W sprawie pisarsko-finansowej, czyli swobodne komentowanie tego, co napisała pani Kaja Malanowska

Nie cierpię brać udziału w publicznych debatach związanych z popularnymi tematami. Mam wrażenie, że, gdybym to zrobił, uczestniczyłbym w jakiejś paskudnej zbiorowej syntonii i że to by mnie w jakiś sposób zbrukało. Być może zauważyłeś, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko, że jak dotąd nie zdarzyło mi się pitolić na tematy, co do których pitolą wszyscy dookoła i na okrągło (zresztą często załatwiając przy tym własne, partykularne interesy, tak, to bardzo ludzkie). Taką mam zasadę – wynikającą, co powyżej wzmiankowałem – z organicznego obrzydzenia do tłumnego komentowania.

Tym razem postanowiłem złamać antypitolną zasadę, bo za dużo ludzie pitolą i to, wbrew temu, co jest zazwyczaj – pitolą nie do końca z sensem. Jakby dobrze pitolili, co zwykle się zdarza (mimo, że załatwiają przy okazji swoje sprawy), od pitolenia własnoręcznie bym się powstrzymał.

A tak i ja popitolę.

Odniosę się bezpośrednio do źródła, czyli tekstu pani Kai Malanowskiej, nie tego facebookowego, ale drugiego. Będzie cytat i komentarz, cytat i komentarz, żeby było wiadomo, że a: przeczytałem, b: odnoszę się do tego, co jest, a nie do tego, czego nie ma (odnoszenie się do tego, czego nie ma, jest częstym grzechem pitolących z mniejszym sensem). Zaznaczę od razu, że pomijam kontekst, jakim jest książka pani Malanowskiej, a robię to z rozmysłem, bo moim zdaniem dyskusje rozgorzały nie wokół jej dzieła, ale wypowiedzi. Dzieło omijam szerokim łukiem, bo zajrzałem i szybko zamknąłem oczy nie chcąc się infekować, jak na mój gust, zbyt… nietypowym stylem.

„Trzy dni temu dostałam rozliczenie za sprzedaż książek: tysiąc sto złotych. Razem z pieniędzmi, które przyszły pół roku wcześniej, wyszło mniej więcej siedem tysięcy w skali rocznej. Myślałam, że się popłaczę.”

W ciągu ośmiu lat sprzedaży sagi „Gamedec” zarobiłem na niej około 8 000 zł. Potem, po przejściu do Fabryki Słów, zrobiło się lepiej, po zawiązaniu współpracy z cdp.pl jeszcze lepiej, ale nie powiem, żeby to były jakieś spektakularne zmiany na lepsze. Wciąż jestem kopciuchem czekającym na księcia z bajki. Zainwestowałem w Gamedeca około 80 000 – 90 000 PLN. Dlaczego wydałem tyle pieniędzy? Bo jestem szalonym wizjonerem.

Też się zdziwiłem (dawno temu), że pisarz zarabia tak mało. No i że to około złotówki od sprzedanego tomu (Mowa o książkach papierowych. W przypadku ebooków w cdp.pl jest lepiej). Jedyna różnica między mną i panią Malanowską jest taka, że nie płakałem. A nie tam, kłamię. Też płakałem. Pewnie, że tak. Kto by nie płakał? Chyba tylko ktoś bez serca, a pisarz z zasady serce powinien mieć (w tym ujęciu pan George Martin nie jest pisarzem, bo nie ma serca). Było mi smutno i to nie raz, nie raz, w zasadzie żyję w goryczy nieustająco i wciąż borykam się z przygniatającym poczuciem przegranej.

„Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy.”

Ja piszę książkę mniej więcej dwa lata. Może dlatego, że muszę jeszcze zarabiać, a więc czas na pisanie się rozciąga. Ale „CEO Slayera” napisałem szybciej. W sumie nie pamiętam, ile mi to zajęło.

„Wojciech Orliński dał mi dobrą radę: „Jak ktoś chce się jako-tako utrzymać ze stukania w literki, to musi pisać szybciej i negocjować dobre umowy (…). Sam napisałem książkę (…) w trzy miesiące”. A Jakub Żulczyk wystosował dłuższy komentarz. „Nie lubię mazgajenia – pisał. – Uważam je za nieeleganckie. (…) [Niskie honoraria] to nie tylko kwestia rynku czytelniczego, pani Kaju, ale także tego, u jakiego wydaje się wydawcy, jaką ma się z nim umowę, ile energii i realnych środków ów wydawca wkłada w wypromowanie książki; to również kwestia tego, czy ma się agenta, jakie stawki ów agent negocjuje. Pani Kaju, proszę się, kurwa, nie mazgaić, i nie kompromitować naszego zawodu”.

