Archiwum z Luty 2013

Znawcy

niedziela, 17 Luty 2013
Jeremy Irons - Margin Call

Jeremy Irons - Margin Call

Ilekroć na forum publicznym zdarzy mi się narzekać na dzisiejsze czasy, zaraz znajdują się całkiem życzliwi dyskutanci, którzy udowadniają dwie rzeczy: nie znam się na ekonomii i nie mam pojęcia, czym jest kapitalizm. Szczerze mówiąc nie ma czego udowadniać, bo ja to wiem (znaczy wiem, że nie wiem). Niestety, dyskutanci owi zawsze jakoś omijają sedno moich wypowiedzi, które dotyczy tego, że nastały czasy nieprzyzwoite, albo po prostu barbarzyńskie.

Może zresztą czasy zawsze takie były i nie należy za nie winić systemów, tylko samą naturę człowieka. Oraz naturę pieniądza.

Ale skoro tak, to ustawmy rzeczy sprawiedliwie. W erze mojej młodości, gdy ktoś powiedział, że mamy komunizm, drugi ktoś, zazwyczaj lepiej poinformowany i wykształcony, odpowiadał, że to nie żaden komunizm tylko jakaś tam forma socjalizmu, nie będę tutaj wchodził w szczegóły, chodzi o to, że według oświeconych komunizm to nie był. Jednak był czy nie był, najpiękniej nasz kraj wtedy nie wyglądał, a żartobliwa „japońska” nazwa sklepu mięsnego „Nagie haki” nie wzięła się znikąd. I choćby wtedy znalazło się dwóch czy trzech, którzy zaczęliby dyskutować nad tym, jaką odmianę socjalizmu czy komunizmu mamy, nie przemieniłyby te dysputy haków nagich w haki obciążone polędwicą tudzież krakowską podsuszaną. Dzisiaj nikogo już te dyskursy nie interesują. „Był komunizm, a ci, którzy dzierżyli wtedy władzę, są komunistami”. Proste.

Skoro „komunizm” się skończył i „reżim” jest za nami, to nastała „wolność” i… no ja się nie znam, ale co jest przeciwieństwem komunizmu? Cholera, już mi  udowodniono, że jestem dyletantem, ale na mój nieuczony umysł po drugiej stronie komunizmu jest coś w rodzaju kapitalizmu. Żeby jednak nie drażnić lepiej wykształconych dyskutantów (piszę to prawie bez złośliwości), nazwę nasze czasy „Prawie Kapitalizmem, Prawie” (w skrócie PKP), dobrze? Albo jeszcze lepiej: „Rządami Pieniądza”, w skrócie RP (związek z nazwą naszego państwa jest przypadkowy, chociaż zabawny). I w tych RP raz po raz słyszę w radiu czy z sejmowych progów, że mamy „wolny rynek”. Jak mówią, to im wierzę, no bo jak by inaczej. W „wolność” już mniej, bo uważam, że czasy mamy zniewolone przez korporacje, zaś brak nadzoru nad psychopatycznymi konsorcjami nieodmiennie kojarzy mi się z wolnym, wręcz fry-wolnym rynkiem, ale okej, niech będzie, że nie mamy w Rządach Pieniądza wolnego rynku i niech będzie, że PKP odbiega od szczytnej idei kapitalizmu czystego, krystalicznego i świetlanego. W takim razie czym kwestia nomenklaturowa naszych czasów różni się od prawie komunistycznych, które także odbiegały od szczytnych idei spółki Marks&Engels? Zwróćmy uwagę, że tak, jak dzisiaj o PRL’u mówi się „komunizm”, za lat dwadzieścia czy trzydzieści o naszych czasach będzie się mówiło „kapitalizm”, bez tworzenia subtelnych rozgraniczeń.

