“Boski” fragment powieści “Gamedec. Czas silnych istot”

22 grudnia 2015

W pomieszczeniu stała skrzynia długa na dwa metry, wysoka na metr i taka szeroka. Dziwne. Emanowała… emanowała niezrozumiałą energią. Jakby ludzką, jakby ludzką myślą, ale bardzo egzotyczną, nie znałem dotąd takiego przekazu. Był zdecydowany, silny, pozbawiony wahań, konfliktów, słabości, typowych dla człowieczych emanacji. Gdybym był religijny uznałbym, że obiekt promienieje boską mocą. Przeszły po mnie ciarki. Mrowienie na czubku głowy. Co to jest? Machnąłem ręką, po części w próbie zrzucenia z siebie dziwnej emanacji, a po drugie żeby zdmuchnąć ze skrzyni pył. Niewiele to dało. Przemogłem się i zdrapałem go ręką. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że gdzieś w kuchni powinna być jakaś szmatka… Ale też pod białą warstwą. Przygryzłem zęby i pośpiesznie otrzepałem z brudu coś, co wyglądało na panel sterowniczy. Ku mojemu zaskoczeniu, kontrolka zasilania jarzyła się bladą zielenią. Hm?! Konsola zawierała ekraniki w stylu retro i płytkę dotykową. Nie wiedziałem, jak się z nią połączyć metalnie, tylko spece to umieli.

– Czy mam się skomunikować z tym urządzeniem?

– Nie, zrobię to sam.

Pacnąłem w ekran. Jakby z wahaniem wyświetlił napis:

– Podaj hasło

Wstukałem zapamiętany z folii ciąg cyfr i liter. Skąd tu zasilanie? Skąd zasilanie przez sto cykli? Co to za pomieszczenie? Drugie laboratorium Sergia? Zgromadził tu kilkadziesiąt akumulatorów atomowych? Nad skrzynią wyświetlił się trójwymiarowy ekran. Twarz Sergia. Zamyślona.

­– Hm – mruczy – staram się zrozumieć twoją sytuację. Ja jestem tu, w twojej przeszłości. Nie wiem, jak dawno temu to nagrałem patrząc z twojej perspektywy. Nagrywam się tu i teraz, w swojej teraźniejszości, w zasadzie nie wierząc, że będzie to do czegoś potrzebne. To znaczy – nachylił się ku kamerze – nie wierzę, że stanie mi się cokolwiek złego. Jestem przekonany, że doprowadzę eksperyment do końca, że będę mógł go pewnego dnia ogłosić. To, co robię… – spojrzał w okno. Zamyślił się. – To, co robię jest tylko dmuchaniem na zimne. No, przy okazji poukładam sobie w głowie, co w niej się kołuje.

Zastanawiasz się pewnie, przed czym stoisz, czy siedzisz. Ta skrzynia to główne opakowanie eksperymentu „Stado”. Zadbałem, by jej zasilanie nigdy nie siadło. Rozumiesz, bywam w wielu różnych miejscach, zawsze zajęty. To mieszkanie jest, że tak powiem, tajne. Nikt o nim nie wie, ani wrogowie, ani przyjaciele. A nawet, jeśli wiedzą, to myślą, że to zwykła pakamera. Ot, sypialnia w Nowym Meksyku. Energia, którą czerpie ta skrzynia, jest zapewniona przez małą elektrownię geotermalną, ukrytą u podnóża wieży. Zabezpieczyłem kable, przesył, gdybym chciał, może to wszystko działać nawet tysiąc lat. Pewnie nie będzie takiej potrzeby, no, ale w razie gdyby, urządzenie jest potrójnie zabezpieczone.

Spojrzał prosto… na mnie.

– Ułożyłem zestaw wyjaśnień w przejrzyste drzewo pytań i odpowiedzi. Naprawdę nie wiem, po co to zrobiłem. Może mimo wszystko czasami warto słuchać intuicji. Wypowiadaj pytania głosowo, albo wskazuj je palcem. Mam nadzieję, że to, co skrywa ta skrzynia cię zainteresuje, w sposób pozytywny lub… negatywny.

Zniknął. W jego miejsce pojawiła się lista:

– Kwestia bogów

– Fundamenty stada

– Cel eksperymentu

– Spodziewane rezultaty

Tracę czas. Wykryli mnie, czy nie? Sergio będzie długo ględził? Za niecałe trzy i pół hekty Ziemia stanie się strefą zamkniętą, złakrrrew. Na ekranie w prawym górnym rogu migała ikona zegara. Wskazałem ją palcem. Zamigotała.

– Czy chcesz obejrzeć przekaz w przyspieszeniu?

– Tak.

– Wybierz współczynnik przyspieszenia.

Pojawiły się symbole „x2”, „x3”, x4” i „x5”. Uau. Jak na tamte czasy, to naprawdę była nowoczesna machina.

– Harley, czy możesz mnie zsynchronizować z przyspieszeniem tego pudła?

– Bez problemu.

– Zrób to inteligentnie.

– Inaczej nie potrafię.

Przyspieszyłem.

– O co chodzi z tą kwestią bogów? – Zapytałem na głos. Na ten moment mój frin zwolnił czas do normy. Nie było potrzeby nadwerężać aparatu mowy i strun głosowych. Mógłbym sobie przygryść język, albo wypowiedzieć kwestię na tyle niewyraźnie, że maszyna by mnie nie zrozumiała.

Pojawiła się głowa Lamy.

– Zapytałeś o bogów. Jeśli było to twoje pierwsze pytanie, już mi się podobasz, bo idziesz od góry, zgodnie z zaproponowanym przeze mnie porządkiem. To znaczy, że masz w sobie pokorę i ciekawość.

Dziękuję bardzo.

– Rzeczywiście, jest to pytanie podstawowe. Na początek wyjaśnienie: jestem ateistą. Powiem więcej, wojującym ateistą. Nienawidzę kościołów i wyznań. Uważam, że zrobiły na świecie bardzo dużo złego. Nie cierpię tego ich pytania: „czy wierzysz?”, lub „w co wierzysz?”, albo stwierdzeń: „przecież w coś trzeba wierzyć!” Otóż nie trzeba, a pytanie „w co?” jest źle postawione. W nic nie trzeba wierzyć, zamiast tego można być ciekawym i nawet wtedy, gdy nie znamy odpowiedzi, wciąż zadawać pytania i szukać. I to jest, moim zdaniem, postawa człowieka oświeconego, a nie jakieś tam „wierzenie”.

Ten temat musiał być dla Lamy bardzo ważny. Tak się zapalił, że przez chwilę miałem wrażenie, jakby naprawdę ze mną rozmawiał.

– Ludzi powinno się uczyć myślenia, poszukiwania. Jeśli się stresują, medytacji, filozofii, można im pokazywać szerszy ogląd świata, ale nie powinno się ich indoktrynować, że z całą pewnością istnieje jakiś świat, gdzieś tam, który z pewnością rządzi się takimi a takimi prawami. Religie dla mnie to nic więcej jak komputerowe role playing games, czy raczej ich tła, opisy świata. Siada kilku biskupów i pierdzielą, jak jest w niebie. Mówią: jednak nienarodzone dzieci trafiają nie do czyśćca, ale do nieba. Myślisz, że żartuję? Tak się właśnie zbierali, mam dokumentację z dwudziestego pierwszego wieku. W naszych czasach niewiele się zmieniło, tylko trochę przycichło. Ale wciąż kościoły drążą skałę.

Odetchnął.

– Tak czy owak, kwestia bogów od dawna mnie dręczyła, i ustawiłem sprawę następująco:

Na ekranie pojawiła się kolejna lista:

– Planety

– Wyobraźnia

– Persinger

– Kosmici

Frin zwolnił przepływ czasu. Wszystkie brzmienia – poszumy za oknem, krzyki zwierząt się obniżyły.

– Planety – rzuciłem.

I znowu przyspieszyłem.

– Wybrałeś „planety”. Bogami są nazywane, czy raczej mogą być nazywane cztery osobne zjawiska. Jednym z nich są planety. Wiesz na pewno, że większość ciał niebieskich w układzie słonecznym bierze swoje imię od bóstw. Nazwa nie znaczy jednak, że planeta jest bogiem, prawda? Tak się złożyło, że astronomowie tak je sobie ponazywali. Dobrze brzmi, pasuje, bo ciało niebieskie to nie w kij dmuchał, taki na przykład Jowisz, czyż nie? Inna sprawa, skąd im do głowy przyszedł pomysł z nazwami boskimi, a nie, powidzmy, kolorystycznymi czy poetyckimi. I, to już zupełna dygresja, śmiesznie by było, gdyby planety naprawdę okazały się jakimiś samoświadomymi, myślącymi bytami. Jeśli weźmie się pod uwagę żywy glob, na przykład Ziemię i przeanalizuje, jak złożonym jest ekosystemem, można całkiem naukowo założyć, że konglomerat ten ma swoistą świadomość… Jak to możliwe, powiem dalej. Ad rem. Istnieją poważne przesłanki, że historie o stworzeniu świata, tak zwane kosmogonie, opowiadające, że jeden prastary bóg zabił innego prastarego boga, zeżarł go czy inaczej ukatrupił i z ciała niebianina powstała w ten sposób Ziemia, z płuc coś tam innego, a z oddechu niebo, opowiadają de facto o planetach. O tworzeniu się układu słonecznego, kto wie, jak dawno temu, może jeszcze w czasach, gdy tu i ówdzie latały planetozymale. Rozumiesz, ty, który mnie słuchasz? Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, starożytni pozyskali wiedzę o tym, jak powstał układ słoneczny z liczbą planet, jaką znamy. Sumeryjska bogini Tiamat nie została zabita przez Zachodni Wiatr, wysłannika Marduka. Tiamat była planetą, podobnie jak Marduk, a Zachodni Wiatr jednym z jego księżyców. Z połowy Tiamat powstała Ziemia, a z drugiej połowy nie „niebo”, jak przekładają niedorozwinięci tłumacze, ale „bransoleta”, czyli pas asteroidów, albo między Marsem i Jowiszem albo ten, z którego potem powstał Księżyc. To jeden z wielu przykładów. Tak czy owak, bogami były nazywane po prostu planety. Stąd prawdopodobnie biorą się katastroficzne przewidywania Ragnaroku, zmierzchu bogów. Ty i ja wiemy, że nasz układ planetarny, jak wiele innych, w końcu zostanie pożarty przez czerwonego olbrzyma, w którego zamieni sią nasza kochana gwiazda. Merkury przestanie istnieć, Wenus wyparuje, Ziemia zostanie spalona, wyjałowiona. A potem Słońce zamieni się w białego karła, albo wybuchnie, w każdym razie umrze tak jak wszyscy inni bogowie. Nastanie ciemność. Bogowie nie mogą wygrać ostatniej bitwy.

Sergio, gdy nagrywał ten przekaz, mówił wyłącznie o układzie słonecznym. Nie miał pojęcia, że słuchacz, czyli ja, będzie żył w czasach, gdy zamieszkałych systemów jest dużo więcej.

Poprosiłem o prelekcję „Wyobraźnia”.

– Drugim, najczęściej podnoszonym przez ateistów postulatem powstania terminu „bóg” jest wyobraźnia. Człowiek zobaczył piorun, deszcz, zawieję, śnieg, tęczę i nie mogąc zrozumieć przyczyn tych zjawisk, wymyślił ją – wszystkie te fenomeny były spowodowane wolą niewidzialnych, potężnych istot – bogów. Przez wiele lat dowód ten mnie przekonywał. Przez wiele lat, to jest dopóki byłem młody i głupi. Teraz jestem stary i zgorzkniały, a główną przyczyną mojej goryczy są ludzie, którzy według moich obserwacji, wcale nie są ciekawi przyczyn zjawisk, wcale nie chcą wiedzieć. To jeden z najbardziej zachowawczych, głupich, sterowalnych gatunków, jakie znam. Zatrzymaj pierwszego lepszego wyznawcę dowolnej wiary idącego na jakiekolwiek religijne święto i zapytaj, po co idzie, co będzie obchodził i czego święto dotyczy. Większość wzruszy ramionami, obdarzy cię pobłażliwym spojrzeniem, po czym podzieli się bezsensownym cytatem, sloganem przyswojonym w dzieciństwie: „to święto wczwartywymiarwstąpienia najświętszej boginki / bogusia technoświątkowego”, „to Zaduszki Pierdziuszki”, „Taka jest tradycja”, doda. „Taka jest tradycja” znaczy „nie chcę wiedzieć i nie obchodzi mnie to.”. Patrząc na tę chołotę trudno mi uwierzyć, że czemukolwiek kiedykolwiek się dziwiła i chciała poznać przyczyny. Jeśli współczesny, „cywilizowany” człowiek jest takim bydlęciem, to jaki był jego przodek? Nawet jeśli pojawił się jeden z drugim, którzy byli rzeczywiście ciekawi świata, i pomyślał Gniewomir czy inny Jaropełk z paleolitu, że istnieją jacyś, tfu, bogowie, to poważnie wątpię, czy ktokolwiek z ich ziomków potraktował te teorie serio, a tym bardziej nie wierzę, że podzielił pogląd. Śnieg pada? No pada. Zawsze padał. Piorun uderzył? Uderzył, czasami uderza. Ludzie wychowani w danym środowisku niczemu się nie dziwią, bo tak działa psychika. Adaptuje się, przystosowuje, uznaje za normalne, to, co zastaje. A normalne oznacza w tym przypadku „to, co nie wymaga wyjaśnienia”.