Badania naukowe na temat tego, który tytuł zyskuje popularność (były takie przeprowadzone) dowodzą, że o wysokości sprzedaży tego, a nie innego dzieła decyduje… przypadek. Nie ma on nic wspólnego z jakością tekstu (wykluczam książki zupełnie złe, które jednakowoż rzadko są drukowane), ma trochę wspólnego z wydawnictwem i jego wiernymi czytelnikami, którzy kupią niemal wszystko, co do wydawnictwo wyda (niemal, nie wszystko). Propozycja, by szybciej pisać jest tego rodzaju, że jej nie skomentuję (Chyba, że to był żart. Jeśli tak, to ha, ha), co do mazgajenia – każdy człowiek ma prawo wyrażać swoje uczucia tak jak chce, a że ktoś tego nie lubi – jego sprawa. Umowy z wydawnictwami – nie wiem nic o tym, żeby były jakieś umowy korzystne, wszystkie dają gro pieniędzy wydawcom (nie mówię tutaj o zyskach ze sprzedaży). Nie rozumiem słowa „kompromitacja”. Nigdy go nie rozumiałem. Ludzie się zachowują, jak się zachowują, czasami są nadzy, czasami śmieszni, czasami gniewni, po prostu tacy są.

„Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego pisarz nie powinien narzekać na niskie zarobki?”

Otóż właśnie. Dlaczego nie? Lekarze narzekali, nauczyciele narzekali, a i jedni i drudzy należą do budżetówki i w dużej mierze odwalają chałturę (nie wszyscy, ale mam wrażenie, że większość, co w sumie nie jest żadnym zaskoczeniem, to krzywa Gaussa). Ponarzekać można, bo jest na co.

„Wysokość pensji to informacja o tym, na ile pracodawca ceni sobie nasz wysiłek. A pracodawcą pisarza są jego czytelnicy.”

Tego zdania nie rozumiem. W przypadku pisarstwa autor zatrudnia sam siebie (sort of), znaczy – mówi: „Napiszę „CEO Slayera”, a ile na tym zarobię – los pokaże”. Czytelnicy nie są pracodawcą pisarza moim zdaniem. To ewentualni odbiorcy jego pracy, oczywiście staną się odbiorcami po tym, gdy kupią książkę. W tym sensie pisarz powinien zdawać sobie sprawę z ryzyka: „Poświęcę dwa lata życia na pisanie powieści. Bez gwarancji, że przyniesie to jakikolwiek wymierny (finansowy) owoc poza satysfakcją.”

„Zrobiło mi się bardzo przykro, bo siedem tysięcy rocznie przekłada się na konkretną liczbę czytelników.”

Żal w pełni zrozumiały. Jak się człowiek narobi, to chciałby, żeby był efekt, czyli chciałby sławy. Popularności. Nie znam pisarzy, którzy tego by nie pragnęli.

„Większość osób trudniących się piórem potrzebuje uznania, żeby móc dalej pracować. Tych, którzy mieli na tyle dużo wiary i silnej woli, żeby przez całe życie pisać do szuflady, można zliczyć na palcach jednej ręki, cofając się o całe stulecia w przeszłość. Uznanie może przybierać formę prestiżowej nagrody, dobrych recenzji w gazetach czy wysokiej zaliczki od wydawnictwa, ale przede wszystkim mierzy się liczbą zainteresowanych czytelników.”

Zgoda na to. Odrobina prywaty: ja dorobiłem się świetnych recenzji i wąskiego grona wysokiej klasy czytelników, takim się w każdym razie karmię wrażeniem. Nie jestem pewien, czy wolę to od szerokiego grona średniej klasy czytelników… Niby to drugie jest gorsze, takie mniej ekskluzywne i bardziej przyziemne, ale cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ma we mnie przyziemnej natury… Nie dorobiłem się ani nagród ani nominacji. Może zyskam sławę po śmierci.

„Naprawdę nie pojmuję, dlaczego wyrażanie frustracji i kwestionowanie sensu dalszej działalności zawodowej w obliczu braku odbiorców miałoby być akurat w przypadku pisarza czymś wyjątkowo wstydliwym i nie na miejscu?”

Też nie rozumiem. Trzecie prawo asertywności (albo i nie trzecie, w sumie jest ich dwanaście i rzadko pamiętam, które jest które) mówi: „Masz prawo wyrażać swoje uczucia”. Z uczuciami niewiele da się zrobić – stłumić – zły pomysł, wyprzeć – jeszcze gorszy. Wysublimować – trudne. Wyrazić – najprostsze i najhigieniczniejsze.

„Prawda jednak wygląda tak, że ostatnia z nich [książka] miała dobre recenzje i otrzymała nominacje do dwóch ważnych nagród. A to oznacza, że w niemal czterdziestomilionowym państwie na polecaną przez specjalistów książkę miało ochotę zerknąć tylko trzy tysiące osób.”