Tak czy owak narzekając na czasy barbarzyństwa biznesowego, czyli nasze, zawsze staram się zwrócić uwagę, że jest, wciórności, źle. I naprawdę nie interesuje mnie czy to „prawie kapitalizm, prawie” czy „zupełnie nie kapitalizm”, tak jak mówiłem, winna jest z reguły natura ludzka. Nawet mi się to podejście podoba, bo „z systemem” nie ma co walczyć, trzeba ludzi edukować, wtedy staną się trudniej manipulowalni. A RP są manipulacyjne, że hej. Wmówiono ludziom, że „reklama daje im wybór”, że nie ma niczego złego w tym, że „pracujący” w instytucji finansowej człowiek sprzedający „spakowane transze MBS” może rocznie zarobić kilka milionów dolarów, a de facto sprzedaje powietrze, które ma wartość tylko dlatego, że nabywca ma nadzieję sprzedać je drożej niż nabył, że nie ma niczego zdrożnego w tym, że na giełdę weszły produkty rolne i spekulanci zaczynają nimi obracać dokładnie jak papierami „MBS” i wartość tych transakcji przekroczyła już dwukrotnie wartość całego rynku i to między innymi przez tę giełdę wzrosły ceny pszenicy, żyta, a przez to pasz, a przez to wszystkiego, co się z rynkiem produkcji mięsa wiąże (i tutaj, niestety, wiem, co mówię, bo na wykładzie bardzo dobrze ekonomicznie wykształconej pani z państwowej instytucji byłem cztery razy); że zarabianie na robieniu niczego to w ogóle świetny sposób na życie, ba, nawet prestiżowy i co z tego, że raz na kilkanaście lat chciwość i rozpasanie tych ciężko pracujących ludzi tworzących RP i PKP powoduje, że pracujący lżej, ale za to konkretniej, popadają w tarapaty wskutek kryzysów, no cóż, ofiary jakieś muszą być.

Więc drodzy dyskutanci lepiej się ode mnie znający na ekonomii: jest dobrze, czy jest źle? Czy słowo „przyzwoitość” ma jeszcze rację bytu w naszych prawie kapitalistycznych czasach czy nie? Czy to fair, że producent produkuję żarówkę / but / drukarkę / pad, które w zaprogramowany sposób mają się zepsuć czy nie? I czy przypadkiem nie jest tak, że jednak światem rządzi pieniądz, czyli chęć zysku? Jak oceniacie na skali od zera do dziesięciu poziom kłamstwa w biznesie? Na czyjej straży stoi prawo? No weźmy i się przyjrzyjmy. Ja teraz siadam i słucham.

Tylko jedna prośba: mówcie do mnie w sposób prosty i zrozumiały, jak do dziecka, zupełnie tak jak w filmie „Chciwość” (oryg. Margin Call) młody pracownik mówił do prezesa, granego przez znanego i lubianego Jeremiego Ironsa.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Wypaczenia

piątek, 15 Luty 2013
Money

Money

„Komunizm to piękna idea, ale, niestety, zupełnie nieżyciowa. Nie uwzględnia czynnika ludzkiego. Ludzie zawsze będą chciwi i przez to idee Marksa tudzież Engelsa nigdy się nie przyjmą.” To podstawowy zarzut, jaki myślący człowiek wytacza przeciwko lewym poglądom.

Widziałem lewy świat (PRL), teraz widzę bardziej prawy, czyli tak jakby kapitalizm (chociaż od czasu do czasu jestem przekonywany, że to nie jest kapitalizm tylko etatyzm). Obserwując to, co jest, skłonny jestem twierdzić, że: „Kapitalizm to ciekawa i w założeniach słuszna idea, ale zupełnie nieżyciowa. Nie uwzględnia czynnika ludzkiego. Ludzie zawsze będą chciwi i przez to idee wolnego rynku nigdy się nie przyjmą.”

(Chwila na zadumę)

Pamiętacie przemówienia sekretarzy partii i innych członków tej organizacji, którzy mówili o „błędach i wypaczeniach”? Ja pamiętam. Istniała w tamtych czasach taka formuła. Czy z nią coś robiono, to inna rzecz, niezaprzeczalnie jednak  chociaż ją nazwano. „Błędy i wypaczenia realnego socjalizmu”. Mam wrażenie, że, niemal dokładnie symetryczne, kapitalizm nie jest wolny od błędów i wypaczeń. Tylko jakoś  nikt centralnie o nich nie mówi, bo zniknął gdzieś osobnik odpowiedzialny za cały ten bałagan.

