutralizowały salwy, a roboty zestrzeliły.

- Dobra maszynka! – Ben wysłał do mózgu swojego statku pak okraszony satysfakcją i pochwałą. Biegnąca po falach odpowiedziała jowialnym:

- Zawsze do usług, kapitanie.

Dymiące droidy opadły bezwładnie na tarasy siedziby, a kilka z nich, nie znalazłszy oparcia, szybowało w dół, ku bezkresnemu szkarłatowi, błyskając polerem pancerzy. Ben wydał rozkaz swojemu airvillowi, by wysłał drony i przechwycił spadający złom. Skorupy mogłyby upaść na kogoś zanim zdążą się zreperować i byłaby katastrofa…

Wiatr szumiał w rondzie kapelusza kapitana, gdy wyciągał z podprzestrzeni dwa wielkie, złote samopały ozdobione motywami trupich czaszek i orłów. Gdy właściciel siedziby, odziany w długie, kremowe szaty do złudzenia przypominające materiał, a nie pancerz, wyskoczył z głównego wejścia i wzleciał w niebo, został przez Bena zdjęty celnym strzałem oddanym z lewej ręki. Oczywiście kapitanowi pomagał frin wyświetlając animację toru przeciwnika oraz obraz arealnego ułożenia dłoni i broni.

Załoga Biegnącej po falach już była w środku i ze śmiechem wyfruwała przez okna obarczona srebrem, platyną i złotem. Do Bena podpłynęła jego flama, Vivien Larcoix, odziana tak jak on, w karmazyn i złoto. Machnęła zalotnie skrzącym się w świetle zachodu złoto-czarnym kapeluszem:

- Dobra robota, piracie – uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Torres pogładził krótką, hiszpańską bródkę.

- Ba.

Z rabowanego airvilla wypłynęła, otoczona animowanymi białymi flagami, kobieta odziana w zieloną pelerynę. Była, zdaje się, partnerką właściciela.

- O co wam chodzi?! – krzyknęła. – Dlaczego zabieracie nasze rzeczy?!

Jej głos został wzmocniony przez sieć i cała załoga Biegnącej po falach słyszała ją doskonale.

- Nie zabieramy, droga pani, tylko kradniemy. – odparł Ben, a jego podkomendni zarechotali.

- No właśnie! – odkrzyknęła kobieta. – Czy wy jesteście jacyś nienormalni?

- Nareszcie jakiś opór – Torres rzucił mentalnie do Vivien – w Macierzy wszystko nam oddawali i jeszcze się śmiali.

- Bawi cię to?

- Ludzie w Rubieżach byli zawsze bardziej zadzierżyści. To dziedzictwo Sparty.

- Jesteś dziwny.

- Jestem piratem.

- I tak cię kocham.

- To oczywiste. Nie, droga pani – odezwał się na głos dworsko kłaniając – jesteśmy korsarzami!

Ben podleciał do kobiety zostawiając Vivien za sobą, i dotknął krążących wokół jej szyi dwóch talizmanów.

- Aktywne, prawda? – spytał.

- A co ci do tego, Sicie?!

Zgarnął je jednym ruchem ręki i schował do zasobnika w udowej części pancerza. Kieszeń zamknęła się z cichym sykiem zasuwanej płyty.

- Ależ co to…?! – rezydentka rabowanego airvilla pozostała na wdechu. – Bezczelność!

Torres podleciał do jej mężczyzny, który już się zbierał z tarasu, po krótkim szoku. Jemu także flibustier zabrał dwa talizmany. Zgrabnie ominął jeden z tarasów domostwa i wrócił na latającą łódź.

- Moje talizmany! Zgłupieliście! – Darła się niewiasta. – Zaraz wyślę na was część domostwa i wam zepsuje tę waszą krypę!

- Ach, o niczym innym nie marzę! – odparł Torres.

Kobieta machnęła ręką i zerknęła na męża, który właśnie wzlatywał otrzepując się z żółtego kwiecia.

- No co się tak patrzysz? – zmitygowała go. – Zrób coś!

Sit zerknął na kapitana. Przez chwilę wokół jego głowy latały dziwne, zielone szmaty, zapewne wizualizacje, które, gdy był w normalnym stanie emocjonalnym, przedstawiały flagi, oriflamy czy proporce, teraz jednak były niezrozumiałymi kleksami.

- A niech idą do cholery!

- Ale nasze rzeczy!

Kobieta wyrzuciła oskarżycielski palec w stronę piratów lądujących na trzech pokładach Biegnącej po falach. Z paznokcia wystrzeliła animowana włócznia i poszybowała w stronę żagli airvilla.

- Zamówimy sobie nowe – odparł mężczyzna.

- Ale talizmany!

- Też weźmiemy nowe.

Widząc, że z mężem nic nie zwojuje, kobieta spojrzała ze złością na korsarzy:

- Wezwę Błogosławionego! Albo ImBu się poskarżę! Besebu wezwę!

- Droga pani, jeśli dotąd nie złapał nas ani Brat Besebu, ani inny Anioł Śmierci, a ImBu nas nie ukarał, to znaczy, że mimo wszystko podoba im się nasza działalność!

- Popieprzony ten świat – mruknęła kobieta. – A gadałeś – spojrzała na mężczyznę – że w raju będzie pięknie! Ja ci od razu mówiłam, że źle się czuję, gdy samo powietrze dookoła i żadnego gruntu pod nogami, wracamy na powierzchnię! Mama była Grondem i ja jestem Grondem!

Mężczyzna spojrzał błagalnie na kapitana Biegnącej po falach i wysłał prywatny animowany przekaz. Litery rozbłysły tuż przed oczami Bena:

Zabierzcie i tę cholerę.

Otaczały go arealne strzępki scen, w których kobieta krzyczała na niego, oskarżała go, i ogólnie ciosała mu kołki na głowie. Przez ułamek cetni Ben Torres zastanawiał się, dlaczego są razem. Przecież w dzisiejszych czasach nie muszą. Ale sceny, które wciąż dosyłał mężczyzna były tak komiczne, że korsarz roześmiał się w głos.

- Wiwat kapitan Torres! – krzyknął jeden z piratów.

- Wiwaaat! – zawrzasła załoga, a jej głos został wzmocniony i potoczył się w powietrzu niczym grom.

Vivien roześmiała się z innymi, a potem z udawanym politowaniem pokiwała głową:

- I po co ci to wszystko?

Ben spojrzał na nią skosem, a potem ogarnął wzrokiem załogantów.

- Nic tak nie cieszy, jak kradzione! – krzyknął, a frin wzmógł jego tembr tak, że odbił się echem od ścian airvilli.

- Na pohybel Stellarom!

FRAGMENT 6

Planeta Feloce, grunt

Polia Tyr, Dystrykt Xantha

08 Decimi 232 EI, 08.21 H

Samuel Kroz, nazywam się Samuel Kroz…

Besebu-Ran odziany w czarny Coremour Wzór X ozdobiony czerwono-złotym deseniem przypominającym jęzory ognia, otoczony dyskretnymi animacjami smug ciemnego dymu, który, jak się wydawało, pozostawiały za sobą końcówki jego metalicznych, antracytowych skrzydeł, leciał wśród strzelistych zabudowań Xanthy, dzielnicy Tyru, jednej z wielu polii Drumy, rozległego kontynentu, który wraz z pięcioma innymi wielkimi zielonymi lądami urozmaicał krajobraz Feloce, ciepłej, nieco wilgotnej i wietrznej planety Rubieży WayEmpire, stosunkowo młodej, więc pozbawionej raju. Po prawej i lewej ręce Kroza migały przyczepione do dachów wież zielone oriflamy ozdobione złotym symbolem Feloce – siedzącym lwem, na którego głowie lądował gołąb. Dziwne to godło symbolizowało ponoć myśl, że każda siła i powaga stają się puste, a nawet groźne bez odrobiny dystansu i poczucia humoru. Gdyby Besebu-Ran miał czas na kontemplację tej myśli, z pewnością uznałby, że jest trafna, a nawet doszedł do jakichś głębszych wniosków, jednak tego nie uczynił, bo jego głowa była pochłonięta czymś innym.

Samuel powtarzał bezgłośnie swoje imię w tych sytuacjach, gdy do jego świadomości zaczynały się dobijać poczucie utraty tożsamości i bezsensu istnienia, a takie stany nawiedzały go ostatnimi czasy coraz częściej. Odczucia tego typu towarzyszą osobom wrażliwym, mawiali nauczyciele, Sam to wiedział, pamiętał, lecz przez to uczucia nie były mniej dojmujące.

Bractwo Besebu nie ma racji bytu.

Thirowie zostali pokonani, thiroza nie istnieje.

Co ja tutaj robię?

Dlaczego wstąpiłem do formacji Besebu a nie do Maodionu?

Względów było kilka.

Braci Besebu nie rzuca się na pierwszą linię frontu w razie konfliktu. Samuel nie był typem wojownika.

Besebu strzegą porządku, nie wywołują wojen. Kroz był pacyfistą.

No i naczytał się, tuż przed decyzją, elbooków o inkwizycji i egzorcystach.

Frag!

A matka mówiła: jesteś za młody, uważaj na siebie, zostań Narem, jeśli koniecznie chcesz, a w ogóle po co ci to? Nie musisz nic robić! Mamy Czasy Szczęśliwości!

Ale Samuel chciał. Po prostu chciał być przydatny. Na takich jak on – mówiono – Imperator patrzy życzliwym okiem. Kroz potrząsnął głową. Głupie myśli. Nie po to Sit chce być dobrym człowiekiem, by zbierać nagrody. Takie stawianie sprawy wykrzywia osobowość, korumpuje wewnętrznie. Nie po to dążysz do rozwoju, by karleć w oczekiwaniu na pochwałę.

Ran wciągnął głęboko powietrze.

Poczuł coś na kształt dumy.

Besebu są potrzebni. ImBu kieruje ich w mroczne obszary, tam, gdzie wdziera się zwątpienie, gdzie ludzie zapominają, albo przestają wierzyć w opiekę Imperatora, a Wolna Wola staje się złą wolą.

Właśnie taki problem Samuel Kroz, Maod-An osiemset piątej Centurii BB, leciał rozwiązać. Zerknął na mapę. Przy tej prędkości miał do celu niecałą hektę. Wzniósł się wyżej, ponad poziom kanałów powietrznych. Xantha zmalała, skurczyła się, a za nią cały Tyr. Polia, która jeszcze przed chwilą sięgała od horyzontu po horyzont, zrobiła się nie większa od dłoni Samuela. Gdy mróz zaczął szczypać go w twarz, a pancerz poinformował, że w atmosferze brakuje tlenu, owinął hełm wokół głowy. Leciał wyżej. Gdy gazy rozrzedziły się na tyle, że zaczął widzieć gwiazdy, zwinął skrzydła i złożył je tak, że tworzyły już tylko po trzy grube wypustki na bokach pancerza. A gdy znalazł się na orbicie, przywołał z podprzestrzeni kabinę Dragonforce’a. Pomieszczenie zmaterializowało się wokół niego i z sykiem zaczęło generować atmosferę. Na nim nadbudowywały się kolejne moduły, tworząc ostateczny krztałt pojazdu Braci Besebu. Jeszcze kilka odgłosów nakładających się na siebie warstw pancerza statku i Samuel ruszył korytarzem wiodącym do krypty.

Wpłynął do oblanego białym światłem pomieszczenia i spojrzał na hiperbosy przypominające starożytne sarkofagi. W dwóch z nich, w błękitnej mgle, spoczywały jego ranowe, potężne, trzymetrowe ciała. W jednym – zaledwie dwumetrowa, cywilna powłoka. Wiedział, że to tylko animacje, naprawdę nie sposób zobaczyć ciała znajdującego się w innym wymiarze. Czwarty hiperbos był pusty. Kroz stanął przed nim i wydał mentalną instrukcję. Ze ściany za nim wyłonił się majordomus pojazdu przypominający wielokończynowego pająka. Samuel opadł do tyłu, zawisł w powietrzu, lekko skośnie w stosunku do podłogi, jego zbroja otworzyła się i pozwoliła, by właściciel wypłynął na polu dryfowym i ulokował się tuż nad mglistą powierzchnią hiperbosa. Majordomus otoczył głowę Samuela łapą grawitacyjną i wyciągnął z niej duszę Besebu Rana. Nieprzytomne ciało opadło w czeluść sarkofagu. Cichy pisk, który rozległ się za chwilę świadczył o tym, że ciało zniknęło z trójwymiarowej czasoprzestrzeni. Majordomus przepłynął do katafalku, gdzie spoczywała cywilna powłoka Kroza. Wydał bezgłośną instrukcję, poczekał, aż naga postać wyłoni się ze skrzyni, otoczył głowę swoimi długimi palcami i poczekał, aż Maod-An otworzy oczy. Samuel zamrugał, napiął mięśnie i dał się sprowadzić grawitacyjnym poduchom do pionu. Dotknął podłogi. Jeden ze slotów mieszczących lekkie pancerze Yari zaświecił wewnętrznym światłem, a stojąca tam zbroja już wykonywała pierwszy krok, by ruszyć w kierunku pana, ale Ran zatrzymał ją gestem ręki.

- Nie teraz. Cywilne ubranie.

Tym razem zapaliło się światło w innej części pomieszczenia, a z wnęki wysunął się i podleciał do Samuela zielony lekki pancerz przypominający łuski smoka. Strój owinął się wokół Brata Besebu i za chwilę Kroz wyglądał jak organiczny, niezbyt ekstrawagancki obywatel Imperium, czyli, mówiąc krótko, dziwak, bo w WayEmpire wypadało się czymś różnić od innych: jeśli nie wzrostem to chociaż fantazyjną odzieżą.

Aristos uniósł się, przepłynął do sterówki, zawisnął w wygodnej pozycji i pozwolił, by fotel dowodzenia przydryfował i wymorfował tak, by dopasować się do jego mniejszego ciała. Maod-An wydał dyspozycję i Dragonforce z ogromną prędkością wniknął w atmosferę planety wzniecając wokół poszycia płomień, a za chwilę, gdy ognie przygasły, znalazł się nad oceanem i zbliżył do zachodniej granicy Waylandu, pływającej polii, w niektórych miejscach porośniętej archiflorą, jednej ze starszych na Feloce. Miasto urosło w oczach, a jego wieże wystrzeliły wysoko w niebo. Pojazd wylądował na wysuniętym nad stromymi falami lądowisku. Kroz wstał z fotela i podpłynął korytarzem do śluzy, poczekał, aż otworzy się właz i wyleciał z pojazdu. Wisiał przez chwilę nad lądowiskiem lustrując ścianę wysokich zabudowań, wreszcie ruszył i wleciał między wieże. Gdy oddalał się od Dragonforce’a, statek zmienił kształt i stał się cywilnym spacemobilem przypominającym zielonego smoka.

ImBu donosił, że w obszarze wskazanym na trójwymiarowej mapie, którą Samuel widział przed oczami, doszło do wielokrotnego nadużycia Wolnej Woli.

Imperator sugerował ingerencję incognito.

Samuel skinął powoli głową.

„Zasady Primusa” mówią:

Jeśli rozpoczynasz negocjacje prezentując wyższy status bądź siłę, obniżasz prawdopodobieństwo, że partner w negocjacjach dojdzie do pożądanego wniosku drogą autonomicznego rozumowania. Najpewniej powierzchownie zgodzi się z tobą, a gdy odejdziesz, wróci do poprzednich przekonań.

Dlatego Kroz często przywracał ład w WayEmpire nie pokazując, że jest Bratem Besebu. To byłoby zbyt łatwe. Aristos uwielbiał Primusa, chociaż nigdy nie miał okazji go spotkać. Jego „Zasady” znał na pamięć, bez użycia frina.

Mijał granatowo-serbrne kolumny miasta z rzadka przyczepionymi do nich airvillami, ignorując labirynt animowanych informacji migających dookoła traktu powietrznego i cicho recytował mantrę skupienia. Żadnych plexów. Tylko dyscyplina mentalna. Plexy zbyt ułatwiają pracę mózgu. Jedynie wysiłkiem woli można osiągnąć doskonałość. Primus urodził się w czasach bez frinów. Wszystko, do czego doszedł, posiadł dzięki pracy nad sobą, nie technologii.

Kroz zbliżył się do zaznaczonego przez ImBu obszaru. Był to w miarę odkryty teren, zasłonięty tylko kilkoma długimi cieniami wielkich wież kotwicznych miasta, przypominających złoto-zielono-granatowe drzewa. Wiedział, że przybył o właściwej porze, tak dyktował instynkt Rana.

FRAGMENT 7 (SPOILER ALERT!)


Galaktyka Andromedy

Planeta Ojców

09 Decimi 232 EI, 03.03 H

Torkil Aymore Sin

Med zginął. Jego arun nie przetrwał. To samo spotkało lecącego z nim Nexusa, ale wiedziałem, że któryś z jego arunów jest bezpieczny na Nemezis, o ile ten statek można było uznać za bezpieczne schronienie. Ginęliśmy jak muchy. Teraz to była szaleńcza walka o kilka cetni więcej. Nie walczyliśmy już o życie, ale o tych kilka cholernych cetni, bo musieliśmy przetrwać, aż pojawi się Enkidu. Liczył się każdy moment, w którym wciąż istnieliśmy i odpowiadaliśmy ogniem. Nagle jeden z Errusów wyrwał do przodu, jaśniejąc jak bomba, która za chwilę wybuchnie, rozpędził się i podobny do powyginanej gwiazdy przedarł się przez kordon Anielic i Demonów by zniknąć za zasłoną wrogich statków. Jeszcze chwila i rzuciła nas do tyłu wielka fala uderzeniowa, a w miejscu, gdzie znajdowało się Widmo, ziała ogromna dziura. Drugi Errus ruszył do przodu. A za nim trzeci i czwarty. Tak kończyły swoje istnienie najpotężniejsze statki Imperium – poświęcały się i detonowały niszcząc miliony statków wroga.

Spojrzałem na lecącą obok mnie Angie. Tylko jedna ocalała.

- Kochasz mnie, Angie?

- Tak, tygrysie.

Rzuciliśmy się na wroga a nasze duchy zaśpiewały najpiękniejszą pieśń. Zwróceni do siebie plecami, osłaniający się nawzajem, pomknęliśmy spiralą wzwyż, w stronę kolejnego wybuchającego Errusa.

Nagle targnęło nami, ale nie w tył… tylko w przód!

- To… Enkidu! To Enkidu! – krzyknęła Angie i w tym momencie jej Skymour rozpadł się na kawałki, a ona sama, w obłoku krwi, zawisła na moment w powietrzu, a po chwili poszybowała ku ziemi.

- Toooorkiiiilll!!!

- Angieeee!!!