Koniec? Sergio jednak się nie rozgadywał. Zerknąłem na chronometr. Szybciej.

Wydałem polecenia aktywowania kolejnego hasła.

– Wskazałeś hasło „Persinger”. No to lecimy. – Sergio uśmiechnął się, jakby miał się zwierzać ze swojego życia erotycznego – Michael Persinger żył w dwudziestym i dwudziestym pierwszym wieku. Był naukowcem, można powiedzieć, szalonym, bo szukał boga w głowie człowieka. Tak, to od niego wzięły się coraz popularniejsze G-Pody, czyli maszynki zakładane na czerepy przez technowyznawców, dzięki którym wierzący ma bezpośredni kontakt z istotą wyższą. Persinger brał ochotników do eksperymentów i zakładał im na łby elektrody. Potem drażnił mózgi tak zwaną „wibracją Thomasa”, co dawało zadziwiające efekty. Poddani eksperymentowi widzieli, bądź czuli, czasami też słyszeli obecność niezwykle potężnej i życzliwej istoty, kogoś bezwarunkowo kochającego. Persinger nie udowodnił w ten sposób, że bóg jest wytworem mózgu, tylko, że istnieje korelacja między czynnością mózgową i odczuwaniem obecności… czegoś. To coś, owszem, może być wytworem mózgowym, jest całkiem sensowna teoria mówiąca, że dziwną „istotą” jest prawa półkula mózgu spostrzegana przez lewą, ale można też założyć, że jest ona spostrzegana dzięki odblokowaniu ukrytego zmysłu, „trzeciego oka”, które mieliśmy od dawna, ale, powiedzmy, nadaktywna kora nowa nam je tymczasowo przyblokowała. Michael i jego następcy odkryli, że wibracja Thomasa działa podobnie jak fale sejsmiczne przy trzęsieniu ziemi i fale mózgowe przy padaczkowym napadzie typu grand mal oraz przy bardzo intensywnej modlitwie bądź medytacji. Ewolucjoniści zaczęli się zastanawiać, dlaczego coś takiego jak „G-area” przetrwało, do czego służyło, bo według nich, jeśli mamy jakąś cechę, to tylko dlatego, że okazała się korzystna lub nieprzeszkadzająca z punktu widzenia przetrwania. Orzekli, że działanie obszaru G mogło być przydatne w kryzysach. Człowiek głoduje, albo goni go bestia, raptem uaktywnia się obszar boga i delikwent zaczyna wierzyć w cuda, więc zamiast zawału wstępuje w niego duch boży. Może nie jeść dłużej niż inne ssaki, przeskakuje niemożliwą do pokonania przeszkodę, wpada na pomysł, jak uchronić społeczność wioski przed nieuchronnym. Gdy zapoznawałem się z wynurzeniami panów i pań ewolucjonistów ni cholery mi nie pasowały. Ich wywody sugerują, że tych kryzysów wymuszających wiarę w cuda musiało być w historii człowieka strasznie dużo, prawdą zaś jest, że nawet jeśli było ich sporo, to nas interesują wyłącznie te pojawiające się do takiego wieku pojedynczego osobnika, gdy jego potomstwo może już o siebie zadbać. Wszelkie cechy fenotypowe, które pojawiają się potem nie mają z punktu widzenia przetrwania gatunku żadnego znaczenia. Jak wychowasz dziecko i dziecko zaczyna samo się bronić i żreć, mogą ci rosnąć rogi, którymi będziesz zahaczał o gałęzie i możesz pachnieć jak świeża polędwiczka, które to dwie cechy spowodują, że będziesz łatwym i smacznym łupem nawet dla wiewiórki, a twój gatunek i tak przetrwa. Zatem nie wierzę, by obszar boga był przydatną ewolucyjnie cechą, nie uważam, że od jego istnienia zależało przetrwanie naszych przodków. No, chyba, że nader ważną rolę w człowieczych stadach pełnili starcy i staruszki, ale zanim wynaleziono mowę, jakoś mi to nie pasuje.

Jeśli któryś z naszych owłosionych pradziadów miał widzenie, czy to wskutek padaczki, czy działania grzybków, nie sądzę, żeby był traktowany poważnie i zarażał wiarą innych ludzi. Nie przypuszczam też, żeby wymyślił nazwę „bóg” po takim transie. Mógł mówić „ktoś”, „miłość”, ale nie bóg, zwłaszcza taki, który, psiakość, mieszka w niebie. Jak mógłby mieszkać w niebie, skoro padaczkowiec widzi go tu, tu i teraz?

Znowu koniec.

– Kosmici – rzuciłem.

– Trzecim powodem, dla którego mogło powstać słowo „bóg” czy „bogowie” są… – uśmiechnął się krzywo – kosmici. Kosmici, którzy rzekomo wylądowali tu dawno temu i pierwszą osadę, którą założyli, nazwali Ziemią, czyli Eri-Du, Earth, „Miejscem daleko od domu”. Od tej nazwy wzięło się miano całego globu. Według Zecharia Sitchina, znakomitego dwudziestopierwszowiecznego tłumacza i erudyty, niebianie, czyli Nefilim, faktycznie przyszli z nieba, dlatego ich symbolem jest od zarania dziejów krzyż, który powstał po uproszczeniu symbolu gwiazdy, która stała się symbolem nieba. Zwróć, proszę uwagę, gwiazda, nie chmurka, chociaż człowiek jest stworzeniem dziennym, nie nocnym. Dlaczego gwiazda? Bo z gwiazdy czy planety przybyli Nefilim. Dlatego Eri-Du znaczy „daleko od domu”. Dlatego człowiek jak myśli o bogach, patrzy w górę, nie w dół, chociaż na ziemi więcej jest cudów niż na niebie. Tam są tylko chmury i niebo, gwiazdy, księżyc i słońce. Na Ziemi jest mnóstwo roślin, zwierząt, rzeki, oceany, góry, zatrzęsienie dźwięków i zapachów. Siła. Zwróć uwagę, jak gładko się przyjęło, że „bóg równa się góra”. A przecież w pierwotnych, pogańskich wierzeniach, to ziemia dawała moc, nie odległe niebo. Do chat wpuszczano węże, by nasyciły je ziemską energią. Bogowie rzekomo szukali na naszym globie minerałów, zrobili więc kopalnię w Afryce i ciągnęli stamtąd złoto, może uran, trudno powiedzieć. Kopalnię nazwano AbiZu, skąd dzisiaj mamy abyss, czyli otchłań inaczej rzekome piekło. Teraz wiemy, jak cenne jest złoto i że gdyby nie placities i kopalnie na Merkurym, dawno by się wyczerpało. Potrzebujemy żółtego metalu głównie do troniki, prawda? Na co było potrzebne naszym przodkom – znaczy królom, monarchom i tak dalej – nie wiadomo. Nigdy nie mogłem pojąć jednej prostej rzeczy, dlaczego, do diabła, złoto jest cenne? Znaczy dzisiaj wiem, ale kiedyś? Zanim nastały czasy technologiczne, było bezużyteczne. Po diabła małpie długopis? Po co królowie nosili berła i korony? Sitchin twierdzi, że podobne przedmioty dzierżyli Nefilim, czyli ci, którzy przyszli z gwiazd, czyli „bogowie”. I, że właśnie oni potrzebowali do konkretnych celów złota, a małpy, czyli my, ich podpatrzyły i zaczęły, nomen omen, małpować. W jakim celu bogowie stworzyli człowieka? Nie chciało im się tyrać w kopalniach. Potrzebowali „prymitywnego robotnika”, „pokornego prymitywa”, jak podają sumeryjskie pisma, no i w końcu stworzono taką pokrakę. A z niej tak zwaną „pierwszą cywilizację”. Sumeryjską. Stąd głupota homo sapiensa, zdolność, niejako genetyczna, do podporządkowania się, niechęć do zadawania pytań, ogólna durnota społeczna połączona ze zmyślnością techniczną. Taki jest nasz rodowód, według Sitchina. Abstrahując od mojego eksperymentu, jeśli pan Sitchin ma rację, „być człowiekiem” wcale nie brzmi dumnie. Nie wystarczy być nawet dobrym człowiekiem. Człowiek nie jest dachem świata. – Spojrzał uważnie w ekran – Mam nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, dobrze wybiorę powiernika tych słów, więc słuchaj uważnie tego, co powiem: nie wystarczy być nawet najlepszym człowiekiem. Trzeba się stać nadczłowiekiem. Czymś więcej. Trzeba skończyć z antropocentryzmem, mierzeniem wszystkiego ludzką skalą czasową, ludzką skalą przestrzenną, ludzką skalą moralną. Trzeba czas ściągnąć, a przestrzeń zmniejszyć, żeby człowiek, czy post-człowiek urósł tak psychicznie, cieleśnie, jak i duchowo.

Koniec.

Wziąłem wdech i wróciłem do głównego menu.

– Kwestia bogów

– Fundamenty stada

– Cel eksperymentu

– Spodziewane rezultaty

– Fundamenty stada – chrypnąłem.

Sergio patrzy w lewo, w dal, chyba w kierunku okna, bo jego oczy są bardzo jasne. W końcu spogląda w oko kamery.

– Czym jest psychika? Oto tajemnica nauki. Wielu mówi, że to chemia i oczywiście się mylą. Równie dobrze można powiedzieć, że matematyka to heksele, które tworzą na monitorze symbole matematyczne, albo, jeszcze lepiej, że to atrament tworzący te symbole na papierze, oczywiście mowa o erze przedinformatycznej, kiedy papieru używano. Czy zgodzisz się, że matematyka to atrament? Wzruszysz z pewnością ramionami. Idźmy zatem piętro wyżej. Atrament tworzy kształt, określony, ładny. Symbol, powiedzmy „x”. Czy matematyka to symbole czarne na białym, atrament na papierze? Także nie, bo symbol, zanim otrzyma znaczenie, jest tylko kształtem, obszarem, plamą. Sens temu symbolowi nadaje obserwujący go człowiek, przykleja do niego konotację, znaczenie. A gdzie jest to znaczenie, konotacja? Czy to fala? Nie, fala elektromagnetyczna, która powstaje podczas myślenia, jest efektem tego myślenia, być może ubocznym, nie jego tworzywem. Zatem, ostatecznie, na trzecim piętrze powiemy, że matematyka jest ideą, zawiera się w dominium informacyjnym. Nie materialnym, nie energetycznym, ale właśnie informacyjnym. Na tej samej zasadzie funkcjonuje psychika ludzka. Jest informacją, fizycy dodają: samoświadomą informacją, która przesuwa się po czasoprzestrzeni razem z obszarem teraźniejszości, pozostawiając nasze martwe ciała i martwe mózgi zawieszone w przeszłości, odwiedzając je w przyszłości. Przy czym obszary przeszłości i przyszłości nie powinny być wyobrażane, jako następujące po sobie przestrzennie, powiedzmy przeszłość po lewej, przyszłość po prawej. Przeszłość i przyszłość są tu, chociaż wciąż są zastępowane następnymi odsłonami. Czy mówię o duszy wędrującej z teraźniejszością? Tak. Czy jestem wierzący? Nie. – Potarł czoło. – Tak czy owak, mam wrażenie, że dusza potrzebuje zaczepu, interfejsu, hardware’u, i tym hardwarem dotąd były nasze mózgi, a od niedawna dibeki.

Hm. Dibeki. Dla Sergia sprzed stu cykli to wciąż nowość i osiągnięcie nauki. Gdyby widział dzisiejsze fraktalowe cuda, złapałby się za głowę.