Przyglądam się rynkowi księgarskiemu od dziesięciu lat i widziałem dziesiątki tytułów, które otrzymywały znakomite recenzje, a potem ślad po nich ginął. Widziałem też książki, które recenzje miały średnie, a nagrody otrzymywały. Świat tworzony przez konglomerat promocyjno-czytelniczo-recenzencko-wydawniczo-księgarsko-dystrybucyjno-autorski jest stuprocentowo niesprawiedliwy i niesymetryczny. Czytelnicy zakochają się w jakimś autorze i pominą innego, czasami lepszego. Przyzwyczajeni do danego nazwiska, pozwolą, by inne uleciało w dal. Wydawnictwa rozreklamują nie tytuł świetny, ale ten, który w ich mniemaniu dobrze się sprzeda, recenzenci ocenią dobrze książkę czasami po prostu bełkotliwą – dadzą pięć gwiazdek, bo wstyd będzie im się przyznać, że niczego nie zrozumieli. Dystrybutorzy – niewidzialna ręka księgarskiego świata – zadecydują, która książka danego wydawnictwa wejdzie na półki księgarskie, a która nie. To tylko pośrednicy, ale panoszą się okrutnie i – z tego, co wiem – świetnie zarabiają na tym pośrednictwie. W sumie mało o nich wiem (za mało) i być może nie do końca rozumiem ich modus operandi. Dla księgarza książki są jak pomidory – świeże? Bierzemy. Nieświeże? Oddajemy. Nic go nie obchodzi jakość dzieła, liczy się tylko i wyłącznie jego wartość konsumpcyjna – to, jak dobrze się sprzeda. W tym ujęciu księgarz jest zwykłym sklepikarzem nieznającym swojego towaru, w sumie obojętnym na cały ten kulturowy zgiełk. Co do autorów – nie jest tajemnicą, że są wśród nich po prostu koledzy i koleżanki, którzy w sposób całkiem jawny promują się nawzajem, tworzą przymierza i kręgi wsparcia. W wywiadach, na facebooku i w innych możliwych miejscach zachwalać będą kupli i kumpelki w imię jakoś tam pojętej solidarności, w imię walki o popularność, w imię tego, by nie zapaść się w czerni zapomnienia. Jest to w sumie zrozumiałe. Czy to ładne i sprawiedliwe wobec tych, którzy kumpli nie mają? A kto by się nad tym zastanawiał. Jak ktoś nie ma kumpli, to pewnie kiepsko pisze. Znam jednego takiego autora, którego nikt lub prawie nikt prywatnie nie lubi. Ja też nie. Ale podobno tworzy on całkiem niezłe książki. Lecz, z tego, co zauważyłem, nie ma to ostatnio żadnego znaczenia. Nie ma nominacji, nie ma nagród, nikt o nim nie wspomina. Bo się naraził, łapserdak. Zresztą, co ja się tutaj wymoralniam. Sam swego czasu, z wyżej wspomnianych powodów, zaproponowałem swoisty „sojusz” koledze po piórze. Niewiele się po tej propozycji zmieniło, może dlatego, że nie było zbyt wiele okazji, może z tego powodu, że jakoś obaj czujemy, że to by było zbyt nachalne, faktem jednak jest, że to zrobiłem.

I co, wracając do tematu? Czy to wszystko tworzy jakiekolwiek sensowne środowisko, które miałoby szanse wynosić wartościowe dzieła? Śmiem wątpić. To nie platońska akademia. To groch z kapustą, misz-masz, kotłujący się gar zależności, bulgocący konglomerat wielu wektorów sił, przyczyn i skutków, który czasem wystrzeli jakimś „hitem”.

„Bez wątpienia, gdybym zatrudniała dobrego agenta albo w ogóle jakiegoś agenta, który zadbałby o reklamę i pilnował, czy moje powieści są stale dostępne w Empikach […]”

W Empikach są te książki, za które wydawnictwa Empikowi zapłacą. W Empiku nie ma niczego, za co się nie zapłaciło. Agent musiałby mieć nie tylko „gadane” ale i pieniądze.

„A jednak poza brakiem dobrych nawyków powodem kryzysu są również ceny, szokująco wysokie w stosunku do zarobków.”

To jest prawda. Książki są drogie. Za drogie. I błagam – bez argumentów z piwem. Pijam ten napój rzadko i nie stanowi dla mnie żadnego przelicznika. Zwłaszcza dziesięć piw, które musiałbym wypić, żeby zrównoważyć cenę jednej książki. Już po trzech jestem mocno wstawiony.

„Nie ma funduszy na organizowanie spotkań i dyskusji literackich, zakup nowych książek, a nawet na konserwację już istniejących zbiorów.”

Ciekawe. W takim razie fantastyka jest wyjątkiem, bo organizatorzy konwentów nieodpłatnie tworzą rewelacyjne spotkania. Ale rozumiem punkt widzenia autorki.

„Tymczasem rząd nie wydaje się zaniepokojony tą sytuacją. Podobnie jak Wojciech Orliński i Jakub Żulczyk stoi na stanowisku, iż literatura jest jedynie towarem, który powinien podlegać tym samym mechanizmom ekonomicznym co ziemniaki, ubrania czy samochody.”

Tu jest problem. Czy książka powinna być traktowana jak każdy inny towar?

