Fragmenty powieści “Gamedec: Obrazki z Imperium”

Powieść została nominowana do nagrody im. Janusza A. Zajdla, więc wypada jakoś ją przybliżyć tym, którzy jej nie czytali. Oczywiście nie jest to łatwe wrzucając kilka fragmentów na blog. Ale lepsze to, niż nic, prawda? Miłej lektury.

"Gamedec: Obrazki z Imperium", Tomy 1 i 2

"Gamedec: Obrazki z Imperium", Tomy 1 i 2

FRAGMENT 1

Droga Mleczna

Macierz

Planeta Yimr, grunt

Polia Roomney, Dystrykt Oomba

08 Decimi 232 EI, 07.47 H

Bunkier Gutberta Warwicka był jak zawsze pogrążony w półmroku, oświetlony tylko zielonymi snopami światła przedzierającego się przez siatki maskujące rozwieszone pod świetlikami w suficie. Han Fierce, mężczyzna o prostokątnej twarzy okolonej ciemnymi włosami, przekreślonej wąskimi wargami i punktowanej drobnymi, jasnymi oczami, odziany w odrapany, szarostalowy pancerz, wszedł do środka lekko się pochylając pod nisko sklepionym, wyokrąglonym wejściem.

- Frag, Gut, nie powiększysz tego włazu? – odezwał się zachrypłym, dość wysokim głosem.

- Salut. – Warwick, ciemnoskóry, mocno zbudowany mężczyzna ubrany w zbroję udekorowaną umbrowymi barwami obronnymi,  machnął ręką na powitanie. – Nie.

- Why?

- Żaden Ran nie będzie mi tu się wpierdalał. Zwłaszcza ze Smokiem.

Hanowi spodobała się ta odpowiedź. Wyszczerzył mocne zęby w kolorze kości słoniowej. Jego wąskie usta wyglądały teraz jak cienkie kreseczki:

- Budynek się dostosuje do Rana. – Skwitował.

Gut także wyszczerzył zęby, mocniejsze i większe:

- Nie ten.

Fierce otworzył szerzej oczy:

- ImBu ci pozwolił zaingerować w algorytm domostwa? Przecież każdy dom, nawet grondowy, musi mieć możliwość wpuszczenia…

- Jak się okazuje, nie każdy – cmoknął Gut.

Han oparł się z wrażenia o wysoki kontuar, za którym unosił się jego rozmówca i zaczął podrzucać wydobyty z udowego zasobnika przedmiot. Wyglądał jak ozdobna brosza, albo dziwnie zdobiony sensor optyczny dimena.

- W mordę… – szepnął w zamyśleniu.

- Wolna Wola, bracie – Warwick zabębnił palcami w blat. – Potrzebujesz czegoś?

Wydał mentalną dyspozycję i znajdująca się za nim ściana zdematerializowała się ukazując wiszące jeden obok drugiego, rotujące moduły bojowe.

- Pokazujesz mi stałe? – spytał Fierce obracając w ręce broszę.

- I stałe i hipokowe. Do wyboru do koloru. Jak chcesz, zrosną się z pancerzem i zostaną. Jak nie – będą wyskakiwały z podprzestrzeni na życzenie. Naudowe, nagoleniowe, przedramienne, ramienne, barkowe, głowowe, a jak chcesz nawet starożytne, trzymane w garści, jak te quilldao Aristosów. Co chcesz?

Han chwilę milczał. Wciąż wpatrywał się dziwny klejnot. Warwick wiedział, że to nie wróży niczego dobrego. Fierce milczał tylko przed naprawdę doniosłymi stwierdzeniami.

- Coś, co będzie w stanie przebić pancerz Coremour Wzór X.

No i stało się. Po tym zdaniu cisza w pomieszczeniu jakby zgęstniała, a temperatura podniosła się.

- Co ty powiedziałeś? – wyszeptał Gutberg. – Jesteś normalny? – Rozejrzał się lękliwie. – Przecież za chwilę ImBu urwie ci dupę!

Han poczekał kilkanaście cetni, jakby liczył, że zaraz przez niskie wejście bunkru Warwicka wejdzie jakaś piękność. Popatrzył w sufit i cicho zagwizdał. W tym czasie Gutberg liczył uderzenia serca. Mimo natychmiastowej ingerencji frina, puls nie chciał zwolnić.

- Jak widzisz, jakoś nie urwał – szepnął Fierce.

Gut westchnął głęboko, a wokół jego pancerza zawirowały wizerunki nagich kobiet. To go uspokajało.

- Ja pierdolę – sapnął.

- Wolna Wola, bracie. – Uśmiechnął się Han. Wokół jego pancerza nie wirowały animacje. Nigdy. Han też starał się nie latać. Preferował chodzenie.

- Ale dlaczego chcesz strzelać do Rana? – Gut oblizał nagle wyschnięte, pulchne wargi.

- Nie do Rana. Do Błogosławionego.

Fierce z zadowoleniem stwierdził, że nawet taki stary wyjadacz, jak Gutberg, handlarz nie do końca legalną bronią, potrafi zblednąć:

- Pojebało cię?!

- Nie. Widzisz to? – wskazał broszkę.

- Widzę.

- Miałem znajomą. Fajna dziewczyna.

- Julia? Ramona? O nich mówisz?

- Nie, o innej. Astrze Frey.

- Nie słyszałem.

- Bo o niej nie opowiadałem. Julia i Ramona są świetne, ale nie tak radykalne jak Astra…

- Anarchistka? – domyślił się Gut.

- Ta… Widzisz, nie mam od niej żadnych wieści.

- Nie rozumiem.

- No, nie odzywa się. Nie mam z nią kontaktu. Dostałem to coś dwa dni temu i potem już nic… Zniknęła.

- Jak to: „zniknęła”?

- Rozpłynęła się w powietrzu. A tutaj, w tym oku, utrwalone są hotki czegoś dziwnego…

- Pokaż! A nie – Warwick zreflektował się i wyciągnął rękę w obronnym geście – nie chcę wiedzieć.

- I słusznie, bo to, zdaje się, jedna z tajemnic Imperium. I za jej poznanie Astra oddała życie.

- Niemożliwe. W Czasach Szczęśliwości?!

- Widzisz, przyjacielu, nasze, jak to określasz – Fierce obnażył zęby i wysyczał – C z a s y  S z c z ę ś l i w o ś c i  są obarczone pewnymi nieszczęściami…

Handlarz bronią pokręcił głową:

- Niemożliwe. Nie wierzę.

Han pokiwał filozoficznie głową. Nie miał zamiaru przekonywać rozmówcy, tym bardziej, że, jak sądził, byłoby to niebezpieczne.

- Tak czy owak, mam wrażenie, że nade mną też już zawisł wyrok, zatem… – Westchnął. – Chcę wiedzieć, czy te skurczybyki są zniszczalne. I będzie to moja wendetta.

- Frin ci nie pozwoli.

- Zobaczę.

Gut potarł spocone czoło.

- Han, nie bądź głupi. Po co ci to?

- Czy nie na za dużo pozwalasz swojemu ciału? W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak się pocił. Frin ci nawalił?

Warwick machnął ręką:

- Eksperymentuję.

- Widzisz, ty też.

Fierce mocniej wparł się w blat i wydał mentalną komedę barmatowi, który kręcił się kilka metrów dalej. Za chwilę podleciała do niego szklaneczka z whiskey. Szkło było tak przemyślnie wycięte, że wydrążenie zawierające ciecz miało kształt trupiej czaszki. Był to patent Guta, z tego, co Han wiedział, ani nie udostępniony do sieci przez Buddę, ani nie przehandlowany przez samego Warwicka.

- Wgrałem sobie ostatnio wiedzę filozoficzną – odezwał się Fierce chowając mechaniczne oko do zasobnika w udzie.

Gut, który także zamówił drinka, prychnął i opluł sobie rękę. Podleciało do niego pięć minidronów, wylądowało na grzbiecie dłoni, w ciągu cetni skwapliwie wyczyściło naskórek i odleciało.

- Jaką?

- A wiesz, filozoficzną. To bardzo ciekawe i w sumie proste sprawy. Takie, rozumiesz, życiowe. – Han popił ze szklaneczki. – Ta cała Wolna Wola to poważna rzecz. Cały czas mamy w sobie friny. Friny są non stop połączone z ImBu. Tworzą razem sieć, to wie każde dziecko. Teoretycznie jesteśmy częściami sieci, która nas obserwuje i kontroluje. Patrzy na nas superszybki Budda i podobno całkiem ludzki Imperator, którego ja, purwa, na oczy nigdy nie widziałem ani na uszy nie słyszałem.

- No ja też w zasadzie…

- Prawda jest taka, że jak trafisz na Sofię, to tam frin rzeczywiście nie pozwoli ci kilku rzeczy zrobić. Ale jeśli tu będę chciał do Namaszczanego…

- Namaszczonego.

- Namaszczanego, wiem, co mówię. Twierdzisz, że jak będę chciał mu w ryj wypaskudzić, frin mi nie pozwoli. Unieruchomi palec, zatrzyma rękę, coś w tym stylu. – Fierce pokręcił głową i obnażył białe zęby. – Otóż sądzę, że głęboko się, brachu, mylisz. Frin nie może mi tego zabronić, nie może wstrzymać ruchu ręką, bo to by oznaczało, że mamy gówno, nie Wolną Wolę. Ludzkość nie będzie mogła się rozwijać, rozumiesz, w poczuciu, że stale ją ktoś obserwuje i ocenia: to robię dobrze, a to źle. Jeśli tak by było, to zamienilibyśmy się w gromadę srających pod siebie dzieci, a założę się, że Ezra, chuj mu na zdrowie w cyfrową dupę, tego nie chce. On stworzył Wolną Wolę naprawdę. I ona naprawdę istnieje. My jesteśmy, jak to się mówi, sprawczy. Proaktywni, kumasz, nie mamy cyfrowej smyczy, która by nas powstrzymała, gdy chcemy pierdnąć czy inną paskudną rzecz zrobić. Jeśli by tak było, już bylibyśmy skończeni jako gatunek, kumasz?