Dibek to sieć informacyjna, coś w rodzaju informowodu, identyczna z oryginalną, podobnie jak łapa, która przenosi duszę z jednego mózgu do drugiego. Wyobrażam to sobie, jako gigantyczne zbiorowisko zaczepów informacyjnych i przewodów, czy raczej łączy. Jednak powstanie dibeków, chociaż rewolucyjne, sprowadziło na manowce myślenie o psychice. Wciąż skażeni jesteśmy wszechświatocentrycznym myśleniem o lokalności (czyli przestrzeni) i czasie. Tymczasem wiadomo, że przestrzeń jest iluzją, podobnie jak czas, więc de facto, jeśli zapewnilibyśmy duszy sieć zaczepów, które nie odzwierciedlałyby kształtu mózgu, a zamiast realnych przewodów stworzylibyśmy sieć połączeń bezprzewodowych, relacyjnych, informacyjnych, to dusza ta powinna bez problemu się tam zaimplementować. Zaczepy informacyjne zaś nie muszą być materialne. Powinny mieć swoją pojemność informacyjną i tyle. Chcę powiedzieć, że doszedłem do tego, jak stworzyć informacyjny, programowy hardware duszy, psychiki. Istnieje możliwość stworzenia psychiki bez materii, bez dibeka, odtwarzając jego sieć wyłącznie w postaci software’u. W ten sposób stworzyłem możliwość kreacji ludzi, swego rodzaju diginetów, wewnątrz programu. Kapujesz ty, który mnie słuchasz?

Sergio był wyraźnie podniecony.

– Nie tylko opracowałem program tworzący jedną psychikę, ale wykreowałem środowisko cyfrowe umożliwiające wytworzenie praktycznie nieograniczonej ich ilości, które to oprogramowanie korzystać będzie z ograniczonej pamięci operacyjnej komputera, przed którym stoisz. Komputer ten zawiera w sobie coś w rodzaju wi-aru.

Wi-Ar. Teraz mówimy arealium.

– Odtworzyłem w nim toczka w toczkę środowisko ziemskie. Byłem tak dokładny, że wygenerowałem nie tylko trawkę i zwierzątka, ale także komórki, które tworzą organizmy, związki organiczne i nieorganiczne, nawet atomy i całe kwantowe barachło. Łącznie z oceanem prawdopodobieństwa, w którym zanurzyłem kwarki, elektrony, fotony, gluony, wuony, zetony i resztę bajzlu, co uniemożliwiło determinizm. Zupełnie jak w realium. Podczas kreacji tego świata zrozumiałem, że ocean prawdopodobieństwa jest niezbędny z dwóch względów. Po pierwsze likwiduje wspomniany determinizm, czyli nie jest tak, że skoro wiemy, jak i gdzie poruszają się wszystkie cząstki we wszechświecie, choćby informacyjnym, to sto procent wydarzeń w przyszłości da się przewidzieć i nic na to nie da się poradzić. Po drugie ocean jest potrzebny, żeby uniemożliwić potencjalnym badaczom, badaczom z naszego świata i potencjalnym naukowcom ze skrzyni przed którą stoisz, zrozumienie, na czym polega prawdziwa struktura rzeczywistości. Pojmujesz, niezbyt mile by się poczuli, gdyby odkryli, że są w grze. Zrozumiałem też, do czego służy maksymalna prędkość we wszechświecie. Jak u nas prędkość światła. Chodzi o moc obliczeniową systemu. Przesuw w czasie i w przestrzeni muszą być ograniczone od góry, bo moc obliczeniowa systemu nie jest rozciągliwa. W naszym wszechświecie każdy obiekt porusza się jednocześnie w czasie i przestrzeni. Im szybciej w czasie, tym wolniej w przestrzeni i odwrotnie. Dlatego fotony poruszając się z maksymalną przestrzenną szybkością, stoją w czasie. Czas dla nich nie płynie. Z kolei arystotelesowski „nieruchomy poruszyciel”, jak mówi filozof, „doskonale nieruchomy” mknie z maksymalną szybkością czasową, bo stoi w przestrzeni. – Zmarszczył czoło – Jak ktoś w tej skrzyni odkryje skok nadprzestrzenny, który jest zwykłym cheatem w programie, to proszę bardzo. – Uśmiechnął się.

– Stworzyłem stado. Ludzkie stado. Tysiąc osobników męskich i żeńskich. Mają zdolności intelektualne takie jak my, tyle, że żyją w totalnie dzikim środowisku. Nie znają języka. Już się rozmnażają. Będzie ich więcej, ale system z tym sobie poradzi. Będzie rodził psychikę w psychice w psychice, duszę w duszy w duszy, będzie upakowywał cyfrowe jaźnie jak matrioszki, poradzi sobie nawet z miliardami. Przyspieszyłem ichniejszy czas stukrotnie. W ciągu jednego roku tam upłynie sto lat. W ciągu naszych pięćdziesięciu – tam będzie pięć tysięcy. Jak się postarają, za naszych kilkanaście lat stworzą kilkudziesięciomilionową społeczność. Oczywiście zadbałem o maksymalne zróżnicowanie genetyczne, więc nie powinno być kłopotów z chowem wsobnym. Być może stworzą cywilizację, być może nie. Zobaczymy. Więcej o tym opowiem w zakładce „Cel eksperymentu”.

– Cel eksperymentu.

Tę część wypowiedzi Sergio nagrywał wieczorem. Jego twarz była oświetlona od dołu niebieską poświatą.

– Wreszcie dotarłeś do celu, co? Ciekawość cię zżera? Po cholerę oszalały naukowiec stworzył nielegalne doświadczenie z par excellence żywymi, podlegającymi prawom człowieka, podmiotami? Jakim prawem manipuluję ludzkim stadem, społecznością, która nie ma szans, by się zorientować, w jakim środowisku żyje? Nigdy nie uważałem się za człowieka moralnego. W dupie mam moralność. Nie robię tym ludziom krzywdy. Wręcz przeciwnie. Stworzyłem ich. Dałem im życie i świadomość, i chociaż owo życie z materialnego punktu widzenia jest tylko informacją, to jednak ponad wszelką wątpliwością jest życiem. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy czymkolwiek się różniącym od naszego. Rozumiesz, jeśli ja stworzyłem Stado i życie o naturze informacyjnej, jeśli osiągnąłem etap wiedzy, który na to pozwala, to dlaczego nie założyć, że podobny fenomen został osiągnięty już dawno temu w innej rzeczywistości, gdzie ktoś podobny do mnie stworzył inne, n a s z e Stado? I dlaczego nie założyć, że zdarzenie to zaistniało już po wielokroć, a nawet nieskończoną ilość razy i utworzyło szereg pudełek w pudełkach w pudełkach w pudełkach, gdzie każda nowa rzeczywistość ma naturę informacyjną i rodzi w sobie rzeczywistość informacyjną, która rodzi rzeczywistość informacyjną? Dla mnie materia, ta niby oczywista materia, jest o wiele bardziej iluzoryczna od świata cyfr.

Rzecz jasna rodzi się pytanie o moc obliczeniową „pierwszego” komputera, który musiałby udźwignąć wszystkie następne. Ale tu się kłania fraktal. Matrioszka w matrioszce w matrioszce, z których każda rodzi każdą, każda jest w każdej, wszystkie są w jednej, a jedna we wszystkich, przy czym „wszystko” równa się „nieskończoność”. Mam wrażenie, że nie ma „pierwszego”. Że mamy do czynienia z kołem. Ktoś mógłby powiedzieć: „Niemożliwe. Koło oznacza, że wszystkie „pudełka” powstały jednocześnie, a w „ostatnim” zaistniało „pierwsze”. Ponadto stworzyłeś, Sergio, stado dopiero co, czyli do tego czasu nie było „pudełka” w naszym „pudełku”, a to oznacza, że nasze „pudełko” było ostatnim.” Tak rozumuje człowiek niepojmujący, że czas jest iluzją, podobnie jak przestrzeń, a ilość jest tylko wymiarem. Nie ma „wcześniej” czy „później”. Wszystko jest „teraz”. Powiedzmy, mamy foton, nasz, niby realny. Podłączamy pod niego kabelek i okazuje się, że jego moc obliczeniowa nie jest równa zeru czy jedności, tylko jedności pomnożonej przez ilość cząstek, które zawarte są w równoległym wszechświecie, o którym ten foton ma informacje. Każdy foton zawarty w naszym wszechświecie, każdy kwark i cząstka Higgsa niesie wiedzę o świecie wielkim jak nasz. W naszej czasoprzestrzeni jest niewiarygodna ilość cząstek i bąbli kwantowych, a każdy z nich jest wszechświatem. Nasz świat zawiera w sobie ogromną ilość innych, równoległych wszechświatów, ale trzeba zaznaczyć, że każdy z tych wszechświatów zawiera informację o naszym świecie w jednej ze swoich cząstek. Każda jest w każdej, w jednej są wszystkie, w każdej jest jedna. Stwarza to realnie nieograniczoną moc obliczeniową, więc nie trzeba się obawiać o ogólną pojemność pamięciową nieskończonego pierścienia pudełek w pudełkach. Myślisz, że fantazjuję? O, nie. Ja wykorzystuję moc obliczeniową zawartą w cząstkach. Komputer, przed którym stoisz, nie musi sięgać gdzieś daleko, by pochwycić jakiś atom tlenu czy azotu z powietrza. Uwierz mi, wystarczą mu googole atomów zawartych w jego własnych układach tronicznych. Szczegółowo rzecz ujmując, w tej chwili korzysta z jednego kwarku zwartego w atomie miedzi w jednym z podukładów logicznych. Używa jednej septytrylionowej potencjalnej pojemności. A ten kwark to cały, cholerny wszechświat. Jeśli maszyna będzie rozrzutna, podliczy, co będzie chciała, używając, jak liczydeł, gromad galaktyk. Pewnie rodzi się teraz w twojej głowie proste pytanie: czy cyfrowy, nie realny foton także posiada informację o innych wszechświatach równoległych? To jest, psiakrew, niezła zagwostka. Moim zdaniem posiada. Dlaczego? Bo został stworzony dokładnie na wzór oryginału znajdującego się w naszym świecie. Informacyjnie to byt tożsamy. Jako taki musi odzwierciedlać wszystkie jego cechy. To niesamowite, ale cyfrowy foton jest wszechświatem równoległym. I tu trzymamy nieskończoność za jaja. Bo wystarczy, że wypowiemy to słowo: „nieskończoność” i informacyjnie ona już istnieje. A zatem także to, co opisuje. Może dlatego kiedyś ludziom uda się otwierać bramy do światów równoległych swoimi umysłami, w których, jak wiemy, dochodzi do spontanicznych redukcji kwantowych. A odpowiada za to tak zwany „default network”, „sieć bezczynności” odpowiedzialna za porządkowanie wspomnień i generację marzeń. – Zamyślił się – Być może też ze względu na siłę informacji forma, forma, czyli informacja w naszym świecie, ma moc sprawczą. Rozumiesz? Trójkąt, piramida, proporcje, odległości, kształt. Forma nadaje treść.

Wytrzeszczyłem oczy. Sergio był naprawdę geniuszem. Po pierwsze jakiś czas po tym nagraniu sam mi pokazał, w Tsycopie, modele bram, które stworzył, a potem, na podstawie jego odkryć, skonstruowano programy dla Ludzi Bram, którzy, mocą swojego umysłu uzbrojonego w środowisko arealne, odwiedzali światy równoległe i, co więcej, umożliwiali takie wycieczki tym, którzy weszli w ich umysły.

– Tak czy owak, niezależnie od tego, czy mam rację z tymi pudełkami czy nie, stworzyłem eksperyment. Po co? W kilku celach, z których najważniejszy brzmi: czy ludzie rzeczywiście mają w sobie „boga”? To znaczy, czy potrafią w sposób spontaniczny, bez żadnych ingerencji z zewnątrz, wytworzyć wiarę? W dzisiejszych czasach nie sposób tego dowieść lub zaprzeczyć, bo ledwo człowiek się rodzi, słyszy o idei boga, tłumaczy się ją albo na sposób świecki, albo religijny. Nawet, jeśli ktoś jej nie rozumie, wkrótce się do niej przyzwyczaja i niejako nieświadomie zaczyna ją akceptować bądź tolerować. Chcę odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek z natury jest świecki czy religijny?

Dlatego stworzyłem Stado. Z tego powodu nadałem mu przyspieszony rozwój. Jeśli po tysiącu, czy choćby pięciu tysiącach ichniejszych lat nie powstanie idea boga, to znaczy, że wcale nie jest ona wewnętrzna. Myślę, że bogowie: planety, bóg Persingera i bóg wymyślony nie miałyby żadnego punktu zaczepienia, gdyby nie inny, realny bóg. Myślę, że persingerowskie wizje byłyby tłumaczone na sposób bardziej zrozumiały, wręcz naukowy, nawet przez naszych przodków, którzy owszem, nie wiedzieliby, jak wytłumaczyć tę obecność, ale rozumieliby, że wcześniej czy później uda im się ją wyjaśnić. Sądzę, że bogowie naprawdę istnieli na Ziemi. A konkretnie, nie byli to bogowie, ale Nefilim, czyli „ci, którzy zeszli z nieba”. To dzięki nim mamy dwudziestoczterogodzinny podział doby, sześćdziesięciominutowy podział godzin…

Prychnąłem. Już prawie zapomniałem, że tak kiedyś mierzyliśmy czas.

