Archiwum kategorii ‘Bez kategorii’

W sprawie pisarsko-finansowej, czyli swobodne komentowanie tego, co napisała pani Kaja Malanowska

sobota, 15 Marzec 2014

Nie cierpię brać udziału w publicznych debatach związanych z popularnymi tematami. Mam wrażenie, że, gdybym to zrobił, uczestniczyłbym w jakiejś paskudnej zbiorowej syntonii i że to by mnie w jakiś sposób zbrukało. Być może zauważyłeś, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko, że jak dotąd nie zdarzyło mi się pitolić na tematy, co do których pitolą wszyscy dookoła i na okrągło (zresztą często załatwiając przy tym własne, partykularne interesy, tak, to bardzo ludzkie). Taką mam zasadę – wynikającą, co powyżej wzmiankowałem – z organicznego obrzydzenia do tłumnego komentowania.

Tym razem postanowiłem złamać antypitolną zasadę, bo za dużo ludzie pitolą i to, wbrew temu, co jest zazwyczaj – pitolą nie do końca z sensem. Jakby dobrze pitolili, co zwykle się zdarza (mimo, że załatwiają przy okazji swoje sprawy), od pitolenia własnoręcznie bym się powstrzymał.

A tak i ja popitolę.

Odniosę się bezpośrednio do źródła, czyli tekstu pani Kai Malanowskiej, nie tego facebookowego, ale drugiego. Będzie cytat i komentarz, cytat i komentarz, żeby było wiadomo, że a: przeczytałem, b: odnoszę się do tego, co jest, a nie do tego, czego nie ma (odnoszenie się do tego, czego nie ma, jest częstym grzechem pitolących z mniejszym sensem). Zaznaczę od razu, że pomijam kontekst, jakim jest książka pani Malanowskiej, a robię to z rozmysłem, bo moim zdaniem dyskusje rozgorzały nie wokół jej dzieła, ale wypowiedzi. Dzieło omijam szerokim łukiem, bo zajrzałem i szybko zamknąłem oczy nie chcąc się infekować, jak na mój gust, zbyt… nietypowym stylem.

„Trzy dni temu dostałam rozliczenie za sprzedaż książek: tysiąc sto złotych. Razem z pieniędzmi, które przyszły pół roku wcześniej, wyszło mniej więcej siedem tysięcy w skali rocznej. Myślałam, że się popłaczę.”

W ciągu ośmiu lat sprzedaży sagi „Gamedec” zarobiłem na niej około 8 000 zł. Potem, po przejściu do Fabryki Słów, zrobiło się lepiej, po zawiązaniu współpracy z cdp.pl jeszcze lepiej, ale nie powiem, żeby to były jakieś spektakularne zmiany na lepsze. Wciąż jestem kopciuchem czekającym na księcia z bajki. Zainwestowałem w Gamedeca około 80 000 – 90 000 PLN. Dlaczego wydałem tyle pieniędzy? Bo jestem szalonym wizjonerem.

Też się zdziwiłem (dawno temu), że pisarz zarabia tak mało. No i że to około złotówki od sprzedanego tomu (Mowa o książkach papierowych. W przypadku ebooków w cdp.pl jest lepiej). Jedyna różnica między mną i panią Malanowską jest taka, że nie płakałem. A nie tam, kłamię. Też płakałem. Pewnie, że tak. Kto by nie płakał? Chyba tylko ktoś bez serca, a pisarz z zasady serce powinien mieć (w tym ujęciu pan George Martin nie jest pisarzem, bo nie ma serca). Było mi smutno i to nie raz, nie raz, w zasadzie żyję w goryczy nieustająco i wciąż borykam się z przygniatającym poczuciem przegranej.

„Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy.”

Ja piszę książkę mniej więcej dwa lata. Może dlatego, że muszę jeszcze zarabiać, a więc czas na pisanie się rozciąga. Ale „CEO Slayera” napisałem szybciej. W sumie nie pamiętam, ile mi to zajęło.