Gut od dłuższego czasu trzymał szklaneczkę, w której połyskiwała bursztynowa od whiskey trupia czaszka, w połowie ruchu do ust i patrzył na znajomego szeroko otwartymi oczami.

- Ja pierdolę. Zawsze uważałem, że zawarta w sieci wiedza to super sprawa, ale nie sądziłem, że…

- …taki chłopek roztropek jak ja tak się rozgada na filozoficzne tematy?

- No tak!

- Widzisz. Ja muszę to sprawdzić. Udowodnić, że Wolna Wola naprawdę istnieje,  robię to, jak widzisz, ideowo. Dla ludzkości.

- No i się mścisz.

Fierce uśmiechnął się wąskimi ustami:

- To dodaje mojej misji dodatkowego, osobistego wymiaru.

- Tylko dlaczego Błogosławiony?!

- Bo nie ma już królów i prezydentów. Jakbyśmy mieli żywego pojedynczego Imperatora, to jego bym próbował…

- Na Buddę, co ty mówisz. – Gut błyskawicznie wypił kolejkę i wystawił pustą szklaneczkę do barmata. Ten skwapliwie ją napełnił.

- Ale teraz nie ma. Są Błogosławieni. To któremuś z nich łeb rozwalę.

- Ale na Sofię cię wsadzą!

- Nie na całe życie.

- He. Heeehehehe… No może nie na całe, ale wiesz, teraz żyje się długo…

- Się nie rechocz, tylko pokaż, co masz.

FRAGMENT 2

Rodney Duval był Sitem dumnym z siebie z kilku względów. Po pierwsze pracował. To sytuowało go w bladej bo bladej, lecz jednak zauważalnej hierarchii Sitów nieco wyżej. Po drugie był Pionierem. Praca jego polegała na penetracji głębokiego kosmosu, a o tym marzył od dzieciństwa. Cudownym paradoksem WayEmpire jest to, że jeśli kochasz coś robić, a ImBu uzna to za pracę – pracujesz, w związku z czym szczycisz się nieco wyższym statusem od innych, a poza tym Budda i Imperator dostarczą ci wszelkich możliwych narzędzi, nawet takich, które w innych warunkach byłyby ci odmówione. Rodney nie dostąpił jeszcze zaszczytu odwiedzania gromad gwiazd poza Galaktyką, ale ImBu ocenił jego umiejętności na tyle wysoko, że obdarzył go honorem poszerzania imperialnej wiedzy o Drodze Mlecznej na całym jej obszarze. Zatem Sit Duval mozolnie rozszerzał obszar znanych WayEmpire systemów, a owa „mozolność” bynajmniej go nie nużyła. Wiedział, że robota będzie długa i bardzo go ten fakt cieszył. Ktoś mógłby zapytać, jaki jego trud miał znaczenie w olbrzymim, zmechanizowanym Imperium? Były przecież sondy i próbniki, niezliczone ich ilości, były te przerażające gromady Pożeraczy Światów, ile więc znaczyła kropla jego wysiłków w oceanie czynności Buddy? No cóż, w świetle wydarzeń, które miały się wkrótce rozegrać, można zaryzykować stwierdzenie proste, a jednak genialne. Co człowiek, to człowiek.

W sto sześćdziesiątym drugim cyklu Ery Imperium, czyli dwanaście cykli po nastaniu Czasów Szczęśliwości i spory czas po rozruchach, jakie wtedy nastąpiły, WayEmpire dysponowało już na tyle rozwiniętą technologią, że Sit przeniesiony z naszych czasów w przeszłość i umieszczony w airvillu Pioniera, nie dostrzegł by większych różnic. Może O’Toole nie były tak zgrabne jak dzisiaj, ale równie dobrze ich kształt mógłby być uznany za ekstrawagancję. Rzecz jasna, gdyby ktoś zajrzał do sieci i przyjrzał się kodowi Buddy, stwierdziłby, że nie jest tak rozwinięty jak dzisiaj, a gdyby ktoś inny znał się na technofraktalach i zgłębił strukturę flofów, zobaczyłby, że zarówno pod względem konstrukcji jak i oprogramowania stoją eony za tym, czym dysponujemy dzisiaj, jednak, jak już zostało to wspomniane, widocznych różnic nie było.

Nie powinno więc dziwić, że Rodney Duval we wspomnianym już cyklu, konkretnie czterdziestego czwartego Quatrii w okolicach hekty dwunastej czasu uniwersalnego, wisiał (nie stał) w osobistym airvillu o nazwie Orzeł (na pamiątkę pierwszego lądowania ludzi na obcym globie, czyli misji Apollo 11, Robert doskonale znał historię podboju kosmosu), rozkoszował się doskonałą kawą, wokół niego unosiło się kilka niezbędnych narzędzi nawigacyjnych, obok niego czatował O’Tool, a po drugiej jego stronie lewitowała druga pilotka-dron, w tle zaś unosiła się wewnętrzna, mieszkalna platforma airvilla i w ogóle wszystko wyglądało tak, jakby się to działo dzisiaj. Rodney skanował za pomocą specjalnych modułów statku kompletną pustkę, czyli obszar międzygwiezdny CA 543-543-876-543 Ramienia Krzyża, fragment naszej Galaktyki oddalony od centrum i mocno już rzadki. Ktoś mógłby spytać – po co skanować pustkę?, i byłoby to nierozsądne pytanie, bo pustka jako taka nie istnieje. Przestrzeń tworzy piana kwantowa, która może rozszerzać się bądź kurczyć szybciej od światła, jest zatem najciekawszym fragmentem rzeczywistości, poza tym w rzeczonej pustce tej mogą kursować czarne dziury, brązowe karły czy planety wyrwane z jakichś kosmicznych katastrof – jak mówił Duval, „PPP”: Ponurzy Próżniowi Podróżnicy. Jako ciała nieposiadające własnych źródeł światła, często są niewidoczne nawet dla najdoskonalszych imperialnych teleskopów, a mogą być względnie groźne. Kosmos jest pełen niespodzianek. Rodney dobrze o tym wiedział, bo sam odkrył dwie planety posiadające białkowe życie i to nie pod powierzchnią globów, ale na zewnątrz, skatalogował kilkanaście czarnych dziur, dwa brązowe karły i jedną, wyjątkowo szybko przemieszczającą się planetę pozbawioną swojego słońca, za to zaopatrzoną w księżyc, który okrążał ją po śmiesznie wydłużonej orbicie.

Gdy Duval konstatował dziwy kosmosu i chłonął z niekłamanym zachwytem widok za wielką, panoramiczną szybą airvilla, skanery przekazały informację o detekcji dużej masy siedemset czternaście jednostek astronomicznych od jego lokacji. Kamery skierowały tam swoje oka, ale, zgodnie z przewidywaniami Rodneya, niczego nie zobaczyły.

- Jak duża to masa? – spytał.

- Wygląda na brązowego karła, ale kształ się nie zgadza – odparł mózg statku ustami drugiej pilotki.

Rodney zamrugał. Jego airvill po raz pierwszy od dziesięciu cykli, czyli od czasu, gdy zajął się skanowaniem kosmosu, wyraził się tak nieprecyzyjnie. Mężczyzna spojrzał na mechaniczną kobietę:

- Spectra – tak ochrzcił robota – Co masz na myśli mówiąc „kształt się nie zgadza”?

- Brązowy karzeł powinien mieć formę kulistą. – wyjaśniła sztuczna kobieta.

- Obdarzysz mnie jeszcze jakimiś rewelacjami? – Pionier nie lubił, gdy pilotka dzieliła się z nim oczywistościami. Uważał się za Sita wszechstronnie wykształconego i odbierał takie konstatacje jako obraźliwe.

- Oto najbardziej prawdopodobna forma obiektu. – Spectra wskazała mechanicznym palcem trójwymiarową mapę wiszącą metr przed nimi.

Macki skanerów zaczęły, niczym ślepiec za pomocą palców, lepić z pustki formę, która krok po kroku, skan po skanie, zaczęła przypominać dziwny, nieforemny…

- Krzyż?! Czarna dziura, przepraszam, brązowy karzeł w kształcie krzyża? Ktoś jaja sobie robi?! – wykrzyknął mężczyzna.

- Nie, Rodney. To jest ten kształt.

Sit Duval, dzielny próżniowy podróżnik, przełknął głośno ślinę i wytrzeszczył oczy starając się zrozumieć to, co widzi, ale konstatacje były tak obezwładniające, że przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie głosu.

- Czy ja dobrze rozumiem, że to…

- Nie jest naturalne – weszła mu w słowo Spectra.

- Ale na miłość Imperatora, przecież to waży tyle ile…

- Brązowy karzeł.

- Przestaniesz mi przerywać? – Rodney spojrzał ze złością na robota. – Dobrze wiem, ile waży brązowy karzeł… Dlaczego to ma tak dziwnie nieregularny kształt? On mi się kojarzy…

- Rodney. Skanery wykryły drugą masę.

Mężczyzna zacisnął szczęki tłumiąc złość wynikłą z ponownego przerwania jego wypowiedzi. Jego mózg nie mógł jednak zajmować się jednocześnie poprawianiem wychowania dronki i analizowaniem niezwykłego znaleziska. Skierował więc uwagę ku istotniejszemu obszarowi.

- Chryste. Trzeba zawiadomić ImBu – szepnął.

- ImBu o wszystkim wie. Prosi o dlasze skany.

- Gdzie jest ta druga masa?

Dronka wskazała miejsce na mapie. Na lewo i w górę od pierwszego obiektu wyłaniał się, w odległości połowy jednostki astronomicznej, nowy kształt. Sygnatury, które go otaczały sugerowały, że ma podobną, ale nie taką samą masę. Był to także krzyż, ale nieco inaczej skonstruowany…

- Zaraz postradam zmysły – szepnął martwymi wargami Rodney.

- Mamy trzeci obiekt. – odezwała się Spectra.

Tym razem masa wyłoniła się na prawo i w dół od pierwotnego krzyża, w odległości jednej trzeciej jednostki astronomicznej. Rodney patrzył z rozpaczą, jak wyłania się jej forma. Tym razem nie były to dwie niezgrabne, skrzyżowane belki, lecz raczej rozgwiazda. Masa różniła się od dwóch poprzednich.