– To oni powiedzieli, że złoto jest cenne, że mamy dwanaście planet (kiedyś Księżyc i Słońce nazywano tak samo), a co za tym idzie, dwanaście miesięcy, dwanaście głównych bóstw. To oni stwierdzili, że Ziemia jest siódmą planetą (liczyli od zewnątrz) i tak powstała idea siódmego nieba i tygodnia. Słowem, bogowie istnieli naprawdę, a efekt mojego eksperymentu to potwierdzi. Zajrzyj do „Spodziewanych rezultatów”.

– Spodziewane rezultaty – mruknąłem.

Sergio zerknął z ukosa. Znowu był dzien.

­– Mam nadzieję, że to ostatnia zakładka, jaką otwierasz. Zapewne domyślasz się, że przewiduję, iż ludzie nie wytworzą obrazu boga. Że będą stuprocentowo świeccy. Być może tak leniwi i konformistyczni jak my dzisiaj, ale przynajmniej nieogłupieni przez wiarę. Przewiduję, że nie wytworzą cywilizacji technicznej. Zamiast tego stworzą społeczności, które my nazywamy prymitywnymi, dzikimi. Myślę, że powstanie sieć wiosek, być może ze znajomością ognia, ale człowiek nie wstąpi na wyżyny technologii, która jest rakiem zżerającym naszą społeczność, owszem, rozwiniętą technicznie, ale bezmiernie głupią, ograniczoną, małostkową. Ludzie mają w dzisiejszych czasach bardzo wysokie IQ, ale iloraz inteligencji nie jest mądrością. Gdyby nią był, nie byłoby wojen i przemocy. Nefilim stworzyli „pokornego prymitywa”, który nie dość, że miał się podporządkowywać i słuchać, co czyni do dziś, to przypadkiem podpatrzył swoich twórców i postanowił ich naśladować. Po szczycie naukowym, który był udziałem Sumerów, prymityw zaczął zapominać, usychać, stoczył się w rynsztok średniowiecza. Niewiele brakowało, czekałaby go megawioska. Jakimś cudem, dzięki wybitnym jednostkom, zwróć uwagę, jednostkom, nie grupom, może ludziom, którzy mieli w sobie więcej boskich genów niż reszta, wspiął się z powrotem i przypomniał sobie, o czym wiedzieli Sumerowie. O roku platońskim, sferycznej astronomii, precesji i wielu innych sprawach.

Człowiek, którego stworzyłem, nigdy nie widział Nefilim. Nie miał kogo podpatrzeć. Będzie bytem półmagicznym, kolektywnym, akceptującym wiele rzeczy, stosunkowo łagodnym. Takim, jakim jest współczesny człowiek, tylko bez technologicznej agresji i bezsensownego małpowania bogów, na przykład w postaci rytuałów komunikacji z nimi i innymi bzdurami.

Wyobraź sobie udomowione zwierzę, powiedzmy, bo ja wiem, konia. Jaskiniowiec Barbar nauczył go jeść z ręki, zaprzęgał do orki, nawet na nim jeździł. Nadał mu imię Bucefał. Bucefał był koniem bardzo inteligentnym. Co wieczór przychodził do jaskini po siano, co rano wychodził z niej na pole czekając, aż Barbar nałoży mu jarzmo, każdego południa stawiał się na łące czekając na przejażdżkę. Gdy Barbara zabili inni jaskiniowcy, Bucefał powtarzał te rytuały przez wiele miesięcy, aż warunkowanie wygasło. Mimo, że miał dookoła siebie inne zwierzęta, niczego ich nie nauczył, bo on i one były na to za głupie. W końcu zdechł, a historia Barbara umarła razem z nim. Teraz podnieśmy tę opowieść o oczko. Wyobraź sobie: dawno temu bóg Enki, Nefilim, „udomowił” człowieka. Nauczył go wielu czynności. Między innymi kazał się ze sobą kontaktować za pomocą urządzenia, jakiejś konsoli. Co siódmy dzień. A dzień ten nazwał niedzielą. Przywódca plemienia, król, którego władza pochodziła od Nefilim, bo tak sobie bogowie wykoncypowali, że nie będą gadać ze wszystkimi niewolnikami, tylko z ich przedstawicielem i przedstawiciela takiego stworzyli i królem nazwali, co niedzielę podchodził do konsoli, wciskał przycisk i kontaktował się z bogiem. Zdawał mu relację. Trwało to wiele pokoleń, a każdy król przekazywał następnemu swoją wiedzę. Potem bogowie odlecieli. Konsola została. Jeszcze przez wiele lat królowie i ich następcy kontaktowali się z Enkim. Potem kontakt się urwał. Mimo to królowie-kapłani, co niedzielę przychodzili do konsoli i wciskali przycisk i gadali do boga, który milczał. Obudowali konsolę budynkiem, jakby chcąc wzmocnić swoją wiarę i gromadzili się w nadziei, że otrzymają odpowiedź. Bóg jednak milczał. Uznali po latach, że tak ma być, że to próba ich wytrwałości. Przychodzenie co niedzielę do budynku, który nazwali świątynią, stał się rytuałem samym w sobie. Wartością. Tradycją. Nie zapomnieli o niej jak głupi Bucefał. Ponieważ umieli się komunikować, czynność tę wzmacniali, zrytualizowali. To ich integrowało, nadawało rytm życiu. Pewnego dnia skruszył się przycisk, który wduszali, więc zastąpili go mosiężnym czy kamiennym. Nie wiedzieli, że przestał już spełniać swoje przeznaczenie, bo coś tam w środku się zerwało. Dla nich wszystko było jak dawniej. Pewnego dnia akumulator konsoli się wyczerpał. Zgasły światełka na kontrolkach. Ale nie upadł w nich duch. Wręcz przeciwnie. Uznano to za znak istnienia boga, stwierdzono, że to kolejna próba. Po wielu latach konsola rozleciała się, pękła, rozsypała w drobny mak. Zastąpiono ją nową, wykutą z kamienia, o wiele solidniejszą, prawie taką samą, z tym, że niedziałającą, ale kogo to obchodziło. Wciąż inkantowano połączenie z bogiem, od dawna zaakceptowawszy fakt, że się nie odzywa. Wiara stała się synonimem oczekiwania i tęsknoty. Czy to nie cudownie logiczne?

Skoro kamienna konsola stała w jednej świątyni, a wiernych było wiele, skonstruowano wiele konsol, które nazwano ołtarzami.

Do dzisiaj późni potomkowie tamtych królów-kapłanów, kretyni w sukienkach, stoją przy takich konsolach i wygłaszają swoje inkantacje, wzmocnieni „tradycją”, uwarunkowani przez naciski społeczne i normy obyczajowe. Człowiek to nie Bucefał. Nie zapomniał. Przekształcił, zmutował dawne czynności, zaadaptował do zmieniających się zwyczajów, języka, technologii, ale wciąż powtarza te bzdury bezrefleksyjnie, nie zadając pytań.

Zakładam, że moi prymitywi nie powtórzą tej błazenady, ale zrobią coś innego, równie głupiego, bo głupota jest nieodłączną cechą człowieka. Nie wiem, może będą ścinać drzewa, a potem, jak się przerzucą na kamień, wciąż będzie rytuał walenia siekierą w bazalt? Liczę, że takie zachowania się pojawią i będą w jakiś sposób paralelne do naszych religijnych wygłupów. Mnóstwo takich rzeczy obserwuje się do dzisiaj. Na przykład wciąż się mówi „nie lej wody”, chociaż nikt już nie używa wodnych zegarów, więc nie ma czego lać.

Reasumując, chcę udowodnić wszystkim debilom na świecie, że człowiek nie stworzył boga, nie wymyślił go. Człowiek został stworzony przez bogów jako głupie bydlę i takim wciąż pozostaje. Jeśli ktoś chce rzeczywiście coś osiągnąć, nie powinien dążyć do bycia dobrym człowiekiem, bo to tak, jakby szczytem marzeń barana było bycie najlepszym baranem. Dlatego powinien ewoluować. – Uśmiechnął się drapieżnie. – Dążyć do boskości.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Maciek Parowski i sprawy systemowe

17 grudnia 2015

Nie wypowiadałem się na ten temat, bo wciąż ogarniałem to w głowie. Dlaczego tak długo to trwało? Bo moim zdaniem sprawa jest szeroka. Systemowa.

Nie chodzi tu przecież o charakter czy złośliwość personelu.

Nie chodzi o procedurę, czyli o to, że Maciek nie wysłał maila i w związku z tym nie było go na liście zaproszonych.

Nie chodzi także  o to, że nikt z organizatorów nie zadzwonił do kogoś wyżej, nie wygooglował, kim jest Maciek, ani o to, że nikt z obecnych nie zauważył incydentu albo nie chciał zauważyć i mu nie pomógł, nie „zaręczył za niego”.

Chodzi o to, że procedury są ważniejsze od prostego myślenia, sprowadzającego się do zadania sobie kilku prostych pytań: „Skąd jakiś starszy pan w okularach wiedziałby o przedpremierowym pokazie dla dziennikarzy i dlaczego mógłby sądzić, że na taką zamkniętą imprezę ktokolwiek go wpuści, jeśli rzeczywiście nie byłby dziennikarzem i nie dostał zaproszenia?” oraz „Jeśli ten starszy pan nie jest dziennikarzem, to jaką straszliwą szkodę uczyni temu filmowi, skoro nie ma dojść do żadnych portali czy gazet?” i na koniec: „Skoro pan ten wie o pokazie i jest starszy i wygląda kulturalnie, to chyba jest tym, za kogo się podaje? Wpuśćmy go i zobaczmy, czy ktokolwiek go rozpozna.”

Rozumiecie, moim zdaniem zabrakło prostej dedukcji w tej sytuacji. Zabrakło myślenia. A dlaczego zabrakło?

Bo wyrośliśmy w systemie, który myślenia oducza, a naucza trzymania się reguł, zasad, procedur i papieru. I to jest właśnie ta systemowa przyczyna. Jedna z dwóch. W szkole podstawowej, w gimnazjum, w liceum i na studiach nikt nie oczekuje od nas myślenia, choćby takiego, jakie przytoczyłem powyżej. Uczy się nas posłuszeństwa i usiłowania odkrycia tego, co jest prawidłowe. A prawidłowe jest to, co nauczyciel za takowe uważa. „Kształcąc” ludzi w ten sposób tworzymy, co z tego, że miłych i uśmiechniętych,  posłusznych wykonawców procedur, którzy nie wychylą się poza polecenie nawet, jeśli to wychylenie się miałoby sens (i zaoszczędziło firmie odium, które teraz na nią spadło). Co w tym złego? Wszystko.

Druga przyczyna systemowa to fakt, że nikt z obsługi Maćka nie znał. Nie ma w tym ich winy, podobnie jak nie ma ich winy w tym, że nie myślą. Fakt, że przyszedł „nikomu nie znany starszy pan” wynika z tego, że obsługa nie miała jak go poznać. Nie widać jego twarzy na okładkach magazynów dla pań, dla panów, nie ma go w gazetach dla miłośników motoryzacji ani miłośników seriali. Nie ma go w telewizji śniadaniowej, nie ma w teleturniejach ani w innych cudownych wynalazkach współczesnej medialnej papki. Jest co innego – gęby polityków, gęby celebrytów, gęby innych dziwnych tworów, twarze dziennikarzy wreszcie, aktorów, piosenkarzy, ale pisarzy można w głównym nurcie szukać ze świeczką, co ja mówię, z reflektorem i może jednego na miesiąc się gdzieś wyłuska. Jednego. A samych autorów parających się fantastyką naliczyłem w Polsce ponad siedemdziesięciu.

Konkluzja jest mniej więcej taka: nie złorzeczmy na obsługę, nie szukajmy winnych tu i teraz, bo ich nie znajdziemy. Nie wińmy też Maćka, że „nie wysłał”. W rzeczywistości, w której ludzi w szkołach uczono by myśleć, a w mediach pokazywano  by myślących ludzi, Maciek na salę by wszedł i z przyjemnością obejrzałby film.

Fantastyka, co?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Rozważania o sprawach bieżących…

20 listopada 2015

Jestem totalnie skonfundowany. Czytam o zamachu w Bejrucie i współczuję ofiarom. Płaczę czytając o bohaterstwie Adela Termosa, który rzucił się na zamachowca, sprowadził go do parteru i w ten sposób ocalił być może setki osób w meczecie, do którego zamachowiec zmierzał. Sam zginął. Wzruszam się, czytając wiersz, w którym autorka modli się za świat, w którym opłakuje się ofiary w Paryżu, ale nie w Bejrucie, w którym terrorystami nazywa się tych, którzy przed terrorem uciekają (czyli uchodźców). Słucham prezentera z australijskiej telewizji, który przekonuje, że terrorystom chodzi o to, by nie-muzułmanie zaczęli się bać wszystkich muzułmanów, bo wtedy dojdzie do podziału i rozpocznie się beznadziejna III wojna światowa między chrześcijanami i wyznawcami Allaha.