Wtedy mój Skymour oberewał tak strasznie w stopy i plecy, że dosłownie rozleciał się dookoła w drobny mak, zostawiając mnie w samym Coremourze, z uszkodzonym silnikiem i… wielką dziurą w boku. Od razu wiedziałem, że moje ciało nie przetrwa. Ale nie czułem bólu. Frin zablokował. Arun wiedział, że nie ma prawa ratować mojej psyche, bo byłem tu po to, by osłaniać Nemezis, a nie kryć się w nim. Pędziłem w dół, pośród miliona niebieskich nici, ciągnąc za sobą wstęgę krwi, jakbym rozwijał pasmo życia. Ułożyłem ciało w kszałt strzały i dogoniłem Angelę. Żyła, ale jej zbroja była rozbita i także nie potrafiła latać. Urwało jej obie ręce i teraz ciągnęła za sobą dwa szkarłatne sznury. Przytuliłem ją, a ona, chociaż nie mogła odwzajemnić uścisku, przylgnęła do mnie. Usunęła przyłbicę hełmu. Była blada, ale przytomna. Zrobiłem to samo. W twarz uderzyło mnie gorące powietrze pachnące siarką i dymem. W jej spojrzeniu była niecierpliwość i głód. Nasze usta uderzyły w siebie jakby eksplodował wulkan. Duchy otoczyły nas skrzydłami, a my mknęliśmy w sieci wrzecion, w huraganie płonącego nieba, w kurzu i dymie, przytuleni do siebie na zawsze. Jej usta były jak płacz, jak krzyk, jak żywe, święte dzieło sztuki, które próbujesz posiąść, ukraść, pragniesz mieć dla siebie, stać się jego częścią, ale nie możesz, bo zawsze dzieli cię od niego nieskończoność. Ale wtedy, w tej ostatniej chwili poczułem, że nie dzieli nas już nic.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Diaboliczne drugie dno przemówienia prezesa

czwartek, 14 Kwiecień 2016

Wysłuchałem przemówienia Jarosława Kaczyńskiego z okazji rocznicy Smoleńskiej (10.04.2016) i wreszcie chyba zrozumiałem, jaki jest tor myślenia tego człowieka. Jeśli zrozumiałem dobrze, jest gorzej niż myślałem.

Pozwoliłem sobie przepisać prawie całą pierwszą część przemówienia pana prezesa (z pominięciem deklaracji, że na Krakowskim Przedmieściu powstanie pomnik smoleński) i wytłuścić fragmenty, które mnie frapują.

Za tą [zapis zgodny z wymową] tragedię, niezależnie od tego, jakie były jej przyczyny, ktoś odpowiada. Przynajmniej moralnie. I odpowiadał za to poprzedni rząd. Nie ten oczywiście pani Kopacz, tylko ten Donalda Tuska. [Głosy z widowni: „Śmierć dla Tuska!”] Czynili wszystko, na wszystkie możliwe sposoby, łamiąc wszelkie reguły, żeby ta pamięć umarła. […] Prawda musi się znaleźć w książkach, podręcznikach. Musi się znaleźć i to jest nasze drugie wielkie zadanie. Musimy to wszystko opisać. Musimy znać fakty. Musimy ustalić fakty także w tym sensie, o którym mówi się w ramach porządku państwowego, a więc procesowo czy przez odpowiednie organy państwa. To dzieło dopiero się dzisiaj zaczyna, bo to, co było do tej pory to był pozór. To było udawanie. Dziś zaczyna się praca, zaczyna się prawdziwa praca. […] Prawda ta, którą można określić jako prawdę publiczną, prawdę państwową, prawda w podręcznikach, prawda w książkach, prawda w środkach masowego przekazu, tych powszechnie dostępnych, prawda w świadomości Polaków. Bo przecież miliony Polaków, także tych uczciwych, nie wie, co się stało, nie rozumie tego wszystkiego. Musimy im to wyjaśnić. Musimy skorzystać z tego, że mamy dziś możliwości, żeby Polacy wiedzieli i zrozumieli. Dziś jeszcze, jak wskazują badania, prawie dwadzieścia pięć procent młodych ludzi nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kto był winien zbrodni katyńskiej. Jeszcze dziś. Nie możemy doprowadzić do tego rodzaju sytuacji także w sprawie Smoleńska. Musimy ustalić prawdę i musimy wyciągnąć z niej wszystkie wnioski. I wreszcie porządek sprawiedliwości. Najpierw  ta sprawiedliwość, która odnosi się do państwa, do wymiaru sprawiedliwości. Ta sprawiedliwość może mieć miejsce tylko wtedy, jeżeli są odpowiednie przesłanki prawne, a wiec jeżeli śledztwa przyniosom [zachowana oryginalna wymowa] odpowiednie wyniki. Ja nie mogę rozstrzygać o tym, jakie te wyniki będą. Wiem, że zaczęło się prawdziwe śledztwo. I wiem, że Polacy wielokrotnie mylili się, kiedy przebaczali zbyt łatwo. Tak, przebaczenie jest potrzebne. Ale przebaczenie po przyznaniu się do winy i po wymierzeniu odpowiedniej kary. To jest nam potrzebne. Ale jest też, szanowni państwo, odpowiedzialność innego rodzaju. Bo pamiętajmy, jeśli chodzi o kodeks karny, to będą mijały lata, przedawnienia, nie zawsze będzie można go zastosować nawet jeżeli dojdziemy do wniosku, jeżeli władze wymiaru sprawiedliwości dojdą do wniosku, że były jakieś przestępstwa. Ale jest odpowiedzialność moralna. Jest moralne napiętnowanie.  I ono musi być dokonane. Bo tragedia smoleńska nie była przypadkiem. Jeszcze w 2010 roku, w czasie kampanii wyborczej, kiedy kandydowałem na urząd prezydenta, powiedziałem: „Chłopcy bawili się zapałkami i podpalili dom”  Tak było.  To była zabawa zapałkami, ten przemysł pogardy, to wszystko, co się z nim wiązało. I z całą pewnością istnieje związek między tym, a tym, co wydarzyło się w Smoleńsku. I musimy umieć wyciągnąć z tego wnioski. Także te moralne.  One są niezwykle wręcz ważne. One są niezbędne dla przyszłości naszego narodu.  Ci wszyscy, którzy tego nie rozumieją, Polsce szkodzom. Polska musi być oparta o prawdę i sprawiedliwość. ”.

W dalszej części pan Kaczyński dziękuje różnym osobom, jest o wiele milej. No, ale skupmy się na wytłuszczeniach, bo są bardzo intrygujące, najbardziej zaś połączenie „przemysłu pogardy” z katastrofą. Przemysł ten jest porównywany do zabawy z zapałkami. „Z całą pewnością istnieje związek między tym, a tym, co wydarzyło się w Smoleńsku”. Zwróćmy uwagę, że szef PiSu mówi to zdając sobie sprawę, że być może ustalone w nowym śledztwie fakty dowiodą, że jednak żadnego zamachu nie było. Na samym początku mówi: „Za tą tragedię, niezależnie od tego, jakie były jej przyczyny, ktoś odpowiada.” Czyli niezależnie od tego, czy był trotyl, czy nie, winni są źli ludzie, szerzący „przemysł pogardy” i ta pogarda jest odpowiedzialna za katastrofę. Bo pogarda ta była „zabawą z zapałkami”. Czy ktoś coś z tego rozumie? Nie? Ja też nie rozumiałem, aż przyszło olśnienie i nie powiem, w zrozumieniu pomogło mi między innymi Radio Maryja, którego od czasu do czasu słucham.

Żeby pojąć, o co prezesowi chodzi, należy odrzucić założenie, że człowiek ten rozumuje racjonalnie. Nie. Prezes rozumuje w sposób magiczny, charakterystyczny dla narracji toruńskiego radia. Tam (nie wiem, czy wiecie), nieustannie mówi się o „Złym Duchu”, lub po prostu „Złym”. Czyli Diable. Szatanie. Jego działanie jest spostrzegane jako bardzo realne, codzienne. Szatan zrywa połączenia telefoniczne, zamyka szlabany, żebyśmy się gdzieś spóźnili,  powoduje, że czyjś telefon przeszkadza nam w modlitwie itd. Szatan działa wszędzie. Wciela się w ludzi, kieruje nimi, zawisa niczym chmura nad grupami społecznymi i kieruje ich myślami. Już zaczynacie pojmować? Przypomnijmy sobie słowa prezesa z jednego z poprzednich przemówień: „Diabeł nie śpi. Diabeł nie śpi.”. Nie, pan Kaczyński nie używał metafory. Mówił dosłownie.

Jeśli się nie mylę, to u podstawy jego myślenia tkwi wiara w działania Szatana i jego magiczny wpływ na poczynania ludzi. I nie jest w tym absolutnie wyjątkiem, bo ten sam sposób myślenia dotyczy niemal wszystkich słuchaczy Radia Maryja.

Zatem jak to było według pana prezesa?

Pan Donald Tusk, w którego wstąpił Zły

Pan Donald Tusk, w którego wstąpił Zły

Pan Donald Tusk, jedno z głównych narzędzi Złego („Ma wilcze oczy”, „Diabeł wygląda mu z oczu” – to świadectwa słuchaczy radia Ojca Dyrektora) napędził „przemysł pogardy”, czyli wielką, czarną chmurę złych myśli, z której Diabeł ogromnie się cieszył. Zły kierował poczynaniami lidera PO, ale i słuchał myśli Tuska oraz jego popleczników. Wpływ Szatana na ludzi i wolna wola to zawsze była sprzeczność w myśleniu konserwatywnych katolików. W zależności od potrzeby raz Zły manipuluje człowiekiem, raz sam człowiek własnymi czynami wzywa Diabła do pomocy. Tak czy owak istniała komitywa Tusk – Szatan. Tusk, wzniecając coraz większą niechęć wokół prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ugrupowania PiS, generował wraz z Demonem gigantyczną negatywną energię myśli, intencji i złych zamiarów. A to jest „igranie z ogniem”. Czytaj: „igranie z Diabłem”. A z Diabłem igrać nie wolno, bo Diabeł nie śpi. Dlatego właśnie „istnieje związek między tym [przemysłem pogardy], a tym, co wydarzyło się w Smoleńsku.” Po prostu: samolot leciał, a ludzie pod przewodnictwem Donalda Tuska życzyli siedzącym w nim ludziom tak strasznie źle, że olbrzymia negatywna energia tych myśli plus diabelskie sztuczki spowodowały rozbicie się samolotu. Przecież to jest proste! I o tym właśnie prezes mówi, gdy peroruje o odpowiedzialności moralnej. Nie chodzi o jakąś tam mglistą moralność. Chodzi o konszachty z Diabłem!

Można by powiedzieć, że ta hipoteza jest tak nieprawdopodobna, że nie może być prawdziwa. Kochani. Posłuchajcie Radia Maryja, bo przecież to jest główny elektorat PiSu i przede wszystkim do tych ludzi mówił pan Kaczyński. Oni doskonale rozumieją przesłanie prezesa i świetnie czytają między wierszami. Lider PiSu nie mógł mówić otwartym tekstem na takim wiecu, bo zostałby wyśmiany przez wyznawców Szatana, czyli wszystkich, którzy się z nim nie zgadzają. Ale słuchacze toruńskiego radia wiedzą, o co mu chodzi. Dlatego właśnie „Śmierć dla Tuska!”. Bo to przecież współczesna wiedźma. Zawarł pakt z Diabłem.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O ustawie antyaborcyjnej

sobota, 2 Kwiecień 2016

Decyzja o posiadaniu dziecka to rzecz ważna. Wiąże się z odpowiedzialnością i nie powinna być podejmowana pochopnie, każdy o tym wie. Przyszła matka i ojciec dziecka powinni być przygotowani na przyjęcie nowego obywatela – ważne jest lokum, pieniądze (pieluszki, wózki, ubranka, buciki, łóżeczka etc. kosztują razem mniej więcej tyle co mały samochód). Przyszła matka powinna być w dobrej kondycji, zdrowa, a najbliższy okres powinien być w miarę możliwości wolny od stresów. Ważne, by mama była odpowiednio odżywiona, brała kwas foliowy by przeciwdziałać rozszczepieniu cewy nerwowej dziecka i inne witaminy. Przeczytamy o tym w każdym poradniku dla młodej mamy (i taty), w każdej kolorowej gazetce, w każdym artykule poświęconym macierzyństwu / tacierzyństwu. Dlaczego to wszystko jest takie ważne? Bo jakość życia dziecka – jego psychika i fizyczność zależne są od okresu ciąży. Nawet fizjologiczna ciąża obciąża kobietę i, jak żartują niektórzy położnicy, „rujnuje jej organizm”. Im rzetelniej przyszła mama się do niej przygotuje, tym lepiej. Dlatego każda odpowiedzialna para czy pani, która postanawia być samotną matką (ma do tego prawo) przygotowuje się do ciąży i macierzyństwa bardzo starannie. Bo chce mieć zdrowe dziecko i chce sama być zdrowa podczas ciąży i po porodzie.

Warto podkreślić, że w wyżej omawianym przypadku dziecko będzie posiadało jej geny i geny mężczyzny, którego kocha (przypadki korzystania z banku spermy tudzież inne sposoby pozyskania nasienia pominę, by nie zaciemniać obrazu). Po to się przecież ma potomka – jest to owoc związku, nowy człowiek będący, używając inżynierskiego języka, mieszanką dwojga ludzi.

Tak ten obraz wygląda, gdy jest idealny.

Życie jednak lubi płatać… tak zwane „figle”. I te „figle” potrafią owo życie złamać. W pewnym sensie je odebrać, cząstkowo je zabić. Używam terminu „zabić”, by odnieść się do argumentów gorliwych obrońców życia, którzy zapominają, że matka i ojciec także żyją, nie tylko zygota, której tak zacięcie bronią.

Gdy w badaniach prenatalnych nie wykryje się poważnej wady rozwojowej dziecka bądź badań tych ktoś odmówi i dziecko urodzi się w ciężkim stopniu upośledzone, ich życie, z pewnego punktu widzenia, zostaje im odebrane. Zdarza się, że od momentu porodu do końca życia zajmują się potomkiem, który może krzyczeć w nocy z bólu, latami trzeba go przewijać, myć, karmić, sprzątać po nim, wymaga on opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Taka sytuacja każe zrezygnować mamie lub tacie z pracy, w najlepszym razie uniemożliwi wyjazdy, rozwój kariery, realizację pasji, planów, często uniemożliwi normalne życie, wpędzi w depresję i / lub nerwicę, spowoduje rozpad rodziny.  Wystarczy poczytać wywiady z rodzicami ciężko chorych od urodzenia dzieci. Są to relacje przerażające, ukazujące w szczegółach, z jakimi problemami się borykają, i jakie pytania wciąż i na okrągło sobie zadają.

Warto tu zaznaczyć prosty fakt, że narodziny dziecka głęboko upośledzonego praktycznie uniemożliwiają narodziny kolejnych, zdrowych dzieci, które miałby szansę się urodzić, gdyby na wczesnym etapie patologicznej ciąży zdecydowano się ją przerwać. Oczywiście nie ma tu prostej recepty, przepisu, idealnych rozwiązań. Tego typu decyzje mogą być dramatyczne. I właśnie powinny pozostać decyzjami przyszłych rodziców, powinno się pozostawić im wolność wyboru, a nie wybierać za nich i zmuszać ich ustawą do urodzenia chorego dziecka. Jeśli przyszli rodzice zdecydują się na usunięcie płodu, powinni czuć wsparcie i akceptację otoczenia, a nie myśleć o tym, w jakim „aborcyjnym podziemiu” zdecydować się na zabieg i czy ich przypadkiem ktoś nie wyda.

Czytałem pełne nostalgii westchnienia, że „nie widać już na polskich ulicach dzieci z zespołem Downa”. No cóż, poziom upośledzenia u takich dzieci bywa różny. Bywają dzieci całkiem bystre, ale bywają też intelektualnie i fizycznie niedorozwinięte. Opieka nad nimi może być także bardzo uciążliwa, nieodwracalnie zmieniająca życie rodziców. I znowu – uważam, że decyzja o posiadaniu takiego dziecka bądź usunięciu płodu na wczesnym etapie ciąży, powinna być w gestii przyszłych rodziców, a nie ustawy zakazującej takiego czynu. I ponownie nie uważam, by taka decyzja była prosta czy wolna od poważnych dylematów. Ale wciąż powinna być wynikiem wolnej woli obywateli, nie zakazu.

Jeśli kobieta zostanie zgwałcona przez zwyrodnialca, którego przecież ani nie zna, ani nie kocha i zajdzie w ciążę, dlaczego ma nosić jego dziecko? Pominę tu kwestie ewentualnych zaburzeń, które gwałciciel może posiadać i garnituru genetycznego, którym dysponuje, bo wyjdzie na to, że jestem jakimś zwolennikiem eugeniki, pozwolę sobie jednak zauważyć, że kobiety korzystające z banku spermy szukają nasienia mężczyzn wykształconych i inteligentnych. Żadna nie zagląda do szufladki z napisem „gwałciciele, złodzieje, recydywiści i rzezimieszki”.  Kobieta zgwałcona może mieć swojego chłopaka, mężczyznę, męża wreszcie, rodziców, chłopak ten ma swoich rodziców, potencjalnych dziadków. Dlaczego wszyscy muszą borykać się do końca życia z owocem szału bandyty? Czy mąż zgwałconej nie zasługuje na dziecko, które posiada jego geny, które będzie podobne do niego, a nie do żula spod budki z piwem? Czy rodzice matki i jej męża, czyli dziadkowie, nie zasługują na wnuka „z ich krwi”? Czy ta kobieta nie zasługuje na dziecko wyczekane i chciane? Dlaczego ma pozwolić na kształtowanie się w jej macicy zarodka, który powstał w wyniku gwałtu, po którym może się u niej wykształcić zespół stresu pourazowego?

Co się stanie, jeśli zgwałcona zostanie nastoletnia dziewczyna? Każdy wie, że wczesna ciąża bardzo komplikuje życie, nawet jeśli jest to ciąża z chłopakiem, którego dziewczyna kocha, marzy o byciu z nim. Kwestia kontynuacji nauki, studiowania, staje tu pod znakiem zapytania. Co powiedzą opiekunowie zgwałconej, gdy dowiedzą się, że zaszła w ciążę? Czy zgodzą się na wyrok losu i pozwolą jej urodzić dziecko? Jako ojciec, który ma śliczną, czternastoletnią córkę powiem krótko: absolutnie nie. Przenigdy nie. NIE DO KOŃCA ŚWIATA. Moja córka ma prawo do swojego życia, a nie życia narzuconego przez bandytę.

Wyobraźmy sobie teraz dwunastoletnią dziewczynę, która zachodzi w ciążę i okazuje się, że płód jest upośledzony, a ciąża zagraża jej życiu. Kto ma prawo zakazać jej spędzenia płodu i narazić ją na śmierć? A jeśli umrze – w jaki sposób zakaz aborcji zrealizuje przykazanie „nie zabijaj”?

Tuż po naturalnym zapłodnieniu w czasie seksu kobiety z ukochanym, większość zygot nie implantuje się w śluzówce macicy. Natura sama dokonuje „aborcji” (w języku medycznym nie mówi się o aborcji, ale spędzeniu płodu). Tabletki „po” robią dokładnie to samo. Zygota składa się zaledwie z kilku komórek, jest potencjalnym dzieckiem. Potencjalnym.