- Rodney? – Drugi pilot spojrzał na mężczyznę jasnymi, niebieskimi oczami.

Mężczyzna oczyścił krtań chrząknięciem.

- Hm?

- Te obiekty poruszają się idealnie synchronicznie.

- Lecą w szyku?

- Dokładnie tak.

- Cholerna armada wielkich jak słońce statków o pokopanej architekturze?!

- Armada jest dobrym określeniem. Skanery wykryły jeszcze dziesięć takich obiektów.

Duval wytrzeszczył oczy i wyciągnął ręce w obronnym geście.

- Nie załamuj mnie…

- I jeszcze pięć.

- Przestań!

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że jego reakcja jest dziwaczna. W końcu miłośnik kosmosu po to go eksploruje, by odkrywać, a właśnie z odkryciem i to nie byle jakim nasz Sit miał do czynienia, jednak nigdy nie mów, jak zachowasz się w jakiejś sytuacji, dopóki w niej się nie znajdziesz. Rozmiary odkrycia i jego absolutna nietypowość, cecha, która powodowała, że Pionier nie mógł jej odnieść do niczego znanego, wywoływały w nim następujące jeden po drugim ataki paniki.

- One też lecą synchronicznie? – spytał cichym głosem.

- Tak. I żaden z tych obiektów nie wygląda jak inne.

- To się kupy nie trzyma. Wielkie, nieregularne, a lecące w równym szyku?

- Kształt, który został pierwotnie wykryty nie jest prawidłowy – odezwała się dronka.

- No. Wiedziałem, że coś z nim jest nie tak. – Rodney klasnął w dłonie, ale za chwilę uśmiech na jego ustach zamarł.

Ramiona krzyży, rozgwiazd i innych nieregularnych tworów zaczęły się wydłużać. Ślepe skany Orła zaczęły obmacywać przestrzeń dookoła nich dalej i dalej… Teraz nie były to już toporne nieregularności, ale miejsca przecięć niezwykle długich belek.

- Spectra. Przestań. Nie ma takich obiektów. Te wysięgniki muszą ważyć tyle co całe układy planetarne…

- Tak. A ciała, które z początku uznaliśmy za osobne statki, nie są osobnymi statkami.

- Co?

Na trójwymiarowej mapie pojawiła się odpowiedź. Krzyże i rozgwiazdy połączyły się długimi dźwigarami. Teraz Rodney Duval zrozumiał kształt tych obiektów i wiedział, z czym mu się na początku skojarzyły. Z węzłami nośnymi starożytnych konstrukcji, mostów i wież wykonanych z kutej stali i mocowanych za pomocą nitów. Owe krzyże były po prostu przecięciami dźwigarów. Zostały wykryte w pierwszej kolejności ze względu na największą koncentrację masy. Z czerni wyłaniały się kolejne cienkie linie tworząc nowe połączenia i zamieniając przestrzeń mapy w niezwykle misternie złożoną siatkę przypominającą…

- To jakby wieloryb – szepnął Rodney.

- Długi na kilka parseków – dodała Spectra.

- Takich stworzeń nie ma na świecie.

- Nie było, Sicie. Teraz już są.


FRAGMENT 3

Niewiele czasu upłynęło, gdy dziesiątki, a potem setki domostw połączyły się w karawanę. Po piątej dolewce błyskawicznie pochłanianej wiśniówki byłą Reormater nagle zmroziło. Spojrzała na pozkaręcaną, barwną plątaninę latających siedzib, a potem wzniosła się wyżej, by zobaczyć ją dokładniej. Długi, kostropaty wąż, zapętlony, pozawijany, a w oddali przerażające sylwetki pancerników… Czyżby widziała przyszłość rodzaju ludzkiego? Wielką viję, która będzie po wieczność uciekała przed rasą Waruitów? Nie byłby to taki zły scenariusz, gdyby nie to, że WayEmpire było totalnie uzależnione od teleportacji i Worplanów, z których część, wedle zapewnień Smoka, jeszcze nie dostała się w bąbel innej fizyki i niedługo powinna zacząć przesyłać do siedzib zapasy żywności, ale przecież wkrótce i one zostaną im odebrane! Eim przełknęła ślinę. Czy wystarczy im zapasów? Zterraformują kolejne planety? Rozpoczną od nowa? Będą uciekać z nadzieją, że Ojcowie ich nie dopadną?

Wyciągnęła kieliszek w bok.

- Nie ma już wiśniówki, Siti. – Odezwał się dron. – Czy może być aroniówka?

- Lej.

W wielkim, obłym kielichu zatańczyła ciemnorubinowa ciecz. Była Reormater pamiętała, skąd pochodziła: z Goryeh, podobno najlepszego rolniczego Worplanu w Imperium. Z całą pewnością była robiona domowym sposobem, a w czasach WayEmpire oznaczało to brak jakichkolwiek nienaturalnych składników. Łyknęła. Alkohol był mocny i szczypał w tylną część podniebienia, język atakowała gorycz owoców, potem miód, cytryna i na koniec, zupełnie jakby ukłucia halabard, ze zdwojoną siłą gorzkie aronie. Odetchnęła głębiej i wlała w siebie drugi, pokaźny łyk.

Torkil. Torkil.

Gdzie jesteś, draniu?

Zerknęła w górę. W kosmos. Przy gwiazdach zatańczyły frinowe oznaczenia. Wiedziała, które posiadają zamieszkałe systemy. Wybrała na chybił trafł. Macedonia. Przed oczami zamajaczyły zbliżenia różnych części globu – góry, morza, śnieżne szczyty i szerokie plaże. Ale opcja TIO była nieaktywna. Tylko archiwalne ujęcia.

Gdzie jesteś, Torkil?

Zamknęła oczy i poprosiła frin o dostarczenie wspomnień o gamedecu.

Jego brwi, dość gęste, ciemne i męskie.

Oczy szaroniebieskie, z delikatnymi żółtymi cętkami, tak uważne, tak… czułe.

Policzki, lekko zapadnięte, równe, zakończone mocnymi krawędziami szczęk.

Zęby lśniące, białe i te niesamowite kły, gdy się uśmiechał. Większe fangi miał nawet w cywilnym ciele…

Zapach – ledwie wyczuwalny, jakby skórę ogrzewało słońce.

Głos – gdy był w ciele Rana potężny i niski, gdy był w ciele cywilnym – jasny, śpiewny, jakby gdzieś głęboko w duszy Aymore’a mieszkała dziewczyna.

Jego dotyk…

Pauline wstrząsnął dreszcz.

Przyspieszyła. Świat dookoła niej niemal się zatrzymał. Biesiadnicy zastygli w alegorycznych, prawie sakralnych pozach wznosząc puchary trunku, śmiejąc się, rozmawiając, wsłuchując w słowa innych ludzi.

A Eim tonęła w ramiona Aymore’a. Czuła jego oddech, mocne bicie serca na swoich piersiach, jego dłonie na plecach, jego usta na szyi, na policzkach, na czole, na ustach. Eim zaczęła głębiej oddychać. Nakazała frinowi przewinąć wspomnienie. Za intensywne. Nie teraz.

Torkil patrzy na nią uważnie. Siedzą na łóżku. Pauline przeczesuje mu włosy. On pije szampana. Za wysokim, witrażowym oknem Teacupa wstaje świt.

- Pauline – odzywa się do niej.

- Tak?

Przełyka ślinę.

- Ty… też jesteś sierotą?

- Przecież wiesz. Mój ojciec umarł, a matka zginęła na Damnacie.

- U mnie było odwrotnie.

- Wiem.

Torkil zaciska szczęki: na ich krawędziach zaznaczają się mocne żwacze. Eim wie, co chce powiedzieć. Nie chce tego słyszeć.

- Słuchaj – odzywa się gładząc jego ramię poznaczone wypukłymi, twardymi prążkami mięśni – dlaczego nosisz te białe, w zasadzie siwe kosmyki we włosach? Są tam odkąd pamiętam.

Aymore uśmiecha się. Te jego zęby. Przez chwilę oślepia ją aureola wokół jego głowy. Głupie wrażenie leżeć w łóżku ze świętym.

- Chcesz, żebym zmienił kolor włosów? – pyta. – Niebieski? Żółty? Złoty? Srebrny? – śmieje się, ale w jego oczach osiadł smutek. Kobiety to widzą.

- Nie. Tak mi się podoba. – Pauline bawi się swoimi talizmanami: topazowym i granatowym. Lewitują wokół jej palców. Fasetki tego drugiego pieszczą oko pomarańczowymi refleksami słonecznego światła. – Tylko te kosmyki. Skąd?

- Nigdy ci nie mówiłem? – Aristos poprawia się w pościeli i odpycha pusty kieliszek. Ten posłusznie odpływa na szafkę nocną lewitującą obok łoża.

Platforma, na której się znajdują, powoli unosi się w górę, a reszta wewnętrznych tarasów opada w dół. To zwykły rytm pomieszczenia.

- Nie.

- Nawet w paku nie przeciekło? – uśmiecha się cierpko.

- Widać chowasz to bardzo głęboko.

Torkil patrzy w okno Airvilla. W jego oczach odbija się oranżowe niebo. A man with the sky in his eyes. Tak go kiedyś nazywała.

- Lubię to wino – szepcze wskazując na pełny kieliszek trzymany przez Pauline – szybko działa i rozwesela.

- Tak.

Przez dłuższy czas milczą. Mężczyzna patrzy na zabawę Pauline i przejmuje kontrolę nad jednym ze swoich talizmanów. Rubinowy klejnot oprawiony w barokowe złoto rusza do kamieni kobiety i także zaczyna tańczyć wokół jej palców.

- Będziesz się śmiała.

- Nie.

- Nazwiesz mnie maminsynkiem.

- Nie.

Torkil bierze głębszy wdech i mówi szybko, niskim głosem:

- Kiedy zginęła moja matka, Laura, pojawił się pierwszy. Pierwszy kosmyk. Potem drugi. Były ułożone niesymetrycznie, więc dodałem jeszcze trzy.

Pauline liczy oddechy. Raz. Dwa. Trzy. Walczą w niej uczucia zaskoczenia, rozbawienia i potrzeba dania wsparcia. Wreszcie szepcze:

- I co? Tak nosisz tę żałobę? Przez tyle cykli?