„Wojciech Orliński dał mi dobrą radę: „Jak ktoś chce się jako-tako utrzymać ze stukania w literki, to musi pisać szybciej i negocjować dobre umowy (…). Sam napisałem książkę (…) w trzy miesiące”. A Jakub Żulczyk wystosował dłuższy komentarz. „Nie lubię mazgajenia – pisał. – Uważam je za nieeleganckie. (…) [Niskie honoraria] to nie tylko kwestia rynku czytelniczego, pani Kaju, ale także tego, u jakiego wydaje się wydawcy, jaką ma się z nim umowę, ile energii i realnych środków ów wydawca wkłada w wypromowanie książki; to również kwestia tego, czy ma się agenta, jakie stawki ów agent negocjuje. Pani Kaju, proszę się, kurwa, nie mazgaić, i nie kompromitować naszego zawodu”.

Badania naukowe na temat tego, który tytuł zyskuje popularność (były takie przeprowadzone) dowodzą, że o wysokości sprzedaży tego, a nie innego dzieła decyduje… przypadek. Nie ma on nic wspólnego z jakością tekstu (wykluczam książki zupełnie złe, które jednakowoż rzadko są drukowane), ma trochę wspólnego z wydawnictwem i jego wiernymi czytelnikami, którzy kupią niemal wszystko, co do wydawnictwo wyda (niemal, nie wszystko). Propozycja, by szybciej pisać jest tego rodzaju, że jej nie skomentuję (Chyba, że to był żart. Jeśli tak, to ha, ha), co do mazgajenia – każdy człowiek ma prawo wyrażać swoje uczucia tak jak chce, a że ktoś tego nie lubi – jego sprawa. Umowy z wydawnictwami – nie wiem nic o tym, żeby były jakieś umowy korzystne, wszystkie dają gro pieniędzy wydawcom (nie mówię tutaj o zyskach ze sprzedaży). Nie rozumiem słowa „kompromitacja”. Nigdy go nie rozumiałem. Ludzie się zachowują, jak się zachowują, czasami są nadzy, czasami śmieszni, czasami gniewni, po prostu tacy są.

„Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego pisarz nie powinien narzekać na niskie zarobki?”

Otóż właśnie. Dlaczego nie? Lekarze narzekali, nauczyciele narzekali, a i jedni i drudzy należą do budżetówki i w dużej mierze odwalają chałturę (nie wszyscy, ale mam wrażenie, że większość, co w sumie nie jest żadnym zaskoczeniem, to krzywa Gaussa). Ponarzekać można, bo jest na co.

„Wysokość pensji to informacja o tym, na ile pracodawca ceni sobie nasz wysiłek. A pracodawcą pisarza są jego czytelnicy.”

Tego zdania nie rozumiem. W przypadku pisarstwa autor zatrudnia sam siebie (sort of), znaczy – mówi: „Napiszę „CEO Slayera”, a ile na tym zarobię – los pokaże”. Czytelnicy nie są pracodawcą pisarza moim zdaniem. To ewentualni odbiorcy jego pracy, oczywiście staną się odbiorcami po tym, gdy kupią książkę. W tym sensie pisarz powinien zdawać sobie sprawę z ryzyka: „Poświęcę dwa lata życia na pisanie powieści. Bez gwarancji, że przyniesie to jakikolwiek wymierny (finansowy) owoc poza satysfakcją.”

„Zrobiło mi się bardzo przykro, bo siedem tysięcy rocznie przekłada się na konkretną liczbę czytelników.”

Żal w pełni zrozumiały. Jak się człowiek narobi, to chciałby, żeby był efekt, czyli chciałby sławy. Popularności. Nie znam pisarzy, którzy tego by nie pragnęli.

„Większość osób trudniących się piórem potrzebuje uznania, żeby móc dalej pracować. Tych, którzy mieli na tyle dużo wiary i silnej woli, żeby przez całe życie pisać do szuflady, można zliczyć na palcach jednej ręki, cofając się o całe stulecia w przeszłość. Uznanie może przybierać formę prestiżowej nagrody, dobrych recenzji w gazetach czy wysokiej zaliczki od wydawnictwa, ale przede wszystkim mierzy się liczbą zainteresowanych czytelników.”