Zygota

Zygota

W społeczeństwie powinna być prowadzona edukacja seksualna mająca na celu uniknięcie niechcianych ciąż. A gdy niechciana ciąża się pojawi, potencjalna matka powinna mieć prawo do jej usunięcia. Bo posiadanie dziecka to kwestia odpowiedzialności. Powtarzam: nie mówię, że procedura spędzenia płodu jest rzeczą błahą. Twierdzę jedynie, że jeśli kobieta poważnie myśli o usunięciu płodu, to mamy do czynienia z dzieckiem niechcianym, z różnych powodów. Urodzenie niechcianego dziecka może dać fatalne konsekwencje zarówno dla noworodka jak i dla rodziców. Ustawa bezwzględnie zakazująca aborcji jest wymierzona w życie ludzkie. W życie kobiet, które będą musiały rodzić dzieci upośledzone tudzież dzieci z gwałtów, generalnie rzecz biorąc, dzieci niechciane oraz w mężczyzn, którzy będą razem z matkami dźwigać ich los. Życie rodziców jest także życiem. Również poczętym. I nikt nie ma prawa go niszczyć bzdurną, nieprzemyślaną, podlaną zabobonami ustawą.

A jeśli już mamy takich świętych w naszym kraju, którzy za wszelką cenę chcą „życie poczęte” chronić, mam propozycję – skoro tak, kochani księża i biskupi, weźcie na siebie opiekę nad wszystkimi niedorozwiniętymi i niechcianymi dziećmi. Zapewnijcie im dach nad głową, miłość, której macie tak wiele oraz pieniądze na ich wychowanie i edukację. Weźcie też na siebie odpowiedzialność za wszystkie matki, które umrą wskutek powikłań ciąż zagrażających życiu, zobowiążcie się do opieki nad ich bliskimi i do wypłacenia odszkodowań. Jacyś chętni?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Trzeci fragment “Orła Białego”

sobota, 26 Marzec 2016

Wobec gróźb karalnych kierowanych pod moim adresem zamieszczam dłuższy fragment powieści. Miłej lektury :) .

***

Żanna Kowalewskaja nie była Niemką, co łatwo wykoncypować słysząc jej nazwisko. Kiedyś cieszyła się sławą primabaleriny moskiewskiego Teatru Bolszoj. Była śliczną, przezgrabną dziewczyną o doskonałej kondycji i, jak mówiono, „pazurach ze stali”, bo nie słyszano, by choć raz pękła jej płytka paznokciowa od stania na pointach. Potem przestała być przezgrabną dziewczyną i stała się zgrabną kobietą, a następnie przeobraziła się w już nie tak już powabną, ale wciąż żylastą i miarę sprawną, jeśli nie liczyć zrujnowanych kolan i stóp, instruktorkę tańca, marzącą o powrocie na scenę.

N-Gen był dla niej wybawieniem. Zażyła go, ledwie wszedł do sprzedaży, a gdy jej ciało nabrało wigoru i powróciło do młodości, natychmiast nakłoniła menadżera, by zorganizował jej wielki comeback. Miała to być „Giselle” Adolphe Adama zagrana na deskach Deutsche Oper Berlin. No i tam, jak się wszyscy domyślamy, doszło do przemiany Żanny w coś zupełnie do baletnicy niepodobnego. Giselle, bo tak kazała się nazywać po przeobrażeniu, nie bardzo pamiętała, jak znalazła się na wschodnim froncie w Hordzie  Zimona. Starała się wyprzeć z pogrubiałej i mocno wyłysiałej głowy obrazy rzezi, której dokonała podczas teatralnej próby, ucieczki z miasta i przerażających przygód, których była czynnym uczestnikiem podczas wędrówek przez niemieckie sioła.

Teraz, przybrana w strzępy białej sukni przypominające strój scenicznej Giselle oraz różowe, papierowe kwiaty przymocowane do przerzedzonych, rudych włosów pląsała pośród ulewy strzałów nucąc główny motyw „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego i wyszukując kolejnej ofiary. Wiedziała, że Różowi nie celują do Orczyc, bo to samce stanowią największe zagrożenie, a te szalały rycząc i złorzecząc, jakby się najadły jakiegoś szaleju.

Dostrzegła za przewróconym wrakiem sojuszniczego samochodu drgającą ludzką nogę. Wyskoczyła z radości wykręcając ciężki piruet i grzmocąc z mocarnego karabinu na chybił tafił dookoła, nie bacząc, czy trafi w Orka czy w Różowego. Wylądowała w tumanie kurzu obok żołnierki, której jedna noga była przygnieciona wrakiem. Była to całkiem ładna dziewczyna o włosach blond, ubrana w ten idiotyczny pancerz.

Giselle zawyła. Nienawidziła wszystkich ślicznych dziewczyn. Nienawidziła ich za to, że przypominały, kim była.

Wojowniczka dostrzegła Orczycę i podrzuciła wielkokalibrową broń celując w szeroką pierś Giselle, ale Żanna była zwinna. Nie po to harowała w balecie tyle lat, żeby teraz byle dziewczątko było w stanie jej zaszkodzić. Seria przeleciała nad jej prawym, muskularnym ramieniem i Kowalewskaja nie poczuła nawet ciepła nabojów. Wyszczerzyła wielkie kły słysząc stuknięcie iglicy o pustą komorę.

- Komuś się skończyły pestki – syknęła po rosyjsku, a Polka, słysząc mowę Puszkina nie zaś Goethego, otworzyła szerzej oczy.

Magdalena „Żmija” Nartowska była dobrze wyszkolona. Sięgnęła po ciężki nóż bojowy zatknięty na piersi i pchnęła chcąc zranić potężną łydę napastniczki. Żanna machnęła lufą karabinu i wytrąciła jej ostrze z ręki. Kciuk żołnierki został zmiażdżony potężnym uderzeniem i ostry ból na moment odebrał jej dech.

Zapach Różowej był zniewalający. Giselle już widziała oczami wyobraźni, jak wyrywa jej krtań z gardła i wkłada ją do ust, miażdży zębiskami chrząstki i zachłystuje się gorącą, czerwoną krwią…

- Żmija do Grzyba – stęknęła żołnierka – pomocy, przywalił mnie…

- Bliat! – zaklęła Giselle i jednym ruchem szpona wyrwała żołnierce słuchawkę z ucha.

Razem z uchem. Spirala krwi podążyła za żałosnym ochłapem ochlapując bladą twarz leżącej karmazynowym deseniem.

- Ja pier… – zawyła Magda wyszarpując z bocznej kabury ciężki pistolet ręczny Vis Mk 3.

Orczyca znowu machnęła lufą karabinu, ale tym razem chybiła. Nartowska wycelowała i oddała trzy strzały celując w gębę potwora, zanim ten, rycząc z bólu chwycił za lufę pistoletu i wyrwał ją z rąk Żmii.

Razem z jej prawym palcem wskazującym.

Magda przycisnęła okrwawioną dłoń do piersi i zakrztusiła się z bólu.

- Grzyb! – ryknęła przez ściśniętą krtań – Grzyby, ratuj!

Giselle otarła zieloną krew z prawego i lewego policzka. Dwa z trzech strzałów Nartowskiej dosięgły celu, ale obie salwy były zaledwie obcierkami.

- Ty pizdo – warknęła po rosyjsku Żanna – za mało ci urody?! Moją chcesz odebrać?!

Magda szarpnęła nogą przygniecioną przez wóz pancerny, ale nie udało jej się wyrwać. W tym momencie czas jakby zwolnił. Wspomniała scenę, która rozegrała się na godzinę przed bitwą.

***

- Żmija? – zaczepił ją dowódca oddziału Stalowy Sokół, „Wujek Grzyb” zwany oficjalnie Mariuszem Podgrudnym, ale że nikt oficjalnie do dowódcy się nie zwracał, mało kto pamiętał to imię i nazwisko.

- Tak, dowódco? – Magda zwróciła na niego drobną głowę.

- Bateria naładowana?

- Oczywiście.

Woj pokręcił głową stukając w wyświetlacz na jej przedramieniu:

- Widzę, że masz dwadzieścia pięć procent. Naładuj.

- Szefie, tę wtyczkę ciężko się wsadza i jeszcze ciężej wyjmuje. Poza tym gniazdo ciągle jest zajęte.

- Zajmij kolejkę i zrób to. Może być gorąco.

- E. Spuścimy im wpierdol i tyle. Te gonfalony zadziałają.

- Żmijka.

Magda wyszczerzyła równe, białe zęby:

- No dobra, dobra, naładuję.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Drugi fragment “Orła Białego”

piątek, 25 Marzec 2016

Po nad wyraz żywiołowych reakcji co bardziej Zielonych członków grupy “Orzeł Biały” postanowiłem zamieścić drugi fragment powieści. Miłego trawienia :)

***

Gdy Zimon wraz z Mannitou, Kässem, Ulwarem, Novackiem i piękną Reginą przybyli na polanę, gdzie stała machina, Marius Mörav, dzielny, choć przygłupi pilot oblatywacz, stał już gotowy do misji. Był to wyrośnięty ponad miarę Wunder, były generał Niemieckich Sił Zbrojnych, wydalony za korupcję, teraz popierdolony tak kompletnie, że z niezrozumiałą ochotą zgłosił się do zasadniczo samobójczej misji. Na obu barkach potwora osadzone zostały karabiny M2HB Browning (zasobniki z amunicją znajdowały się w skrzyniach na łopatkach), w kaburze na biodrze potwór trzymał ulubiony czarnoprochowiec, a przy drugim boku majtała maczeta.

Zimon widząc gotującego się do lotu ziomka mruknął cicho do Mannitou:

- Myślisz, że się nadaje? Wygląda na strasznego debila.

- Z całym szacunkiem, Wodzu, wszyscy jesteśmy debilami.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pierwszy fragment “Orła Białego”

piątek, 25 Marzec 2016

Atmosfera wokół powieści “Orzeł Biały” staje się gorąca niczym wylot lufy Swaroga tuż po oddanym strzale, aby więc ulżyć cierpieniom osób czekających, zamieszczam pierwszy fragment powieści. W zasadzie jej początek. Miłej lektury :) .

***

SZTANDAR 1

Zdania historyków są podzielone. Jedni twierdzą, że 23. Czerwca 2057 roku  o godzinie dziesiątej trzydzieści przed południem major Sergiusz Orłowski, dowódca oddziału Orzeł Biały Piątego Batalionu Piechoty Zmotoryzowanej Armii Zachód Twierdzy Polska, widząc hordy Zielonoskórych zgromadzone po przeciwnej stronie rozległych szmaragdowych łąk, stojąc pod łopoczącym sztandarem Stalowego Orła, powiedział:

- Dużo, kurrrrwa…

Inni uważają, że Sergiusz syknął po prostu:

- Na stanowiska!

Jeszcze inni sądzą, że legendarny przywódca Orłów nic nie powiedział, zamiast niego zaś odezwał się jego adiutant, sierżant Mardok „Dziki” Jary:

- Sfilcowały mi się włosy między pośladkami. To od braku higieny.

Zachariasz Smętny, historyk raczej alternatywny, uważa, że w tym momencie nie odezwał się ani Sergiusz ani Mardok, zamiast nich zaś głos zabrała Monika „Ździra” Frenkiel. Obnażyła lewą pierś, nad którą pysznił się fragment wytatuowanego czarnym gotykiem słowa „Independence” i wysapała:

- Chłopaki, jak któryś chce mnie w dupę pocałować, to za późno, ale w cycek jeszcze zdąży.

Są też tacy, którzy uważają, że wszystkie te kwestie padły jednocześnie, oczywiście przy akompaniamencie łopotu gargantuicznej flagi Stalowego Orła prezentującej dumne godło Twierdzy Polska, dzierżonej w mechanicznej dłoni Zbrojowca Dariusza Samula, a zaraz po wyżej wymienionych frazach padła komenda pułkownika Orłowskiego:

- Cisza, bez nerwów. Czekamy.

Po czym nastąpiła długa, męcząca pauza, a było to oczywiście na polach wsi Cybinka.

Są też inni badacze historii, którzy uważają, że rozpoczynanie relacji tych pamiętnych wydarzeń bez odpowiedniego tła mija się z celem, bo czytelnik nie będzie wiedział ani czym są Zielonoskórzy, ani dlaczego Armia Zachód toczyła jakiś bój, i czym, do diabła, jest Zbrojowiec?!

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

“Boski” fragment powieści “Gamedec. Czas silnych istot”

wtorek, 22 Grudzień 2015

W pomieszczeniu stała skrzynia długa na dwa metry, wysoka na metr i taka szeroka. Dziwne. Emanowała… emanowała niezrozumiałą energią. Jakby ludzką, jakby ludzką myślą, ale bardzo egzotyczną, nie znałem dotąd takiego przekazu. Był zdecydowany, silny, pozbawiony wahań, konfliktów, słabości, typowych dla człowieczych emanacji. Gdybym był religijny uznałbym, że obiekt promienieje boską mocą. Przeszły po mnie ciarki. Mrowienie na czubku głowy. Co to jest? Machnąłem ręką, po części w próbie zrzucenia z siebie dziwnej emanacji, a po drugie żeby zdmuchnąć ze skrzyni pył. Niewiele to dało. Przemogłem się i zdrapałem go ręką. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że gdzieś w kuchni powinna być jakaś szmatka… Ale też pod białą warstwą. Przygryzłem zęby i pośpiesznie otrzepałem z brudu coś, co wyglądało na panel sterowniczy. Ku mojemu zaskoczeniu, kontrolka zasilania jarzyła się bladą zielenią. Hm?! Konsola zawierała ekraniki w stylu retro i płytkę dotykową. Nie wiedziałem, jak się z nią połączyć metalnie, tylko spece to umieli.

– Czy mam się skomunikować z tym urządzeniem?

– Nie, zrobię to sam.

Pacnąłem w ekran. Jakby z wahaniem wyświetlił napis:

– Podaj hasło

Wstukałem zapamiętany z folii ciąg cyfr i liter. Skąd tu zasilanie? Skąd zasilanie przez sto cykli? Co to za pomieszczenie? Drugie laboratorium Sergia? Zgromadził tu kilkadziesiąt akumulatorów atomowych? Nad skrzynią wyświetlił się trójwymiarowy ekran. Twarz Sergia. Zamyślona.

­– Hm – mruczy – staram się zrozumieć twoją sytuację. Ja jestem tu, w twojej przeszłości. Nie wiem, jak dawno temu to nagrałem patrząc z twojej perspektywy. Nagrywam się tu i teraz, w swojej teraźniejszości, w zasadzie nie wierząc, że będzie to do czegoś potrzebne. To znaczy – nachylił się ku kamerze – nie wierzę, że stanie mi się cokolwiek złego. Jestem przekonany, że doprowadzę eksperyment do końca, że będę mógł go pewnego dnia ogłosić. To, co robię… – spojrzał w okno. Zamyślił się. – To, co robię jest tylko dmuchaniem na zimne. No, przy okazji poukładam sobie w głowie, co w niej się kołuje.

Zastanawiasz się pewnie, przed czym stoisz, czy siedzisz. Ta skrzynia to główne opakowanie eksperymentu „Stado”. Zadbałem, by jej zasilanie nigdy nie siadło. Rozumiesz, bywam w wielu różnych miejscach, zawsze zajęty. To mieszkanie jest, że tak powiem, tajne. Nikt o nim nie wie, ani wrogowie, ani przyjaciele. A nawet, jeśli wiedzą, to myślą, że to zwykła pakamera. Ot, sypialnia w Nowym Meksyku. Energia, którą czerpie ta skrzynia, jest zapewniona przez małą elektrownię geotermalną, ukrytą u podnóża wieży. Zabezpieczyłem kable, przesył, gdybym chciał, może to wszystko działać nawet tysiąc lat. Pewnie nie będzie takiej potrzeby, no, ale w razie gdyby, urządzenie jest potrójnie zabezpieczone.

Spojrzał prosto… na mnie.

– Ułożyłem zestaw wyjaśnień w przejrzyste drzewo pytań i odpowiedzi. Naprawdę nie wiem, po co to zrobiłem. Może mimo wszystko czasami warto słuchać intuicji. Wypowiadaj pytania głosowo, albo wskazuj je palcem. Mam nadzieję, że to, co skrywa ta skrzynia cię zainteresuje, w sposób pozytywny lub… negatywny.

Zniknął. W jego miejsce pojawiła się lista:

– Kwestia bogów

– Fundamenty stada

– Cel eksperymentu

– Spodziewane rezultaty

Tracę czas. Wykryli mnie, czy nie? Sergio będzie długo ględził? Za niecałe trzy i pół hekty Ziemia stanie się strefą zamkniętą, złakrrrew. Na ekranie w prawym górnym rogu migała ikona zegara. Wskazałem ją palcem. Zamigotała.

– Czy chcesz obejrzeć przekaz w przyspieszeniu?

– Tak.

– Wybierz współczynnik przyspieszenia.

Pojawiły się symbole „x2”, „x3”, x4” i „x5”. Uau. Jak na tamte czasy, to naprawdę była nowoczesna machina.

– Harley, czy możesz mnie zsynchronizować z przyspieszeniem tego pudła?

– Bez problemu.

– Zrób to inteligentnie.

– Inaczej nie potrafię.

Przyspieszyłem.

– O co chodzi z tą kwestią bogów? – Zapytałem na głos. Na ten moment mój frin zwolnił czas do normy. Nie było potrzeby nadwerężać aparatu mowy i strun głosowych. Mógłbym sobie przygryść język, albo wypowiedzieć kwestię na tyle niewyraźnie, że maszyna by mnie nie zrozumiała.

Pojawiła się głowa Lamy.

– Zapytałeś o bogów. Jeśli było to twoje pierwsze pytanie, już mi się podobasz, bo idziesz od góry, zgodnie z zaproponowanym przeze mnie porządkiem. To znaczy, że masz w sobie pokorę i ciekawość.

Dziękuję bardzo.

– Rzeczywiście, jest to pytanie podstawowe. Na początek wyjaśnienie: jestem ateistą. Powiem więcej, wojującym ateistą. Nienawidzę kościołów i wyznań. Uważam, że zrobiły na świecie bardzo dużo złego. Nie cierpię tego ich pytania: „czy wierzysz?”, lub „w co wierzysz?”, albo stwierdzeń: „przecież w coś trzeba wierzyć!” Otóż nie trzeba, a pytanie „w co?” jest źle postawione. W nic nie trzeba wierzyć, zamiast tego można być ciekawym i nawet wtedy, gdy nie znamy odpowiedzi, wciąż zadawać pytania i szukać. I to jest, moim zdaniem, postawa człowieka oświeconego, a nie jakieś tam „wierzenie”.

Ten temat musiał być dla Lamy bardzo ważny. Tak się zapalił, że przez chwilę miałem wrażenie, jakby naprawdę ze mną rozmawiał.

– Ludzi powinno się uczyć myślenia, poszukiwania. Jeśli się stresują, medytacji, filozofii, można im pokazywać szerszy ogląd świata, ale nie powinno się ich indoktrynować, że z całą pewnością istnieje jakiś świat, gdzieś tam, który z pewnością rządzi się takimi a takimi prawami. Religie dla mnie to nic więcej jak komputerowe role playing games, czy raczej ich tła, opisy świata. Siada kilku biskupów i pierdzielą, jak jest w niebie. Mówią: jednak nienarodzone dzieci trafiają nie do czyśćca, ale do nieba. Myślisz, że żartuję? Tak się właśnie zbierali, mam dokumentację z dwudziestego pierwszego wieku. W naszych czasach niewiele się zmieniło, tylko trochę przycichło. Ale wciąż kościoły drążą skałę.