„Jeśli wydawnictwa, a wraz z nimi pisarze, nie są w stanie utrzymać się ze sprzedaży – zostaną wyeliminowane. Podobnie jak teatry, ośrodki kultury i nieprzynoszące zysku kierunki studiów. Sorry, taki mamy rynek…”

No tak, celny strzał. Mechanizm wolnego rynku nie jest dobrym pomysłem na sztukę. I w ogóle nie wiem, skąd się wzięło przekonanie, że wolny rynek jest dobrym rozwiązaniem. Robert Graves w książce “Ja, Klaudiusz” opisuje głód w Egipcie, który został wywołany sztucznie przez kupców, którzy wykorzystywali to, że były słabe zbiory. Spichrze były pełne (poprzednie lata dały dobre plony), ale dozowano z nich ziarno utrzymując wysoką cenę. Porządek przywrócił Germanik przyjeżdżając do Egiptu i zakazując podłych wolnorynkowych praktyk. Ten jeden przykład pokazuje, że jeśli w obszarze „wolnego rynku” nie pojawi się ktoś noszący w sobie zbitkę składającą się z poczucia sprawiedliwości i władzy, to wolny rynek dopuści się niejednego wykroczenia przeciwko ludzkości, w służbie pieniądza oczywiście. Generalnie to, co wyczynia w dzisiejszych czasach ta siła, woła o pomstę do nieba i dziwię się, dlaczego niektórzy inteligentni ludzie wciąż jeszcze ją wspierają. Być może działa tutaj jakaś inercja połączona z niechęcią do czasów „komunistycznych” (których de facto nigdy nigdzie nie było).

Wysoka sztuka nigdy nie będzie miała wielkiego odbioru, a więc na siebie nie bardzo zarobi, zatem wolny rynek wcale jej nie sprzyja, to proste. Jak się gawiedzi nie powie mocno a dobitnie: „Słowacki wielkim poetą był”, to gawiedź tego wiedzieć nie będzie. Wrzućmy Norwida, Leśmiana i Tuwima na wolny rynek. I zobaczmy, jak „dzieło się broni”. Historia zna dziesiątki twórców docenionych po śmierci. Za dużo ich było, żeby tolerować taki stan. To, że docenia się tak zwanych ambitnych pisarzy jest dowodem w zasadzie na nic. Hemingway mówił, że sławy znane i uznane za życia są wynikiem reklamy i promocji. Pisarz ścigać się powinien z tymi, którzy już nie żyją, bo ich sława nie jest napompowana. Oczywiście cytowałem z pamięci. Warto w tym miejscu przypomnieć to, o czym pisałem wyżej. Popularność nawet czegoś wyższego jest wciąż efektem działania przypadku, ewentualnie zbieżności zapotrzebowania tak zwanego rynku z tematem dzieła. Dla przykładu, wiadomo, że Polacy chętniej przeczytają ambitną powieść traktującą o Polakach i ich tożsamości niż arcyambitny i o niebo lepszy tekst o Zulusach i ich narodowościowych problemach. Ergo nawet coś lepszego, ale niezbieżnego z „zapotrzebowaniem rynku” może zostać przemilczane i pominięte. Czy to sprawiedliwe w stosunku do sztuki? No nie. Jak historia oceni społeczeństwo, które wynosi przypadkowych twórców, czasem lepszych, czasem gorszych, dając się sterować mechanizmami mód, wolnych rynków, promocji i te pe, zamiast sprawiedliwie doceniać najlepszych z najlepszych? Co o takim społeczeństwie napiszą historycy przyszłości?  Że było głupie i sterowalne. Niewarte tych wybitnych postaci, których nie doceniło.

Przeczytałem do końca artykuł pani Mai i nie wiem w sumie, o czym tu mówić. Rozumiem punkt widzenia autorki i w sumie się z nim zgadzam.

Zdaje się, że zaczęto w związku z tym tekstem zapytywać, czy pisarz powinien być dotowany. Ba. Kimże jestem, by o tym wyrokować? Znam (z nazwiska) pisarzy, którzy stypendia od ministerstwa czegośtam otrzymywali i to nie raz. Zastanawiałem się nawet, jak to zrobili, ale działać w tym kierunku mi się nie chciało. Jakby dawali – to bym wziął, tak, wziąłbym i szczęśliwie, w spokoju, pisał kolejną książkę. Ale żeby się starać? Jak? Gdzie? Nie mam na to czasu, cierpliwości, złość mnie ogarnia na myśl, że miałbym gdzieś wystawać z podaniami. Niech się w dupę całują.

Zatem dotować, czy nie? Odpowiedź wydaje się prosta: dobrych pisarzy – tak, bo zasługują na mecenat, a wysoką sztukę należy wspierać. Sęk w tym, że kto ma, do diabła, oceniać, co wysoką sztuką jest, a co nie? Kto?

No kto?