Torkil lekko się krzywi:

- To znak, że pamiętam.

- Rodziców?

Teraz grymas na jego twarzy zamienia się w niesymetryczny uśmiech.

- Nie. Po prostu, że nie zapominam o tych, którzy cierpieli.

Pauline wychyla niewielki łyk szampana. Światło poranka tańczy w złotych bąbelkach.

- Po co ci to? – uznaje, że to zdanie zabrzmiało zbyt obcesowo, więc stara się je zmiękczyć ciepłym uśmiechem.

- Mam wrażenie, że to najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o człowieczeństwo. – Torkil lekko kuli usta.

- Nie zapomnieć?

- Tak.

Aymore wydaje mentalną dyspozycję. Podlatuje dron i nalewa szampana do kieliszka. Szkło unosi się i podpływa do jego palców. Pauline wyciąga rękę. Jej puchar także się wypełnia. Piją. Bąbelki łaskoczą podniebienie. Kręci jej się w głowie.

Torkil patrzy na nią. W jego niebieskich oczach wciąż tańczy róż nieba Wiz, planety, nad którą przylecieli kilkad dni wcześniej. Dołącza do trzech talizmanów krążących wokół jej smukłej dłoni czwarty – szafirowy, także oprawiony w złoto. Pauline przez chwilę się zastanawia, czy żółcień, ciemna zieleń, granat i brąz pasują do siebie, ale światło wpadające przez okno godzi wszystkie barwy.

- Nie myślałaś o tym?

Kobieta podnosi na niego wzrok:

- O czym?

- O wskrzeszeniu rodziców?

Od stóp Pauline do jej kręgosłupa przebiega zimny dreszcz. Przełyka ślinę i odsyła jego dwa kamienie. Torkil przejmuje je i pozwala im krążyć nad swoim lewym barkiem.

- Przestań – szepcze.

- Wiele sierot to zrobiło. Nawet przyjaciół wskrzeszają. Z Damnaty. Jeśli mają zapis DNA. My mamy dane materiałów genetycznych rodziców. Ty i ja. Nasi starzy zrobili skany.

- Przestań. – Eim chce powiedzieć więcej, ale słowa utykają jej w gardle. Dobrze, że Torkil myśli w tej chwili o sobie. Gdyby nie to, jej zachowanie mogłoby go zastanowić…

- Ja wiem, że to nie byliby oni – ciągnie. – Że to byłyby ich klony, bliźnięta. Mimo wszystko…

- Moi rodzice nie żyją. Umarli. – Stwierdza twardo była Reormater.

- Więc mamy pozwolić im… nie żyć?

- Tak. To normalne. Naturalne.

- Posthomo Sapiens od dawna przestał całować dupę matki natury. – Torkil bierze głęboki wdech. Prążki jego mięśni piersiowych drgają przy tym, jak podczas ziewania. Chyba jest zdenerwowany.

- Ja bym nie mogła. Nie wytrzymałabym.

- Widoku swojej mamy jako dziewczynki?

Pauline zagryza wargę:

- Tak.

- Dziewięćdziesiąt dziewięć procent Sitów Imperium ma żyjących rodziców, naturalnych, nie wskrzeszonych.

- Dziękuję za ten miód. Moi rodzice wystarczająco mi zaszkodzili. Nie rozumiem nałogowych wspominaczy i nie rozumiem sierot wskrzeszających…mamę i tatę.

Torkil znowu pije. Wstaje. Jest nagi. Podchodzi do okna po ścieżce, która układa się pod stopami w miarę stawiania kroków. Pauline uwielbia patrzeć na jego zgrabne pośladki. Ale bardzo rzadko to komentuje.

- Jest tu kilkanaście centrów exuterowych. – Aymore mówi nie odwracając się do niej.

- Na Wiz?

- Tak. A pod nami, w Tris, jedno, w którym pracuje organiczka. Niejaka doktor Ula Sun. Nie Dis.

- I co z tego?

- To wyjątkowa sprawa. Człowiek w pracy.

- Nie dla mnie. Ty ciągle pracujesz.

- Myślałem, żeby wyhodować tutaj…

- Twojego tatusia i mamusię?! – Pauline podrywa się z pościeli. Kilka kropel z kieliszka spada na kołdrę. Czuje na ręce lepką ciecz. – Zwariowałeś?! Twojej matki bym się bała, a twojego ojca nie lubię, chociaż tylko o nim opowiadałeś!

Kołdra trawi plamę. Eim wydaje rozkaz frinowi. Jej skóra wchłania ciecz, a cukier się krystalizuje się na jej powierzchni. Kobieta macha ręką strząsając mikroskopijne kryształki. Minidrony rezydujące na oparciu łóżka startują i połykają je. Przez chwilę krążą cichutko sycząc, wychwytując cukrowy pył. Wyglądają jak starożytne samoloty na polu bitwy.

- To byliby inni ludzie. Przecież wiesz. – mówi cicho Gamedec.

- Nie, na mnie nie licz. Nie będę im matkować. – odpowiada przez ściśnięte gardło Pauline. – Zapomniałeś już co ten… ten potwór ci zrobił?!

***

Wchodzę do kuchni. Muszę. Muszę to powiedzieć. Ale tylko mamie. Tata nie może o niczym wiedzieć. O niczym.

- Mamo – patrzę na matkę szeroko otwartymi oczami.

Laura Aymore podnosi wzrok znad kitchenmatu. Widzi, że jestem zdenerwowany.

- Co, synku?

Przełykam ślinę:

- Ale nie powiesz tacie?

- Ale o co chodzi?

- Ale nie powiesz tacie? Proszę?

Twarz matki tężeje. Wciąż się uśmiecha, ale już nie tak ciepło:

- Tori, nie mogę ci tego obiecać, powiedz o co chodzi.

O mój boże. Tata nie może o tym wiedzieć.

- Pani prosiła, żebyś dzisiaj przyleciała do szkoły.

Matka otwiera szerzej oczy. Co jej siedmioletni syn mógł zmalować?!

- Dlaczego?

Kulę nogi, splatam palce, moje ciało robi się na przemian ciepłe i zimne.

- Bo ja… paliłem papierosy – wyduszam z siebie.

Matka zastyga.

- Co robiłeś?

- Paliłem… papierosy – szepczę.

- Co takiego?

- Paliłem papierosy – mówię jeszcze ciszej – ale tylko sześć. Tylko sześć! I nie zaciągałem się!

- Ale jak? Gdzie?

- George Ritchanowsky mnie namówił. Robiliśmy to z Jackiem Karwatsky’m. Za boiskiem.

Matka wychodzi z kuchni. Próbuję ją zatrzymać:

- Ale nie mów tatusiowi, proszę cię, nie mów mu, proszę cię, nie mów!

Chwytam ją za rękę. Laura łagodnie, ale stanowczko odkleja moje spocone palce od swojego przedramienia. Zostaję w kuchni. Trzymam rączki przy twarzy, nie oddycham.

Słyszę stłumioną rozmowę.

- Torkil – to głos ojca.

Nie mam wyjścia. Nie mam wyjścia. Muszę ruszyć. Ruszyć nogami. Muszę wejść do jadalni. Oślepia mnie światło dnia wpadające przez okno apartamentu niższej wieży Wrocławia. Widzę tatę pod światło. Nie widzę jego twarzy. Podchodzę do stołu, gdzie czeka śniadanie.

Matka ma głos bardzo cichy:

- Powiedziałam ojcu o twoim… grzechu. Nie wiem, co z tym zrobi.

Zerka na niego.

- Uwidim, skazał sliepoj – odzywa się Baltazar Aymore. „Zobaczymy, powiedział ślepy”. To jego ulubione przysłowie. – Ale to będzie bardzo bolało.

- Lecę do pracy – mówi cicho mama. – Zajrzę dzisiaj do twojej szkoły. Mam nadzieję, że gdy wrócę, wszystko będzie już… załatwione.

- Ale…

- Jedz.

Pobytu w szkole w ogóle nie pamiętam. Nie pamiętam powrotu do domu. Pamiętam tylko puf. Ojciec kazał mi się na nim położyć. Był miękki i pachnący, nowy. Granatowy. Miałem zdjąć majtki. Prawdopodobnie prosiłem ojca, żeby mnie nie bił, prawdopodobnie płakałem. Prosiłem i płakałem. Ale to nic nie dało. Baltazar zdjął z półki „dyscyplinkę”. Cholerne narzędzie tortur, pewnie odziedziczone po dziadku. Na jednym końcu był gruby węzeł i ten węzeł trzymał go w dłoni. Zwisały z niego długie, twarde rzemienie.

- Kładź się.

- Tatusiu proszę cię, nie rób tego, już nie będę, obiecuję, że nie będę.

- Kładź się.

- Proszę cię, tatusiu, proszę cię, naprawdę już nie będę…

- Kładź się.

Kładę się, brzuchem do dołu. Chwytam krawędzie pufa. Czekam.

Pierwsze uderzenie jest jak oparzenie. Ognista smuga rozjarza uda i pośladki czerwienią bólu. Strasznie swędzi mnie siusiak. Krzyczę. Pada drugi cios. Krzyczę głośniej. Nie ma nic straszniejszego od krzyku bolejącego dziecka. Nie ma nic straszniejszego. Trzecie. Moja skróra jest wielkim, ostrym krzykiem. Puczczają zwieracze cewki moczowej.

- Tatusiu, muszę siusiu!

- Idź.

Biegnę do łazienki. Nie zapalam w niej światła, boję się, że nie zdążę. Sikam. Długo. Wracam.

- Tatusiu, już nie będę…

- Kładź się.

To już nie jest ogień. To szkarłatny spazm wyrywający nerwy. Przy drugim uderzeniu nie wytrzymuję:

- Tatusiu, znowu muszę siusiu!

Nie udaję. Naprawdę muszę. Mocz koniecznie chce opuścić moje ciało, jakby się chciał ewakuować z organizmu, który ma za chwilę umrzeć. Biegnę do łazienki. Sikam.

Wracam.

- Kładź się.

Kolejne uderznia zamieniają moją skórę w nieustanny skowyt. Zwieracze znowu puszczają.

- Muszę siusiu!