Zgoda na to. Odrobina prywaty: ja dorobiłem się świetnych recenzji i wąskiego grona wysokiej klasy czytelników, takim się w każdym razie karmię wrażeniem. Nie jestem pewien, czy wolę to od szerokiego grona średniej klasy czytelników… Niby to drugie jest gorsze, takie mniej ekskluzywne i bardziej przyziemne, ale cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ma we mnie przyziemnej natury… Nie dorobiłem się ani nagród ani nominacji. Może zyskam sławę po śmierci.

„Naprawdę nie pojmuję, dlaczego wyrażanie frustracji i kwestionowanie sensu dalszej działalności zawodowej w obliczu braku odbiorców miałoby być akurat w przypadku pisarza czymś wyjątkowo wstydliwym i nie na miejscu?”

Też nie rozumiem. Trzecie prawo asertywności (albo i nie trzecie, w sumie jest ich dwanaście i rzadko pamiętam, które jest które) mówi: „Masz prawo wyrażać swoje uczucia”. Z uczuciami niewiele da się zrobić – stłumić – zły pomysł, wyprzeć – jeszcze gorszy. Wysublimować – trudne. Wyrazić – najprostsze i najhigieniczniejsze.

„Prawda jednak wygląda tak, że ostatnia z nich [książka] miała dobre recenzje i otrzymała nominacje do dwóch ważnych nagród. A to oznacza, że w niemal czterdziestomilionowym państwie na polecaną przez specjalistów książkę miało ochotę zerknąć tylko trzy tysiące osób.”

Przyglądam się rynkowi księgarskiemu od dziesięciu lat i widziałem dziesiątki tytułów, które otrzymywały znakomite recenzje, a potem ślad po nich ginął. Widziałem też książki, które recenzje miały średnie, a nagrody otrzymywały. Świat tworzony przez konglomerat promocyjno-czytelniczo-recenzencko-wydawniczo-księgarsko-dystrybucyjno-autorski jest stuprocentowo niesprawiedliwy i niesymetryczny. Czytelnicy zakochają się w jakimś autorze i pominą innego, czasami lepszego. Przyzwyczajeni do danego nazwiska, pozwolą, by inne uleciało w dal. Wydawnictwa rozreklamują nie tytuł świetny, ale ten, który w ich mniemaniu dobrze się sprzeda, recenzenci ocenią dobrze książkę czasami po prostu bełkotliwą – dadzą pięć gwiazdek, bo wstyd będzie im się przyznać, że niczego nie zrozumieli. Dystrybutorzy – niewidzialna ręka księgarskiego świata – zadecydują, która książka danego wydawnictwa wejdzie na półki księgarskie, a która nie. To tylko pośrednicy, ale panoszą się okrutnie i – z tego, co wiem – świetnie zarabiają na tym pośrednictwie. W sumie mało o nich wiem (za mało) i być może nie do końca rozumiem ich modus operandi. Dla księgarza książki są jak pomidory – świeże? Bierzemy. Nieświeże? Oddajemy. Nic go nie obchodzi jakość dzieła, liczy się tylko i wyłącznie jego wartość konsumpcyjna – to, jak dobrze się sprzeda. W tym ujęciu księgarz jest zwykłym sklepikarzem nieznającym swojego towaru, w sumie obojętnym na cały ten kulturowy zgiełk. Co do autorów – nie jest tajemnicą, że są wśród nich po prostu koledzy i koleżanki, którzy w sposób całkiem jawny promują się nawzajem, tworzą przymierza i kręgi wsparcia. W wywiadach, na facebooku i w innych możliwych miejscach zachwalać będą kupli i kumpelki w imię jakoś tam pojętej solidarności, w imię walki o popularność, w imię tego, by nie zapaść się w czerni zapomnienia. Jest to w sumie zrozumiałe. Czy to ładne i sprawiedliwe wobec tych, którzy kumpli nie mają? A kto by się nad tym zastanawiał. Jak ktoś nie ma kumpli, to pewnie kiepsko pisze. Znam jednego takiego autora, którego nikt lub prawie nikt prywatnie nie lubi. Ja też nie. Ale podobno tworzy on całkiem niezłe książki. Lecz, z tego, co zauważyłem, nie ma to ostatnio żadnego znaczenia. Nie ma nominacji, nie ma nagród, nikt o nim nie wspomina. Bo się naraził, łapserdak. Zresztą, co ja się tutaj wymoralniam. Sam swego czasu, z wyżej wspomnianych powodów, zaproponowałem swoisty „sojusz” koledze po piórze. Niewiele się po tej propozycji zmieniło, może dlatego, że nie było zbyt wiele okazji, może z tego powodu, że jakoś obaj czujemy, że to by było zbyt nachalne, faktem jednak jest, że to zrobiłem.