A potem oglądam filmy z Paryża, gdzie muzułmanie modlą się na ulicach blokując je, dając pokaz siły, a robią to nielegalnie.

Z jednej strony widzę muzułmanów sensownych, uczciwych, z drugiej obserwuję, jak człowiek, który przed chwilą całował Koran, po modlitwie oszukuje mnie próbując wcisnąć totalny szajs. Jest to związane z tym, że w islamie dopuszczalnej jest kłamstwo, nawet dwa jego rodzaje (takija i kitman) – przede wszystkim w obronie religii, ale także wobec niewiernego. To potęguje mętlik w głowie, bo zaczynam podejrzewać każdego muzułmanina o to, że kłamie. Paranoja.

Słucham, jak niektórzy deklarują otwarcie (i pokojowo), że nie ma wyższej władzy nad Allaha sugerując tym samym, że ustanowione przez ludzi prawa mają w “poważaniu”. No cóż, sam jestem anarchistą i uważam, że wiele praw ze sprawiedliwością nie ma niczego wspólnego, a miliarderów, jak pisał Puzo w „Omercie” nie wsadza się do więzienia, ale kieruję się osobistą moralnością, a nie nakazami wyobrażonego bóstwa. Dlaczego moja opcja jest lepsza? Bo w przypadku wiary w bóstwo, ktoś może powiedzieć: „Bóstwo każe ci zrobić to, a to.” Jest to polecenie mocne, a założenie nieweryfikowalne i osoba nie uznająca praw ludzkich, a ceniąca boskie, może za nim podążyć. Ja jestem odporny na takie rozkazy. Bo mam własną moralność i własne imperatywy.

Czytałem Koran, czytałem Stary Testament, Bhagavad Gitę, znam hinduizm, olimpizm, sporo z mitologii nordyckiej (wstyd się przyznać, najsłabiej znam słowiańską, z przyczyn oczywistych, źródła były systematycznie niszczone przez miłościwy i wcale niezaborczy kościół katolicki). Wszędzie opisana jest przemoc, okrucieństwo, mordy w imię boga, przy czym najmniej obrazowo w Koranie, bo to dziwna książka, jakby napisana przez schizofrenika, gdzie sprzeczność siedzi na sprzeczności, a najmniej drastycznie opisane w mitach hinduskich (Gitę wyłączam), bo tam się głównie bogowie ze sobą tłuką. Ale w Koranie jest mnóstwo gróźb i wymyślnych kar dla niewiernych.

No i jest dżihad.

To, co teraz napiszę, zabrzmi kontrowersyjnie, więc w razie czego zaznaczę, że nie jest to jakieś wykrystalizowane i sztywne stanowisko i w razie zaistnienia sensownych argumentów oczywiście je zmienię.

A brzmi ono tak. Głęboko wierzący, pokojowo nastawiony, statystyczny (nie jakiś wybitny, ale nie idiota) muzułmanin kojarzy mi się z bombą zegarową, w której zegar na razie stoi, ale który może zacząć tykać, gdy zaistnieje odpowiedni bodziec. Co jest tą bombą? Właśnie dżihad. Dżihad jest drogą bardzo prostą – istnieje Allah, istnieje walka za niego, zabijanie niewiernych i męczeńska śmierć, po której czeka mnie szczęśliwość. Prawdziwy haj. Męczennicy umierają z radością i ja tak umrę. Ich krew pachnie jak raj (to powiedział jeden z dżihadystów, sam bym tego nie wymyślił. Być może odczucia węchowe związane były z tym, że umierający męczennik był naszpikowany narkotykami i ich wyziewy tak wpłynęły na wąchającego. Chris Kyle opisujący walczących z nim rebeliantów w Iraku twierdzi, że wszyscy byli pod wpływem narkotyków).

Ta wizja kojarzy mi się z rozłożonym w czasie samobójstwem, ale nie samobójstwem osoby przegranej i złamanej życiem, popełnionym w ciemnym pokoju zapomnianego hotelu, ale samobójstwem w walce o słuszną, świętą sprawę, w otoczeniu ludzi, którzy uważają mnie za brata i świętego, pod słońcem, na oczach setek ludzi. To jest po prostu pociągające. Atrakcyjne. Nie zakończę życia jak nikomu nieznany Iksiński, ale jako wojownik, święty męczennik, będzie o mnie głośno, moja rodzina otoczona zostanie czcią.

Czym może być zaś bodziec, który wyzwoli tę bombę? A mało to ich dookoła? Życie jest frustrujące. Ciągłe niepowodzenia, bieda, walka o przetrwanie, użeranie się z codziennością, z piętrzącymi się przeszkodami, które fundowane są przez chciwe korporacje, głupie urzędy, wadliwe przepisy, zazdrosnych ludzi, choroby, wypadki losowe, każdego szlag może trafić, co dopiero człowieka, który ma wyjście awaryjne, czyli dżihad. Może w pewnym momencie powiedzieć: mam tego dość! Idę walczyć! I wtedy jego frustracje na urzędy, na prawo, na niesprawiedliwość zostaje przekuta w jeden cel – umrzeć za Allaha. Taki człowiek ukryje złość, że nie chciała go dziewczyna, za którą się uganiał, że nie dostał się na studia, że wyrzucono go z pracy (mówię bardziej o Europejczykach, którzy przechodzą na islam niż o mieszkańcach krajów arabskich, bo naszą rzeczywistość znam, a tamtą mniej), on tego wszystkiego nie powie. Powie, że zrozumiał prawdę, że jedynym celem życia jest czczenie Allaha. I walka za niego. Już nie trzeba się starać, uczyć, wspinać po szczeblach kariery, ciężko pracować dzień po dniu, by zabezpieczyć sobie przyszłość, już nie trzeba martwić się o dzieci i ich przyszłość, już nie trzeba budować domu, dbać o ogród, niepokoić się, czy dach nie zacznie przeciekać, czy stać mnie będzie na czynsz za rok, czy utrzymam pracę, czy nie zacznę chorować na serce, jak mój ojciec, wujek i dziadek, już nie trzeba się bać kontroli urzędu skarbowego, wirusów komputerowych, już nie trzeba myśleć, czy zrobiłem przegląd techniczny samochodu i przegląd okresowy, czy zmieniłem opony na zimowe i jak odblokować telefon, w którym źle wystukałem PIN. Wszystko, wszystko, cały tej pieprzony zgiełk, całą tę chorą rzeczywistość mogę mieć wreszcie w d**pie.

Trzeba przyznać, że dżihadyści mają trochę racji: uważają naszą, cywilizowaną rzeczywistość za chorą. Uważają, że żyjemy w kłamstwie. Nie żyjemy? Społeczna akceptacja kłamstwa reklam, polityków etc. osiągnęła w zachodnich społeczeństwach apogeum. Godzimy się na to, że okłamują nas producenci, usługodawcy, godzimy się na drobny druk, kruczki i zmiany umów. Oni to widzą. I chcą to zniszczyć. Tyle, że wszystko. Dziecko z kąpielą. Czasami, gdy myślę o brudzie i absurdzie, który mnie otacza, sam się zastanawiam, czy nie istnieje jakieś proste wyjście awaryjne. Bo miałbym ochotę wszystko to p***dolnąć i powiedzieć: k**wa, wypisuję się z tego g**wna! Identyfikuję w sobie taką potrzebę, takie pragnienie. Mógłbym być dżihadystą. Wystarczyłoby kilka niekorzystnych zdarzeń (od których, Allahu, uchowaj): zgon żony i córki, odejście klientów, odmowy wydawnictw, fatalne recenzje i co? I Marcin pacyfista / anarchista zamienia się w Marcina anarchistę / dżihadystę. A trzeba tu zaznaczyć, że jestem ateistą od urodzenia i chociaż rodzice mnie ochrzcili (nie było mnie przy tym), to na lekcje religii katolickiej nie chodziłem. Nie świeci nade mną święty krzyż czy inny półksiężyc, nie woła mnie najważniejsza z misji, nie opromieniają światła stwórcy, który nie został mi wdrukowany w dziecięcą psyche. A mimo to rozumiem, że dżihadystą można się stać, oj można. Jeśli do tego dodać zamiłowanie do broni (u mnie nie występujące, ale wystarczy pojechać na konwent miłośników fantastyki, by zobaczyć, że ta parafilia istnieje), lekkie skłonności sadystyczne (ponad 20% społeczeństwa, ja także ich nie mam), albo po prostu psychopatię (4% społeczeństwa, tutaj też występuję w tych 96%), mamy kandydata niemal gotowego. Jeśli jest muzułmaninem, a w życiu mu nie wyszło…

No i co? Jak to podsumować? Nie umiem. Jak napisałem na początku, mam w głowie mętlik.

Dodać do tego wypada, że przecież kraje, z których wywodzą się najbardziej skrajne ugrupowania od lat były manipulowane przez wielkie i chciwe siły tego świata. Że do dawna były dojone i destabilizowane. Że same sobie tego kuku nie zrobiły, więc de facto kraje kolonialne oraz te, które lubią walczyć o wolność poza swoimi granicami same są sobie winne.

Tylko czy to cokolwiek w zaistniałej sytuacji zmienia?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Prostacka religijność

1 kwietnia 2015

W artykule tym nie zamierzam obrażać wszystkich wierzących ludzi. Obrażać mam zamiar tylko tych, dla których charakterystyczny jest zestaw przekonań, który określam mianem „Prostackiej Religijności”. „PRowcy”, czujcie się obrażeni.

Ocalił, więc jest

„Wierzę w boga, jak boga kocham, wierzę w niego”, przemawiał do mnie kiedyś dość bliski znajomy, dzisiaj już nieboszczyk. „A wiesz, dlaczego wierzę? Powiem ci. Jak miałem białaczkę, powiedziałem sobie – jeśli bóg mnie uleczy, już zawsze będę w niego wierzył. I co? Uleczył mnie. Jak boga kocham wierzę teraz w boga”. Mój dość bliski znajomy dwukrotnie zachorował na chorobą nowotworową, w dzieciństwie zaś przeszedł chorobę Heinego-Medina. W wieku lat czterdziestu wyglądał na osiemdziesiąt. Drugi rak – krtani – był dla niego zbyt poważnym przeciwnikiem, chociaż wypada zaznaczyć, że człowiek ten nie poddawał się i walczył do końca. Jednak nie o heroizmie na polach przegranych bitew będzie to artykuł.

Znajomy ten nie był nadmiernie wykształconym przedstawicielem naszego narodu, co, jak mi się wydaje, oddałem w powyższych cytatach, ale pogląd przez niego podany nie spoczywa bynajmniej wyłącznie w dominium ludzi nieoczytanych. Podobne stanowiska cechują także ludzi z wyższych sfer intelektualnych. Nie tak dawno prasa opowiadała o wydarzeniu, które stało się udziałem znanego polskiego, nieżyjącego już kompozytora. W czasie drugiej wojny światowej miał wyjść z domu, ale nie wyszedł i wtedy na drogę spadła bomba. Muzyk uznał to wydarzenie za znak. Został ocalony przez siłę wyższą.

Opowieści są różne w szczegółach, ale topos jest podobny: gdy rozbił się autokar wiozący polskich pielgrzymów w jakieś święte miejsce, część osób ocalała. Pamiętam wypowiedź mężczyzny, który wspominał, że gdy wygrzebywał się z dymiącego rumowiska, w jaki obrócił się pojazd wraz z pasażerami, natrafił ręką na biblię. „Jakiś znak?” – zapytał retorycznie, sugerując, że to właśnie on miał być ocalony, a nie ktoś inny, że to jego łysinę wskazał palec boży. Nie przyszło mu do głowy, że w autobusie wiozącym pielgrzymów biblii musiało być co najmniej tyle ile pasażerów?

Niedaleko od powyżej wzmiankowanych, leżą przekazy, typu: „Ten dom to był prezent” (wypowiadająca to zdanie pani, nota bene psycholog, wskazuje znacząco w sufit, to jest w niebo), „Tę piątkę na egzaminie to ja sobie wymodliłam!”, orzekła miła i inteligentna nauczycielka, „Pan wysłuchał moich modlitw i syn dostał pracę”, oświadczyła jedna pani drugiej pani – współpasażerce pociągu relacji Warszawa – Kraków.
Ostatnio mieliśmy Boże Narodzenie. Dostałem w związku z tym wiele życzeń „łask bożych”, zresztą gdy słucham pewnego toruńskiego radia, takich życzeń też jest bez liku. Dowiaduję się także, śledząc różne dziwaczne media, że dzięki modłom do konkretnego „świętego” zdarzył się całkowicie namacalny cud jeden, drugi i trzeci.