Tytułów wydawanych rokrocznie są setki. Zatem musiałby to robić ktoś wrażliwy i czytający absolutnie wszystko. Ale któż o wyrobionej wrażliwości zatrudnia się w ministerstwie? Niebezpieczne pytanie, prawda? I czy ktokolwiek tam cokolwiek czyta? Fantastyki nie czytają tam na pewno, ale to dygresja. Zatem co? Dotować wszystkich bez wyjątku? Tych, których ktokolwiek zdecyduje się wydać w jakimś sensownym nakładzie? W końcu w wydawnictwach siedzą niegłupi ludzie i jakoś tam odsiewają ziarna od plew, prawda?

„Nie bądź człowiekiem, godzi się napoić poetę”, powiedział bobołak, czy jakiś inny stwór u Sapkowskiego nakłaniając kolegę – kupca, by nieodpłatnie dał piwa Jaskrowi cierpiącemu z powodu olbrzymiego kaca.

Godzi się.

No jak nie, jak tak. Sztukę i jej piewców godzi się doceniać, dotować, stypendiować, subsydiować, wspierać, pieścić i masować.

Ale, niestety, chyba jeszcze nie w tej bajce.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

25 odpowiedzi do “W sprawie pisarsko-finansowej, czyli swobodne komentowanie tego, co napisała pani Kaja Malanowska”

  1. Muscat mówi:

    Cieszę się, że jednak to napisałeś. Zaskoczona nie jestem, spodziewałam się, w końcu trochę już się naczytałam Twoich tekstów. Czasem jednak potrzebne jest powtarzanie rzeczy oczywistych ;) Dziękuję!

  2. Stary Prykon mówi:

    8000 sztuk kilku tomów Gamedeca?!?…
    Toż jeden z najlepszych cykli SF. W ogóle. Ot tak, po prostu. Niebanalny, wciągający. Po prostu mokry sen każdego chłopca wychowanego na SF zeszłego wieku.
    (Łubu dubu! :) )

  3. Linka mówi:

    @Stary Pyrkon: Widzisz, ale nie każdy kto czytał Gamedeca czytał inne książki SF. Ja zakochałam się w “Granicy Rzeczywistości” tylko dlatego, że okładka była z białej serii superNowej. Choć staram się przeczytać coś innego z tego gatunku, nie daję rady, nie wciąga mnie.

    8000 sztuk(łącznie jeśli dobrze zrozumiałam) sprzedanych egzemplarzy to mało czy dużo? Sam napisałeś, Martinie, że dorobiłeś się “wąskiego grona wysokiej klasy czytelników”. Czy tacy czytelnicy nie są bardziej wartościowi niż fani na jeden sezon?

  4. Delta mówi:

    O, znów się spóźniłem, od 15 trochę minęło… :)

    A co do tematu. O ile mogę zrozumieć jakieś tam rozgoryczenie Kai Malanowskiej twardą rzeczywistością, o tyle naprawdę nie widzę powodu, by się z nią zgadzać. A wręcz przeciwnie. J. Żulczyk dobrze to określił.

    Natomiast co do notki.

    “Też się zdziwiłem (dawno temu), że pisarz zarabia tak mało. No i że to około złotówki od sprzedanego tomu (Mowa o książkach papierowych.” (Martin Ann)
    “to oznacza, że w niemal czterdziestomilionowym państwie na polecaną przez specjalistów książkę miało ochotę zerknąć tylko trzy tysiące osób.” (K. Malanowska na temat tych 7 tys zł honorarium)

    No pewnie się nie znam (zresztą, honorarium zależy od warunków umowy) i wcale nie zamierzam niczego zarzucać, ale jest w tym -w tych dwóch cytatach- pewna nieścisłość. Bo te 7 tys dzielone przez 3 tys, to jakoś nie chce mi wyjść na “około złotówkę”.

    Faktem jest jednak, że to rzeczywiście stosunkowo niewielka część ceny książki. Ale nie widzę powodu, by mieć o to pretensje do całego świata. Każdy przecież sam za siebie odpowiada, nie? Jakoś nikt się nie lituje, że ktoś gdzieś tam zasuwa na taśmie po więcej niż 8 godzin dziennie i na akord za minimum socjalne. Nikt nie zmuszał do pójścia na taśmę w SSE i nikt nie zmuszał do pisania książek.

    Zresztą, czy ktoś broni wydawać książki własnym kosztem? Czy ktoś broni założyć wydawnictwo, albo zostać dystrybutorem? I jestem naprawdę ciekaw, czy wtedy ta “niewidzialna ręka księgarskiego świata” zarabiająca “kokosy” będzie aż tak pogardliwie opisywana.

    “To jest prawda. Książki są drogie. Za drogie. I błagam – bez argumentów z piwem. Pijam ten napój rzadko i nie stanowi dla mnie żadnego przelicznika.”

    Cóż, podobnym przelicznikiem może być szeroka gama innych towarów i konkluzji to nie zmieni. Piwo jest równie dobrym jak każdy inny produkt.