I co, wracając do tematu? Czy to wszystko tworzy jakiekolwiek sensowne środowisko, które miałoby szanse wynosić wartościowe dzieła? Śmiem wątpić. To nie platońska akademia. To groch z kapustą, misz-masz, kotłujący się gar zależności, bulgocący konglomerat wielu wektorów sił, przyczyn i skutków, który czasem wystrzeli jakimś „hitem”.

„Bez wątpienia, gdybym zatrudniała dobrego agenta albo w ogóle jakiegoś agenta, który zadbałby o reklamę i pilnował, czy moje powieści są stale dostępne w Empikach […]”

W Empikach są te książki, za które wydawnictwa Empikowi zapłacą. W Empiku nie ma niczego, za co się nie zapłaciło. Agent musiałby mieć nie tylko „gadane” ale i pieniądze.

„A jednak poza brakiem dobrych nawyków powodem kryzysu są również ceny, szokująco wysokie w stosunku do zarobków.”

To jest prawda. Książki są drogie. Za drogie. I błagam – bez argumentów z piwem. Pijam ten napój rzadko i nie stanowi dla mnie żadnego przelicznika. Zwłaszcza dziesięć piw, które musiałbym wypić, żeby zrównoważyć cenę jednej książki. Już po trzech jestem mocno wstawiony.

„Nie ma funduszy na organizowanie spotkań i dyskusji literackich, zakup nowych książek, a nawet na konserwację już istniejących zbiorów.”

Ciekawe. W takim razie fantastyka jest wyjątkiem, bo organizatorzy konwentów nieodpłatnie tworzą rewelacyjne spotkania. Ale rozumiem punkt widzenia autorki.

„Tymczasem rząd nie wydaje się zaniepokojony tą sytuacją. Podobnie jak Wojciech Orliński i Jakub Żulczyk stoi na stanowisku, iż literatura jest jedynie towarem, który powinien podlegać tym samym mechanizmom ekonomicznym co ziemniaki, ubrania czy samochody.”

Tu jest problem. Czy książka powinna być traktowana jak każdy inny towar?

„Jeśli wydawnictwa, a wraz z nimi pisarze, nie są w stanie utrzymać się ze sprzedaży – zostaną wyeliminowane. Podobnie jak teatry, ośrodki kultury i nieprzynoszące zysku kierunki studiów. Sorry, taki mamy rynek…”

No tak, celny strzał. Mechanizm wolnego rynku nie jest dobrym pomysłem na sztukę. I w ogóle nie wiem, skąd się wzięło przekonanie, że wolny rynek jest dobrym rozwiązaniem. Robert Graves w książce “Ja, Klaudiusz” opisuje głód w Egipcie, który został wywołany sztucznie przez kupców, którzy wykorzystywali to, że były słabe zbiory. Spichrze były pełne (poprzednie lata dały dobre plony), ale dozowano z nich ziarno utrzymując wysoką cenę. Porządek przywrócił Germanik przyjeżdżając do Egiptu i zakazując podłych wolnorynkowych praktyk. Ten jeden przykład pokazuje, że jeśli w obszarze „wolnego rynku” nie pojawi się ktoś noszący w sobie zbitkę składającą się z poczucia sprawiedliwości i władzy, to wolny rynek dopuści się niejednego wykroczenia przeciwko ludzkości, w służbie pieniądza oczywiście. Generalnie to, co wyczynia w dzisiejszych czasach ta siła, woła o pomstę do nieba i dziwię się, dlaczego niektórzy inteligentni ludzie wciąż jeszcze ją wspierają. Być może działa tutaj jakaś inercja połączona z niechęcią do czasów „komunistycznych” (których de facto nigdy nigdzie nie było).