- Biegnij.

Ten schemat powtarza się nie wiem, ile razy. Za każdym razem, gdy wracam i modlę się, żeby to był już koniec, ojciec każe mi się kłaść. Mijają godziny. Poznaję czym jest ból ostateczny, nieustępliwy, diabelski, drapieżny, niewybaczający. Udręka jest niczym czerwony demon wczepiający się parzącymi szponami w rany na moich udach i pośladkach. Istnienie staje się krzykiem. Krzyk staje się ogniem. Rozpacz w moim głosie czyni z apartamentu gabinet do spraw beznadziejnych.

Po niewyobrażalnie długim czasie ojciec kończy. Pyta, czy wiem, ile razy zostałem uderzony.

- Sto?

- Nie. Piętnaście. Nie myśl, że robiłem to z przyjemnością. To było dla mnie tak samo nieprzyjemne jak dla ciebie.

Patrzę na ojca z wyrazem niewyobrażalnego zdumienia. Piętnaście? Czuł to samo? W pierwsze jestem w stanie uwierzyć. Byłem w łazience… chyba pięć razy, może sześć. W drugie – nie.

***

- I to za co? – mówi podniesionym głosem Pauline. – Za sześć papierosów?! Za ciekawość małych dzieci?

- Z Jackiem i Georgem rodzice tylko porozmawiali – odpowiada cicho Torkil. – Nie przestali palić.

- Torkil, o czym ty mówisz? To były łobuzy! Sam mówiłeś!

- Tak.

- Sześć papierosów i pręgi, które nosiłeś przez miesiąc, bo ojciec zabronił używać inflahealu?

- Tak.

- A to, jak cię ciągle podejrzewał o to, że kłamiesz?

- Był paranoidalny.

- Jak cię bił, gdy wysłał do sklepu, a ty nie przyniosłeś tego, o co cię prosił?

- Było inaczej. Wyszedłem, kumpel wracał z tego marketu i powiedział, że nie było, nie pamiętam, czego. Uwierzyłem i wróciłem. Ojciec poleciał tam, okazało się, że było. Wrócił i mnie zbił.

- Właśnie. I takich przypadków było mnóstwo.

- Było.

- A w szkole średniej? Na studiach? Wszystko mi opowiadałeś. Ten gość był nienormalny.

- Wychował go człowiek, który pamiętał TRID.

- To niczego nie tłumaczy.

- Dziadek był podobno nie lepszy.

- Torkil. Rola wychowania jest przereklamowana. To geny. Geny decydują o tym, kim jesteśmy. Dlatego mnóstwo Sitów przeszło czyszczenie i stali się innymi ludźmi. Baltazar Aymore wyrośnie na paranoidalnego, skłonnego do przesady, egocentrycznego skurczybyka. Chcesz mieć takiego syna?! Ojco-syna?! Chcesz wychowywać Laurę i Baltazara, skazać ich na siebie, tylko tym razem nie jako katastrofalne małżeństwo, gdzie ona spełniała wszystkie jego zachcianki, ale jako rodzeństwo? Koszmarne bliźniaczki? To chore! To najbardziej koszmarna wizja, o jakiej słyszałam!

- Pauline.

- Co, Pauline? Co Pauline?! Zastanów się!

Torkil stoi wciąż odwrócony do niej plecami. Milczy. Cisza się przedłuża. Wie, że to ją uspokoi. Tek sukinkot zna się na komunikacji o wiele lepiej od niej. Nastrój człowieka jest kształtowany przez świeże doświadczenia i sytuację. „ŚS”, jak często żartował. Ich sypialnia wygląda pięknie o tej porze dnia, raj Wiz to miejsce czarowne, do nozdrzy Pauline docierają miłe wonie perfum, sączy się cicha muzyka. Ależ on ma szerokie te barki… Mam nadzieję, że nie stosuje na mnie tych swoich czarów. Tej Łaski Imperatora. Nie darowałabym…

- Gogoi – Błogosławiony odzywa się wreszcie głosem czystym i w jakiś sposób zniewalającym – załatwiają wszystko. Teraz rodzicielstwo to sama przyjemność. Nie zmieniasz naluszek, nie przejmujesz się kolkami. Wiesz. Sama słodycz.

- Torkil. To chore.

Odwraca się do niej. Wraca cienkim łącznikiem między oknem a platformą łoża. Siada na pościeli. Patrzy jej prosto w oczy. Pauline kocha te jego ślepia. Okolone ciemniejszymi otoczkami, szarobłękinte. Ale nie kolor jest w nich ważny. Tylko myśl. Nie wie jak to możliwe, ale to spojrzenie ma w sobie tyle głębi, że często ma ochotę w nim się zanurzyć, zacząć w nim pływać.

Tym razem te oczy kryją ocean pełen trucizny. Eim nie chce do niego wstępować.

- Pauline. Ja ich nie znałem. Ta myśl nie daje mi spokoju: nie znałem moich rodziców.

- Jak miliardy Sitów.

- Wiesz, że to nieprawda. W czasach paków dzieci znają swoich rodziców o wiele lepiej niż kiedyś. Mniej wyobrażają sobie, kim są, więcej realnie wiedzą. Naprawdę ich znają. Chcę wiedzieć, kim są. Kim byli.

- Nie dowiesz się. To będą inni ludzie – Pauline zaciska usta, jakby były wrotami chroniącymi ją przed treściami, które usłyszy.

- Więc dlaczego tak się ich boisz? – pyta mężczyzna.

Była Reormater milczy.

- To będą ci sami ludzie, ale w innych warunkach. – Ciągnie Ran. – Brak dziadka sączącego toksyny w uszy Baltazara, brak obciążeń dzieciństwa Laury mogą spowodować, że nie będą tacy straszni, jak mówisz.

Pauline prycha.

- Chcę zrozumieć – ciągnie Aymore – dlaczego moja matka była taka, jaka była. Dlaczego we wszystkim ustępowała ojcu. I dowiedzieć się, jaka była naprawdę. Czy była taka ugodowa, taka uległa… Chcę ją zobaczyć jako dziewczynkę, która skacze z radości, która widzi świat swoimi niewinnymi oczkami. Chcę zobaczyć ojca jako chłopca, który cieszy się widząc nową zabawkę, który śmieje się po raz pierwszy rozkładając skrzydła. Chcę zrozumieć nie tylko kim są oni, ale także… – Wzdycha głębiej: – kim ja jestem.

- Myślisz, że w ich oczach zobaczysz siebie?

Pauline odpycha do połowy opróżniony kieliszek. Szkło przez chwilę łapie w swój pryzmat promień słońca. Wygląda jak bursztyn. Za chwilę posłusznie ląduje nad połyskliwym blacie nocnej szafki.

- Ależ tak. Zobaczę cząstkę siebie. Lepiej zrozumiem.

- Wciąż nie rozumiesz? Mimo tylu cykli?

Torkil macha ręką:

- Pauline. Mam dwieście trzydzieści sześć cykli plus trzydzieści coś lat. Wszystkie cykle, które spędziłem w Petrach to była wojna i rzeź. Wojna i rzeź. Żyję i wciąż siebie nie rozumiem. Jestem jak… jak…

- Bonsai Larmana?

Torkil patrzy na nią bardzo długo. Wychyla duży łyk szampana.

- Tak. Jak Bonsai Larmana. Bliski, ale osobny. Swój, ale nie swój. Twój, ale nie twój, przecież wiesz.

- Wiem.

- I wciąż nie rozumiem, dlaczego.

Pauline pochyla głowę.

- Jeśli ty się nie zgodzisz – ciągnie Torkil – zgodzi się Angie, Anna, mogę poprosić Brendę…

- Tylko nie Brendę. I nie Annę. I nie Angie. – Patrzy mu zdecydowanie w oczy. – Jesteś mój, rozumiesz? Mój. Nikomu cię nie oddam.

Torkil uśmiecha się.

- Dobra – Pauline zwiesza głowę. – Załatw to. Ale będziesz potem płakał, wiesz o tym.

- Wiem.

- I te biedne dzieci nie będą rozumiały, dlaczego.

- Tak.

- Powiesz im, kim są?

- Na pewno. Jak będą starsze.

- Siedem cykli?

- Tak jak to robiły inne sieroty. Dzieciom ta informacja nie szkodzi. Raczej je bawi.

Pauline ciężko wzdycha.

- A ty? – pyta Aymore. – Nie chcesz spróbować?

- Nigdy. Nigdy i nie wracajmy do tego.

Potrząsa głową. Nie chce o tym myśleć. Nie chce wspominać. Potok skojarzeń usiłuje napłynąć do głowy, ale rośnie tam wielki mur, który zatrzymuje rzekę nieczystości. Nie.

Nie.

- Nienawidzę cię – szepcze do niego.

Torkil zbliża się do niej i mocno przytula. Eim czuje jego mocne mięśnie piersiowe, ramiona, zapach skóry… Trzymaj mnie, Torkil.

Trzymaj do końca świata.

Trzymaj.

Poczuła dotknięcie na ramieniu. Nie jego. Zewnętrzne.

Wyłączyła przyspiesznie.

Nakazała frinowi odwołanie wspomnienia.

Obok niej wisi Anna.

Eim chrząka.

Patrzy w dół, na biesiadników. Przełyka ślinę i bierze duży łyk aroniówki.

- Wspomnienia? – szepcze Sokolowski.

Pauline kiwa głową.

- Myślisz o nim? – pyta Anna.

- Zaraz zwariuję.

- Angela się nim zajmie, prawda?

- Raczej on nią.

- Jest silna. Ta baba ma muskuły…

- A on ma serce.

- Na pewno jest przy nim Laurus.

- I Nexus – Eim wychyla do końca kieliszek. Dron podlatuje i uzupełnia szkło. Zupełnie jak we wspomieniu. Może to nawet ten sam dron.

- Tak – Anna poszła w jej ślady i opróżniła puchar. Cierpliwy automat nalał aroniówki także w jej kieliszek.

- Ale oni wszyscy – mówi przez ściśnięte gardło Pauline – cała ta zgraja Toy Soldiers, to maniacy. Poświęcą się, jeśli będzie trzeba. A ja wolę, żeby przeżyli. Taka jest różnica między facetami i kobietami.