Wolny rynek to niby miła rzecz: każdy ma równe szanse. Wystarczy zakasać rękawy, ciężko pracować, nie łamać się, uczyć się na błędach, a człowiek i zapracuje na godną starość, odłoży na gorsze czasy i, gdy stuknie szósty krzyżyk i pół belki, już nie będzie się musiał zanadto martwić o byt. To, powiedzmy, pierwsza cząstka rozumianego przeze mnie kapitalizmu. Czy tak jest? Oczywiście nie, bo choćbyś ciężko pracował i odkładał, był zapobiegliwy i gospodarny, to i tak łatwo możesz wszystko stracić przez inflację, kryzysy tudzież bankructwa banków i innych kuriozalnych tworów typu, nie przymierzając, giełda. Więc musisz stać się sprytny niczym lis: na przykład zamiast odkładać w skarpetkę czy na koncie bankowym, kupisz ziemię (jeśli cię stać), mieszkanie (albo kilka) i w ten sposób pomyślisz, że oszukałeś inflację, bo nieruchomości nie stracą na wartości. Niby proste, ale ja tu widzę co najmniej trzy problemy:

Problem 1: musisz być dostatecznie bogaty, żeby kupić kawałek ziemi / mieszkanie / dom. Taki zakup to nie w kij dmuchał. Nie każdego stać na finansowy wysiłek. Jest to próg bardzo trudny do przekroczenia i z założenia pozostawia gro obywateli po drugiej stronie muru. Ergo, jest to środek walki z inflacją nie do końca skuteczny, bo niepowszechny.

Problem 2: nie zawsze łatwo jest sprzedać wcześniej nabyte nieruchomości. Korzyść ze sprzedaży zależna jest od koniunktury, aktualnej sytuacji gospodarczej kraju, zamożności obywateli, oraz tego, czy, dajmy na to, obok twojego mieszkania nie powstanie fabryka, a przy działce nie położą trasy szybkiego ruchu, korzyść więc ze sprzedaży nieruchomości nie jest pewna, a to generuje stres.

Problem 3: jakieś to, przepraszam, nieuczciwe. Człowiek nie po to powinien kupować ziemię, żeby ją sprzedać, ale żeby coś z nią zrobić – uprawiać, gospodarować. Nie po to powinien nabywać lokum, by je wynajmować lub sprzedawać, ale po prostu by w nim mieszkać. Ergo, zjawisko nabywania nieruchomości celem ich odsprzedania z korzyścią, albo wynajmowania / dzierżawienia jest po prostu spekulacją. Ludzie, którzy „wskoczą” ponad próg, o którym mowa w Problemie 1, być może wskoczą drugi i trzeci raz, a wtedy zaczynają masowo skupować ziemię i mieszkania, aż w końcu dla normalnych nabywców (takich, którzy po prostu ziemię chcą uprawiać, a w mieszkaniach mieszkać) nie pozostaje nic. Wtedy ci, którzy tych mieszkań mają wiele, zarabiają na tych, którzy je po prostu wynajmują. Sami z nich nie korzystają. Korzystają tylko z tego, że je posiadają. A inni przecież gdzieś muszą mieszkać. Można sobie wyobrazić, że jakieś miasto, powiedzmy Nowy Jork, to „przestrzeń społeczna”, objętość mierzona w metrach sześciennych, gdzie żyje społeczeństwo Wielkiego Jabłka. Jakieś mi się to wydaje nieładne, że potężna część tej przestrzeni jest zajęta przez prywatnych ludzi posiadających mnóstwo mieszkań (nowojorczycy przyznają, że w tym mieście nie sposób kupić apartamentu jeśli się nie posiada przeogromnej sumy pieniędzy, dlatego większość mieszkańców tego cudownego miasta po prostu lokale wynajmuje). Zjawisko spekulatywnego nabywania mieszkań, domów i ziemi, czyli wyjmowania z przestrzeni społecznej pewnej objętości dla siebie tylko po to, by je wynajmować innym, jest, moim zdaniem po prostu nieprzyzwoite. I rodzi coś, co mądrzejsi ode mnie nazywają rozwarstwieniem społecznym, bo gdy jeden człowiek ma w swoim posiadaniu, powiedzmy, jedną setną przestrzeni społecznej Nowego Jorku, z której inni obywatele chcący tam przebywać muszą korzystać i za to płacić, to on staje się w błyskawicznym tempie coraz bogatszy, a oni  nie, bo ich pieniądze na zasadzie setek strumieni dochodzą do jednej rzeki – jego portfela.