    A czy książki są drogie? Śmiem twierdzić, że nie. Pominę tu fakt, że dawniej (i im dalej w przeszłość tym bardziej) książki były towarem drogim i wręcz luksusowym, dostępnym tylko samej wierchuszce społeczeństwa bo tylko ich było na nie stać. Pod tym względem świat zmienił się na lepsze. Pominę fakt, że dostępne są powszechnie biblioteki. Nie wspomnę o książkach używanych i książkach, które nie zeszły z półek sklepów i księgarń i można je powszechnie i bez kłopotu dostać za ułamek ceny. Ba, pominę nawet to, że ze sprzedaży książek używanych moja znajoma utrzymuje się przez dobrą dekadę i jakoś nie pali się na etat. Czyli ktoś je jednak kupuje. A więc stać go na nie. Wbrew pozorom stać ludzi też i na nowe książki, bo wydanie tych 30-50 zł np. raz na miesiąc nie stanowi aż tak wielkiego uszczerbku na portfelu.

    Czytelnictwo w Polsce leży nie z powodu biedy społeczeństwa. Czytelnictwo w Polsce leży z powodu mentalności tego społeczeństwa, w którym analfabetyzm wtórny jest normą, a czytanie jest powszechnie uważane za niepotrzebne. I w tym tkwi sedno problemu. Ale to inny temat. Natomiast utarło się powszechnie zwalać sprawę na karb drożyzny w księgarniach. I na tym poprzestaje się, bo tak jest wygodniej. Tymczasem ten piwny przelicznik jest tu wręcz genialny.

    Codziennie widzę tą samą grupę ludzi pod sklepem sprzedającym piwo (i każdy sklep ma podobną). I codziennie narzekają oni na biedę. Ale na piwo, a raczej kilka dziennie, kasa jest bez problemu. Zresztą pomińmy ich, uznajmy za mniejszą lub większą patologię. Popatrzmy na resztę. Ile książek można kupić za wypaloną paczkę lub dwie dziennie? Ile książek można kupić za dziesiątki innych wydatków, których ludzie nie odmawiają sobie, zwalając to na biedę? Zresztą, statystyki podają, że jedynie 3,5 % gospodarstw domowych ma najniższe dochody (zakładając, że minimalna pensja to ok. 1200 zł, 30-40 zł na nową książkę, która przecież nie rozpłynie się w powietrzu po jej przeczytaniu, to ok. 3%). A gdzie jest pozostałe 96% społeczeństwa?

    I tak BTW jak to jest, że z jednej strony piszesz, Autorze, że książki są za drogie, a z drugiej narzekasz, że zarabiasz na tym za mało? ;)

    “Tu jest problem. Czy książka powinna być traktowana jak każdy inny towar?”

    A jak najbardziej.

    “„Jeśli wydawnictwa, a wraz z nimi pisarze, nie są w stanie utrzymać się ze sprzedaży – zostaną wyeliminowane. Podobnie jak teatry, ośrodki kultury i nieprzynoszące zysku kierunki studiów. Sorry, taki mamy rynek…”

    No tak, celny strzał. Mechanizm wolnego rynku nie jest dobrym pomysłem na sztukę. I w ogóle nie wiem, skąd się wzięło przekonanie, że wolny rynek jest dobrym rozwiązaniem. ”

    To nie jest celny strzał, to totalne pudło.

    Szeroko rozumiane ośrodki kultury, są utrzymywane z budżetu, a więc utrzymujemy je wszyscy. I nic nie stoi na przeszkodzie, by tak było nadal. Aczkolwiek należy się zastanowić (i to dotyczy także niektórych kierunków studiów) jak rozdysponować te nakłady, by przynosiły jak najlepsze efekty. I tu rzecz leży i kwiczy, z różnych przyczyn, wśród których głównymi są biurokracja, kolesiostwo i marnotrawstwo. Dołożenie do tego książek, których nikt nie chce czytać, ale nakład i tak po znajomości będzie publicznie dotowany, to idiotyzm. Zwłaszcza, że czym innym jest ośrodek kultury w rodzaju biblioteki czy teatru, a czym innym taka dotacja na niepoczytnego (z dowolnego powodu) autora. A jakie efekty przynosi tego typu sztuczna ingerencja w rynek oraz kulturę i jej dorobek widać po polskiej kinematografii, w której zasiedziali od dziesięcioleci “sami swoi” tłuką gnioty, na które idą publiczne pieniądze i na które jak nikt nie chce iść, to zawsze można młodzież zgonić, bo filmidło “bezpiecznie” na podstawie lektury szkolnej. Tak by w skrócie wyglądał rynek książki w takim wydaniu, jakie oboje Autorzy w zacytowanym tekście postulujecie.

    “Generalnie to, co wyczynia w dzisiejszych czasach ta siła, woła o pomstę do nieba i dziwię się, dlaczego niektórzy inteligentni ludzie wciąż jeszcze ją wspierają.”

    Bo jest podobnie jak z demokracją według słów Churchilla.

    “Wysoka sztuka nigdy nie będzie miała wielkiego odbioru, a więc na siebie nie bardzo zarobi, zatem wolny rynek wcale jej nie sprzyja, to proste.”