FRAGMENT 4

Jason Prad był Ziemianinem. Pamiętał czasy sprzed Imperium, pamiętał swój pierwszy okręt – Grenadę, krypę w porównaniu z Bezlitosnym po prostu antyczną, w jego pamięci bardziej kojarzącą się z ryciną wykonaną tuszem na papierze, Nautilusem kapitana Nemo, niż z kosmicznym statkiem. Pamiętał manewry w obrębie układu słonecznego, wtedy, jak się wydawało, nieprawdopodobnie złożone, teraz śmieszące nawet rekrutów. Pamiętał kuliste myśliwce taktyczne typu Szakal obwiedzione trzema pierścieniami deceleracyjnymi, na owe czasy szczyt techniki, którymi teraźniejsze machiny mogłyby grać niczym kulami bilardowymi. Pamiętał bazy na Księżycu i Marsie, ba, nigdy nie zapomniał występu Papa Porki na czerwonej planecie, podczas którego onerockowy performer pokazał słynnego roztrojonego penisa, czym zgorszył małżonkę kapitana… Gdyby ktoś w tamtych czasach powiedział Pradowi, że będzie w przyszłości dowodził pancernikiem takim jak Bezlitosny, nie uwierzyłby, bo technologia Czasów Szczęśliwości graniczyła z magią.

Gdyby zaś potem, już w Erze Wielkiego Imperium, ktoś mu powiedział, że cała ludzka populacja będzie musiała w obawie przed wrogiem pośpiesznie opuścić swoje planety, zostawić cały dorobek w chaotycznej ewakuacji, także by nie uwierzył. Imperialna Flota wydawała się niezwyciężona, potencjał produkcyjny Worplanów nie miał granic, tempo rozwoju WayEmpire wywoływało zawrót głowy, te wszystkie floty Terraformerów, Pożeraczy Światów…

Ciemnoskóry mężczyzna głęboko westchnął, a jego oliwkowy pancerz otoczony seledynową poświatą powtórzył ten ruch.

Teraz spoglądał na trójwymiarową, graficzną reprezentację sił cywilnych i wojskowych zgromadzonych w sektorze A1 wyznaczonym przez ImBu i liczył uciekinierów. Osiemdziesiąt pięć tysięcy airvilli, dwadzieścia pięć pancerników, trzy Maodiony: dwudziesty trzeci, osiemdziesiąty ósmy i dwieście czwarty. Nie za dużo, nie za mało. Jak w sam raz. Koncentracja masy w porównaniu z ciałami niebieskimi względnie mała, obszar A1 również niewielki. Wróg nie powinien ich wykryć.

Zerknął w podgląd jednego z podsektorów zajmowanych przez pojazdy cywilne. Domostwa zachowały się zupełnie jakby były w jakimś raju. Połączyły się, posplatały, stworzyły jedną wielką multiviję. Podgląd sugerował, że niektórzy zaczynają się bawić.

Niezwykłe. Ród ludzki jest niezwykły. Przecież zostawili za sobą znajomych, czasami bliskich! Nie martwią się o nich czy zupełnie poszaleli? A może mają rację? W obliczu zagłady to przecież lepsze niż lękliwe czekanie na cios.

Zerknął na Smoka o imieniu Matias Kill, który od jakiegoś czasu rezydował w sterówce. Suver zachowywał się bardzo delikatnie i jak na razie niczego nie zepsuł, prawdopodobnie dlatego, że Suverzy po prostu umieją się poruszać w ludzkich pomieszczeniach, a plotki o ich dewastacyjnych cechach są przesadzone. A może dlatego, że jeszcze odmarzał. Matias Kill wleciał do sektora A1 dwadzieścia mon temu w Szponie, który rozpadł się na oczach tysięcy Sitów. Suver, już pozbawiony statku, przemierzał przestrzeń kosmiczną w rozhermetyzowanym pancerzu, gubiąc powietrze i stygnąc. Przebywał w próżni ponad trzy mony, zachował przytomność, udało mu się dotrzeć na jednym, ocalałym silniku pancerza do czekającej na niego otwartej śluzy Bezlitosnego i własnym szponem ją zamknąć. Gdy po wyrównaniu ciśnień rzuciła się do niego ekipa medyków, delikatnie ich odepchnął i o własnych siłach doczłapał do sterówki. Prad wiele słyszał o odporności fizycznej Suverów, ale gdyby nie zobaczył tego na własne oczy, nie uwierzyłby. Człowiek wytrzyma w próżni dwadzieścia cetni. Potem traci przytomność. Można go odratować jeszcze  przez dwie mony, a potem życie z niego ucieka. Ran wytrzymuje w przytomności czterdzieści cetni. Ale trzy mony? Siedem i pół raza więcej od Aristosa?! Z czego te Smoki są zrobione? Przebiegł oczami po łuskowych okrywach Matiasa. Były wciąż jakby szkliste, a barwy brązu i czerwieni dominujące na jego ciele były matowe i wyblakłe, ale, jak mu się zdawało, z mony na monę stawały się coraz bardziej intensywne. Zdumiewające, że Kill nie zrzucił pancerza, który z pewnością na początku niemiłosiernie go ziębił, tylko zwinął go na tyle, na ile pozwalała jego struktura. Dragonoidy pod względem traktowania nagości były bardzo ludzkie. Samice polatywały topless, ale zarówno osobniki męskie jak i żeńskie zasłaniały genitalia.

- Jakieś wiadomości, Smoku? – spytał Prad, gdy Matias spojrzał na niego swoimi wielkimi, niebieskimi ślepiami.

Gad był jakby zamyślony. Jason wiedział, że wczuwa się w miliardy myśli krążących po Galaktyce.

- Coraz więcej dimenów ginie, kapitanie.

- Tak.

- Całe szczęście, że pomagają im organicy.

- Ci przejęci przez ImBu?

- Zgadza się. – Matias spróbował poruszyć skrzydłami, jakby sprawdzał, czy nie naruszył sobie stawów. Otoczyły je karmazynowe wstęgi. – Budda nie manifestuje zanadto ich możliwości, czeka na stosowną okazję. Mam jednak odczucia, że ci zombi ocalili już miliony dimenów i organików odzianych w szczelne pancerze.

- Czy te floty zombi mogłyby zaatakować…

- Nie, kapitanie. Przepraszam, że wszedłem ci w słowo, ale wiem, o co chciałeś zapytać. Oni latają bardzo słabo uzbrojonymi pojazdami. Na razie udają, że atakują dimenów, a ImBu zbiera informacje. Tak sądzę.

- Hm…

Matias zaskrobał szponami po platformie, na której leżał. Uniósł się prostując kończyny i opadł.

- Do domu naszych wrogów poleciał też statek Nemezis. – dodał cichszym głosem.

- Jaki?! Jak to: „do domu”?!

- Alphtrans Nemezis.

- To nazwa własna?

- Tak.

- Statku, czy tego „domu”?

- Statku.

- Co, do cholery, znaczy „alphtrans”?

- Altered Physics Travelling Nonorthodox Spaceship.

Prad prychnął:

- A rodzaj? Mój frin nie zna takiego pojazdu.

- Jest jedyny w swoim rodzaju. Tajna konstrukcja. Potrafi podróżować w innej fizyce.

- To możliwe?!

- Wskazuje na to nazwa.

Prad sięgnął jeszcze raz do archiwów frinu i lokalnego ImBu.

- Ja nic nie widzę, Smoku.

- Jest z nimi moja siostra Quai i brat Tell. Zlokalizowali coś bardzo dziwnego.

- To znaczy?

- Siedzibę króla Ojców w galaktyce Andromedy. Walczą o przetrwanie i próbują zebrać jak najwięcej danych.

- Króla? Warui mają króla?

- Hm… Podobno prawidłowa nazwa brzmi „Waruici”, ale „Warui” też dobrze brzmi. Wracając do twojego pytania, kapitanie, wy macie Imperatora, my mamy Cara…

FRAGMENT 5

Droga Mleczna

Rubieże

Planeta Nowa Polinezja, raj

Sektor B 43253

08 Decimi 232 EI, 07.34 H

- Do abordażu! – krzyknął Ben Torres i rzucił się w stronę airvillu lecącego pięćdziesiąt metrów od jego Biegnąej po falach.

Załoga, składająca się z barwnie przystrojonych korsarzy, których pancerze połyskiwały złotem, srebrem, rubinami i szmaragdami, których kapelusze powiewały na wietrze, a generatory anty-g zbroi odkształcały obraz tego, co znajdowało się za nimi, krzyknęła gromkie „hurra!”, po czym wyjąwszy z hipoków samopały i rusznice także ruszyła w bój.

Dookoła nich trwało poznaczone nielicznymi różowymi cumulusami, karmazynowe, płonące niebo, rozciągające się w każdym kierunku, w górę i w dół także. W dali połyskiwały światła latających miast, długich karawan i odległych filarów raju. Wszystko to trwało w arealnym półprzezroczystym labiryncie powietrznych szlaków, serwisów informacyjnych i najnowszych wiadomości z różnych planet WayEmpire.

Torres nie miał jednak czasu na podziwianie uroków raju Nowej Polinezji, jednej z piękniejszych planet Rubieży. Był zajęty! Od masywnych naramienników jego pancerza oddzieliły się trzy samobieżne działka i rozpoczęły ostrzeliwanie tarasów wrogiego airvilla, które niczym satelity krążące wokół głównego globu, kręciły się dookoła domostwa wyglądającego jak latający magiczny zamek wyjęty prosto z bajki dla grzecznych dziewczynek. Z siedziby wyleciało kilkadziesiąt ciemnozielonych droidów, które zaczęły ostrzeliwać się fosforyzującymi na tle czerwonego nieba impulsami elektromagnetycznymi, ale działa Biegnącej po falach natychmiast zneutralizowały salwy, a roboty zestrzeliły.

- Dobra maszynka! – Ben wysłał do mózgu swojego statku pak okraszony satysfakcją i pochwałą. Biegnąca po falach odpowiedziała jowialnym:

- Zawsze do usług, kapitanie.