Wysoka sztuka nigdy nie będzie miała wielkiego odbioru, a więc na siebie nie bardzo zarobi, zatem wolny rynek wcale jej nie sprzyja, to proste. Jak się gawiedzi nie powie mocno a dobitnie: „Słowacki wielkim poetą był”, to gawiedź tego wiedzieć nie będzie. Wrzućmy Norwida, Leśmiana i Tuwima na wolny rynek. I zobaczmy, jak „dzieło się broni”. Historia zna dziesiątki twórców docenionych po śmierci. Za dużo ich było, żeby tolerować taki stan. To, że docenia się tak zwanych ambitnych pisarzy jest dowodem w zasadzie na nic. Hemingway mówił, że sławy znane i uznane za życia są wynikiem reklamy i promocji. Pisarz ścigać się powinien z tymi, którzy już nie żyją, bo ich sława nie jest napompowana. Oczywiście cytowałem z pamięci. Warto w tym miejscu przypomnieć to, o czym pisałem wyżej. Popularność nawet czegoś wyższego jest wciąż efektem działania przypadku, ewentualnie zbieżności zapotrzebowania tak zwanego rynku z tematem dzieła. Dla przykładu, wiadomo, że Polacy chętniej przeczytają ambitną powieść traktującą o Polakach i ich tożsamości niż arcyambitny i o niebo lepszy tekst o Zulusach i ich narodowościowych problemach. Ergo nawet coś lepszego, ale niezbieżnego z „zapotrzebowaniem rynku” może zostać przemilczane i pominięte. Czy to sprawiedliwe w stosunku do sztuki? No nie. Jak historia oceni społeczeństwo, które wynosi przypadkowych twórców, czasem lepszych, czasem gorszych, dając się sterować mechanizmami mód, wolnych rynków, promocji i te pe, zamiast sprawiedliwie doceniać najlepszych z najlepszych? Co o takim społeczeństwie napiszą historycy przyszłości?  Że było głupie i sterowalne. Niewarte tych wybitnych postaci, których nie doceniło.

Przeczytałem do końca artykuł pani Mai i nie wiem w sumie, o czym tu mówić. Rozumiem punkt widzenia autorki i w sumie się z nim zgadzam.

Zdaje się, że zaczęto w związku z tym tekstem zapytywać, czy pisarz powinien być dotowany. Ba. Kimże jestem, by o tym wyrokować? Znam (z nazwiska) pisarzy, którzy stypendia od ministerstwa czegośtam otrzymywali i to nie raz. Zastanawiałem się nawet, jak to zrobili, ale działać w tym kierunku mi się nie chciało. Jakby dawali – to bym wziął, tak, wziąłbym i szczęśliwie, w spokoju, pisał kolejną książkę. Ale żeby się starać? Jak? Gdzie? Nie mam na to czasu, cierpliwości, złość mnie ogarnia na myśl, że miałbym gdzieś wystawać z podaniami. Niech się w dupę całują.

Zatem dotować, czy nie? Odpowiedź wydaje się prosta: dobrych pisarzy – tak, bo zasługują na mecenat, a wysoką sztukę należy wspierać. Sęk w tym, że kto ma, do diabła, oceniać, co wysoką sztuką jest, a co nie? Kto?

No kto?

Tytułów wydawanych rokrocznie są setki. Zatem musiałby to robić ktoś wrażliwy i czytający absolutnie wszystko. Ale któż o wyrobionej wrażliwości zatrudnia się w ministerstwie? Niebezpieczne pytanie, prawda? I czy ktokolwiek tam cokolwiek czyta? Fantastyki nie czytają tam na pewno, ale to dygresja. Zatem co? Dotować wszystkich bez wyjątku? Tych, których ktokolwiek zdecyduje się wydać w jakimś sensownym nakładzie? W końcu w wydawnictwach siedzą niegłupi ludzie i jakoś tam odsiewają ziarna od plew, prawda?