Odetchnął.

– Tak czy owak, kwestia bogów od dawna mnie dręczyła, i ustawiłem sprawę następująco:

Na ekranie pojawiła się kolejna lista:

– Planety

– Wyobraźnia

– Persinger

– Kosmici

Frin zwolnił przepływ czasu. Wszystkie brzmienia – poszumy za oknem, krzyki zwierząt się obniżyły.

– Planety – rzuciłem.

I znowu przyspieszyłem.

– Wybrałeś „planety”. Bogami są nazywane, czy raczej mogą być nazywane cztery osobne zjawiska. Jednym z nich są planety. Wiesz na pewno, że większość ciał niebieskich w układzie słonecznym bierze swoje imię od bóstw. Nazwa nie znaczy jednak, że planeta jest bogiem, prawda? Tak się złożyło, że astronomowie tak je sobie ponazywali. Dobrze brzmi, pasuje, bo ciało niebieskie to nie w kij dmuchał, taki na przykład Jowisz, czyż nie? Inna sprawa, skąd im do głowy przyszedł pomysł z nazwami boskimi, a nie, powidzmy, kolorystycznymi czy poetyckimi. I, to już zupełna dygresja, śmiesznie by było, gdyby planety naprawdę okazały się jakimiś samoświadomymi, myślącymi bytami. Jeśli weźmie się pod uwagę żywy glob, na przykład Ziemię i przeanalizuje, jak złożonym jest ekosystemem, można całkiem naukowo założyć, że konglomerat ten ma swoistą świadomość… Jak to możliwe, powiem dalej. Ad rem. Istnieją poważne przesłanki, że historie o stworzeniu świata, tak zwane kosmogonie, opowiadające, że jeden prastary bóg zabił innego prastarego boga, zeżarł go czy inaczej ukatrupił i z ciała niebianina powstała w ten sposób Ziemia, z płuc coś tam innego, a z oddechu niebo, opowiadają de facto o planetach. O tworzeniu się układu słonecznego, kto wie, jak dawno temu, może jeszcze w czasach, gdy tu i ówdzie latały planetozymale. Rozumiesz, ty, który mnie słuchasz? Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, starożytni pozyskali wiedzę o tym, jak powstał układ słoneczny z liczbą planet, jaką znamy. Sumeryjska bogini Tiamat nie została zabita przez Zachodni Wiatr, wysłannika Marduka. Tiamat była planetą, podobnie jak Marduk, a Zachodni Wiatr jednym z jego księżyców. Z połowy Tiamat powstała Ziemia, a z drugiej połowy nie „niebo”, jak przekładają niedorozwinięci tłumacze, ale „bransoleta”, czyli pas asteroidów, albo między Marsem i Jowiszem albo ten, z którego potem powstał Księżyc. To jeden z wielu przykładów. Tak czy owak, bogami były nazywane po prostu planety. Stąd prawdopodobnie biorą się katastroficzne przewidywania Ragnaroku, zmierzchu bogów. Ty i ja wiemy, że nasz układ planetarny, jak wiele innych, w końcu zostanie pożarty przez czerwonego olbrzyma, w którego zamieni sią nasza kochana gwiazda. Merkury przestanie istnieć, Wenus wyparuje, Ziemia zostanie spalona, wyjałowiona. A potem Słońce zamieni się w białego karła, albo wybuchnie, w każdym razie umrze tak jak wszyscy inni bogowie. Nastanie ciemność. Bogowie nie mogą wygrać ostatniej bitwy.

Sergio, gdy nagrywał ten przekaz, mówił wyłącznie o układzie słonecznym. Nie miał pojęcia, że słuchacz, czyli ja, będzie żył w czasach, gdy zamieszkałych systemów jest dużo więcej.

Poprosiłem o prelekcję „Wyobraźnia”.

– Drugim, najczęściej podnoszonym przez ateistów postulatem powstania terminu „bóg” jest wyobraźnia. Człowiek zobaczył piorun, deszcz, zawieję, śnieg, tęczę i nie mogąc zrozumieć przyczyn tych zjawisk, wymyślił ją – wszystkie te fenomeny były spowodowane wolą niewidzialnych, potężnych istot – bogów. Przez wiele lat dowód ten mnie przekonywał. Przez wiele lat, to jest dopóki byłem młody i głupi. Teraz jestem stary i zgorzkniały, a główną przyczyną mojej goryczy są ludzie, którzy według moich obserwacji, wcale nie są ciekawi przyczyn zjawisk, wcale nie chcą wiedzieć. To jeden z najbardziej zachowawczych, głupich, sterowalnych gatunków, jakie znam. Zatrzymaj pierwszego lepszego wyznawcę dowolnej wiary idącego na jakiekolwiek religijne święto i zapytaj, po co idzie, co będzie obchodził i czego święto dotyczy. Większość wzruszy ramionami, obdarzy cię pobłażliwym spojrzeniem, po czym podzieli się bezsensownym cytatem, sloganem przyswojonym w dzieciństwie: „to święto wczwartywymiarwstąpienia najświętszej boginki / bogusia technoświątkowego”, „to Zaduszki Pierdziuszki”, „Taka jest tradycja”, doda. „Taka jest tradycja” znaczy „nie chcę wiedzieć i nie obchodzi mnie to.”. Patrząc na tę chołotę trudno mi uwierzyć, że czemukolwiek kiedykolwiek się dziwiła i chciała poznać przyczyny. Jeśli współczesny, „cywilizowany” człowiek jest takim bydlęciem, to jaki był jego przodek? Nawet jeśli pojawił się jeden z drugim, którzy byli rzeczywiście ciekawi świata, i pomyślał Gniewomir czy inny Jaropełk z paleolitu, że istnieją jacyś, tfu, bogowie, to poważnie wątpię, czy ktokolwiek z ich ziomków potraktował te teorie serio, a tym bardziej nie wierzę, że podzielił pogląd. Śnieg pada? No pada. Zawsze padał. Piorun uderzył? Uderzył, czasami uderza. Ludzie wychowani w danym środowisku niczemu się nie dziwią, bo tak działa psychika. Adaptuje się, przystosowuje, uznaje za normalne, to, co zastaje. A normalne oznacza w tym przypadku „to, co nie wymaga wyjaśnienia”.

Koniec? Sergio jednak się nie rozgadywał. Zerknąłem na chronometr. Szybciej.

Wydałem polecenia aktywowania kolejnego hasła.

– Wskazałeś hasło „Persinger”. No to lecimy. – Sergio uśmiechnął się, jakby miał się zwierzać ze swojego życia erotycznego – Michael Persinger żył w dwudziestym i dwudziestym pierwszym wieku. Był naukowcem, można powiedzieć, szalonym, bo szukał boga w głowie człowieka. Tak, to od niego wzięły się coraz popularniejsze G-Pody, czyli maszynki zakładane na czerepy przez technowyznawców, dzięki którym wierzący ma bezpośredni kontakt z istotą wyższą. Persinger brał ochotników do eksperymentów i zakładał im na łby elektrody. Potem drażnił mózgi tak zwaną „wibracją Thomasa”, co dawało zadziwiające efekty. Poddani eksperymentowi widzieli, bądź czuli, czasami też słyszeli obecność niezwykle potężnej i życzliwej istoty, kogoś bezwarunkowo kochającego. Persinger nie udowodnił w ten sposób, że bóg jest wytworem mózgu, tylko, że istnieje korelacja między czynnością mózgową i odczuwaniem obecności… czegoś. To coś, owszem, może być wytworem mózgowym, jest całkiem sensowna teoria mówiąca, że dziwną „istotą” jest prawa półkula mózgu spostrzegana przez lewą, ale można też założyć, że jest ona spostrzegana dzięki odblokowaniu ukrytego zmysłu, „trzeciego oka”, które mieliśmy od dawna, ale, powiedzmy, nadaktywna kora nowa nam je tymczasowo przyblokowała. Michael i jego następcy odkryli, że wibracja Thomasa działa podobnie jak fale sejsmiczne przy trzęsieniu ziemi i fale mózgowe przy padaczkowym napadzie typu grand mal oraz przy bardzo intensywnej modlitwie bądź medytacji. Ewolucjoniści zaczęli się zastanawiać, dlaczego coś takiego jak „G-area” przetrwało, do czego służyło, bo według nich, jeśli mamy jakąś cechę, to tylko dlatego, że okazała się korzystna lub nieprzeszkadzająca z punktu widzenia przetrwania. Orzekli, że działanie obszaru G mogło być przydatne w kryzysach. Człowiek głoduje, albo goni go bestia, raptem uaktywnia się obszar boga i delikwent zaczyna wierzyć w cuda, więc zamiast zawału wstępuje w niego duch boży. Może nie jeść dłużej niż inne ssaki, przeskakuje niemożliwą do pokonania przeszkodę, wpada na pomysł, jak uchronić społeczność wioski przed nieuchronnym. Gdy zapoznawałem się z wynurzeniami panów i pań ewolucjonistów ni cholery mi nie pasowały. Ich wywody sugerują, że tych kryzysów wymuszających wiarę w cuda musiało być w historii człowieka strasznie dużo, prawdą zaś jest, że nawet jeśli było ich sporo, to nas interesują wyłącznie te pojawiające się do takiego wieku pojedynczego osobnika, gdy jego potomstwo może już o siebie zadbać. Wszelkie cechy fenotypowe, które pojawiają się potem nie mają z punktu widzenia przetrwania gatunku żadnego znaczenia. Jak wychowasz dziecko i dziecko zaczyna samo się bronić i żreć, mogą ci rosnąć rogi, którymi będziesz zahaczał o gałęzie i możesz pachnieć jak świeża polędwiczka, które to dwie cechy spowodują, że będziesz łatwym i smacznym łupem nawet dla wiewiórki, a twój gatunek i tak przetrwa. Zatem nie wierzę, by obszar boga był przydatną ewolucyjnie cechą, nie uważam, że od jego istnienia zależało przetrwanie naszych przodków. No, chyba, że nader ważną rolę w człowieczych stadach pełnili starcy i staruszki, ale zanim wynaleziono mowę, jakoś mi to nie pasuje.

Jeśli któryś z naszych owłosionych pradziadów miał widzenie, czy to wskutek padaczki, czy działania grzybków, nie sądzę, żeby był traktowany poważnie i zarażał wiarą innych ludzi. Nie przypuszczam też, żeby wymyślił nazwę „bóg” po takim transie. Mógł mówić „ktoś”, „miłość”, ale nie bóg, zwłaszcza taki, który, psiakość, mieszka w niebie. Jak mógłby mieszkać w niebie, skoro padaczkowiec widzi go tu, tu i teraz?

Znowu koniec.

– Kosmici – rzuciłem.

– Trzecim powodem, dla którego mogło powstać słowo „bóg” czy „bogowie” są… – uśmiechnął się krzywo – kosmici. Kosmici, którzy rzekomo wylądowali tu dawno temu i pierwszą osadę, którą założyli, nazwali Ziemią, czyli Eri-Du, Earth, „Miejscem daleko od domu”. Od tej nazwy wzięło się miano całego globu. Według Zecharia Sitchina, znakomitego dwudziestopierwszowiecznego tłumacza i erudyty, niebianie, czyli Nefilim, faktycznie przyszli z nieba, dlatego ich symbolem jest od zarania dziejów krzyż, który powstał po uproszczeniu symbolu gwiazdy, która stała się symbolem nieba. Zwróć, proszę uwagę, gwiazda, nie chmurka, chociaż człowiek jest stworzeniem dziennym, nie nocnym. Dlaczego gwiazda? Bo z gwiazdy czy planety przybyli Nefilim. Dlatego Eri-Du znaczy „daleko od domu”. Dlatego człowiek jak myśli o bogach, patrzy w górę, nie w dół, chociaż na ziemi więcej jest cudów niż na niebie. Tam są tylko chmury i niebo, gwiazdy, księżyc i słońce. Na Ziemi jest mnóstwo roślin, zwierząt, rzeki, oceany, góry, zatrzęsienie dźwięków i zapachów. Siła. Zwróć uwagę, jak gładko się przyjęło, że „bóg równa się góra”. A przecież w pierwotnych, pogańskich wierzeniach, to ziemia dawała moc, nie odległe niebo. Do chat wpuszczano węże, by nasyciły je ziemską energią. Bogowie rzekomo szukali na naszym globie minerałów, zrobili więc kopalnię w Afryce i ciągnęli stamtąd złoto, może uran, trudno powiedzieć. Kopalnię nazwano AbiZu, skąd dzisiaj mamy abyss, czyli otchłań inaczej rzekome piekło. Teraz wiemy, jak cenne jest złoto i że gdyby nie placities i kopalnie na Merkurym, dawno by się wyczerpało. Potrzebujemy żółtego metalu głównie do troniki, prawda? Na co było potrzebne naszym przodkom – znaczy królom, monarchom i tak dalej – nie wiadomo. Nigdy nie mogłem pojąć jednej prostej rzeczy, dlaczego, do diabła, złoto jest cenne? Znaczy dzisiaj wiem, ale kiedyś? Zanim nastały czasy technologiczne, było bezużyteczne. Po diabła małpie długopis? Po co królowie nosili berła i korony? Sitchin twierdzi, że podobne przedmioty dzierżyli Nefilim, czyli ci, którzy przyszli z gwiazd, czyli „bogowie”. I, że właśnie oni potrzebowali do konkretnych celów złota, a małpy, czyli my, ich podpatrzyły i zaczęły, nomen omen, małpować. W jakim celu bogowie stworzyli człowieka? Nie chciało im się tyrać w kopalniach. Potrzebowali „prymitywnego robotnika”, „pokornego prymitywa”, jak podają sumeryjskie pisma, no i w końcu stworzono taką pokrakę. A z niej tak zwaną „pierwszą cywilizację”. Sumeryjską. Stąd głupota homo sapiensa, zdolność, niejako genetyczna, do podporządkowania się, niechęć do zadawania pytań, ogólna durnota społeczna połączona ze zmyślnością techniczną. Taki jest nasz rodowód, według Sitchina. Abstrahując od mojego eksperymentu, jeśli pan Sitchin ma rację, „być człowiekiem” wcale nie brzmi dumnie. Nie wystarczy być nawet dobrym człowiekiem. Człowiek nie jest dachem świata. – Spojrzał uważnie w ekran – Mam nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, dobrze wybiorę powiernika tych słów, więc słuchaj uważnie tego, co powiem: nie wystarczy być nawet najlepszym człowiekiem. Trzeba się stać nadczłowiekiem. Czymś więcej. Trzeba skończyć z antropocentryzmem, mierzeniem wszystkiego ludzką skalą czasową, ludzką skalą przestrzenną, ludzką skalą moralną. Trzeba czas ściągnąć, a przestrzeń zmniejszyć, żeby człowiek, czy post-człowiek urósł tak psychicznie, cieleśnie, jak i duchowo.

Koniec.

Wziąłem wdech i wróciłem do głównego menu.

– Kwestia bogów

– Fundamenty stada

– Cel eksperymentu

– Spodziewane rezultaty

– Fundamenty stada – chrypnąłem.

Sergio patrzy w lewo, w dal, chyba w kierunku okna, bo jego oczy są bardzo jasne. W końcu spogląda w oko kamery.

– Czym jest psychika? Oto tajemnica nauki. Wielu mówi, że to chemia i oczywiście się mylą. Równie dobrze można powiedzieć, że matematyka to heksele, które tworzą na monitorze symbole matematyczne, albo, jeszcze lepiej, że to atrament tworzący te symbole na papierze, oczywiście mowa o erze przedinformatycznej, kiedy papieru używano. Czy zgodzisz się, że matematyka to atrament? Wzruszysz z pewnością ramionami. Idźmy zatem piętro wyżej. Atrament tworzy kształt, określony, ładny. Symbol, powiedzmy „x”. Czy matematyka to symbole czarne na białym, atrament na papierze? Także nie, bo symbol, zanim otrzyma znaczenie, jest tylko kształtem, obszarem, plamą. Sens temu symbolowi nadaje obserwujący go człowiek, przykleja do niego konotację, znaczenie. A gdzie jest to znaczenie, konotacja? Czy to fala? Nie, fala elektromagnetyczna, która powstaje podczas myślenia, jest efektem tego myślenia, być może ubocznym, nie jego tworzywem. Zatem, ostatecznie, na trzecim piętrze powiemy, że matematyka jest ideą, zawiera się w dominium informacyjnym. Nie materialnym, nie energetycznym, ale właśnie informacyjnym. Na tej samej zasadzie funkcjonuje psychika ludzka. Jest informacją, fizycy dodają: samoświadomą informacją, która przesuwa się po czasoprzestrzeni razem z obszarem teraźniejszości, pozostawiając nasze martwe ciała i martwe mózgi zawieszone w przeszłości, odwiedzając je w przyszłości. Przy czym obszary przeszłości i przyszłości nie powinny być wyobrażane, jako następujące po sobie przestrzennie, powiedzmy przeszłość po lewej, przyszłość po prawej. Przeszłość i przyszłość są tu, chociaż wciąż są zastępowane następnymi odsłonami. Czy mówię o duszy wędrującej z teraźniejszością? Tak. Czy jestem wierzący? Nie. – Potarł czoło. – Tak czy owak, mam wrażenie, że dusza potrzebuje zaczepu, interfejsu, hardware’u, i tym hardwarem dotąd były nasze mózgi, a od niedawna dibeki.

Hm. Dibeki. Dla Sergia sprzed stu cykli to wciąż nowość i osiągnięcie nauki. Gdyby widział dzisiejsze fraktalowe cuda, złapałby się za głowę.

Dibek to sieć informacyjna, coś w rodzaju informowodu, identyczna z oryginalną, podobnie jak łapa, która przenosi duszę z jednego mózgu do drugiego. Wyobrażam to sobie, jako gigantyczne zbiorowisko zaczepów informacyjnych i przewodów, czy raczej łączy. Jednak powstanie dibeków, chociaż rewolucyjne, sprowadziło na manowce myślenie o psychice. Wciąż skażeni jesteśmy wszechświatocentrycznym myśleniem o lokalności (czyli przestrzeni) i czasie. Tymczasem wiadomo, że przestrzeń jest iluzją, podobnie jak czas, więc de facto, jeśli zapewnilibyśmy duszy sieć zaczepów, które nie odzwierciedlałyby kształtu mózgu, a zamiast realnych przewodów stworzylibyśmy sieć połączeń bezprzewodowych, relacyjnych, informacyjnych, to dusza ta powinna bez problemu się tam zaimplementować. Zaczepy informacyjne zaś nie muszą być materialne. Powinny mieć swoją pojemność informacyjną i tyle. Chcę powiedzieć, że doszedłem do tego, jak stworzyć informacyjny, programowy hardware duszy, psychiki. Istnieje możliwość stworzenia psychiki bez materii, bez dibeka, odtwarzając jego sieć wyłącznie w postaci software’u. W ten sposób stworzyłem możliwość kreacji ludzi, swego rodzaju diginetów, wewnątrz programu. Kapujesz ty, który mnie słuchasz?

Sergio był wyraźnie podniecony.