Ile razy słyszę te wypowiedzi, czytam takie zdania, słucham takich przekazów zastanawiam się, gdzie się podziało myślenie ich twórców? Mógłbym ich nazwać jakoś brzydko, poddając w wątpliwość ich inteligencję, ale powstrzymam się i powiem po prostu, że oni „jeszcze nigdy o tym nie myśleli w taki sposób”. Jaki? Ano taki: Jeśli ktoś naprawdę wierzy, że został ocalony dzięki modłom, że bóg powstrzymał go przed wyjściem z domu, co ocaliło go od nieszczęścia, że bóstwo wysłuchało próśb i skonstruowało dom, albo w indeks wpisało piątkę tudzież obdarzyło „łaskami”, to co powie o tych wszystkich, którzy umierają w tej chwili w Afryce, przegrywają walkę z chorobami i żegnają się z życiem złamani bólem, giną w wypadkach samochodowych lub tracą bliskich? No pomyślmy logicznie, w jakim świetle stawia to boga: jest to istota, która, jak się do niego ktoś pomodli, to mu pomoże, ale innym modlącym się pomagać nie będzie z powodów nieznanych, innym zaś razem pomoże zupełnie bez modlitw. Ogólnie rzecz biorąc czasami bogu milsza jest idea wybudowania domku jednorodzinnego w Konstancinie niż ocalenie dziecka w Kongo, czasami ważniejsza jest piątka na nieważnym egzaminie niż to, że w wyniku upadku rakiety zginie wiele niewinnych osób, choćby w Palestynie. Istota ta wybiera sobie cele banalne i absurdalne, ważniejsze, mniej ważne, a klucz jej wyborów jest z gruntu debilny, żeby wprost nie powiedzieć – losowy. Jeśli ludzie ci wciąż wierzą, że to boska interwencja /ł aska ich ocaliła / dała dobrą ocenę / podarowała samochód, to co mają do powiedzenia tym wszystkim, których spotyka nieszczęście lub fatalny pech? „Sorry, bóg ciebie nie lubi”? „Jestem od ciebie ważniejszy”? „Masz w niebie marne notowania / PR”? „Bóg ma swoje priorytety i akurat teraz interesuje go nie Somalia, nie Afganistan tylko Kozia Wólka i pragnienie Józka Szprychy, by dostał w prezencie motorower marki Simpson.”?

Bliskie tego obszaru rozumowania są modlitwy przed posiłkiem, zwyczaj co prawda w Polsce mało znany, co nie znaczy, że nieważny, wszak Ameryka to miejsce zaledwie kilka godzin lotu stąd, a gdy wziąć pod uwagę internet, to ląd, który na co dzień mamy w komputerach i urządzeniach mobilnych. Jaki tupet trzeba mieć / jakim nieczułym idiotą trzeba być, żeby dziękować bogu za naleśniki z syropem klonowym, gdy w tym samym czasie w Bangladeszu dzieci w toksycznych warunkach garbują skórę tudzież barwią bawełnę, którą to materię córka czy synek modlącego się tatusia nosi na swoich słodkich pleckach? Lord zadbał o nasze naleśniki mając w boskim rectum biedę Azjatów? Przepraszam, ale portret boga malowany przez ludzi przekonanych, że jego interwencje jednym pomagają, a nieszczęście innych omijają jest wizerunkiem zaburzonego, pozbawionego moralności imbecyla.

Wczoraj nie było wolno, ale dzisiaj już można

Mam znajomych, na szczęście bardzo odległych (w każdym razie ideologicznie), którzy deklarowali, że okrutnie chcieliby mieć dziecko. Niestety, coś tam w biologii szwankuje i dziecko się nie pojawia mimo, że z pewnością oprócz regularnych modlitw o potomka stosują techniki fizjologiczne, które mają duchowi świętemu pomóc – chodzi rzecz jasna o czynność, w wyniku której nasienie znajomego znajdzie się wewnątrz pochwy znajomej, rzecz jasna najlepiej bez przyjemności i po ciemku. Znajomi ci są niezwykle pobożni i dzień w dzień wstają wcześnie rano, by jeszcze przed pracą znaleźć się na chwilę w domu bożym i zanieść prośby do bytu, który, jak to już wyjaśniłem w poprzednim rozdziale, jeśli naprawdę miałby słuchać ich błagań nie słuchając próśb jakby nie patrzeć ważniejszych, byłby kretynem do kwadratu (ergo, znajomi de facto modlą się do kretyna). Jednak gdy rozmowa schodziła (piszę w czasie przeszłym, bo dawno już z nimi się nie widzieliśmy) na tematy ewentualnej pomocy kogoś wykwalifikowanego i materialnego, najlepiej odzianego w biały fartuch, znajomi sztywnieli i poważnieli. Nie można. Dlaczego? Kościół nie pozwala.

Zanim skomentuję powyższe, dodam jeszcze jeden kamyczek, by rzecz naświetlić z innej nieco strony. Często słucham radia Maryja, by wiedzieć, co w trawie piszczy i by rozumieć sposób pojmowania świata przez osoby głęboko i natarczywie wierzące. Nierzadko można usłyszeć płynącą z głośników prostą wykładnię: kościół = krzyż = prawda. Mówiąc bardziej przystępnym językiem kościół nie może się nie angażować w różnego typu sprawy polityczne, bo posiada prawdę, a skoro tak, jego obowiązkiem jest naprawiać różne błędy popełniane w obszarze publicznym, co więcej, jako posiadacz prawdy jest ponad prawem i ponad wszelkimi innymi pod-prawdami. Stąd prosty wniosek, że z przedstawicielami kościoła nie ma i nie może być żadnej dyskusji, bo oni są emisariuszami prawdy.

Tylko, że z tą prawdą jest dziwna sprawa. Bo gdyby poważnie przyjąć wykładnię, że kościół jest nosicielem i głosicielem prawdy, należałoby słusznie założyć, że jeśli już używać słowa „prawda”, to ma ona jedną, fundamentalną cechę – jest niezmienna. Jak to, prawda, prawda. Jeśli dzisiaj mówię, że ten kamień jest czarny, to będę tak mówił jutro i za sto lat. To jest charakterystyka prawdy. Co natomiast robi kościół? On prawdę od czasu do czasu zmienia. Twierdzi, że Ziemia jest w centrum świata – święta prawda. Za tę prawdę naraża się na wyrzuty sumienia szkalując Kopernika, Galileusza i innych niezgodnych. Potem prawdę zmienia dostosowując się – z wielkimi oporami – do odkryć nauki – przyznaje wreszcie, że kolebka ludzkości jest okrągła i że jednak się kręci. Podobnie, najpierw twierdzi, że ewolucji nie ma, po czym, ku zaskoczeniu wielu, bardzo wielu zwolenników kreacjonizmu, przyznaje po wielu latach rozwoju myśli naukowej – że jednak istnieje. Alleluja. Co by świat zrobił bez tego przyznania, nie mam pojęcia. Najwyższy oficjel watykańskiej firmy uznał prawdziwość teorii, do stworzenia której ani on, ani nikt z jego podwładnych nie przyłożyli ręki. Jakiś czas temu prawda kościelna głosiła, że poczęte, ale nienarodzone płody idą do czyśćca, a ostatnio stwierdzono, że jednak fruną prościutko do nieba, w ramiona aniołów siedzących na puchowych chmurkach. Warto tu zaznaczyć, że idea czyśćca została wdrożona dopiero w XVI wieku. Wcześniej nie było o nim mowy. Dzisiaj świętym obowiązkiem i jedyną słuszną postawą księdza jest celibat. Ale jeszcze w XI wieku księża mieli żony. Holocaust mieszkańców Ameryki Południowej został dokonany ręką niosącą krzyż. Zginęło wtedy około 30 milionów rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Z pewnością w tych czasach kościół miał inne pojęcie na temat prawdy dotyczącej życia ludzkiego, bo dzisiaj trzęsie się nawet nad istnieniem zarodka, nazwanego manipulacyjnie „życiem poczętym”. Niedawno najwyższy kapłan kościoła zabronił mieszkańcom Afryki stosowania prezerwatyw. Czy ta przerażająca ingerencja, której skutkiem są niezliczone ofiary AIDS zostanie uznana za błąd za kilkadziesiąt lat, czy będziemy musieli czekać kolejnych kilka wieków na anulowanie gumowej prawdy? A co ze zmuszaniem kobiet do rodzenia kalekich dzieci?

Wracając do moich odległych znajomych, zastanawia mnie jedno: co zrobią, gdy za kilka lat kościół zmieni zdanie i zezwoli na ingerencje medyczne u par, które nie mogą począć dziecka w sposób naturalny? Rozumiecie, sprawa jest dość poważna. Lata lecą. Optymalne okno czasowe, w którym partnerzy decydują się na posiadanie potomka nie jest otwarte wiecznie. Organizm kobiety się starzeje, mężczyzna także traci siły. Co powiedzą, gdy przekroczą pięćdziesiąty rok życia i nagle okaże się, że „już można”? Co poczują? Najpierw niezmienna i święta prawda kościelna mówiła, że nigdy przenigdy, piekło i szatani, a tu nagle pojawia się prawda 2.0, anulująca prawdę 1.0? Mam wrażenie, że poczują się strasznie oszukani. To samo tyczy partnerów, którzy, związani sakramentem małżeństwa wyrzekają się rozwodu, bo byłby to grzech, męczą się więc ze sobą całymi latami. Co powiedzą, gdy za kilkanaście lat kościół zluzuje zakazy związane z „anulowaniem małżeństwa”? „Zmarnowaliście mi życie”?

A wystarczyło by, żeby przedstawiciele nurtu „PR” zerknęli do kilku podręczników gier RPG: systemu Advanced Dungeons & Dragons czy choćby Warhammer i zrozumieliby kilka naprawdę ważnych rzeczy. Nie wiecie, o czym mówię? RPG to skrót od słów Role Playing Game. Są to gry grania ról, a bardziej po polsku – gry fabularne. Żeby w nie grać, należy przeczytać podręcznik dla mistrza gry, dla gracza drugą książkę, zaopatrzyć się w kości do gry, chipsy, piwo i hulaj dusza, można grać. Nie potrzeba planszy, figurek, w zasadzie nawet kości czasami bywają zbędne i piwo także. Całość rozgrywki odbywa się w wyobraźni graczy. Podczas gdy mistrz opowiada, gdzie znajdują się postacie wykreowane przez graczy, opisuje wydarzenia i świat wokół nich, gracze podejmują decyzje i opisują działania swoich bohaterów. To naprawdę działa. Rzeczywistości przedstawione w podręcznikach gier RPG są czystą fantastyką – są to światy fantasy (smoki, gobliny, elfy) bądź science – fiction (statki kosmiczne, lasery etc.). Gracze tak bardzo angażują się w grę, że dominia te stają się po części prawdziwe, a ich wymyślone postacie zaczynają żyć własnym życiem i stanowią, w pewnym sensie, ich alter-ego. Niektórzy angażują się do tego stopnia, że stają się prawdziwymi ekspertami od jakiejś wymyślonej rzeczywistości.

Reguły gier RPG od czasu do czasu ulegają modyfikacji. Wtedy twórcy tych systemów wydają nowe podręczniki ze zmienionymi zasadami, często dodanymi opisami nieznanych dotąd krain, stworów i zależności. Gracze i mistrzowie uczą się nowości i modyfikują swoje wyobrażenie świata. Dungeons & Dragons dla przykładu cieszy się obecnie czwartą edycją, znacznie różniącą się od edycji pierwszej. Dlaczego twórcy gier zmieniają zasady? Robią to oczywiście po to, by gra była lepsza, ciekawsza, prostsza, a jednocześnie bardziej wciągająca. Rozumiecie, modyfikują opisy nieistniejących krain, zmieniają zasady życia w wymyślonych królestwach, korygują reguły iluzorycznych dominiów. Wyobrażam to sobie tak, że kilku łebskich, zapalonych twórców spotyka się, dyskutuje, bierze ołówki w dłoń, spisuje pomysły i scenariusze, potem je testuje, odrzuca plewy, zbiera ziarno i wreszcie dochodzi do konsensusu, jak nowe zasady powinny wyglądać. Następnie podręczniki trafiają do drukarni, wreszcie do sklepów, gracze je kupują, cmokają i mówią: „Aaa, teraz tak to wygląda. Fajnie”.