Idźmy dalej z tym kapitalizmem. Drugą jego cudowną stroną jest wolna konkurencja i motyw zysku. Czyli bednarz John robi beczki i je sprzedaje oraz bednarz Frank robi beczki i je sprzedaje. John stara się robić beczki tak dobrze, jak potrafi i to samo robi Frank. Gdy obaj już nie potrafią robić lepszych beczek, a wciąż walczą o klienta, zaczynają obniżać ceny, ale przecież nie mogą ich zbić poniżej kosztów produkcji, no i poniżej pewnego rozsądnego minimum, wszak John ma żonę i trójkę dzieci, a Frank jeszcze teściów na utrzymaniu. Zaczynają więc ciąć koszty – robią beczki z coraz gorszych rodzajów drewna, aż przyciąć już bardziej kosztów nie mogą. Wtedy decydują się na spółkę. Jako John & Frank zaczynają jako tako prosperować, a ponieważ nie mają już w mieście konkurencji, a jak ciąć koszty, już się nauczyli, zaczynają robić beczki byle jakie, bo wiedzą, że klienci i tak do nich przyjdą. Co więcej, zaczynają robić beczki, które popsują się za jakiś czas, żeby sobie napędzić popyt. Co im kto zrobi? Nikt i nic, bo mamy uświęcony motyw zysku i wolny rynek. Państwo niech się nie wtrąca do wolnego rynku, deregulacja niech żyje. J&F w makroskali to korporacje.

Korporacja bankowa proponuje klientowi kredyt „na 15%”. Klient nie czyta zbyt dokładnie dokumentów, nie ma okularów, nie zapoznaje się z przysłowiowym drobnym drukiem, ponadto połowy dokumentów, które dano mu do podpisania zwyczajnie nie rozumie. I co? I potem spłaca kredyt latami dowiadując się, że dług nie był według normalnego rozumienia na piętnaście procent, ale według rozumienia nienormalnego i poronionego, bo faktycznie był na procent 150%. Po latach, gdy klient spłacił już, powiedzmy 175% tego, co pożyczył i zostało mu „tylko” 75%, braknie mu sił i pieniędzy. Co w takiej sytuacji powiedziałby bank, gdyby był przyzwoitym człowiekiem z krwi i kości? Pewnie coś takiego: „Spokojnie, chłopie. I tak zarobiłem na tobie pięć razy tyle ile ci się wydawało, że zarobię, więc nie ma sprawy, jesteśmy kwita. Jak jeszcze kiedyś będziesz miał forsę, to może się upomnę, ale w sumie nie, chodźmy na piwo i zapomnijmy o tym.”. Tak by powiedział człowiek-bank, gdyby był przyzwoity. Niestety, bank-nieczłowiek (czyli bank nieludzki) jest nieprzyzwoitym psychopatą, bo gdy klient nie spłaci mu kredytu w zakontraktowanej sumie, odbierze mu dom, mieszkanie, ziemię, wszystko, wyrzuci na bruk. Dlatego? Bo gdzieś ma przyzwoitość, a na jego straży stoi prawo. Prawo, które uprawomocnia czyny podłe.

Gdyby istniała jakaś regulacja państwowa, przyzwoita, z pewnością zabroniłaby:

a)      Przedstawiania niezrozumiałych umów klientom

b)      Ekwilibrystyki słowno-matematycznej, dzięki której jakimś cudem 15% = 150%

c)       Okrutnych zachowań, które „zgodnie z prawem” pozwalają uczciwie pracujących obywateli pozbawiać mieszkań i domów.