– Nie tylko opracowałem program tworzący jedną psychikę, ale wykreowałem środowisko cyfrowe umożliwiające wytworzenie praktycznie nieograniczonej ich ilości, które to oprogramowanie korzystać będzie z ograniczonej pamięci operacyjnej komputera, przed którym stoisz. Komputer ten zawiera w sobie coś w rodzaju wi-aru.

Wi-Ar. Teraz mówimy arealium.

– Odtworzyłem w nim toczka w toczkę środowisko ziemskie. Byłem tak dokładny, że wygenerowałem nie tylko trawkę i zwierzątka, ale także komórki, które tworzą organizmy, związki organiczne i nieorganiczne, nawet atomy i całe kwantowe barachło. Łącznie z oceanem prawdopodobieństwa, w którym zanurzyłem kwarki, elektrony, fotony, gluony, wuony, zetony i resztę bajzlu, co uniemożliwiło determinizm. Zupełnie jak w realium. Podczas kreacji tego świata zrozumiałem, że ocean prawdopodobieństwa jest niezbędny z dwóch względów. Po pierwsze likwiduje wspomniany determinizm, czyli nie jest tak, że skoro wiemy, jak i gdzie poruszają się wszystkie cząstki we wszechświecie, choćby informacyjnym, to sto procent wydarzeń w przyszłości da się przewidzieć i nic na to nie da się poradzić. Po drugie ocean jest potrzebny, żeby uniemożliwić potencjalnym badaczom, badaczom z naszego świata i potencjalnym naukowcom ze skrzyni przed którą stoisz, zrozumienie, na czym polega prawdziwa struktura rzeczywistości. Pojmujesz, niezbyt mile by się poczuli, gdyby odkryli, że są w grze. Zrozumiałem też, do czego służy maksymalna prędkość we wszechświecie. Jak u nas prędkość światła. Chodzi o moc obliczeniową systemu. Przesuw w czasie i w przestrzeni muszą być ograniczone od góry, bo moc obliczeniowa systemu nie jest rozciągliwa. W naszym wszechświecie każdy obiekt porusza się jednocześnie w czasie i przestrzeni. Im szybciej w czasie, tym wolniej w przestrzeni i odwrotnie. Dlatego fotony poruszając się z maksymalną przestrzenną szybkością, stoją w czasie. Czas dla nich nie płynie. Z kolei arystotelesowski „nieruchomy poruszyciel”, jak mówi filozof, „doskonale nieruchomy” mknie z maksymalną szybkością czasową, bo stoi w przestrzeni. – Zmarszczył czoło – Jak ktoś w tej skrzyni odkryje skok nadprzestrzenny, który jest zwykłym cheatem w programie, to proszę bardzo. – Uśmiechnął się.

– Stworzyłem stado. Ludzkie stado. Tysiąc osobników męskich i żeńskich. Mają zdolności intelektualne takie jak my, tyle, że żyją w totalnie dzikim środowisku. Nie znają języka. Już się rozmnażają. Będzie ich więcej, ale system z tym sobie poradzi. Będzie rodził psychikę w psychice w psychice, duszę w duszy w duszy, będzie upakowywał cyfrowe jaźnie jak matrioszki, poradzi sobie nawet z miliardami. Przyspieszyłem ichniejszy czas stukrotnie. W ciągu jednego roku tam upłynie sto lat. W ciągu naszych pięćdziesięciu – tam będzie pięć tysięcy. Jak się postarają, za naszych kilkanaście lat stworzą kilkudziesięciomilionową społeczność. Oczywiście zadbałem o maksymalne zróżnicowanie genetyczne, więc nie powinno być kłopotów z chowem wsobnym. Być może stworzą cywilizację, być może nie. Zobaczymy. Więcej o tym opowiem w zakładce „Cel eksperymentu”.

– Cel eksperymentu.

Tę część wypowiedzi Sergio nagrywał wieczorem. Jego twarz była oświetlona od dołu niebieską poświatą.

– Wreszcie dotarłeś do celu, co? Ciekawość cię zżera? Po cholerę oszalały naukowiec stworzył nielegalne doświadczenie z par excellence żywymi, podlegającymi prawom człowieka, podmiotami? Jakim prawem manipuluję ludzkim stadem, społecznością, która nie ma szans, by się zorientować, w jakim środowisku żyje? Nigdy nie uważałem się za człowieka moralnego. W dupie mam moralność. Nie robię tym ludziom krzywdy. Wręcz przeciwnie. Stworzyłem ich. Dałem im życie i świadomość, i chociaż owo życie z materialnego punktu widzenia jest tylko informacją, to jednak ponad wszelką wątpliwością jest życiem. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy czymkolwiek się różniącym od naszego. Rozumiesz, jeśli ja stworzyłem Stado i życie o naturze informacyjnej, jeśli osiągnąłem etap wiedzy, który na to pozwala, to dlaczego nie założyć, że podobny fenomen został osiągnięty już dawno temu w innej rzeczywistości, gdzie ktoś podobny do mnie stworzył inne, n a s z e Stado? I dlaczego nie założyć, że zdarzenie to zaistniało już po wielokroć, a nawet nieskończoną ilość razy i utworzyło szereg pudełek w pudełkach w pudełkach w pudełkach, gdzie każda nowa rzeczywistość ma naturę informacyjną i rodzi w sobie rzeczywistość informacyjną, która rodzi rzeczywistość informacyjną? Dla mnie materia, ta niby oczywista materia, jest o wiele bardziej iluzoryczna od świata cyfr.

Rzecz jasna rodzi się pytanie o moc obliczeniową „pierwszego” komputera, który musiałby udźwignąć wszystkie następne. Ale tu się kłania fraktal. Matrioszka w matrioszce w matrioszce, z których każda rodzi każdą, każda jest w każdej, wszystkie są w jednej, a jedna we wszystkich, przy czym „wszystko” równa się „nieskończoność”. Mam wrażenie, że nie ma „pierwszego”. Że mamy do czynienia z kołem. Ktoś mógłby powiedzieć: „Niemożliwe. Koło oznacza, że wszystkie „pudełka” powstały jednocześnie, a w „ostatnim” zaistniało „pierwsze”. Ponadto stworzyłeś, Sergio, stado dopiero co, czyli do tego czasu nie było „pudełka” w naszym „pudełku”, a to oznacza, że nasze „pudełko” było ostatnim.” Tak rozumuje człowiek niepojmujący, że czas jest iluzją, podobnie jak przestrzeń, a ilość jest tylko wymiarem. Nie ma „wcześniej” czy „później”. Wszystko jest „teraz”. Powiedzmy, mamy foton, nasz, niby realny. Podłączamy pod niego kabelek i okazuje się, że jego moc obliczeniowa nie jest równa zeru czy jedności, tylko jedności pomnożonej przez ilość cząstek, które zawarte są w równoległym wszechświecie, o którym ten foton ma informacje. Każdy foton zawarty w naszym wszechświecie, każdy kwark i cząstka Higgsa niesie wiedzę o świecie wielkim jak nasz. W naszej czasoprzestrzeni jest niewiarygodna ilość cząstek i bąbli kwantowych, a każdy z nich jest wszechświatem. Nasz świat zawiera w sobie ogromną ilość innych, równoległych wszechświatów, ale trzeba zaznaczyć, że każdy z tych wszechświatów zawiera informację o naszym świecie w jednej ze swoich cząstek. Każda jest w każdej, w jednej są wszystkie, w każdej jest jedna. Stwarza to realnie nieograniczoną moc obliczeniową, więc nie trzeba się obawiać o ogólną pojemność pamięciową nieskończonego pierścienia pudełek w pudełkach. Myślisz, że fantazjuję? O, nie. Ja wykorzystuję moc obliczeniową zawartą w cząstkach. Komputer, przed którym stoisz, nie musi sięgać gdzieś daleko, by pochwycić jakiś atom tlenu czy azotu z powietrza. Uwierz mi, wystarczą mu googole atomów zawartych w jego własnych układach tronicznych. Szczegółowo rzecz ujmując, w tej chwili korzysta z jednego kwarku zwartego w atomie miedzi w jednym z podukładów logicznych. Używa jednej septytrylionowej potencjalnej pojemności. A ten kwark to cały, cholerny wszechświat. Jeśli maszyna będzie rozrzutna, podliczy, co będzie chciała, używając, jak liczydeł, gromad galaktyk. Pewnie rodzi się teraz w twojej głowie proste pytanie: czy cyfrowy, nie realny foton także posiada informację o innych wszechświatach równoległych? To jest, psiakrew, niezła zagwostka. Moim zdaniem posiada. Dlaczego? Bo został stworzony dokładnie na wzór oryginału znajdującego się w naszym świecie. Informacyjnie to byt tożsamy. Jako taki musi odzwierciedlać wszystkie jego cechy. To niesamowite, ale cyfrowy foton jest wszechświatem równoległym. I tu trzymamy nieskończoność za jaja. Bo wystarczy, że wypowiemy to słowo: „nieskończoność” i informacyjnie ona już istnieje. A zatem także to, co opisuje. Może dlatego kiedyś ludziom uda się otwierać bramy do światów równoległych swoimi umysłami, w których, jak wiemy, dochodzi do spontanicznych redukcji kwantowych. A odpowiada za to tak zwany „default network”, „sieć bezczynności” odpowiedzialna za porządkowanie wspomnień i generację marzeń. – Zamyślił się – Być może też ze względu na siłę informacji forma, forma, czyli informacja w naszym świecie, ma moc sprawczą. Rozumiesz? Trójkąt, piramida, proporcje, odległości, kształt. Forma nadaje treść.

Wytrzeszczyłem oczy. Sergio był naprawdę geniuszem. Po pierwsze jakiś czas po tym nagraniu sam mi pokazał, w Tsycopie, modele bram, które stworzył, a potem, na podstawie jego odkryć, skonstruowano programy dla Ludzi Bram, którzy, mocą swojego umysłu uzbrojonego w środowisko arealne, odwiedzali światy równoległe i, co więcej, umożliwiali takie wycieczki tym, którzy weszli w ich umysły.

– Tak czy owak, niezależnie od tego, czy mam rację z tymi pudełkami czy nie, stworzyłem eksperyment. Po co? W kilku celach, z których najważniejszy brzmi: czy ludzie rzeczywiście mają w sobie „boga”? To znaczy, czy potrafią w sposób spontaniczny, bez żadnych ingerencji z zewnątrz, wytworzyć wiarę? W dzisiejszych czasach nie sposób tego dowieść lub zaprzeczyć, bo ledwo człowiek się rodzi, słyszy o idei boga, tłumaczy się ją albo na sposób świecki, albo religijny. Nawet, jeśli ktoś jej nie rozumie, wkrótce się do niej przyzwyczaja i niejako nieświadomie zaczyna ją akceptować bądź tolerować. Chcę odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek z natury jest świecki czy religijny?

Dlatego stworzyłem Stado. Z tego powodu nadałem mu przyspieszony rozwój. Jeśli po tysiącu, czy choćby pięciu tysiącach ichniejszych lat nie powstanie idea boga, to znaczy, że wcale nie jest ona wewnętrzna. Myślę, że bogowie: planety, bóg Persingera i bóg wymyślony nie miałyby żadnego punktu zaczepienia, gdyby nie inny, realny bóg. Myślę, że persingerowskie wizje byłyby tłumaczone na sposób bardziej zrozumiały, wręcz naukowy, nawet przez naszych przodków, którzy owszem, nie wiedzieliby, jak wytłumaczyć tę obecność, ale rozumieliby, że wcześniej czy później uda im się ją wyjaśnić. Sądzę, że bogowie naprawdę istnieli na Ziemi. A konkretnie, nie byli to bogowie, ale Nefilim, czyli „ci, którzy zeszli z nieba”. To dzięki nim mamy dwudziestoczterogodzinny podział doby, sześćdziesięciominutowy podział godzin…

Prychnąłem. Już prawie zapomniałem, że tak kiedyś mierzyliśmy czas.

– To oni powiedzieli, że złoto jest cenne, że mamy dwanaście planet (kiedyś Księżyc i Słońce nazywano tak samo), a co za tym idzie, dwanaście miesięcy, dwanaście głównych bóstw. To oni stwierdzili, że Ziemia jest siódmą planetą (liczyli od zewnątrz) i tak powstała idea siódmego nieba i tygodnia. Słowem, bogowie istnieli naprawdę, a efekt mojego eksperymentu to potwierdzi. Zajrzyj do „Spodziewanych rezultatów”.

– Spodziewane rezultaty – mruknąłem.

Sergio zerknął z ukosa. Znowu był dzien.

­– Mam nadzieję, że to ostatnia zakładka, jaką otwierasz. Zapewne domyślasz się, że przewiduję, iż ludzie nie wytworzą obrazu boga. Że będą stuprocentowo świeccy. Być może tak leniwi i konformistyczni jak my dzisiaj, ale przynajmniej nieogłupieni przez wiarę. Przewiduję, że nie wytworzą cywilizacji technicznej. Zamiast tego stworzą społeczności, które my nazywamy prymitywnymi, dzikimi. Myślę, że powstanie sieć wiosek, być może ze znajomością ognia, ale człowiek nie wstąpi na wyżyny technologii, która jest rakiem zżerającym naszą społeczność, owszem, rozwiniętą technicznie, ale bezmiernie głupią, ograniczoną, małostkową. Ludzie mają w dzisiejszych czasach bardzo wysokie IQ, ale iloraz inteligencji nie jest mądrością. Gdyby nią był, nie byłoby wojen i przemocy. Nefilim stworzyli „pokornego prymitywa”, który nie dość, że miał się podporządkowywać i słuchać, co czyni do dziś, to przypadkiem podpatrzył swoich twórców i postanowił ich naśladować. Po szczycie naukowym, który był udziałem Sumerów, prymityw zaczął zapominać, usychać, stoczył się w rynsztok średniowiecza. Niewiele brakowało, czekałaby go megawioska. Jakimś cudem, dzięki wybitnym jednostkom, zwróć uwagę, jednostkom, nie grupom, może ludziom, którzy mieli w sobie więcej boskich genów niż reszta, wspiął się z powrotem i przypomniał sobie, o czym wiedzieli Sumerowie. O roku platońskim, sferycznej astronomii, precesji i wielu innych sprawach.

Człowiek, którego stworzyłem, nigdy nie widział Nefilim. Nie miał kogo podpatrzeć. Będzie bytem półmagicznym, kolektywnym, akceptującym wiele rzeczy, stosunkowo łagodnym. Takim, jakim jest współczesny człowiek, tylko bez technologicznej agresji i bezsensownego małpowania bogów, na przykład w postaci rytuałów komunikacji z nimi i innymi bzdurami.

Wyobraź sobie udomowione zwierzę, powiedzmy, bo ja wiem, konia. Jaskiniowiec Barbar nauczył go jeść z ręki, zaprzęgał do orki, nawet na nim jeździł. Nadał mu imię Bucefał. Bucefał był koniem bardzo inteligentnym. Co wieczór przychodził do jaskini po siano, co rano wychodził z niej na pole czekając, aż Barbar nałoży mu jarzmo, każdego południa stawiał się na łące czekając na przejażdżkę. Gdy Barbara zabili inni jaskiniowcy, Bucefał powtarzał te rytuały przez wiele miesięcy, aż warunkowanie wygasło. Mimo, że miał dookoła siebie inne zwierzęta, niczego ich nie nauczył, bo on i one były na to za głupie. W końcu zdechł, a historia Barbara umarła razem z nim. Teraz podnieśmy tę opowieść o oczko. Wyobraź sobie: dawno temu bóg Enki, Nefilim, „udomowił” człowieka. Nauczył go wielu czynności. Między innymi kazał się ze sobą kontaktować za pomocą urządzenia, jakiejś konsoli. Co siódmy dzień. A dzień ten nazwał niedzielą. Przywódca plemienia, król, którego władza pochodziła od Nefilim, bo tak sobie bogowie wykoncypowali, że nie będą gadać ze wszystkimi niewolnikami, tylko z ich przedstawicielem i przedstawiciela takiego stworzyli i królem nazwali, co niedzielę podchodził do konsoli, wciskał przycisk i kontaktował się z bogiem. Zdawał mu relację. Trwało to wiele pokoleń, a każdy król przekazywał następnemu swoją wiedzę. Potem bogowie odlecieli. Konsola została. Jeszcze przez wiele lat królowie i ich następcy kontaktowali się z Enkim. Potem kontakt się urwał. Mimo to królowie-kapłani, co niedzielę przychodzili do konsoli i wciskali przycisk i gadali do boga, który milczał. Obudowali konsolę budynkiem, jakby chcąc wzmocnić swoją wiarę i gromadzili się w nadziei, że otrzymają odpowiedź. Bóg jednak milczał. Uznali po latach, że tak ma być, że to próba ich wytrwałości. Przychodzenie co niedzielę do budynku, który nazwali świątynią, stał się rytuałem samym w sobie. Wartością. Tradycją. Nie zapomnieli o niej jak głupi Bucefał. Ponieważ umieli się komunikować, czynność tę wzmacniali, zrytualizowali. To ich integrowało, nadawało rytm życiu. Pewnego dnia skruszył się przycisk, który wduszali, więc zastąpili go mosiężnym czy kamiennym. Nie wiedzieli, że przestał już spełniać swoje przeznaczenie, bo coś tam w środku się zerwało. Dla nich wszystko było jak dawniej. Pewnego dnia akumulator konsoli się wyczerpał. Zgasły światełka na kontrolkach. Ale nie upadł w nich duch. Wręcz przeciwnie. Uznano to za znak istnienia boga, stwierdzono, że to kolejna próba. Po wielu latach konsola rozleciała się, pękła, rozsypała w drobny mak. Zastąpiono ją nową, wykutą z kamienia, o wiele solidniejszą, prawie taką samą, z tym, że niedziałającą, ale kogo to obchodziło. Wciąż inkantowano połączenie z bogiem, od dawna zaakceptowawszy fakt, że się nie odzywa. Wiara stała się synonimem oczekiwania i tęsknoty. Czy to nie cudownie logiczne?

Skoro kamienna konsola stała w jednej świątyni, a wiernych było wiele, skonstruowano wiele konsol, które nazwano ołtarzami.

Do dzisiaj późni potomkowie tamtych królów-kapłanów, kretyni w sukienkach, stoją przy takich konsolach i wygłaszają swoje inkantacje, wzmocnieni „tradycją”, uwarunkowani przez naciski społeczne i normy obyczajowe. Człowiek to nie Bucefał. Nie zapomniał. Przekształcił, zmutował dawne czynności, zaadaptował do zmieniających się zwyczajów, języka, technologii, ale wciąż powtarza te bzdury bezrefleksyjnie, nie zadając pytań.

Zakładam, że moi prymitywi nie powtórzą tej błazenady, ale zrobią coś innego, równie głupiego, bo głupota jest nieodłączną cechą człowieka. Nie wiem, może będą ścinać drzewa, a potem, jak się przerzucą na kamień, wciąż będzie rytuał walenia siekierą w bazalt? Liczę, że takie zachowania się pojawią i będą w jakiś sposób paralelne do naszych religijnych wygłupów. Mnóstwo takich rzeczy obserwuje się do dzisiaj. Na przykład wciąż się mówi „nie lej wody”, chociaż nikt już nie używa wodnych zegarów, więc nie ma czego lać.