    Owszem. Dlatego mecenat jest rzeczą pożądaną. I nic nie stoi na przeszkodzie by istniał nadal. Zresztą tak całkowicie jeszcze nie wyginął. Ale zwróć, Autorze, uwagę na to, że ten mecenat, na przestrzeni wieków, był na ogół prywatny. Ministerstwa kultury i ich dotacje to stosunkowo świeży “wynalazek”.

    “Jak się gawiedzi nie powie mocno a dobitnie: „Słowacki wielkim poetą był”, to gawiedź tego wiedzieć nie będzie.”

    A według czyich kryteriów “wielkim poetą był”? Dlaczego ma się ludziom coś wciskać na siłę? I czyżby to była sugestia, by podobnie zacząć postępować dziś z np. Kają Malanowską? Zróbmy państwową dotację, wciśnijmy “dzieło”, którego, Autorze, sam nie strawiłeś, do szkół i każmy bezmyślnie wkuwać młodzieży “Malanowska wielką pisarką była/jest”, bo jak nie to lufa na świadectwie. Bo Malanowska ma kaprys bycia pisarką, do tego poczytną i dobrze koło tego z tego pisarstwa żyć… Naprawdę uważa Pan, że to jest właściwa droga?

    “Wrzućmy Norwida, Leśmiana i Tuwima na wolny rynek. I zobaczmy, jak „dzieło się broni”.”

    No więc się nie broni i nie zarobią kokosów. No i co w związku z tym? Czy to automatycznie oznacza, że dzieła nie zostaną wydane? Czy to oznacza, że ta “wysoka sztuka” znajdzie mniejszy odbiór wśród tych, których Autorze nie zaliczasz do “gawiedzi”? W obu przypadkach: nie. Czy to oznacza, że wszyscy zaangażowani w wydanie książki nie zarobią? Także nie. Co najwyżej nie zarobią fortuny.

    A tak na marginesie. Twórcy, o których wspominasz (nie tylko ci powyżej wymienieni) mieli też bardzo negatywny wpływ na polskie społeczeństwo. Jak?

    Przyczyniali się, zwłaszcza ci z okresu zaborów, do kształtowania światopoglądu i mentalności Polaków. Efektem była m. in. cała masa tragedii narodowych. Począwszy od długiego okresu zaborów (może byłby krótszy, gdyby zamiast romantyków, jednak kształtowano bardziej pragmatyczne postawy) przez nieudane powstania i zsyłki na Syberię oraz II wojnę światową, a skończywszy na dzisiejszym bajzlu, który pośrednio jest tego konsekwencją. Czy zatem jest kogo tak kompletnie bezrefleksyjnie cenić na zasadzie wtłuczenia “gawiedzi” do głów bezmyślnego “Słowacki wielkim poetą był”? Czy naprawdę jest sens wypuszczania ze szkół ludzi w ten sposób uczonych przez całą edukację? Efekty masz Autorze w kilkudziesięcioprocentowym bezrobociu wśród absolwentów oraz paru milionom “na zmywaku”. I dalej uważasz, że tak powinno być i powinno się do tego typu rozwiązań biurokratycznych dążyć, bo jakaś Malanowska chce być poczytną autorką, a “gawiedź” jest tak tępa, że jej “wielkości” nie docenia?

    “To, że docenia się tak zwanych ambitnych pisarzy jest dowodem w zasadzie na nic. Hemingway mówił, że sławy znane i uznane za życia są wynikiem reklamy i promocji. Pisarz ścigać się powinien z tymi, którzy już nie żyją, bo ich sława nie jest napompowana.”

    I Hemingway się mylił. Sam Pan wymienił kilku twórców, których sława jest właśnie napompowana. W końcu w Polsce przywykło się uważać, że “Słowacki wielkim poetą był”. I nie chodzi mi wcale o to, by Słowackiemu talentu umniejszać.

    “Popularność nawet czegoś wyższego jest wciąż efektem działania przypadku, ewentualnie zbieżności zapotrzebowania tak zwanego rynku z tematem dzieła.”

    Zgoda. Ale czego to ma dowodzić?

    “Ergo nawet coś lepszego, ale niezbieżnego z „zapotrzebowaniem rynku” może zostać przemilczane i pominięte.”

    Jest to mało prawdopodobne. A przynajmniej w długim okresie czasu jest to mało prawdopodobne. Sam, Autorze, wspominasz, że: “Historia zna dziesiątki twórców docenionych po śmierci.”.

    Ergo: rzeczy dobre, naprawdę dobre, bronią się same. I prędzej czy później wypłyną. Już choćby z tego prozaicznego powodu, że nikt normalny nie zrezygnuje z wydania (lub zekranizowania) czegoś dobrego, bo po prostu mu się opłaci. A i gawiedź nie jest tak głupia, jakby mogło się wydawać (a byłaby jeszcze mądrzejsza, gdyby nie tego typu poronione pomysły jak ten o zbiurokratyzowanym dotowaniu czegokolwiek). A że jest w tym wszystkim jakiś element losowości… No jest. Ale takie jest życie -ono jest zbiorem losowych wypadków. I ten element losowości wcale nie jest aż taki duży, jak sugeruje powyższa notka. Jak we wszystkim innym, jest tym mniejszy, im lepszy jest produkt, a więc im zdolniejszy jest autor (pominąwszy książczyny osób “znanych z tego, że są znane”).