Czy dostrzegliście już, do czego zmierzam? Zasady mówiące o tym, który grzech jest śmiertelny, a który nie, jakie dusze idą do raju, jakie do piekła, jakie zaś do czyśćca, w jaki sposób można wpłynąć na bóstwa zarządzające przepływem duszyczek, które modlitwy pomagają czyśćcolokatorom szybciej przedostać się przez wąską bramę raju, jakiego typu rytuały należy odprawić, by dostać się pod chmurkę i których symboli, słów, przedmiotów oraz środowisk unikać, bo otwierają one bramy piekieł, a tam czyhają siły nieczyste, nieodmiennie kojarzą mi się z regułami dość prostego systemu RPG. I zupełnie tak jak w każdym takim systemie, od czasu do czasu wychodzą nowe zasady – vide duszyczki poczętych, ale nietkniętych obrządkiem chrztu zarodków. Nie mam pojęcia, gdzie leciały przed wymyśleniem czyśćca, pewnie w ogóle się nad tym nie zastanawiano.

Czy to możliwe, żeby jakaś prawda kościelna utrzymywana przez wiele, wiele lat była nieprawdą? A może funkcjonariusze kościoła osiągają w pewnym momencie wysokiej jakości przekaz z niebiesiech (w dobie telewizji HD czas byłby po temu najwyższy) i dostrzegają swój błąd? Ale dlaczego w takim razie nie mówią otwarcie: „To, co głosiliśmy względem problemu X, było błędne, dlatego być może także to, co teraz głosimy nie jest prawdą, więc zamiast fanatycznie wierzyć naszym słowom, po prostu sobie o tym od czasu do czasu rozmawiajmy, dyskutujmy i wspólnie szukajmy odpowiedzi.”? Byłoby pięknie, prawda? Ale tak nie będzie, nie miejmy złudzeń.

Jestem przekonany, że za jakiś czas oficjele tej firmy znowu zmienią zasady w obszarze X bądź Y i, bo ja wiem, wymyślą nowy rodzaj czyśćca (nadczyściec, podczyściec?), albo wprowadzą, oprócz świętych, archaniołów i aniołów, nowy rodzaj seraficznych bytów, chociażby anielice? A jak to jest z pozagrobowym losem ateistów? Przez setki lat była mowa, że nie mają szans trafić do nieba, ale ostatnio zaczyna się tu i ówdzie przebąkiwać o nowych zasadach RPG mówiących, że nawet oni mogą mieć nadzieję. Najnowszy papież ogłosił nawet, że moralni pójdą do nieba, ale zaraz tę wypowiedź Watykan „sprostował” (nie wspominając, że sprostowywał ją nader gorliwie pewien polski prostokątnookulary przyszły święty). Na szczęście są jeszcze tacy, którzy zasad nie zmieniają: według podręczników RPG świadków Jehowy w raju jest określona liczba miejsc siedzących i załapią się tylko ci gracze, którzy perfekcyjnie znają reguły i nigdy nie oszukują. O, i to jest droga godna pochwały, a nie tam jakieś chorągiewki na wietrze. Ziemia jest płaska, nie kręci się, znajduje się w środku wszechświata, a o zarodkach zapomnijmy.

Pułap wolności

Pamiętam znajomego, który pobierał nauki u tego samego nauczyciela filozofii, co ja. Dzisiaj jest to nobliwy pan profesor, ale wtedy był tak samo nieopierzony i po omacku poszukujący sensu istnienia jak ja. O ile bardzo doceniałem jego oczytanie i fenomenalną znajomość greki, nie bardzo pojmowałem, dlaczego wciąż zadawał pytania: „Czy można tak? Czy można robić to? A czy można? Czy można? Czy można?”. Zastanawiały mnie te pytania, bo de facto powodowały, że znajomy ów nie pozwalał sobie na szukanie odpowiedzi, nie sięgał do swojego rozumu. Chciał, by autorytet wytyczył mu drogę dwiema barierami: po lewej „już można”, a po prawej – „już nie można”, dzięki czemu pośrodku powstałby wygodny trakt. Wyobrażałem sobie, że gdyby ktoś miał tak jasno wytyczoną ścieżkę wiodącą w bezpiecznym przedziale możności, jego życie stałoby się wyjątkowo proste, a nawet w pewnym sensie przyjemne: wystarczy, że będę przestrzegał reguł, a egzystencja będzie słodka i wolna od dylematów.

Oczywiście pewnego dnia mój znajomy przestał zadawać te pytania i zaczął samodzielnie myśleć, ale trzeba zaznaczyć, że miał wyjątkowo dobrego nauczyciela, któremu zależało, by się usamodzielnił. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby mistrz ów był zaborczy i dążył do tego, aby uczeń już zawsze zadawał mu pytania co wolno, a czego nie. No właśnie. Tutaj jest pies pogrzebany. Dobry mentor mówi: „Myśl! Szukaj odpowiedzi! Bądź ciekaw! Dociekaj! Ucz się! Podważaj! Zadawaj pytania!” A co robią nauczyciele sączący w uszy naszych dzieci doktrynę „PRowej” wiary katolickiej? Prawdopodobnie używają dokładnie tych samych słów, ale w wyjątkowo pokrętnej logice, dzięki której dzieci przestają myśleć, a zaczynają wierzyć, odpowiedzi szukają wyłącznie w piśmie świętym i modlitwie, a gdy chcą dociekać, zwracają się z pytaniem wyłącznie do „PRowych” przedstawicieli kościoła. I tak oto montuje się w głowach latorośli pułap wolności, powyżej którego już, jako dorośli, nie potrafią się najczęściej wygramolić. Gdy pułap zostanie zamontowany dobrze i szczelnie, parafianin będzie w nieskończoność pytał, co mu wolno, a czego nie, będzie szukał odpowiedzi w książkach wydawanych przez „PRowe” religijne wydawnictwa, podczas spotkań kółek parafialnych oraz bezpośrednich rozmów z księżmi. „Wolno tak?” „Można tak?”, „A co, gdyby spróbować inaczej? Można by było?”. Przedstawiciele „PRowego” kościoła zaś będą z nieustającą cierpliwością i miłością odpowiadali na pytania: raz że „można”, a czasami „nie można” (częściej to drugie) i nigdy, przenigdy nie zasugerują, że parafianin powinien po prostu pomyśleć. Jeżeli zaś to zrobią, odwołają się do jego poczucia winy, obowiązku i „sumienia”, nigdy zaś do wolnej myśli opartej o sensowne źródła, chociażby literaturę naukową. Dlaczego to robią? Oczywiście z jednego, podstawowego powodu – aby utrzymać nad pytającymi władzę.

Czy nie napawa Was przerażeniem, że niektórzy wierzący naprawdę pytają, jak się kochać z partnerami: w które otwory można, a które należy stanowczo omijać, co robić z wytryskiem, czy można do środka, czy się powstrzymywać, a na brzuszek da radę? Nie? Ojej, no szkoda… Kobiety także doskonale wiedzą, co im wolno, czego nie wolno i jak mają odczuwać przyjemność (ma być związana z obcowaniem z sakramentalnie wybranym mężem, a nie z nieczystym, grzesznym podnieceniem). Pojawiają się wypowiedzi, jak katoliczka powinna chodzić ubrana i jakiego typu fatałaszki są „niemiłe bogu”. Dekolt może być maksymalnie na dwa palce poniżej górnej krawędzi mostka, koszulki na ramiączkach są zakazane (przez otwór pod pachą widać stanik „albo coś jeszcze gorszego”), spódnice długie, a na plażę lepiej w ogóle nie chodzić (to będzie taka mała „ofiara”) i tak dalej. Nie można jeść mięsa w piątek, nie można się bawić w adwent, nie można strzelić sobie w łeb, jak człowiek już nie ma siły przebywać w towarzystwie idiotów, nie można, nie można, nie można. A dlaczego? Bo grzech. I pójdziesz do piekła, sprawdź sobie w podręczniku RPG, oczywiście w najnowszej edycji (samobójstwo stało się grzechem śmiertelnym dopiero w VI wieku, nota bene we współczesnych Chinach także pojawiły się zakazy samobójstw w wielkich zakładach pracy, a karą jest „hańba dla całej rodziny”).
Droga pomiędzy „już można” i „już nie można” to kurs na zatracenie. To trakt bez myśli, autostrada bez wolności, szosa owszem, bezpieczna, dająca poczucie kontroli, ale jakże przerażająco niewolnicza. Co jednak daje? Oczywiście poczucie bycia człowiekiem moralnym.

Jak moralny – to tylko katolik

Pamiętam panel dyskusyjny między kolegami pisarzami, który odbywał się podczas jednego z licznych konwentów miłośników fantastyki. Sam siedziałem na widowni, a wśród panelistów trzech było praktykującymi katolikami (niektórzy znani i cenieni nie tylko w świecie fantastów) i tylko jeden niekatolik, za to gej. Gdy „przyznał się” do tego, że jest ateistą (w tej chwili twierdzi raczej, że jest poganinem, ale, jak go znam, jego pogaństwo jest pełne subtelnej refleksji, a nie nakazów i zakazów), jeden z dyskutantów, fizyk zresztą (sic!), na szczęście szczerbaty, wychylił się i powiedział: „Wiesz, ja ci bardzo współczuję, bo jeśli nie wierzysz w boga, to nie wiesz, co jest dobre, a co złe”. Do dzisiaj pamiętam, jak to absurdalne zdanie, wypowiedziane przez skądinąd inteligentnego człowieka, wcisnęło mnie w twarde krzesło. Do dzisiaj czuję nacisk nieustępliwego drewna na mięśnie pośladkowe i oblewa mnie nieodmienne, duszące zdumienie. Zdanie to zawiera bowiem kwintesencję „PRowskiego” myślenia o moralności: jeśli w ogóle mówić o moralności, to istnieje tylko jedna! Nasza! ProstackoReligijna! Żadnej innej nie ma i nie było! Dlatego w oczach tak wychowanego katolika każdy ateista jest człowiekiem amoralnym. Moralność „PR” opiera się na prostym założeniu, że moralny człowiek to ten, który ma słuszność. Słuszność zaś ma ten, kto zna prawdę, a prawdę zna ten, kto wierzy w kościół święty i powszechny. Amen.

To bardzo smutne, że środowiska „PR” usiłują przywłaszczyć sobie pojęcie moralności wyraźnie sugerując, że „niePRowiec” moralny być nie potrafi. Co zdumiewające i kuriozalne, twierdzą, że źródłem moralności jest biblia, która, jak wiemy, pełna jest przemocy i niewinnie przelanej krwi, i to z rozkazów bóstwa YHWH. „PRowcy” utrzymują też, że par excellence ikoną moralności jest Karol Wojtyła, znany z tego, że od czasu do czasu kanonizował jakiegoś zbrodniarza, o którego niecnych uczynkach wiedza jest oczywiście skrętnie ukrywana, ale na szczęście od czasu do czasu gdzieś wypływa (poszukajcie na przykład, kim był Józef Anchieta, bardzo święty święty).

Tymczasem moralność, jak dowiadujemy się z poważnych, nie „PRowskich” źródeł, jest podstawą biologicznego istnienia. „Iskający żyją dłużej”, pisze Richard Dawkins, który podaje piękny i powiązany z niniejszym artykułem argument na rzecz tego, że człowiek ma moralność wmontowaną w geny: dlaczego powołując się na biblię jej obrońcy systematycznie omijają najbardziej przerażające fragmenty, chociażby ten o świętym, który dzięki modlitwie do boga spowodował, że czterdzieścioro dzieci zostało rozerwanych przez dzikie psy (naraziły mu się krzycząc, że jest łysy. Zaiste śmiertelna to obraza)? Robimy to, bo bez biblii wiemy, co jest moralne, a co moralnie wątpliwe. Nakazy i zakazy naprawdę nie są do tego potrzebne. Ateiści radzą sobie doskonale bez dekalogu, bo hierarchię wartości mają uwewnętrznioną, a nie zewnętrzną, obwarowaną karami i nagrodami. Ponadto nigdy nie wysyłali na święte podboje swoich wojów i nigdy nie obiecywali zbawienia za zabicie innowierców. Jeśli ktoś w tym miejscu chciałby, wzorem wielu „PRowców” zauważyć, że „Hitler i Stalin byli ateistami”, pragnę zaznaczyć, że Hitler był rzymskim katolikiem, a Stalin owszem, pewnie ateistą, ale z tego co wiem, ani jednego, ani drugiego wojna nie była wojną religijną, a za mordowanie nie obiecywali raju. W ogóle nowoczesne wojny to już zupełnie niereligijny temat, raczej gospodarczy (wykluczam wiadome wypadki na bliskim wschodzie).