Jak widzimy wolny rynek i motyw zysku prowadzą w prostej linii do zachowań psychopatycznych. Jest to, w moim przekonaniu, wypaczenie kapitalizmu. Ja rozumiem, że każdy chce zarobić. W tym sęk, że w przyzwoitym świecie nie dzieje się tak za wszelką cenę, nawet gdy prawo na to pozwala. No, ale w świecie kapitalizmu prawo ustaliły korporacje. I tu mamy problem następny.

Wypaczony kapitalizm stworzył świątynie spekulacji – tak zwane giełdy, na których, zgodnie z prawem, ludzie nie robiący absolutnie nic, a już zupełnie nic pożytecznego, zarabiają fortuny.

Gdyby ktoś z zewnątrz, nieskażony spaczonym kapitalizmem to zobaczył, złapałby się za głowę: „Co ten pan robi? Kupuje pszenicę? Zrobi z niej chleb? Nie? Zaraz ją sprzeda? Przecież na oczy jej nie widział, kliknął dwa razy w klawisz myszy! Co? Już sprzedał? I zarobił tyle pieniędzy? Kto mu na to pozwolił? Przecież to złodziej i spekulant!”. Każdy przyzwoity człowiek musi przyznać, że zarobienie fortuny na wirtualnych operacjach zwanych „inżynierią finansową” jest nieprzyzwoite. Zakasz rękawy, jak mówi kapitalizm, weź się do roboty, wytwórz coś, wymyśl produkt lub usługę, a potem spróbuj sprzedać, to jest przyzwoite. Jeśli nie robisz nic i handlujesz wirtualnymi dobrami, nie robisz:

a)      Nic dobrego

b)      Nic pożytecznego

c)       Nic sensownego

Posyp głowę popiołem, przeproś i idź do sensownej pracy, chciałoby się powiedzieć, prawda? No ale nie, bo właśnie finansowe instytucje sprzedające rozmaite dziwactwa, których nazwy są tak niezrozumiałe jak i sama ich natura (będąca w istocie złożonym matematycznym wzorem) zarabiają tak dużo, że zwyczajnie kupują polityków, którzy ustanawiają prawo, które podobno należy szanować. No więc ja po pierwsze mam to prawo w rectum, a po drugie uważam, że jest systemem nakazów i zakazów służącym pasożytom i ćwokom.

Giełdy i inne finansowe machlojki bardzo sprzyjają zjawisku inflacji, o którym mówiliśmy na samym początku. Sprzyja mu również to, że organ produkujący pieniądze (dolary amerykańskie) nie daje ich państwu i w ogóle nie jest państwowy, tylko jest to instytucja prywatna (chodzi o Bank Centralny), która pożycza na procent dolary krajowi pod pasiastą flagą. Jak, ja się pytam, kraj ten ma zwrócić pieniądz, którego sam nie może wyprodukować? Jest to niemożliwe. Dług rośnie, pieniądz się dewaluuje, prywatna instytucja zarabia. Wolny rynek, psiakość.

Kto na tym traci? Wszyscy oprócz nielicznych, którzy są na górze. Rozwarstwienie rośnie, spekulanci piją, a ty człowieku, haruj i płacz. I ja mam przyklaskiwać kapitalizmowi (który, jak mówiłem na początku, podobno kapitalizmem nie jest)? Nie. Nastał czas błędów i wypaczeń. Proszę pierwszego sekretarza kapitalistycznego bałaganu o zabranie głosu.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Sny w „Czasie silnych istot”

środa, 13 Luty 2013
Czarno-biały. Foto: Krzysztof Ożóg

Czarno-biały. Foto: Krzysztof Ożóg

Mój nauczyciel, prof. Tadeusz Kobierzycki, często powtarzał tajemnicze zdanie: „Im wybitniejsza twórczość, tym większa patologia”. Zawsze stwierdzenie to mnie niepokoiło, bo sugerowało, że twórcy z najwyższej półki są niezłymi pomyleńcami. Z drugiej strony nawet najukochańszy mentor może się mylić. Z trzeciej – jeśli dotąd mylił się rzadko, to coś w jego słowach musi być.