„Nie bądź człowiekiem, godzi się napoić poetę”, powiedział bobołak, czy jakiś inny stwór u Sapkowskiego nakłaniając kolegę – kupca, by nieodpłatnie dał piwa Jaskrowi cierpiącemu z powodu olbrzymiego kaca.

Godzi się.

No jak nie, jak tak. Sztukę i jej piewców godzi się doceniać, dotować, stypendiować, subsydiować, wspierać, pieścić i masować.

Ale, niestety, chyba jeszcze nie w tej bajce.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Speed Racer

piątek, 31 Sierpień 2012

Od dawna chciałem napisać o Januszu Chriście, Jerzym Wróblewskim, serii Slaine i ciągle tego nie robię. Obiecuję jednak, że krok po kroku nadrobię te zaległości i zacznę od filmu, który nie wszystkim jest znany, a szkoda. Chodzi o „Speed Racera” braci Wachowskich.

Speed Racer

Speed Racer

To teoretycznie obraz dla dzieci. Niebywale przesycony kolorami, dla leniwych z polskim dubbingiem, jest tam śmieszny gruby brat głównego bohatera, inteligentny i zabawny szympans, mnóstwo fajerwerków wizualnych, spora dawka humoru i komiksowe uproszczenia jeśli chodzi o bohaterów filmu (w sumie nic dziwnego, film powstał na podstawie japońskiego komiksu).

Jednak praktycznie jest to rzecz dla każdego myślącego człowieka, o ile jest w stanie stolerować sekwencje wyścigów, podczas których podziwiać można dynamiczne zdjęcia, szybkie reakcje bohaterów i niewiele poza tym. Ja nie tylko toleruję te sceny, ale nawet bardzo je lubię (doszukując się tam, jak zwykle, głębszych treści, bo jest jakaś filozofia tego typu sekwencji) dlatego „Speed Racera” kupuję z dobrodziejstwem całego inwentarza.

Lubię ten film także z innego, dużo ważniejszego powodu: Wachowscy, zgodnie ze swoją linią programową, przemycają w tej bajce dla dzieci bardzo ważną, podstawową, można powiedzieć, myśl: czy jeden człowiek jest w stanie cokolwiek zmienić w świecie rządzonym przez korporacje? Czy szczera pasja, miłość do wyścigów ma jakiekolwiek szanse w starciu z ideologią zysków i strat? Co może zrobić tytułowy Speed Racer poza jednostkowym, opłaconym wieloma cierpieniami, zwycięstwem w Grand Prix (napisałem, że film jest o futurystycznych wyścigach samochodowych?)?

Autorzy filmu zestawiają te dwie, jakby niestykające się koncepcje. Ideę pasji i talentu oraz świat ekonomicznego rachunku i wielkiej finansjery. I w jakiś magiczny sposób dowodzą, że jednak warto być człowiekiem i kochać to, co się robi. Nie warto natomiast dawać się wewnętrznie korumpować systemowi, bo on po prostu zabija w nas człowieka, to, co najbardziej ludzkie.

O tym, że otacza nas kryzys wartości, przekonałem się oglądając jedną z kluczowych scen tego filmu. Cytując z pamięci, Speed Racer pyta Racera X (to świetny kierowca, jego partner w filmie): „Myślisz, że dzięki nam wyścigi się zmienią?”. Dobre pytanie, myślę sobie, przecież wiadomo, że nie. Co odpowiada Racer X? „Nie ważne, czy my zmienimy wyścigi. Ważne jest to, czy one będą zmieniały nas.”. I jak zwykle bracia Wachowscy rozłożyli mnie na łopatki. Ależ tak!, pomyślałem, ależ tak! Przecież ważne jest uniwersum wewnętrzne, nie zewnętrzne, ważny jest rozwój, osobowość, to, co mamy w sobie. Tym czymś promieniujemy na zewnątrz i – ewentualnie – zmieniamy innych.