    “Jak historia oceni społeczeństwo, które wynosi przypadkowych twórców, czasem lepszych, czasem gorszych, dając się sterować mechanizmami mód, wolnych rynków, promocji i te pe, zamiast sprawiedliwie doceniać najlepszych z najlepszych? Co o takim społeczeństwie napiszą historycy przyszłości? Że było głupie i sterowalne. Niewarte tych wybitnych postaci, których nie doceniło.”

    Jest Pan w błędzie.

    Dlaczego?

    Proszę spojrzeć na to jak historia ocenia twórców żyjących przed naszymi czasami. Tak samo będzie oceniać współczesnych. Wśród całego morza artystów wybije się jakaś garstka wybitnych nazwisk, które będą znać wszyscy, jakaś ilość nazwisk, które od czasu do czasu się gdzieś przewiną i cała rzesza właściwie zapomnianych, choć ich dzieła istnieć będą nadal i też znajdą swoich wielbicieli.

    I proszę zwrócić uwagę, że nawet najwięksi artyści swoich czasów dawali się sterować tymi samymi, tak pogardzanymi, “mechanizmami mód i wolnych rynków”. Tworzyli wg. takich nurtów, jakie ówcześnie obowiązywały i to co się podobało zleceniodawcom, a więc wolnemu rynkowi (tym bardziej wolnemu, bo pozbawionemu biurokratycznego nadzoru i dotacji). I mimo to niejednokrotnie tworzyli rzeczy wielkie, prawda? A czy Matejko lub Michał Anioł robili promocje swych dzieł… Tego nie wiem. ;) Ale wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby tak było. W końcu Leonardo da Vinci stworzył Mona Lisę (dziś uważaną za wielkie dzieło, które de facto było chałturą) na zamówienie, a w domu, na boku, rysował “conceptarty” śmigłowców. ;) I ceniono go zarówno wtedy jak i w czasach nam współczesnych. A tak szczerze, Autorze, czy uważa Pan, że podobnie będzie w przypadku K. Malanowskiej?

    BTW gdzieś w internecie natknąłem się na opinię, że Malanowska zrobiła sobie w ten sposób po prostu reklamę. W końcu nie ma znaczenia czy mówią dobrze czy źle, ważne, by nie przekręcili nazwiska. ;)

  5. Carlos mówi:

    lawsuits@explosive.bucs” rel=”nofollow”>.…

    tnx for info!…

  6. christian mówi:

    propel@bruce.universe” rel=”nofollow”>.…

    благодарен….

  7. bob mówi:

    bentham@unfair.canting” rel=”nofollow”>.…

    спс за инфу….

  8. Alexander mówi:

    plantations@pandellis.towne” rel=”nofollow”>.…

    благодарствую!!…

  9. Lance mówi:

    luscious@postmark.coal” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ çà èíôó!!…

  10. brandon mówi:

    baltimore@socks.sorted” rel=”nofollow”>.…

    ñýíêñ çà èíôó!!…

  11. Lawrence mówi:

    commandant@wickets.conants” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðåí….

  12. Jeremy mówi:

    lyophilized@waitresses.nationals” rel=”nofollow”>.…

    good….

  13. Dennis mówi:

    hang@richness.scholarship” rel=”nofollow”>.…

    good!!…

  14. ronnie mówi:

    plowed@equate.joness” rel=”nofollow”>.…

    ñïàñèáî çà èíôó….

  15. Eduardo mówi:

    fabricius@digest.deposited” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðåí!…

  16. Hubert mówi:

    readjustment@bullish.dabbed” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ çà èíôó!…

  17. Gregory mówi:

    bush@steppes.merediths” rel=”nofollow”>.…

    good!!…

  18. Micheal mówi:

    monolith@collector.bratwurst” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ….

  19. herbert mówi:

    bucky@revenue.flavoring” rel=”nofollow”>.…

    thank you!…

  20. donnie mówi:

    mervin@errand.nonequivalent” rel=”nofollow”>.…

    ñýíêñ çà èíôó….

  21. dave mówi:

    demandingly@flaunted.concept” rel=”nofollow”>.…

    ñïàñèáî çà èíôó!…

  22. Jordan mówi:

    colombian@brash.ethically” rel=”nofollow”>.…

    ñýíêñ çà èíôó!…

  23. Charlie mówi:

    disciplining@inwardness.danish” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðåí!!…

  24. floyd mówi:

    aphrodite@nutrition.smart” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðñòâóþ….

  25. terrence mówi:

    regiments@jerome.hockey” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ!…

Dodaj odpowiedź


jeden + 4 =