„Czas silnych istot” zawiera niejedną tajemnicę. O Tarocie już wspominałem: podczas pisania tej powieści naprawdę ciągnąłem karty i przedstawiałem je w książce. Druga jest natury bardziej osobistej. Czytelnik znajdzie w „Czsie…” zapisy snów Torkila. Otóż nie są to jego sny. To moje marzenia senne, spisane z dużą dokładnością i w żaden sposób nie zmienione.

W czasie pisania każdego tomu Gamedeca przeżywam przemiany, odkrywam ważne dla siebie prawdy, wydaje mi się, że się rozwijam. Bardzo często miewam intensywne, niezwykle barwne sny, dotyczące nie treści książki, ale mojej osobistej sytuacji, która jednak w przedziwny sposób związana jest z tworzoną w powieści fabułą. Wydaje się, że twórczość, nawet jeśli pisarz tego świadomie nie zamierza, w niezauważalny sposób sublimuje bądź cząstkowo rozwiązuje dylematy autora. Mój los zaś, tak jak w przypadku każdego statystycznego śmiertelnika, nie we wszystkich obszarach jest godny pozazdroszczenia.

Jedną z pięt achillesowych mojego życia, moim osobistym demonem jest relacja z ojcem. W naszym kręgu kulturowym nienajlepsze stosunki syna z rodzicem nie są czymś wyjątkowym, to się zdarza w miarę często. Jedne relacje kończą się lepiej, inne gorzej. Moja należy do tej drugiej kategorii.

Z racji wykonywanego zawodu szczycę się tym, że jestem w stanie dogadać się niemal z każdym człowiekiem – zagniewanym, obrażonym, uprzedzonym, you name it. Jeśli spotykam się z nim twarzą w twarz, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że uda mi się go zrozumieć, a nawet nakłonić, żeby on zrozumiał mnie. Jednak nie jestem aniołem, a mój ojciec nie jest łatwym rozmówcą. O nie. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że należy do pierwszej dziesiątki trudnych ziemskich rozmówców, by ująć rzecz najłagodniej.

W „Czasie silnych istot” opisuję, za pomocą realnych snów, relację Torkila z jego literackim ojcem, Baltazarem. Torkil walczy od cykli, by widzieć w swoim rodzicu pięknego człowieka, co przychodzi mu z coraz większym trudem. Ciekawe, że to właśnie sny, a nie świadome, racjonalne przemyślenia, doprowadziły mnie do jednego prostego wniosku: dziecko może z całych sił chcieć mieć cudownego opiekuna, ale opiekunowie są zwykłymi ludźmi – jedni lepszymi, drudzy gorszymi. Smutną, ale dziwnie wyzwalającą konstatacją jest ostatnie stwierdzenie Torkila: „Baltazar tak piękny jest tylko w moich snach”.

Naprawdę fantastyczną cechą dzieci jest idealizowanie twórców ich dni. Jednak wcześniej czy później powinny zacząć widzieć w nich zwykłych ludzi – pełnych sprzeczności i wad. Jednak doprawdy przygnębiającym wnioskiem jest, że rodzic jest nieprzeciętny – ale niestety, nie w świetlistą, pogodną stronę, o której dzieci tak łatwo marzą, a o której dorośli zbyt często zapominają.

Ktoś mógłby zapytać: no dobrze, ale po co o tym pisać, zwłaszcza w książce science fiction? W twórczości, moim zdaniem, powinien być jakiś pazur, zadzior szczerości, takiej prawdziwej, nie wydumanej. On powoduje, że staje się ona ciekawsza, prawdziwsza, głębiej docierająca do odbiorcy, czyniąca z nim coś dobrego. I doprawdy nie ma znaczenia, czy to fantasy, science fiction, czy główny nurt. Literatura to literatura.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)