„Speed Racer” to, w moim odczuciu, ważny film. Nie tylko dlatego, że strategię pozyskiwania klienta przez pana Royaltona pokazuję na szkoleniach sprzedażowych prezentując genialne posunięcia komunikacyjne, nie tylko z powodu zjawiskowej, unikalnej scenografii, ale z tego powodu, że przypomina o czymś, co zawsze mamy przy sobie, ale często o tym zapominamy.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Piekło

niedziela, 19 Wrzesień 2010
***
Są ludzie, którzy wiecznie czekają. Czekają na szczęście rodzinne, na uznanie ze strony przyjaciół lub znawców, na sukces, pieniądze, święty spokój, miłość, szaleństwo, niektórzy czekają, aż uda im się skonstruować wynalazek życia, są tacy, którzy mają nadzieję na schudnięcie / przytycie (tak, są tacy), ewentualnie na wejście na rynek cudownego kremu likwidującego zmarszczki. Potrzeby człowieka, w sposób naturalny sprzęgnięte z jego marzeniami, stanowią główne ognisko motywacji. To dlatego, że ktoś czegoś potrzebuje, że o czymś marzy, w ogóle chce mu się wstawać rano z łóżka. Bo wciąż czeka. Problem pojawia się wtedy, gdy tęsknota trwa za długo, jest zbyt bolesna, kiedy czekanie przyciąga czarne chmury i świat przybiera barwy popiołu. Bo nic już się nie liczy, nic nie jest ważne, tylko czekanie.
.
Znam starego człowieka, który odkąd pamiętam, marzył o rodzinie wielopokoleniowej, w której byłby nestorem. Doczekał się dzieci, nawet wnuków. Ale że miał ciężki charakter, w pewnym momencie wszyscy się od niego odwrócili. Wciąż żyje i wciąż wypatruje oczy, coraz bardziej zgorzkniały, coraz odleglejszy od powszechnie akceptowalnej normy.
.
Znam starą kobietę, która marzyła o rodzinnym szczęściu, o tym, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby się kochali: rodzeństwo, rodzice, dzieci, młodzi i starzy. Przez rodzinne animozje, niemożliwe do załagodzenia konflikty, niezgodności charakterów, jej wyczekiwanie wciąż się przedłuża. I prawdopodobnie nie znajdzie zadośćuczynienia.
.
Znam dzieci, które marzą o wiecznej zabawie, o niekończących się atrakcjach, o radości trwającej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ich marzenia zawsze kończą się płaczem, bo z końcem dnia energia siada, pojawia się zmęczenie, a za nim czysto organiczny smutek i rozczarowanie.
.
Znam człowieka, który czeka na uznanie czytelników, na popularność i sławę, wydaje kolejne książki i dziwi się, dlaczego wciąż jest tak mało rozpoznawalny. I cierpi.
.
Kiedy o tym rozmyślałem spacerując pośród chotomowskich łąk, przypomniałem sobie przysłowie o piekle: to miejsce, w którym karą jest CZEKANIE. Wpadła mi wtedy do głowy przewrotna myśl: NASZ ŚWIAT JEST PIEKŁEM, tylko nikt nam o tym nie powiedział. I w sumie chyba słusznie, bo po co psuć niespodziankę. Piekłem są powszechne tęsknoty, niezrealizowane potrzeby, nieukojone oczekiwania. Chcę mieć telewizor 3D, konsolę PS3, lepszy laptop, większy samochód, chcę być kochany, uznany, popularny, sławny, nagradzany, potrzeby piętrzą się, marzenia nas przygniatają, ciągle czekamy.
.
Jest wiele biografii ludzi, którzy się nie doczekali. Czekanie złamało im życie, naznaczyło szarym piętnem. Czy warto tęsknić, jeśli nasze pragnienia mogą nigdy się nie spełnić? Czy czekalibyśmy znając przyszłość? Może lepiej zacząć cieszyć się chwilą obecną, tym, co jest tu i teraz, nawet przemijaniem? Czy nie mają racji buddyści, że potrzeby i tęsknoty są więzieniem duszy? Z pewnością ich sposób myślenia jest jakimś rozwiązaniem, ale gdyby realnie ktoś pozbawił się potrzeb, czy by się rozwijał?
VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)