Dymiące droidy opadły bezwładnie na tarasy siedziby, a kilka z nich, nie znalazłszy oparcia, szybowało w dół, ku bezkresnemu szkarłatowi, błyskając polerem pancerzy. Ben wydał rozkaz swojemu airvillowi, by wysłał drony i przechwycił spadający złom. Skorupy mogłyby upaść na kogoś zanim zdążą się zreperować i byłaby katastrofa…

Wiatr szumiał w rondzie kapelusza kapitana, gdy wyciągał z podprzestrzeni dwa wielkie, złote samopały ozdobione motywami trupich czaszek i orłów. Gdy właściciel siedziby, odziany w długie, kremowe szaty do złudzenia przypominające materiał, a nie pancerz, wyskoczył z głównego wejścia i wzleciał w niebo, został przez Bena zdjęty celnym strzałem oddanym z lewej ręki. Oczywiście kapitanowi pomagał frin wyświetlając animację toru przeciwnika oraz obraz arealnego ułożenia dłoni i broni.

Załoga Biegnącej po falach już była w środku i ze śmiechem wyfruwała przez okna obarczona srebrem, platyną i złotem. Do Bena podpłynęła jego flama, Vivien Larcoix, odziana tak jak on, w karmazyn i złoto. Machnęła zalotnie skrzącym się w świetle zachodu złoto-czarnym kapeluszem:

- Dobra robota, piracie – uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Torres pogładził krótką, hiszpańską bródkę.

- Ba.

Z rabowanego airvilla wypłynęła, otoczona animowanymi białymi flagami, kobieta odziana w zieloną pelerynę. Była, zdaje się, partnerką właściciela.

- O co wam chodzi?! – krzyknęła. – Dlaczego zabieracie nasze rzeczy?!

Jej głos został wzmocniony przez sieć i cała załoga Biegnącej po falach słyszała ją doskonale.

- Nie zabieramy, droga pani, tylko kradniemy. – odparł Ben, a jego podkomendni zarechotali.

- No właśnie! – odkrzyknęła kobieta. – Czy wy jesteście jacyś nienormalni?

- Nareszcie jakiś opór – Torres rzucił mentalnie do Vivien – w Macierzy wszystko nam oddawali i jeszcze się śmiali.

- Bawi cię to?

- Ludzie w Rubieżach byli zawsze bardziej zadzierżyści. To dziedzictwo Sparty.

- Jesteś dziwny.

- Jestem piratem.

- I tak cię kocham.

- To oczywiste. Nie, droga pani – odezwał się na głos dworsko kłaniając – jesteśmy korsarzami!

Ben podleciał do kobiety zostawiając Vivien za sobą, i dotknął krążących wokół jej szyi dwóch talizmanów.

- Aktywne, prawda? – spytał.

- A co ci do tego, Sicie?!

Zgarnął je jednym ruchem ręki i schował do zasobnika w udowej części pancerza. Kieszeń zamknęła się z cichym sykiem zasuwanej płyty.

- Ależ co to…?! – rezydentka rabowanego airvilla pozostała na wdechu. – Bezczelność!

Torres podleciał do jej mężczyzny, który już się zbierał z tarasu, po krótkim szoku. Jemu także flibustier zabrał dwa talizmany. Zgrabnie ominął jeden z tarasów domostwa i wrócił na latającą łódź.

- Moje talizmany! Zgłupieliście! – Darła się niewiasta. – Zaraz wyślę na was część domostwa i wam zepsuje tę waszą krypę!

- Ach, o niczym innym nie marzę! – odparł Torres.

Kobieta machnęła ręką i zerknęła na męża, który właśnie wzlatywał otrzepując się z żółtego kwiecia.

- No co się tak patrzysz? – zmitygowała go. – Zrób coś!

Sit zerknął na kapitana. Przez chwilę wokół jego głowy latały dziwne, zielone szmaty, zapewne wizualizacje, które, gdy był w normalnym stanie emocjonalnym, przedstawiały flagi, oriflamy czy proporce, teraz jednak były niezrozumiałymi kleksami.

- A niech idą do cholery!

- Ale nasze rzeczy!

Kobieta wyrzuciła oskarżycielski palec w stronę piratów lądujących na trzech pokładach Biegnącej po falach. Z paznokcia wystrzeliła animowana włócznia i poszybowała w stronę żagli airvilla.

- Zamówimy sobie nowe – odparł mężczyzna.

- Ale talizmany!

- Też weźmiemy nowe.

Widząc, że z mężem nic nie zwojuje, kobieta spojrzała ze złością na korsarzy:

- Wezwę Błogosławionego! Albo ImBu się poskarżę! Besebu wezwę!

- Droga pani, jeśli dotąd nie złapał nas ani Brat Besebu, ani inny Anioł Śmierci, a ImBu nas nie ukarał, to znaczy, że mimo wszystko podoba im się nasza działalność!

- Popieprzony ten świat – mruknęła kobieta. – A gadałeś – spojrzała na mężczyznę – że w raju będzie pięknie! Ja ci od razu mówiłam, że źle się czuję, gdy samo powietrze dookoła i żadnego gruntu pod nogami, wracamy na powierzchnię! Mama była Grondem i ja jestem Grondem!

Mężczyzna spojrzał błagalnie na kapitana Biegnącej po falach i wysłał prywatny animowany przekaz. Litery rozbłysły tuż przed oczami Bena:

Zabierzcie i tę cholerę.

Otaczały go arealne strzępki scen, w których kobieta krzyczała na niego, oskarżała go, i ogólnie ciosała mu kołki na głowie. Przez ułamek cetni Ben Torres zastanawiał się, dlaczego są razem. Przecież w dzisiejszych czasach nie muszą. Ale sceny, które wciąż dosyłał mężczyzna były tak komiczne, że korsarz roześmiał się w głos.

- Wiwat kapitan Torres! – krzyknął jeden z piratów.

- Wiwaaat! – zawrzasła załoga, a jej głos został wzmocniony i potoczył się w powietrzu niczym grom.

Vivien roześmiała się z innymi, a potem z udawanym politowaniem pokiwała głową:

- I po co ci to wszystko?

Ben spojrzał na nią skosem, a potem ogarnął wzrokiem załogantów.

- Nic tak nie cieszy, jak kradzione! – krzyknął, a frin wzmógł jego tembr tak, że odbił się echem od ścian airvilli.

- Na pohybel Stellarom!

FRAGMENT 6

Planeta Feloce, grunt

Polia Tyr, Dystrykt Xantha

08 Decimi 232 EI, 08.21 H

Samuel Kroz, nazywam się Samuel Kroz…

Besebu-Ran odziany w czarny Coremour Wzór X ozdobiony czerwono-złotym deseniem przypominającym jęzory ognia, otoczony dyskretnymi animacjami smug ciemnego dymu, który, jak się wydawało, pozostawiały za sobą końcówki jego metalicznych, antracytowych skrzydeł, leciał wśród strzelistych zabudowań Xanthy, dzielnicy Tyru, jednej z wielu polii Drumy, rozległego kontynentu, który wraz z pięcioma innymi wielkimi zielonymi lądami urozmaicał krajobraz Feloce, ciepłej, nieco wilgotnej i wietrznej planety Rubieży WayEmpire, stosunkowo młodej, więc pozbawionej raju. Po prawej i lewej ręce Kroza migały przyczepione do dachów wież zielone oriflamy ozdobione złotym symbolem Feloce – siedzącym lwem, na którego głowie lądował gołąb. Dziwne to godło symbolizowało ponoć myśl, że każda siła i powaga stają się puste, a nawet groźne bez odrobiny dystansu i poczucia humoru. Gdyby Besebu-Ran miał czas na kontemplację tej myśli, z pewnością uznałby, że jest trafna, a nawet doszedł do jakichś głębszych wniosków, jednak tego nie uczynił, bo jego głowa była pochłonięta czymś innym.

Samuel powtarzał bezgłośnie swoje imię w tych sytuacjach, gdy do jego świadomości zaczynały się dobijać poczucie utraty tożsamości i bezsensu istnienia, a takie stany nawiedzały go ostatnimi czasy coraz częściej. Odczucia tego typu towarzyszą osobom wrażliwym, mawiali nauczyciele, Sam to wiedział, pamiętał, lecz przez to uczucia nie były mniej dojmujące.

Bractwo Besebu nie ma racji bytu.

Thirowie zostali pokonani, thiroza nie istnieje.

Co ja tutaj robię?

Dlaczego wstąpiłem do formacji Besebu a nie do Maodionu?

Względów było kilka.

Braci Besebu nie rzuca się na pierwszą linię frontu w razie konfliktu. Samuel nie był typem wojownika.

Besebu strzegą porządku, nie wywołują wojen. Kroz był pacyfistą.

No i naczytał się, tuż przed decyzją, elbooków o inkwizycji i egzorcystach.

Frag!

A matka mówiła: jesteś za młody, uważaj na siebie, zostań Narem, jeśli koniecznie chcesz, a w ogóle po co ci to? Nie musisz nic robić! Mamy Czasy Szczęśliwości!

Ale Samuel chciał. Po prostu chciał być przydatny. Na takich jak on – mówiono – Imperator patrzy życzliwym okiem. Kroz potrząsnął głową. Głupie myśli. Nie po to Sit chce być dobrym człowiekiem, by zbierać nagrody. Takie stawianie sprawy wykrzywia osobowość, korumpuje wewnętrznie. Nie po to dążysz do rozwoju, by karleć w oczekiwaniu na pochwałę.

Ran wciągnął głęboko powietrze.

Poczuł coś na kształt dumy.

Besebu są potrzebni. ImBu kieruje ich w mroczne obszary, tam, gdzie wdziera się zwątpienie, gdzie ludzie zapominają, albo przestają wierzyć w opiekę Imperatora, a Wolna Wola staje się złą wolą.