Reasumując, chcę udowodnić wszystkim debilom na świecie, że człowiek nie stworzył boga, nie wymyślił go. Człowiek został stworzony przez bogów jako głupie bydlę i takim wciąż pozostaje. Jeśli ktoś chce rzeczywiście coś osiągnąć, nie powinien dążyć do bycia dobrym człowiekiem, bo to tak, jakby szczytem marzeń barana było bycie najlepszym baranem. Dlatego powinien ewoluować. – Uśmiechnął się drapieżnie. – Dążyć do boskości.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Maciek Parowski i sprawy systemowe

czwartek, 17 Grudzień 2015

Nie wypowiadałem się na ten temat, bo wciąż ogarniałem to w głowie. Dlaczego tak długo to trwało? Bo moim zdaniem sprawa jest szeroka. Systemowa.

Nie chodzi tu przecież o charakter czy złośliwość personelu.

Nie chodzi o procedurę, czyli o to, że Maciek nie wysłał maila i w związku z tym nie było go na liście zaproszonych.

Nie chodzi także  o to, że nikt z organizatorów nie zadzwonił do kogoś wyżej, nie wygooglował, kim jest Maciek, ani o to, że nikt z obecnych nie zauważył incydentu albo nie chciał zauważyć i mu nie pomógł, nie „zaręczył za niego”.

Chodzi o to, że procedury są ważniejsze od prostego myślenia, sprowadzającego się do zadania sobie kilku prostych pytań: „Skąd jakiś starszy pan w okularach wiedziałby o przedpremierowym pokazie dla dziennikarzy i dlaczego mógłby sądzić, że na taką zamkniętą imprezę ktokolwiek go wpuści, jeśli rzeczywiście nie byłby dziennikarzem i nie dostał zaproszenia?” oraz „Jeśli ten starszy pan nie jest dziennikarzem, to jaką straszliwą szkodę uczyni temu filmowi, skoro nie ma dojść do żadnych portali czy gazet?” i na koniec: „Skoro pan ten wie o pokazie i jest starszy i wygląda kulturalnie, to chyba jest tym, za kogo się podaje? Wpuśćmy go i zobaczmy, czy ktokolwiek go rozpozna.”

Rozumiecie, moim zdaniem zabrakło prostej dedukcji w tej sytuacji. Zabrakło myślenia. A dlaczego zabrakło?

Bo wyrośliśmy w systemie, który myślenia oducza, a naucza trzymania się reguł, zasad, procedur i papieru. I to jest właśnie ta systemowa przyczyna. Jedna z dwóch. W szkole podstawowej, w gimnazjum, w liceum i na studiach nikt nie oczekuje od nas myślenia, choćby takiego, jakie przytoczyłem powyżej. Uczy się nas posłuszeństwa i usiłowania odkrycia tego, co jest prawidłowe. A prawidłowe jest to, co nauczyciel za takowe uważa. „Kształcąc” ludzi w ten sposób tworzymy, co z tego, że miłych i uśmiechniętych,  posłusznych wykonawców procedur, którzy nie wychylą się poza polecenie nawet, jeśli to wychylenie się miałoby sens (i zaoszczędziło firmie odium, które teraz na nią spadło). Co w tym złego? Wszystko.

Druga przyczyna systemowa to fakt, że nikt z obsługi Maćka nie znał. Nie ma w tym ich winy, podobnie jak nie ma ich winy w tym, że nie myślą. Fakt, że przyszedł „nikomu nie znany starszy pan” wynika z tego, że obsługa nie miała jak go poznać. Nie widać jego twarzy na okładkach magazynów dla pań, dla panów, nie ma go w gazetach dla miłośników motoryzacji ani miłośników seriali. Nie ma go w telewizji śniadaniowej, nie ma w teleturniejach ani w innych cudownych wynalazkach współczesnej medialnej papki. Jest co innego – gęby polityków, gęby celebrytów, gęby innych dziwnych tworów, twarze dziennikarzy wreszcie, aktorów, piosenkarzy, ale pisarzy można w głównym nurcie szukać ze świeczką, co ja mówię, z reflektorem i może jednego na miesiąc się gdzieś wyłuska. Jednego. A samych autorów parających się fantastyką naliczyłem w Polsce ponad siedemdziesięciu.

Konkluzja jest mniej więcej taka: nie złorzeczmy na obsługę, nie szukajmy winnych tu i teraz, bo ich nie znajdziemy. Nie wińmy też Maćka, że „nie wysłał”. W rzeczywistości, w której ludzi w szkołach uczono by myśleć, a w mediach pokazywano  by myślących ludzi, Maciek na salę by wszedł i z przyjemnością obejrzałby film.

Fantastyka, co?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Rozważania o sprawach bieżących…

piątek, 20 Listopad 2015

Jestem totalnie skonfundowany. Czytam o zamachu w Bejrucie i współczuję ofiarom. Płaczę czytając o bohaterstwie Adela Termosa, który rzucił się na zamachowca, sprowadził go do parteru i w ten sposób ocalił być może setki osób w meczecie, do którego zamachowiec zmierzał. Sam zginął. Wzruszam się, czytając wiersz, w którym autorka modli się za świat, w którym opłakuje się ofiary w Paryżu, ale nie w Bejrucie, w którym terrorystami nazywa się tych, którzy przed terrorem uciekają (czyli uchodźców). Słucham prezentera z australijskiej telewizji, który przekonuje, że terrorystom chodzi o to, by nie-muzułmanie zaczęli się bać wszystkich muzułmanów, bo wtedy dojdzie do podziału i rozpocznie się beznadziejna III wojna światowa między chrześcijanami i wyznawcami Allaha.

A potem oglądam filmy z Paryża, gdzie muzułmanie modlą się na ulicach blokując je, dając pokaz siły, a robią to nielegalnie.

Z jednej strony widzę muzułmanów sensownych, uczciwych, z drugiej obserwuję, jak człowiek, który przed chwilą całował Koran, po modlitwie oszukuje mnie próbując wcisnąć totalny szajs. Jest to związane z tym, że w islamie dopuszczalnej jest kłamstwo, nawet dwa jego rodzaje (takija i kitman) – przede wszystkim w obronie religii, ale także wobec niewiernego. To potęguje mętlik w głowie, bo zaczynam podejrzewać każdego muzułmanina o to, że kłamie. Paranoja.

Słucham, jak niektórzy deklarują otwarcie (i pokojowo), że nie ma wyższej władzy nad Allaha sugerując tym samym, że ustanowione przez ludzi prawa mają w “poważaniu”. No cóż, sam jestem anarchistą i uważam, że wiele praw ze sprawiedliwością nie ma niczego wspólnego, a miliarderów, jak pisał Puzo w „Omercie” nie wsadza się do więzienia, ale kieruję się osobistą moralnością, a nie nakazami wyobrażonego bóstwa. Dlaczego moja opcja jest lepsza? Bo w przypadku wiary w bóstwo, ktoś może powiedzieć: „Bóstwo każe ci zrobić to, a to.” Jest to polecenie mocne, a założenie nieweryfikowalne i osoba nie uznająca praw ludzkich, a ceniąca boskie, może za nim podążyć. Ja jestem odporny na takie rozkazy. Bo mam własną moralność i własne imperatywy.

Czytałem Koran, czytałem Stary Testament, Bhagavad Gitę, znam hinduizm, olimpizm, sporo z mitologii nordyckiej (wstyd się przyznać, najsłabiej znam słowiańską, z przyczyn oczywistych, źródła były systematycznie niszczone przez miłościwy i wcale niezaborczy kościół katolicki). Wszędzie opisana jest przemoc, okrucieństwo, mordy w imię boga, przy czym najmniej obrazowo w Koranie, bo to dziwna książka, jakby napisana przez schizofrenika, gdzie sprzeczność siedzi na sprzeczności, a najmniej drastycznie opisane w mitach hinduskich (Gitę wyłączam), bo tam się głównie bogowie ze sobą tłuką. Ale w Koranie jest mnóstwo gróźb i wymyślnych kar dla niewiernych.

No i jest dżihad.

To, co teraz napiszę, zabrzmi kontrowersyjnie, więc w razie czego zaznaczę, że nie jest to jakieś wykrystalizowane i sztywne stanowisko i w razie zaistnienia sensownych argumentów oczywiście je zmienię.

A brzmi ono tak. Głęboko wierzący, pokojowo nastawiony, statystyczny (nie jakiś wybitny, ale nie idiota) muzułmanin kojarzy mi się z bombą zegarową, w której zegar na razie stoi, ale który może zacząć tykać, gdy zaistnieje odpowiedni bodziec. Co jest tą bombą? Właśnie dżihad. Dżihad jest drogą bardzo prostą – istnieje Allah, istnieje walka za niego, zabijanie niewiernych i męczeńska śmierć, po której czeka mnie szczęśliwość. Prawdziwy haj. Męczennicy umierają z radością i ja tak umrę. Ich krew pachnie jak raj (to powiedział jeden z dżihadystów, sam bym tego nie wymyślił. Być może odczucia węchowe związane były z tym, że umierający męczennik był naszpikowany narkotykami i ich wyziewy tak wpłynęły na wąchającego. Chris Kyle opisujący walczących z nim rebeliantów w Iraku twierdzi, że wszyscy byli pod wpływem narkotyków).

Ta wizja kojarzy mi się z rozłożonym w czasie samobójstwem, ale nie samobójstwem osoby przegranej i złamanej życiem, popełnionym w ciemnym pokoju zapomnianego hotelu, ale samobójstwem w walce o słuszną, świętą sprawę, w otoczeniu ludzi, którzy uważają mnie za brata i świętego, pod słońcem, na oczach setek ludzi. To jest po prostu pociągające. Atrakcyjne. Nie zakończę życia jak nikomu nieznany Iksiński, ale jako wojownik, święty męczennik, będzie o mnie głośno, moja rodzina otoczona zostanie czcią.

Czym może być zaś bodziec, który wyzwoli tę bombę? A mało to ich dookoła? Życie jest frustrujące. Ciągłe niepowodzenia, bieda, walka o przetrwanie, użeranie się z codziennością, z piętrzącymi się przeszkodami, które fundowane są przez chciwe korporacje, głupie urzędy, wadliwe przepisy, zazdrosnych ludzi, choroby, wypadki losowe, każdego szlag może trafić, co dopiero człowieka, który ma wyjście awaryjne, czyli dżihad. Może w pewnym momencie powiedzieć: mam tego dość! Idę walczyć! I wtedy jego frustracje na urzędy, na prawo, na niesprawiedliwość zostaje przekuta w jeden cel – umrzeć za Allaha. Taki człowiek ukryje złość, że nie chciała go dziewczyna, za którą się uganiał, że nie dostał się na studia, że wyrzucono go z pracy (mówię bardziej o Europejczykach, którzy przechodzą na islam niż o mieszkańcach krajów arabskich, bo naszą rzeczywistość znam, a tamtą mniej), on tego wszystkiego nie powie. Powie, że zrozumiał prawdę, że jedynym celem życia jest czczenie Allaha. I walka za niego. Już nie trzeba się starać, uczyć, wspinać po szczeblach kariery, ciężko pracować dzień po dniu, by zabezpieczyć sobie przyszłość, już nie trzeba martwić się o dzieci i ich przyszłość, już nie trzeba budować domu, dbać o ogród, niepokoić się, czy dach nie zacznie przeciekać, czy stać mnie będzie na czynsz za rok, czy utrzymam pracę, czy nie zacznę chorować na serce, jak mój ojciec, wujek i dziadek, już nie trzeba się bać kontroli urzędu skarbowego, wirusów komputerowych, już nie trzeba myśleć, czy zrobiłem przegląd techniczny samochodu i przegląd okresowy, czy zmieniłem opony na zimowe i jak odblokować telefon, w którym źle wystukałem PIN. Wszystko, wszystko, cały tej pieprzony zgiełk, całą tę chorą rzeczywistość mogę mieć wreszcie w d**pie.

Trzeba przyznać, że dżihadyści mają trochę racji: uważają naszą, cywilizowaną rzeczywistość za chorą. Uważają, że żyjemy w kłamstwie. Nie żyjemy? Społeczna akceptacja kłamstwa reklam, polityków etc. osiągnęła w zachodnich społeczeństwach apogeum. Godzimy się na to, że okłamują nas producenci, usługodawcy, godzimy się na drobny druk, kruczki i zmiany umów. Oni to widzą. I chcą to zniszczyć. Tyle, że wszystko. Dziecko z kąpielą. Czasami, gdy myślę o brudzie i absurdzie, który mnie otacza, sam się zastanawiam, czy nie istnieje jakieś proste wyjście awaryjne. Bo miałbym ochotę wszystko to p***dolnąć i powiedzieć: k**wa, wypisuję się z tego g**wna! Identyfikuję w sobie taką potrzebę, takie pragnienie. Mógłbym być dżihadystą. Wystarczyłoby kilka niekorzystnych zdarzeń (od których, Allahu, uchowaj): zgon żony i córki, odejście klientów, odmowy wydawnictw, fatalne recenzje i co? I Marcin pacyfista / anarchista zamienia się w Marcina anarchistę / dżihadystę. A trzeba tu zaznaczyć, że jestem ateistą od urodzenia i chociaż rodzice mnie ochrzcili (nie było mnie przy tym), to na lekcje religii katolickiej nie chodziłem. Nie świeci nade mną święty krzyż czy inny półksiężyc, nie woła mnie najważniejsza z misji, nie opromieniają światła stwórcy, który nie został mi wdrukowany w dziecięcą psyche. A mimo to rozumiem, że dżihadystą można się stać, oj można. Jeśli do tego dodać zamiłowanie do broni (u mnie nie występujące, ale wystarczy pojechać na konwent miłośników fantastyki, by zobaczyć, że ta parafilia istnieje), lekkie skłonności sadystyczne (ponad 20% społeczeństwa, ja także ich nie mam), albo po prostu psychopatię (4% społeczeństwa, tutaj też występuję w tych 96%), mamy kandydata niemal gotowego. Jeśli jest muzułmaninem, a w życiu mu nie wyszło…

No i co? Jak to podsumować? Nie umiem. Jak napisałem na początku, mam w głowie mętlik.

Dodać do tego wypada, że przecież kraje, z których wywodzą się najbardziej skrajne ugrupowania od lat były manipulowane przez wielkie i chciwe siły tego świata. Że do dawna były dojone i destabilizowane. Że same sobie tego kuku nie zrobiły, więc de facto kraje kolonialne oraz te, które lubią walczyć o wolność poza swoimi granicami same są sobie winne.

Tylko czy to cokolwiek w zaistniałej sytuacji zmienia?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Prostacka religijność

środa, 1 Kwiecień 2015

W artykule tym nie zamierzam obrażać wszystkich wierzących ludzi. Obrażać mam zamiar tylko tych, dla których charakterystyczny jest zestaw przekonań, który określam mianem „Prostackiej Religijności”. „PRowcy”, czujcie się obrażeni.

Ocalił, więc jest

„Wierzę w boga, jak boga kocham, wierzę w niego”, przemawiał do mnie kiedyś dość bliski znajomy, dzisiaj już nieboszczyk. „A wiesz, dlaczego wierzę? Powiem ci. Jak miałem białaczkę, powiedziałem sobie – jeśli bóg mnie uleczy, już zawsze będę w niego wierzył. I co? Uleczył mnie. Jak boga kocham wierzę teraz w boga”. Mój dość bliski znajomy dwukrotnie zachorował na chorobą nowotworową, w dzieciństwie zaś przeszedł chorobę Heinego-Medina. W wieku lat czterdziestu wyglądał na osiemdziesiąt. Drugi rak – krtani – był dla niego zbyt poważnym przeciwnikiem, chociaż wypada zaznaczyć, że człowiek ten nie poddawał się i walczył do końca. Jednak nie o heroizmie na polach przegranych bitew będzie to artykuł.

Znajomy ten nie był nadmiernie wykształconym przedstawicielem naszego narodu, co, jak mi się wydaje, oddałem w powyższych cytatach, ale pogląd przez niego podany nie spoczywa bynajmniej wyłącznie w dominium ludzi nieoczytanych. Podobne stanowiska cechują także ludzi z wyższych sfer intelektualnych. Nie tak dawno prasa opowiadała o wydarzeniu, które stało się udziałem znanego polskiego, nieżyjącego już kompozytora. W czasie drugiej wojny światowej miał wyjść z domu, ale nie wyszedł i wtedy na drogę spadła bomba. Muzyk uznał to wydarzenie za znak. Został ocalony przez siłę wyższą.

Opowieści są różne w szczegółach, ale topos jest podobny: gdy rozbił się autokar wiozący polskich pielgrzymów w jakieś święte miejsce, część osób ocalała. Pamiętam wypowiedź mężczyzny, który wspominał, że gdy wygrzebywał się z dymiącego rumowiska, w jaki obrócił się pojazd wraz z pasażerami, natrafił ręką na biblię. „Jakiś znak?” – zapytał retorycznie, sugerując, że to właśnie on miał być ocalony, a nie ktoś inny, że to jego łysinę wskazał palec boży. Nie przyszło mu do głowy, że w autobusie wiozącym pielgrzymów biblii musiało być co najmniej tyle ile pasażerów?

Niedaleko od powyżej wzmiankowanych, leżą przekazy, typu: „Ten dom to był prezent” (wypowiadająca to zdanie pani, nota bene psycholog, wskazuje znacząco w sufit, to jest w niebo), „Tę piątkę na egzaminie to ja sobie wymodliłam!”, orzekła miła i inteligentna nauczycielka, „Pan wysłuchał moich modlitw i syn dostał pracę”, oświadczyła jedna pani drugiej pani – współpasażerce pociągu relacji Warszawa – Kraków.
Ostatnio mieliśmy Boże Narodzenie. Dostałem w związku z tym wiele życzeń „łask bożych”, zresztą gdy słucham pewnego toruńskiego radia, takich życzeń też jest bez liku. Dowiaduję się także, śledząc różne dziwaczne media, że dzięki modłom do konkretnego „świętego” zdarzył się całkowicie namacalny cud jeden, drugi i trzeci.

Ile razy słyszę te wypowiedzi, czytam takie zdania, słucham takich przekazów zastanawiam się, gdzie się podziało myślenie ich twórców? Mógłbym ich nazwać jakoś brzydko, poddając w wątpliwość ich inteligencję, ale powstrzymam się i powiem po prostu, że oni „jeszcze nigdy o tym nie myśleli w taki sposób”. Jaki? Ano taki: Jeśli ktoś naprawdę wierzy, że został ocalony dzięki modłom, że bóg powstrzymał go przed wyjściem z domu, co ocaliło go od nieszczęścia, że bóstwo wysłuchało próśb i skonstruowało dom, albo w indeks wpisało piątkę tudzież obdarzyło „łaskami”, to co powie o tych wszystkich, którzy umierają w tej chwili w Afryce, przegrywają walkę z chorobami i żegnają się z życiem złamani bólem, giną w wypadkach samochodowych lub tracą bliskich? No pomyślmy logicznie, w jakim świetle stawia to boga: jest to istota, która, jak się do niego ktoś pomodli, to mu pomoże, ale innym modlącym się pomagać nie będzie z powodów nieznanych, innym zaś razem pomoże zupełnie bez modlitw. Ogólnie rzecz biorąc czasami bogu milsza jest idea wybudowania domku jednorodzinnego w Konstancinie niż ocalenie dziecka w Kongo, czasami ważniejsza jest piątka na nieważnym egzaminie niż to, że w wyniku upadku rakiety zginie wiele niewinnych osób, choćby w Palestynie. Istota ta wybiera sobie cele banalne i absurdalne, ważniejsze, mniej ważne, a klucz jej wyborów jest z gruntu debilny, żeby wprost nie powiedzieć – losowy. Jeśli ludzie ci wciąż wierzą, że to boska interwencja /ł aska ich ocaliła / dała dobrą ocenę / podarowała samochód, to co mają do powiedzenia tym wszystkim, których spotyka nieszczęście lub fatalny pech? „Sorry, bóg ciebie nie lubi”? „Jestem od ciebie ważniejszy”? „Masz w niebie marne notowania / PR”? „Bóg ma swoje priorytety i akurat teraz interesuje go nie Somalia, nie Afganistan tylko Kozia Wólka i pragnienie Józka Szprychy, by dostał w prezencie motorower marki Simpson.”?