Właśnie taki problem Samuel Kroz, Maod-An osiemset piątej Centurii BB, leciał rozwiązać. Zerknął na mapę. Przy tej prędkości miał do celu niecałą hektę. Wzniósł się wyżej, ponad poziom kanałów powietrznych. Xantha zmalała, skurczyła się, a za nią cały Tyr. Polia, która jeszcze przed chwilą sięgała od horyzontu po horyzont, zrobiła się nie większa od dłoni Samuela. Gdy mróz zaczął szczypać go w twarz, a pancerz poinformował, że w atmosferze brakuje tlenu, owinął hełm wokół głowy. Leciał wyżej. Gdy gazy rozrzedziły się na tyle, że zaczął widzieć gwiazdy, zwinął skrzydła i złożył je tak, że tworzyły już tylko po trzy grube wypustki na bokach pancerza. A gdy znalazł się na orbicie, przywołał z podprzestrzeni kabinę Dragonforce’a. Pomieszczenie zmaterializowało się wokół niego i z sykiem zaczęło generować atmosferę. Na nim nadbudowywały się kolejne moduły, tworząc ostateczny krztałt pojazdu Braci Besebu. Jeszcze kilka odgłosów nakładających się na siebie warstw pancerza statku i Samuel ruszył korytarzem wiodącym do krypty.

Wpłynął do oblanego białym światłem pomieszczenia i spojrzał na hiperbosy przypominające starożytne sarkofagi. W dwóch z nich, w błękitnej mgle, spoczywały jego ranowe, potężne, trzymetrowe ciała. W jednym – zaledwie dwumetrowa, cywilna powłoka. Wiedział, że to tylko animacje, naprawdę nie sposób zobaczyć ciała znajdującego się w innym wymiarze. Czwarty hiperbos był pusty. Kroz stanął przed nim i wydał mentalną instrukcję. Ze ściany za nim wyłonił się majordomus pojazdu przypominający wielokończynowego pająka. Samuel opadł do tyłu, zawisł w powietrzu, lekko skośnie w stosunku do podłogi, jego zbroja otworzyła się i pozwoliła, by właściciel wypłynął na polu dryfowym i ulokował się tuż nad mglistą powierzchnią hiperbosa. Majordomus otoczył głowę Samuela łapą grawitacyjną i wyciągnął z niej duszę Besebu Rana. Nieprzytomne ciało opadło w czeluść sarkofagu. Cichy pisk, który rozległ się za chwilę świadczył o tym, że ciało zniknęło z trójwymiarowej czasoprzestrzeni. Majordomus przepłynął do katafalku, gdzie spoczywała cywilna powłoka Kroza. Wydał bezgłośną instrukcję, poczekał, aż naga postać wyłoni się ze skrzyni, otoczył głowę swoimi długimi palcami i poczekał, aż Maod-An otworzy oczy. Samuel zamrugał, napiął mięśnie i dał się sprowadzić grawitacyjnym poduchom do pionu. Dotknął podłogi. Jeden ze slotów mieszczących lekkie pancerze Yari zaświecił wewnętrznym światłem, a stojąca tam zbroja już wykonywała pierwszy krok, by ruszyć w kierunku pana, ale Ran zatrzymał ją gestem ręki.

- Nie teraz. Cywilne ubranie.

Tym razem zapaliło się światło w innej części pomieszczenia, a z wnęki wysunął się i podleciał do Samuela zielony lekki pancerz przypominający łuski smoka. Strój owinął się wokół Brata Besebu i za chwilę Kroz wyglądał jak organiczny, niezbyt ekstrawagancki obywatel Imperium, czyli, mówiąc krótko, dziwak, bo w WayEmpire wypadało się czymś różnić od innych: jeśli nie wzrostem to chociaż fantazyjną odzieżą.

Aristos uniósł się, przepłynął do sterówki, zawisnął w wygodnej pozycji i pozwolił, by fotel dowodzenia przydryfował i wymorfował tak, by dopasować się do jego mniejszego ciała. Maod-An wydał dyspozycję i Dragonforce z ogromną prędkością wniknął w atmosferę planety wzniecając wokół poszycia płomień, a za chwilę, gdy ognie przygasły, znalazł się nad oceanem i zbliżył do zachodniej granicy Waylandu, pływającej polii, w niektórych miejscach porośniętej archiflorą, jednej ze starszych na Feloce. Miasto urosło w oczach, a jego wieże wystrzeliły wysoko w niebo. Pojazd wylądował na wysuniętym nad stromymi falami lądowisku. Kroz wstał z fotela i podpłynął korytarzem do śluzy, poczekał, aż otworzy się właz i wyleciał z pojazdu. Wisiał przez chwilę nad lądowiskiem lustrując ścianę wysokich zabudowań, wreszcie ruszył i wleciał między wieże. Gdy oddalał się od Dragonforce’a, statek zmienił kształt i stał się cywilnym spacemobilem przypominającym zielonego smoka.

ImBu donosił, że w obszarze wskazanym na trójwymiarowej mapie, którą Samuel widział przed oczami, doszło do wielokrotnego nadużycia Wolnej Woli.

Imperator sugerował ingerencję incognito.

Samuel skinął powoli głową.

„Zasady Primusa” mówią:

Jeśli rozpoczynasz negocjacje prezentując wyższy status bądź siłę, obniżasz prawdopodobieństwo, że partner w negocjacjach dojdzie do pożądanego wniosku drogą autonomicznego rozumowania. Najpewniej powierzchownie zgodzi się z tobą, a gdy odejdziesz, wróci do poprzednich przekonań.

Dlatego Kroz często przywracał ład w WayEmpire nie pokazując, że jest Bratem Besebu. To byłoby zbyt łatwe. Aristos uwielbiał Primusa, chociaż nigdy nie miał okazji go spotkać. Jego „Zasady” znał na pamięć, bez użycia frina.

Mijał granatowo-serbrne kolumny miasta z rzadka przyczepionymi do nich airvillami, ignorując labirynt animowanych informacji migających dookoła traktu powietrznego i cicho recytował mantrę skupienia. Żadnych plexów. Tylko dyscyplina mentalna. Plexy zbyt ułatwiają pracę mózgu. Jedynie wysiłkiem woli można osiągnąć doskonałość. Primus urodził się w czasach bez frinów. Wszystko, do czego doszedł, posiadł dzięki pracy nad sobą, nie technologii.

Kroz zbliżył się do zaznaczonego przez ImBu obszaru. Był to w miarę odkryty teren, zasłonięty tylko kilkoma długimi cieniami wielkich wież kotwicznych miasta, przypominających złoto-zielono-granatowe drzewa. Wiedział, że przybył o właściwej porze, tak dyktował instynkt Rana.

FRAGMENT 7 (SPOILER ALERT!)


Galaktyka Andromedy

Planeta Ojców

09 Decimi 232 EI, 03.03 H

Torkil Aymore Sin

Med zginął. Jego arun nie przetrwał. To samo spotkało lecącego z nim Nexusa, ale wiedziałem, że któryś z jego arunów jest bezpieczny na Nemezis, o ile ten statek można było uznać za bezpieczne schronienie. Ginęliśmy jak muchy. Teraz to była szaleńcza walka o kilka cetni więcej. Nie walczyliśmy już o życie, ale o tych kilka cholernych cetni, bo musieliśmy przetrwać, aż pojawi się Enkidu. Liczył się każdy moment, w którym wciąż istnieliśmy i odpowiadaliśmy ogniem. Nagle jeden z Errusów wyrwał do przodu, jaśniejąc jak bomba, która za chwilę wybuchnie, rozpędził się i podobny do powyginanej gwiazdy przedarł się przez kordon Anielic i Demonów by zniknąć za zasłoną wrogich statków. Jeszcze chwila i rzuciła nas do tyłu wielka fala uderzeniowa, a w miejscu, gdzie znajdowało się Widmo, ziała ogromna dziura. Drugi Errus ruszył do przodu. A za nim trzeci i czwarty. Tak kończyły swoje istnienie najpotężniejsze statki Imperium – poświęcały się i detonowały niszcząc miliony statków wroga.

Spojrzałem na lecącą obok mnie Angie. Tylko jedna ocalała.

- Kochasz mnie, Angie?

- Tak, tygrysie.

Rzuciliśmy się na wroga a nasze duchy zaśpiewały najpiękniejszą pieśń. Zwróceni do siebie plecami, osłaniający się nawzajem, pomknęliśmy spiralą wzwyż, w stronę kolejnego wybuchającego Errusa.

Nagle targnęło nami, ale nie w tył… tylko w przód!

- To… Enkidu! To Enkidu! – krzyknęła Angie i w tym momencie jej Skymour rozpadł się na kawałki, a ona sama, w obłoku krwi, zawisła na moment w powietrzu, a po chwili poszybowała ku ziemi.

- Toooorkiiiilll!!!

- Angieeee!!!

Wtedy mój Skymour oberewał tak strasznie w stopy i plecy, że dosłownie rozleciał się dookoła w drobny mak, zostawiając mnie w samym Coremourze, z uszkodzonym silnikiem i… wielką dziurą w boku. Od razu wiedziałem, że moje ciało nie przetrwa. Ale nie czułem bólu. Frin zablokował. Arun wiedział, że nie ma prawa ratować mojej psyche, bo byłem tu po to, by osłaniać Nemezis, a nie kryć się w nim. Pędziłem w dół, pośród miliona niebieskich nici, ciągnąc za sobą wstęgę krwi, jakbym rozwijał pasmo życia. Ułożyłem ciało w kszałt strzały i dogoniłem Angelę. Żyła, ale jej zbroja była rozbita i także nie potrafiła latać. Urwało jej obie ręce i teraz ciągnęła za sobą dwa szkarłatne sznury. Przytuliłem ją, a ona, chociaż nie mogła odwzajemnić uścisku, przylgnęła do mnie. Usunęła przyłbicę hełmu. Była blada, ale przytomna. Zrobiłem to samo. W twarz uderzyło mnie gorące powietrze pachnące siarką i dymem. W jej spojrzeniu była niecierpliwość i głód. Nasze usta uderzyły w siebie jakby eksplodował wulkan. Duchy otoczyły nas skrzydłami, a my mknęliśmy w sieci wrzecion, w huraganie płonącego nieba, w kurzu i dymie, przytuleni do siebie na zawsze. Jej usta były jak płacz, jak krzyk, jak żywe, święte dzieło sztuki, które próbujesz posiąść, ukraść, pragniesz mieć dla siebie, stać się jego częścią, ale nie możesz, bo zawsze dzieli cię od niego nieskończoność. Ale wtedy, w tej ostatniej chwili poczułem, że nie dzieli nas już nic.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Dodaj odpowiedź


osiem − 4 =