Bliskie tego obszaru rozumowania są modlitwy przed posiłkiem, zwyczaj co prawda w Polsce mało znany, co nie znaczy, że nieważny, wszak Ameryka to miejsce zaledwie kilka godzin lotu stąd, a gdy wziąć pod uwagę internet, to ląd, który na co dzień mamy w komputerach i urządzeniach mobilnych. Jaki tupet trzeba mieć / jakim nieczułym idiotą trzeba być, żeby dziękować bogu za naleśniki z syropem klonowym, gdy w tym samym czasie w Bangladeszu dzieci w toksycznych warunkach garbują skórę tudzież barwią bawełnę, którą to materię córka czy synek modlącego się tatusia nosi na swoich słodkich pleckach? Lord zadbał o nasze naleśniki mając w boskim rectum biedę Azjatów? Przepraszam, ale portret boga malowany przez ludzi przekonanych, że jego interwencje jednym pomagają, a nieszczęście innych omijają jest wizerunkiem zaburzonego, pozbawionego moralności imbecyla.

Wczoraj nie było wolno, ale dzisiaj już można

Mam znajomych, na szczęście bardzo odległych (w każdym razie ideologicznie), którzy deklarowali, że okrutnie chcieliby mieć dziecko. Niestety, coś tam w biologii szwankuje i dziecko się nie pojawia mimo, że z pewnością oprócz regularnych modlitw o potomka stosują techniki fizjologiczne, które mają duchowi świętemu pomóc – chodzi rzecz jasna o czynność, w wyniku której nasienie znajomego znajdzie się wewnątrz pochwy znajomej, rzecz jasna najlepiej bez przyjemności i po ciemku. Znajomi ci są niezwykle pobożni i dzień w dzień wstają wcześnie rano, by jeszcze przed pracą znaleźć się na chwilę w domu bożym i zanieść prośby do bytu, który, jak to już wyjaśniłem w poprzednim rozdziale, jeśli naprawdę miałby słuchać ich błagań nie słuchając próśb jakby nie patrzeć ważniejszych, byłby kretynem do kwadratu (ergo, znajomi de facto modlą się do kretyna). Jednak gdy rozmowa schodziła (piszę w czasie przeszłym, bo dawno już z nimi się nie widzieliśmy) na tematy ewentualnej pomocy kogoś wykwalifikowanego i materialnego, najlepiej odzianego w biały fartuch, znajomi sztywnieli i poważnieli. Nie można. Dlaczego? Kościół nie pozwala.

Zanim skomentuję powyższe, dodam jeszcze jeden kamyczek, by rzecz naświetlić z innej nieco strony. Często słucham radia Maryja, by wiedzieć, co w trawie piszczy i by rozumieć sposób pojmowania świata przez osoby głęboko i natarczywie wierzące. Nierzadko można usłyszeć płynącą z głośników prostą wykładnię: kościół = krzyż = prawda. Mówiąc bardziej przystępnym językiem kościół nie może się nie angażować w różnego typu sprawy polityczne, bo posiada prawdę, a skoro tak, jego obowiązkiem jest naprawiać różne błędy popełniane w obszarze publicznym, co więcej, jako posiadacz prawdy jest ponad prawem i ponad wszelkimi innymi pod-prawdami. Stąd prosty wniosek, że z przedstawicielami kościoła nie ma i nie może być żadnej dyskusji, bo oni są emisariuszami prawdy.

Tylko, że z tą prawdą jest dziwna sprawa. Bo gdyby poważnie przyjąć wykładnię, że kościół jest nosicielem i głosicielem prawdy, należałoby słusznie założyć, że jeśli już używać słowa „prawda”, to ma ona jedną, fundamentalną cechę – jest niezmienna. Jak to, prawda, prawda. Jeśli dzisiaj mówię, że ten kamień jest czarny, to będę tak mówił jutro i za sto lat. To jest charakterystyka prawdy. Co natomiast robi kościół? On prawdę od czasu do czasu zmienia. Twierdzi, że Ziemia jest w centrum świata – święta prawda. Za tę prawdę naraża się na wyrzuty sumienia szkalując Kopernika, Galileusza i innych niezgodnych. Potem prawdę zmienia dostosowując się – z wielkimi oporami – do odkryć nauki – przyznaje wreszcie, że kolebka ludzkości jest okrągła i że jednak się kręci. Podobnie, najpierw twierdzi, że ewolucji nie ma, po czym, ku zaskoczeniu wielu, bardzo wielu zwolenników kreacjonizmu, przyznaje po wielu latach rozwoju myśli naukowej – że jednak istnieje. Alleluja. Co by świat zrobił bez tego przyznania, nie mam pojęcia. Najwyższy oficjel watykańskiej firmy uznał prawdziwość teorii, do stworzenia której ani on, ani nikt z jego podwładnych nie przyłożyli ręki. Jakiś czas temu prawda kościelna głosiła, że poczęte, ale nienarodzone płody idą do czyśćca, a ostatnio stwierdzono, że jednak fruną prościutko do nieba, w ramiona aniołów siedzących na puchowych chmurkach. Warto tu zaznaczyć, że idea czyśćca została wdrożona dopiero w XVI wieku. Wcześniej nie było o nim mowy. Dzisiaj świętym obowiązkiem i jedyną słuszną postawą księdza jest celibat. Ale jeszcze w XI wieku księża mieli żony. Holocaust mieszkańców Ameryki Południowej został dokonany ręką niosącą krzyż. Zginęło wtedy około 30 milionów rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Z pewnością w tych czasach kościół miał inne pojęcie na temat prawdy dotyczącej życia ludzkiego, bo dzisiaj trzęsie się nawet nad istnieniem zarodka, nazwanego manipulacyjnie „życiem poczętym”. Niedawno najwyższy kapłan kościoła zabronił mieszkańcom Afryki stosowania prezerwatyw. Czy ta przerażająca ingerencja, której skutkiem są niezliczone ofiary AIDS zostanie uznana za błąd za kilkadziesiąt lat, czy będziemy musieli czekać kolejnych kilka wieków na anulowanie gumowej prawdy? A co ze zmuszaniem kobiet do rodzenia kalekich dzieci?

Wracając do moich odległych znajomych, zastanawia mnie jedno: co zrobią, gdy za kilka lat kościół zmieni zdanie i zezwoli na ingerencje medyczne u par, które nie mogą począć dziecka w sposób naturalny? Rozumiecie, sprawa jest dość poważna. Lata lecą. Optymalne okno czasowe, w którym partnerzy decydują się na posiadanie potomka nie jest otwarte wiecznie. Organizm kobiety się starzeje, mężczyzna także traci siły. Co powiedzą, gdy przekroczą pięćdziesiąty rok życia i nagle okaże się, że „już można”? Co poczują? Najpierw niezmienna i święta prawda kościelna mówiła, że nigdy przenigdy, piekło i szatani, a tu nagle pojawia się prawda 2.0, anulująca prawdę 1.0? Mam wrażenie, że poczują się strasznie oszukani. To samo tyczy partnerów, którzy, związani sakramentem małżeństwa wyrzekają się rozwodu, bo byłby to grzech, męczą się więc ze sobą całymi latami. Co powiedzą, gdy za kilkanaście lat kościół zluzuje zakazy związane z „anulowaniem małżeństwa”? „Zmarnowaliście mi życie”?

A wystarczyło by, żeby przedstawiciele nurtu „PR” zerknęli do kilku podręczników gier RPG: systemu Advanced Dungeons & Dragons czy choćby Warhammer i zrozumieliby kilka naprawdę ważnych rzeczy. Nie wiecie, o czym mówię? RPG to skrót od słów Role Playing Game. Są to gry grania ról, a bardziej po polsku – gry fabularne. Żeby w nie grać, należy przeczytać podręcznik dla mistrza gry, dla gracza drugą książkę, zaopatrzyć się w kości do gry, chipsy, piwo i hulaj dusza, można grać. Nie potrzeba planszy, figurek, w zasadzie nawet kości czasami bywają zbędne i piwo także. Całość rozgrywki odbywa się w wyobraźni graczy. Podczas gdy mistrz opowiada, gdzie znajdują się postacie wykreowane przez graczy, opisuje wydarzenia i świat wokół nich, gracze podejmują decyzje i opisują działania swoich bohaterów. To naprawdę działa. Rzeczywistości przedstawione w podręcznikach gier RPG są czystą fantastyką – są to światy fantasy (smoki, gobliny, elfy) bądź science – fiction (statki kosmiczne, lasery etc.). Gracze tak bardzo angażują się w grę, że dominia te stają się po części prawdziwe, a ich wymyślone postacie zaczynają żyć własnym życiem i stanowią, w pewnym sensie, ich alter-ego. Niektórzy angażują się do tego stopnia, że stają się prawdziwymi ekspertami od jakiejś wymyślonej rzeczywistości.

Reguły gier RPG od czasu do czasu ulegają modyfikacji. Wtedy twórcy tych systemów wydają nowe podręczniki ze zmienionymi zasadami, często dodanymi opisami nieznanych dotąd krain, stworów i zależności. Gracze i mistrzowie uczą się nowości i modyfikują swoje wyobrażenie świata. Dungeons & Dragons dla przykładu cieszy się obecnie czwartą edycją, znacznie różniącą się od edycji pierwszej. Dlaczego twórcy gier zmieniają zasady? Robią to oczywiście po to, by gra była lepsza, ciekawsza, prostsza, a jednocześnie bardziej wciągająca. Rozumiecie, modyfikują opisy nieistniejących krain, zmieniają zasady życia w wymyślonych królestwach, korygują reguły iluzorycznych dominiów. Wyobrażam to sobie tak, że kilku łebskich, zapalonych twórców spotyka się, dyskutuje, bierze ołówki w dłoń, spisuje pomysły i scenariusze, potem je testuje, odrzuca plewy, zbiera ziarno i wreszcie dochodzi do konsensusu, jak nowe zasady powinny wyglądać. Następnie podręczniki trafiają do drukarni, wreszcie do sklepów, gracze je kupują, cmokają i mówią: „Aaa, teraz tak to wygląda. Fajnie”.

Czy dostrzegliście już, do czego zmierzam? Zasady mówiące o tym, który grzech jest śmiertelny, a który nie, jakie dusze idą do raju, jakie do piekła, jakie zaś do czyśćca, w jaki sposób można wpłynąć na bóstwa zarządzające przepływem duszyczek, które modlitwy pomagają czyśćcolokatorom szybciej przedostać się przez wąską bramę raju, jakiego typu rytuały należy odprawić, by dostać się pod chmurkę i których symboli, słów, przedmiotów oraz środowisk unikać, bo otwierają one bramy piekieł, a tam czyhają siły nieczyste, nieodmiennie kojarzą mi się z regułami dość prostego systemu RPG. I zupełnie tak jak w każdym takim systemie, od czasu do czasu wychodzą nowe zasady – vide duszyczki poczętych, ale nietkniętych obrządkiem chrztu zarodków. Nie mam pojęcia, gdzie leciały przed wymyśleniem czyśćca, pewnie w ogóle się nad tym nie zastanawiano.

Czy to możliwe, żeby jakaś prawda kościelna utrzymywana przez wiele, wiele lat była nieprawdą? A może funkcjonariusze kościoła osiągają w pewnym momencie wysokiej jakości przekaz z niebiesiech (w dobie telewizji HD czas byłby po temu najwyższy) i dostrzegają swój błąd? Ale dlaczego w takim razie nie mówią otwarcie: „To, co głosiliśmy względem problemu X, było błędne, dlatego być może także to, co teraz głosimy nie jest prawdą, więc zamiast fanatycznie wierzyć naszym słowom, po prostu sobie o tym od czasu do czasu rozmawiajmy, dyskutujmy i wspólnie szukajmy odpowiedzi.”? Byłoby pięknie, prawda? Ale tak nie będzie, nie miejmy złudzeń.

Jestem przekonany, że za jakiś czas oficjele tej firmy znowu zmienią zasady w obszarze X bądź Y i, bo ja wiem, wymyślą nowy rodzaj czyśćca (nadczyściec, podczyściec?), albo wprowadzą, oprócz świętych, archaniołów i aniołów, nowy rodzaj seraficznych bytów, chociażby anielice? A jak to jest z pozagrobowym losem ateistów? Przez setki lat była mowa, że nie mają szans trafić do nieba, ale ostatnio zaczyna się tu i ówdzie przebąkiwać o nowych zasadach RPG mówiących, że nawet oni mogą mieć nadzieję. Najnowszy papież ogłosił nawet, że moralni pójdą do nieba, ale zaraz tę wypowiedź Watykan „sprostował” (nie wspominając, że sprostowywał ją nader gorliwie pewien polski prostokątnookulary przyszły święty). Na szczęście są jeszcze tacy, którzy zasad nie zmieniają: według podręczników RPG świadków Jehowy w raju jest określona liczba miejsc siedzących i załapią się tylko ci gracze, którzy perfekcyjnie znają reguły i nigdy nie oszukują. O, i to jest droga godna pochwały, a nie tam jakieś chorągiewki na wietrze. Ziemia jest płaska, nie kręci się, znajduje się w środku wszechświata, a o zarodkach zapomnijmy.

Pułap wolności

Pamiętam znajomego, który pobierał nauki u tego samego nauczyciela filozofii, co ja. Dzisiaj jest to nobliwy pan profesor, ale wtedy był tak samo nieopierzony i po omacku poszukujący sensu istnienia jak ja. O ile bardzo doceniałem jego oczytanie i fenomenalną znajomość greki, nie bardzo pojmowałem, dlaczego wciąż zadawał pytania: „Czy można tak? Czy można robić to? A czy można? Czy można? Czy można?”. Zastanawiały mnie te pytania, bo de facto powodowały, że znajomy ów nie pozwalał sobie na szukanie odpowiedzi, nie sięgał do swojego rozumu. Chciał, by autorytet wytyczył mu drogę dwiema barierami: po lewej „już można”, a po prawej – „już nie można”, dzięki czemu pośrodku powstałby wygodny trakt. Wyobrażałem sobie, że gdyby ktoś miał tak jasno wytyczoną ścieżkę wiodącą w bezpiecznym przedziale możności, jego życie stałoby się wyjątkowo proste, a nawet w pewnym sensie przyjemne: wystarczy, że będę przestrzegał reguł, a egzystencja będzie słodka i wolna od dylematów.

Oczywiście pewnego dnia mój znajomy przestał zadawać te pytania i zaczął samodzielnie myśleć, ale trzeba zaznaczyć, że miał wyjątkowo dobrego nauczyciela, któremu zależało, by się usamodzielnił. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby mistrz ów był zaborczy i dążył do tego, aby uczeń już zawsze zadawał mu pytania co wolno, a czego nie. No właśnie. Tutaj jest pies pogrzebany. Dobry mentor mówi: „Myśl! Szukaj odpowiedzi! Bądź ciekaw! Dociekaj! Ucz się! Podważaj! Zadawaj pytania!” A co robią nauczyciele sączący w uszy naszych dzieci doktrynę „PRowej” wiary katolickiej? Prawdopodobnie używają dokładnie tych samych słów, ale w wyjątkowo pokrętnej logice, dzięki której dzieci przestają myśleć, a zaczynają wierzyć, odpowiedzi szukają wyłącznie w piśmie świętym i modlitwie, a gdy chcą dociekać, zwracają się z pytaniem wyłącznie do „PRowych” przedstawicieli kościoła. I tak oto montuje się w głowach latorośli pułap wolności, powyżej którego już, jako dorośli, nie potrafią się najczęściej wygramolić. Gdy pułap zostanie zamontowany dobrze i szczelnie, parafianin będzie w nieskończoność pytał, co mu wolno, a czego nie, będzie szukał odpowiedzi w książkach wydawanych przez „PRowe” religijne wydawnictwa, podczas spotkań kółek parafialnych oraz bezpośrednich rozmów z księżmi. „Wolno tak?” „Można tak?”, „A co, gdyby spróbować inaczej? Można by było?”. Przedstawiciele „PRowego” kościoła zaś będą z nieustającą cierpliwością i miłością odpowiadali na pytania: raz że „można”, a czasami „nie można” (częściej to drugie) i nigdy, przenigdy nie zasugerują, że parafianin powinien po prostu pomyśleć. Jeżeli zaś to zrobią, odwołają się do jego poczucia winy, obowiązku i „sumienia”, nigdy zaś do wolnej myśli opartej o sensowne źródła, chociażby literaturę naukową. Dlaczego to robią? Oczywiście z jednego, podstawowego powodu – aby utrzymać nad pytającymi władzę.

Czy nie napawa Was przerażeniem, że niektórzy wierzący naprawdę pytają, jak się kochać z partnerami: w które otwory można, a które należy stanowczo omijać, co robić z wytryskiem, czy można do środka, czy się powstrzymywać, a na brzuszek da radę? Nie? Ojej, no szkoda… Kobiety także doskonale wiedzą, co im wolno, czego nie wolno i jak mają odczuwać przyjemność (ma być związana z obcowaniem z sakramentalnie wybranym mężem, a nie z nieczystym, grzesznym podnieceniem). Pojawiają się wypowiedzi, jak katoliczka powinna chodzić ubrana i jakiego typu fatałaszki są „niemiłe bogu”. Dekolt może być maksymalnie na dwa palce poniżej górnej krawędzi mostka, koszulki na ramiączkach są zakazane (przez otwór pod pachą widać stanik „albo coś jeszcze gorszego”), spódnice długie, a na plażę lepiej w ogóle nie chodzić (to będzie taka mała „ofiara”) i tak dalej. Nie można jeść mięsa w piątek, nie można się bawić w adwent, nie można strzelić sobie w łeb, jak człowiek już nie ma siły przebywać w towarzystwie idiotów, nie można, nie można, nie można. A dlaczego? Bo grzech. I pójdziesz do piekła, sprawdź sobie w podręczniku RPG, oczywiście w najnowszej edycji (samobójstwo stało się grzechem śmiertelnym dopiero w VI wieku, nota bene we współczesnych Chinach także pojawiły się zakazy samobójstw w wielkich zakładach pracy, a karą jest „hańba dla całej rodziny”).
Droga pomiędzy „już można” i „już nie można” to kurs na zatracenie. To trakt bez myśli, autostrada bez wolności, szosa owszem, bezpieczna, dająca poczucie kontroli, ale jakże przerażająco niewolnicza. Co jednak daje? Oczywiście poczucie bycia człowiekiem moralnym.

Jak moralny – to tylko katolik

Pamiętam panel dyskusyjny między kolegami pisarzami, który odbywał się podczas jednego z licznych konwentów miłośników fantastyki. Sam siedziałem na widowni, a wśród panelistów trzech było praktykującymi katolikami (niektórzy znani i cenieni nie tylko w świecie fantastów) i tylko jeden niekatolik, za to gej. Gdy „przyznał się” do tego, że jest ateistą (w tej chwili twierdzi raczej, że jest poganinem, ale, jak go znam, jego pogaństwo jest pełne subtelnej refleksji, a nie nakazów i zakazów), jeden z dyskutantów, fizyk zresztą (sic!), na szczęście szczerbaty, wychylił się i powiedział: „Wiesz, ja ci bardzo współczuję, bo jeśli nie wierzysz w boga, to nie wiesz, co jest dobre, a co złe”. Do dzisiaj pamiętam, jak to absurdalne zdanie, wypowiedziane przez skądinąd inteligentnego człowieka, wcisnęło mnie w twarde krzesło. Do dzisiaj czuję nacisk nieustępliwego drewna na mięśnie pośladkowe i oblewa mnie nieodmienne, duszące zdumienie. Zdanie to zawiera bowiem kwintesencję „PRowskiego” myślenia o moralności: jeśli w ogóle mówić o moralności, to istnieje tylko jedna! Nasza! ProstackoReligijna! Żadnej innej nie ma i nie było! Dlatego w oczach tak wychowanego katolika każdy ateista jest człowiekiem amoralnym. Moralność „PR” opiera się na prostym założeniu, że moralny człowiek to ten, który ma słuszność. Słuszność zaś ma ten, kto zna prawdę, a prawdę zna ten, kto wierzy w kościół święty i powszechny. Amen.

To bardzo smutne, że środowiska „PR” usiłują przywłaszczyć sobie pojęcie moralności wyraźnie sugerując, że „niePRowiec” moralny być nie potrafi. Co zdumiewające i kuriozalne, twierdzą, że źródłem moralności jest biblia, która, jak wiemy, pełna jest przemocy i niewinnie przelanej krwi, i to z rozkazów bóstwa YHWH. „PRowcy” utrzymują też, że par excellence ikoną moralności jest Karol Wojtyła, znany z tego, że od czasu do czasu kanonizował jakiegoś zbrodniarza, o którego niecnych uczynkach wiedza jest oczywiście skrętnie ukrywana, ale na szczęście od czasu do czasu gdzieś wypływa (poszukajcie na przykład, kim był Józef Anchieta, bardzo święty święty).

Tymczasem moralność, jak dowiadujemy się z poważnych, nie „PRowskich” źródeł, jest podstawą biologicznego istnienia. „Iskający żyją dłużej”, pisze Richard Dawkins, który podaje piękny i powiązany z niniejszym artykułem argument na rzecz tego, że człowiek ma moralność wmontowaną w geny: dlaczego powołując się na biblię jej obrońcy systematycznie omijają najbardziej przerażające fragmenty, chociażby ten o świętym, który dzięki modlitwie do boga spowodował, że czterdzieścioro dzieci zostało rozerwanych przez dzikie psy (naraziły mu się krzycząc, że jest łysy. Zaiste śmiertelna to obraza)? Robimy to, bo bez biblii wiemy, co jest moralne, a co moralnie wątpliwe. Nakazy i zakazy naprawdę nie są do tego potrzebne. Ateiści radzą sobie doskonale bez dekalogu, bo hierarchię wartości mają uwewnętrznioną, a nie zewnętrzną, obwarowaną karami i nagrodami. Ponadto nigdy nie wysyłali na święte podboje swoich wojów i nigdy nie obiecywali zbawienia za zabicie innowierców. Jeśli ktoś w tym miejscu chciałby, wzorem wielu „PRowców” zauważyć, że „Hitler i Stalin byli ateistami”, pragnę zaznaczyć, że Hitler był rzymskim katolikiem, a Stalin owszem, pewnie ateistą, ale z tego co wiem, ani jednego, ani drugiego wojna nie była wojną religijną, a za mordowanie nie obiecywali raju. W ogóle nowoczesne wojny to już zupełnie niereligijny temat, raczej gospodarczy (wykluczam wiadome wypadki na bliskim wschodzie).

Patriotyzm

Jestem zameldowany we wsi, w której mieszkam. Robię zakupy w miejscowych, niedużych sklepikach. Owszem, czasami odwiedzam supermarkety, nawet portugalską Biedronkę, ale dzień w dzień daję zarobić miejscowym właścicielom sklepów. Odprowadzam podatek od każdej zarobionej złotówki do polskiego Urzędu Skarbowego a nie ekwadorskiego, co czyni pewien głoszący jedyną słuszną prawdę poważnie zaburzony bosonogi obywatel. Zależy mi na tym, by rodacy rozwijali się i uczyli. Dlatego w swoich książkach nie dość, że opisuję Polskę przyszłości, to staram się stymulować myślenie, drażnię, spycham czytelnika z utartych torów rozumowania, pytam, co by było, gdyby. Taką postawę uważam za patriotyczną. Ale jestem ateistą.

I tu jest problem, bo dla przedstawiciela opcji „PR” patriotą może być tylko katolik. Słyszymy to nie tylko w radiu Maryja, ale widzimy w niektórych filmach, vide przeokropna „Bitwa Warszawska”, prawdziwy Krzyżowy Product Placement, bo krzyż widać w tym obrazie chyba w każdej scenie – na szczycie kościoła, na biurku, na kobiecym biuście, na męskim torsie, wszędzie, wszędzie, wszędzie. Paradygmat patriota = katolik oparty jest jednak na jakimś dziwacznym założeniu. Przyjrzyjmy się temu bliżej…

Kim jest „patriota”? To chyba ktoś, kto przysparza dobra miejscu, w którym żyje, prawda? Wytwarza zarówno wartość materialną jak i intelektualną aby w danej okolicy ludziom żyło się par excellence i w wielu wymiarach lepiej. Jak w tym rozumieniu tego terminu ma się kościelny patriotyzm? Którzy przedstawiciele kościoła pomnażają dobra materialne gmin, powiatów, kraju? Nic o tym nie wiem. Kościół katolicki jest firmą niepolską lecz watykańską (co stara się kamuflować twierdząc, że „kościół to wspólnota wiernych”) i jako jedyne przedsiębiorstwo w Polsce wszedł do przedszkoli i szkół. Jest to jedyna niepaństwowa firma, która więcej od budżetu dostaje niż oddaje. Wyobraźmy sobie, że producent gazowanego napoju opatrzonego czerwoną etykietą wkracza do przedszkoli tudzież szkół i wmawia dzieciom, że najlepszym napojem na świecie jest wiadomo co i że każdy inny płyn jest zły albo jeszcze gorszy. Wyobraźmy sobie, że w sali sejmowej wisi logo tego napoju, w izbach lekcyjnych także, że codziennie dzwon reklamuje tę właśnie firmę. Uznalibyśmy ją za niezwykle sprytną i pazerną, prawda? Ponadto podejrzewalibyśmy, że musi mieć „haka” na wielu polityków i decydentów, skoro udało jej się tak głęboko wgryźć w trzewia naszego kraju. A teraz wyobraźmy sobie, że piarowcy tej firmy zaczynają wmawiać wszystkim podczas obowiązkowych spotkań z wyznawcami, że firma ta „stoi na straży wartości patriotycznych”. Co byśmy zrobili? Popukali się w czoło oczywiście.

Kościół, według danych historycznych, zawsze dbał przede wszystkim o swoje interesy. Popierał działalność Hitlera gdy to było wygodne, popierał rozbiory Polski, odbierał polskie grunty, nieruchomości i czerpał z tego zyski. Nie ma w tym w sumie wielkiego grzechu – każda międzynarodowa korporacja tak się zachowuje – dba o budżet. Ale żadna, żadna korporacja nie utrzymuje, że tylko ona wie, czym jest dobro kraju, z którego czerpie zyski! No wyobraźmy sobie zagranicznego producenta samochodów, który jest właścicielem setek hektarów naszej ziemi, tysięcy kamienic, prowadzi w naszym kraju politykę, która ma na celu jedynie jego przetrwanie, zatem niejednokrotnie, gdy kraj nasz jest zagrożony, sprawdza, jakie mamy szanse, by sobie poradzić i wtedy od czasu do czasu zmienia polityczną opcję. Trudno to sobie wyobrazić? Ależ nie. I teraz dodajmy do tego, że przedstawiciele tego koncernu zaczynają nagle mówić, że tylko oni wiedzą, czym jest polski patriotyzm.

Przywłaszczenie świąt

Jezus Chrystus urodził się albo w marcu/kwietniu albo we wrześniu/październiku, w grudniu raczej nie. 25 grudnia to dzień zwycięstwa słońca niezwyciężonego, czas przesilenia zimowego, po którym zaczynają wydłużać się dni, święto o wiele starsze od chrześcijaństwa. Wielkanoc wywodzi się z Wielkiej Nocy, święta przejścia (znowu chodzi o długość dni i nocy, tym razem o to, że dni będą dłuższe od nocy), narodzin bogini Asztarte (Easter), bóstwa babilońskiego. Króliczek jest pogańskim symbolem płodności, a jajka malowano już cztery tysiące lat temu, takich danych można by tu podać o wiele więcej, ale ludzie posiadający w tym obszarze wiedzę większą ode mnie zrobili to już w innych tekstach, więc nie będę wszystkiego za nimi powtarzał.

Wszystko było przez wiele lat całkiem okej – ateiści, poganie i chrześcijanie obchodzili te dziwne, synkretyczne święta obdarowując się prezentami bądź dzieląc się nabiałem akceptując ich symbolikę, najczęściej zresztą nie przywiązując do niej nadmiernej wagi. Był to czas spotkań z rodziną, ze znajomymi, nie zawsze zresztą bardzo miły, ale siła przyzwyczajenia zwana tradycją jest silna i jakoś to sobie grało. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek komukolwiek wypominał „jesteś ateistą, więc dlaczego obchodzisz NASZE święta?” A teraz coraz częściej się to zdarza. Słyszę to zarówno podczas zwykłych rozmów jak i w internetowych dyskusjach. I robi mi się coraz bardziej nieswojo, bo po pierwsze zaczynam czuć presję, a po drugie widzę mur rosnący między ateistami i ludźmi spod znaku „PR”, który, jeśli wyrośnie zbyt wysoko, spowoduje, że ateiści ubierający choinkę czy obchodzący święta Wielkiej Nocy, staną się celem drwin. Czuję się źle też dlatego, że PRowskie zarzuty świadczą o kompletnym braku wiedzy, a to niedobrze gdy naród głupieje zamiast się edukować.

Drogi „PRowcu”. Poczytaj, skąd się wzięły Twoje obyczaje tudzież święta i przestań, proszę Cię pięknie, obstawać na stanowisku, że Ty i Twoja firma jesteście jedynymi posiadaczami onych. Nie jesteście. Kościół na przestrzeni wieków przywłaszczył sobie rozmaite niechrześcijańskie zwyczaje i święta, aktywnie zatarł ich pierwotne historyczne ślady, stworzył nowe zasady swojego RPG, a teraz usiłuje szczuć swoimi niedouczonymi wyznawcami tych, którzy święta obchodzą siłą tradycji, przyzwyczajenia i te pe.

Tak, jestem ateistą i w czasie grudniowych świąt stoi u mnie choinka, szesnastowieczny wynalazek alzacki, nie betlejemski. Wiszą na niej bombki, które można interpretować jako rajskie jabłka, chociaż ja wolę je interpretować jako bombki. Oświetlają ją lampki, które, owszem, mogą odpędzać złe duchy (wynalazek bardzo chrześcijański), ale mogą też po prostu ładnie wyglądać. Dzielę się z bliskimi czymś przypominającym opłatek (nie przyjmujemy w domu kościelnego), na pierwszy rzut oka rzeczą chrześcijańską, wprowadzoną w XVIII wieku, de facto jednak placki ofiarne znane były na długo przed przybyciem Chrystusa, zaś w zwyczajach słowiańskich, także przedchrześcijańskich, popularne było dzielenie się chlebem dla odnawiania pobratymstwa. Czyż nie miło jest raz do roku (albo i częściej) zajrzeć w oczy żonie, dzieciom i zapewnić ich o trosce i miłości? Co, ateiście nie wolno? Mam nadzieję, że poganie nie mają mi za złe, że odprawiam ich rytuał, prawda drodzy bracia?

Czy ateiście wypada uczestniczyć w rytuałach wywodzących się z magicznych lub religijnych wierzeń? Oczywiście, bo duchowość jest także domeną ateistów. Niejeden człowiek spod znaku „A” lubi symbolikę, mistycyzm i refleksję z nimi związaną. To wszystko jest przecież arcyludzkie, o czym pisał chociażby C. G. Jung, nieodmiennie zafascynowany symboliką religijną, choć zawsze badający ją z punktu widzenia psychologa, nie duchownego.

Duchowość

Gdy ateista wykrzyknie „O mój boże!”, niejeden „PRowiec” krzyknie w ślad za nim: „A ty co Boga wzywasz? Przecież jesteś ateistą!” Słowo „bóg” też powoli zaczyna być zagarniane przez siły Prostackiej Religijności. Jeśli ateista zaczyna mówić o bogu, to wkracza na nieswoje terytorium. Coraz częściej się tak czuję w rozmowach z osobami spod znaku „PR”. Tymczasem słowo „bóg” jest zawarte w licznych idiomach („Jak bóg da”) czy wykrzyknikach typu „Niech mnie pan bóg chroni!” i trudno się od nich uwolnić, niełatwo też na siłę zmieniać te słowne zbitki („Jak los da”? „Niech mnie okoliczności mają w opiece”?).

Ateista z reguły nie jest człowiekiem pozbawionym czegoś, co z braku lepszego słowa nazwę duchowością. Co prawda zastępuje wiarę ciekawością, ufność dociekliwością, a jego wyobrażenia na temat „życia po życiu” ulegają nieustającym przeobrażeniom w zależności od tego, jakie rewelacje ogłoszą fizycy zajmujący się mechaniką kwantową, jednak sama wiedza o tym, jak skonstruowana jest materia, wiedza o jedenastu wymiarach, teoriach hologramów, teorii strun tudzież teorii zunifikowanego pola same z siebie powodują, że powstają pytania o kształt rzeczywistości, który wydaje się być zupełnie czymś innym niż mechanicznym, pozbawionym żywej myśli konstruktem. Obecnie mówi się, że nie da się oderwać przedmiotu od podmiotu, obserwatora od obiektu obserwowanego, coraz mocniej podkreśla się, że w jakiś sposób stwarzamy rzeczywistość obserwując ją. Filozofia, pytania o naturę otaczającego nas świata, nawet metafizyka, jest domeną także ateistów. Ateista potrafi sobie z tarota powróżyć, poezję poczytać, a czasami nawet zapytać, gdzie jesteś, boże? Obszar religii nie jest ateiście obcy, to nie jest teren ogrodzony drutami kolczastymi. W dorosłym życiu przeczytałem cztery ewangelie. Dokładnie, ze zrozumieniem i nawet przeżyciem. Jestem skłonny twierdzić, że znam wiele fragmentów, których nie znają przeciętni katolicy (bo wykraczają poza utarty kanon). Czytałem bardzo obszerne fragmenty Starego Testamentu, nie tylko te o Ezechielu i jego widzeniu, czytałem sporo Koranu, Mahabharaty, poznałem mitologię grecką, nordycką, hinduską. Nie powiem, żebym wszystko teraz pamiętał, ale zapoznawałem się ze źródłami z wielkim zainteresowaniem. Bo to są ciekawe rzeczy.

I o ile odrzucałem (podobnie jak co bardziej światli katolicy) ideę surowego starucha obserwującego mnie z chmurki i karzącego za najmniejszy błąd, nieobce są mi dywagacje natury teologicznej, bo nawet Einstein chciał zrozumieć zamysły „staruszka” (tak nazywał boga). Ja w „staruszka” nie wierzę i wątpię w jego istnienie, bo gdyby był, wszechświat byłby niesymetryczny, nieelegancki, a boga stworzyciela musiałby skonstruować inny demiurg, który także musiałby być stworzony, więc pojawia się problem nieskończonego koła stworzenia, które choć samo z siebie fascynujące z punktu widzenia filozoficznego, w tym kontekście stanowi, jak mi się wydaje, sygnał błędu w rozumowaniu. Idea samostwarzającego się i samoobserwującego świata jest niemniej fascynująca, a przy okazji symetryczna, bardziej elegancka, ponadto stawiająca nas, obserwatorów, niejako w pozycji boskiej. Są to ciekawe rozważania, nieprawdaż? Prowadzone przez ateistę. Ale że nie o nich jest ten artykuł, postawię tutaj kropkę i być może opiszę te rozmyślania w innym miejscu.

Tymczasem proszę pt. „PRowców”: niech Wam się nie wydaje, że o bogu mogą mówić tylko Wam podobni. Porzućcie błędne mniemanie, że teren religii jest zastrzeżony tylko dla Was, że to „Wasz ogródek”. Nie jest Wasz. Mam wrażenie, że o wiele więcej ciekawych rzeczy na temat boga powiedzieli fizycy niż piewcy jedynej słusznej księgi. Religia to część kultury. Czasami trochę mroczna, czasami niedorzeczna, paradoksalna i sprzeczna, ale przez to fascynująca i przede wszystkim dostępna ogólnie, dla każdego, a nie tylko wybranych.

Reasumując

Bóg wyznawców prostackiej odmiany religii jest istotą dokonującą idiotycznych wyborów odnośnie tego, komu pomóc, komu nie, „PRowcy” usłużnie słuchają, co im wolno, czego nie wolno i mają kłopoty z samodzielnym myśleniem, żyją w przekonaniu, że tylko oni wiedzą, czym jest moralność i patriotyzm, przywłaszczają sobie święta zaś duchowość utożsamiają z nurtem „PR”.

Smutny obraz, prawda? Czy nie przeraża Was, że to coś wymorfowało się w zasadzie niedawno, w XXI wieku? Co się stało? Dlaczego tak się stało? Czy to owoc działalności Karola Wojtyły, który ukształtował teraz już dorosłe pokolenie „JP”? Czy dołożyło do tego swój kamyczek znane wszystkim toruńskie radio? Może dodali pięć groszy niektórzy konserwatywni i niedouczeni politycy? Dziennikarze? Trybuni?

Wszyscy jesteśmy winni. Ja też. Bo zbyt długo milczałem.

Ale dosyć tego. Artykuł ten powstał nie po to, by „wsadzać kij w mrowisko”, nie po to, by skłócać, czy wzbudzać sensację. Nie chcę dłużej biernie patrzeć, jak głupota wygrywa ze zdrowym rozsądkiem Polaków. Dosyć tego. Ateiści i katolicy mogą bardzo sensownie rozmawiać. O ile z tego równania wykluczy się zmienną „PR”.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)