Patriotyzm

Jestem zameldowany we wsi, w której mieszkam. Robię zakupy w miejscowych, niedużych sklepikach. Owszem, czasami odwiedzam supermarkety, nawet portugalską Biedronkę, ale dzień w dzień daję zarobić miejscowym właścicielom sklepów. Odprowadzam podatek od każdej zarobionej złotówki do polskiego Urzędu Skarbowego a nie ekwadorskiego, co czyni pewien głoszący jedyną słuszną prawdę poważnie zaburzony bosonogi obywatel. Zależy mi na tym, by rodacy rozwijali się i uczyli. Dlatego w swoich książkach nie dość, że opisuję Polskę przyszłości, to staram się stymulować myślenie, drażnię, spycham czytelnika z utartych torów rozumowania, pytam, co by było, gdyby. Taką postawę uważam za patriotyczną. Ale jestem ateistą.

I tu jest problem, bo dla przedstawiciela opcji „PR” patriotą może być tylko katolik. Słyszymy to nie tylko w radiu Maryja, ale widzimy w niektórych filmach, vide przeokropna „Bitwa Warszawska”, prawdziwy Krzyżowy Product Placement, bo krzyż widać w tym obrazie chyba w każdej scenie – na szczycie kościoła, na biurku, na kobiecym biuście, na męskim torsie, wszędzie, wszędzie, wszędzie. Paradygmat patriota = katolik oparty jest jednak na jakimś dziwacznym założeniu. Przyjrzyjmy się temu bliżej…

Kim jest „patriota”? To chyba ktoś, kto przysparza dobra miejscu, w którym żyje, prawda? Wytwarza zarówno wartość materialną jak i intelektualną aby w danej okolicy ludziom żyło się par excellence i w wielu wymiarach lepiej. Jak w tym rozumieniu tego terminu ma się kościelny patriotyzm? Którzy przedstawiciele kościoła pomnażają dobra materialne gmin, powiatów, kraju? Nic o tym nie wiem. Kościół katolicki jest firmą niepolską lecz watykańską (co stara się kamuflować twierdząc, że „kościół to wspólnota wiernych”) i jako jedyne przedsiębiorstwo w Polsce wszedł do przedszkoli i szkół. Jest to jedyna niepaństwowa firma, która więcej od budżetu dostaje niż oddaje. Wyobraźmy sobie, że producent gazowanego napoju opatrzonego czerwoną etykietą wkracza do przedszkoli tudzież szkół i wmawia dzieciom, że najlepszym napojem na świecie jest wiadomo co i że każdy inny płyn jest zły albo jeszcze gorszy. Wyobraźmy sobie, że w sali sejmowej wisi logo tego napoju, w izbach lekcyjnych także, że codziennie dzwon reklamuje tę właśnie firmę. Uznalibyśmy ją za niezwykle sprytną i pazerną, prawda? Ponadto podejrzewalibyśmy, że musi mieć „haka” na wielu polityków i decydentów, skoro udało jej się tak głęboko wgryźć w trzewia naszego kraju. A teraz wyobraźmy sobie, że piarowcy tej firmy zaczynają wmawiać wszystkim podczas obowiązkowych spotkań z wyznawcami, że firma ta „stoi na straży wartości patriotycznych”. Co byśmy zrobili? Popukali się w czoło oczywiście.

Kościół, według danych historycznych, zawsze dbał przede wszystkim o swoje interesy. Popierał działalność Hitlera gdy to było wygodne, popierał rozbiory Polski, odbierał polskie grunty, nieruchomości i czerpał z tego zyski. Nie ma w tym w sumie wielkiego grzechu – każda międzynarodowa korporacja tak się zachowuje – dba o budżet. Ale żadna, żadna korporacja nie utrzymuje, że tylko ona wie, czym jest dobro kraju, z którego czerpie zyski! No wyobraźmy sobie zagranicznego producenta samochodów, który jest właścicielem setek hektarów naszej ziemi, tysięcy kamienic, prowadzi w naszym kraju politykę, która ma na celu jedynie jego przetrwanie, zatem niejednokrotnie, gdy kraj nasz jest zagrożony, sprawdza, jakie mamy szanse, by sobie poradzić i wtedy od czasu do czasu zmienia polityczną opcję. Trudno to sobie wyobrazić? Ależ nie. I teraz dodajmy do tego, że przedstawiciele tego koncernu zaczynają nagle mówić, że tylko oni wiedzą, czym jest polski patriotyzm.

Przywłaszczenie świąt

Jezus Chrystus urodził się albo w marcu/kwietniu albo we wrześniu/październiku, w grudniu raczej nie. 25 grudnia to dzień zwycięstwa słońca niezwyciężonego, czas przesilenia zimowego, po którym zaczynają wydłużać się dni, święto o wiele starsze od chrześcijaństwa. Wielkanoc wywodzi się z Wielkiej Nocy, święta przejścia (znowu chodzi o długość dni i nocy, tym razem o to, że dni będą dłuższe od nocy), narodzin bogini Asztarte (Easter), bóstwa babilońskiego. Króliczek jest pogańskim symbolem płodności, a jajka malowano już cztery tysiące lat temu, takich danych można by tu podać o wiele więcej, ale ludzie posiadający w tym obszarze wiedzę większą ode mnie zrobili to już w innych tekstach, więc nie będę wszystkiego za nimi powtarzał.

Wszystko było przez wiele lat całkiem okej – ateiści, poganie i chrześcijanie obchodzili te dziwne, synkretyczne święta obdarowując się prezentami bądź dzieląc się nabiałem akceptując ich symbolikę, najczęściej zresztą nie przywiązując do niej nadmiernej wagi. Był to czas spotkań z rodziną, ze znajomymi, nie zawsze zresztą bardzo miły, ale siła przyzwyczajenia zwana tradycją jest silna i jakoś to sobie grało. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek komukolwiek wypominał „jesteś ateistą, więc dlaczego obchodzisz NASZE święta?” A teraz coraz częściej się to zdarza. Słyszę to zarówno podczas zwykłych rozmów jak i w internetowych dyskusjach. I robi mi się coraz bardziej nieswojo, bo po pierwsze zaczynam czuć presję, a po drugie widzę mur rosnący między ateistami i ludźmi spod znaku „PR”, który, jeśli wyrośnie zbyt wysoko, spowoduje, że ateiści ubierający choinkę czy obchodzący święta Wielkiej Nocy, staną się celem drwin. Czuję się źle też dlatego, że PRowskie zarzuty świadczą o kompletnym braku wiedzy, a to niedobrze gdy naród głupieje zamiast się edukować.

Drogi „PRowcu”. Poczytaj, skąd się wzięły Twoje obyczaje tudzież święta i przestań, proszę Cię pięknie, obstawać na stanowisku, że Ty i Twoja firma jesteście jedynymi posiadaczami onych. Nie jesteście. Kościół na przestrzeni wieków przywłaszczył sobie rozmaite niechrześcijańskie zwyczaje i święta, aktywnie zatarł ich pierwotne historyczne ślady, stworzył nowe zasady swojego RPG, a teraz usiłuje szczuć swoimi niedouczonymi wyznawcami tych, którzy święta obchodzą siłą tradycji, przyzwyczajenia i te pe.

Tak, jestem ateistą i w czasie grudniowych świąt stoi u mnie choinka, szesnastowieczny wynalazek alzacki, nie betlejemski. Wiszą na niej bombki, które można interpretować jako rajskie jabłka, chociaż ja wolę je interpretować jako bombki. Oświetlają ją lampki, które, owszem, mogą odpędzać złe duchy (wynalazek bardzo chrześcijański), ale mogą też po prostu ładnie wyglądać. Dzielę się z bliskimi czymś przypominającym opłatek (nie przyjmujemy w domu kościelnego), na pierwszy rzut oka rzeczą chrześcijańską, wprowadzoną w XVIII wieku, de facto jednak placki ofiarne znane były na długo przed przybyciem Chrystusa, zaś w zwyczajach słowiańskich, także przedchrześcijańskich, popularne było dzielenie się chlebem dla odnawiania pobratymstwa. Czyż nie miło jest raz do roku (albo i częściej) zajrzeć w oczy żonie, dzieciom i zapewnić ich o trosce i miłości? Co, ateiście nie wolno? Mam nadzieję, że poganie nie mają mi za złe, że odprawiam ich rytuał, prawda drodzy bracia?

Czy ateiście wypada uczestniczyć w rytuałach wywodzących się z magicznych lub religijnych wierzeń? Oczywiście, bo duchowość jest także domeną ateistów. Niejeden człowiek spod znaku „A” lubi symbolikę, mistycyzm i refleksję z nimi związaną. To wszystko jest przecież arcyludzkie, o czym pisał chociażby C. G. Jung, nieodmiennie zafascynowany symboliką religijną, choć zawsze badający ją z punktu widzenia psychologa, nie duchownego.

Duchowość

Gdy ateista wykrzyknie „O mój boże!”, niejeden „PRowiec” krzyknie w ślad za nim: „A ty co Boga wzywasz? Przecież jesteś ateistą!” Słowo „bóg” też powoli zaczyna być zagarniane przez siły Prostackiej Religijności. Jeśli ateista zaczyna mówić o bogu, to wkracza na nieswoje terytorium. Coraz częściej się tak czuję w rozmowach z osobami spod znaku „PR”. Tymczasem słowo „bóg” jest zawarte w licznych idiomach („Jak bóg da”) czy wykrzyknikach typu „Niech mnie pan bóg chroni!” i trudno się od nich uwolnić, niełatwo też na siłę zmieniać te słowne zbitki („Jak los da”? „Niech mnie okoliczności mają w opiece”?).

Ateista z reguły nie jest człowiekiem pozbawionym czegoś, co z braku lepszego słowa nazwę duchowością. Co prawda zastępuje wiarę ciekawością, ufność dociekliwością, a jego wyobrażenia na temat „życia po życiu” ulegają nieustającym przeobrażeniom w zależności od tego, jakie rewelacje ogłoszą fizycy zajmujący się mechaniką kwantową, jednak sama wiedza o tym, jak skonstruowana jest materia, wiedza o jedenastu wymiarach, teoriach hologramów, teorii strun tudzież teorii zunifikowanego pola same z siebie powodują, że powstają pytania o kształt rzeczywistości, który wydaje się być zupełnie czymś innym niż mechanicznym, pozbawionym żywej myśli konstruktem. Obecnie mówi się, że nie da się oderwać przedmiotu od podmiotu, obserwatora od obiektu obserwowanego, coraz mocniej podkreśla się, że w jakiś sposób stwarzamy rzeczywistość obserwując ją. Filozofia, pytania o naturę otaczającego nas świata, nawet metafizyka, jest domeną także ateistów. Ateista potrafi sobie z tarota powróżyć, poezję poczytać, a czasami nawet zapytać, gdzie jesteś, boże? Obszar religii nie jest ateiście obcy, to nie jest teren ogrodzony drutami kolczastymi. W dorosłym życiu przeczytałem cztery ewangelie. Dokładnie, ze zrozumieniem i nawet przeżyciem. Jestem skłonny twierdzić, że znam wiele fragmentów, których nie znają przeciętni katolicy (bo wykraczają poza utarty kanon). Czytałem bardzo obszerne fragmenty Starego Testamentu, nie tylko te o Ezechielu i jego widzeniu, czytałem sporo Koranu, Mahabharaty, poznałem mitologię grecką, nordycką, hinduską. Nie powiem, żebym wszystko teraz pamiętał, ale zapoznawałem się ze źródłami z wielkim zainteresowaniem. Bo to są ciekawe rzeczy.

I o ile odrzucałem (podobnie jak co bardziej światli katolicy) ideę surowego starucha obserwującego mnie z chmurki i karzącego za najmniejszy błąd, nieobce są mi dywagacje natury teologicznej, bo nawet Einstein chciał zrozumieć zamysły „staruszka” (tak nazywał boga). Ja w „staruszka” nie wierzę i wątpię w jego istnienie, bo gdyby był, wszechświat byłby niesymetryczny, nieelegancki, a boga stworzyciela musiałby skonstruować inny demiurg, który także musiałby być stworzony, więc pojawia się problem nieskończonego koła stworzenia, które choć samo z siebie fascynujące z punktu widzenia filozoficznego, w tym kontekście stanowi, jak mi się wydaje, sygnał błędu w rozumowaniu. Idea samostwarzającego się i samoobserwującego świata jest niemniej fascynująca, a przy okazji symetryczna, bardziej elegancka, ponadto stawiająca nas, obserwatorów, niejako w pozycji boskiej. Są to ciekawe rozważania, nieprawdaż? Prowadzone przez ateistę. Ale że nie o nich jest ten artykuł, postawię tutaj kropkę i być może opiszę te rozmyślania w innym miejscu.

Tymczasem proszę pt. „PRowców”: niech Wam się nie wydaje, że o bogu mogą mówić tylko Wam podobni. Porzućcie błędne mniemanie, że teren religii jest zastrzeżony tylko dla Was, że to „Wasz ogródek”. Nie jest Wasz. Mam wrażenie, że o wiele więcej ciekawych rzeczy na temat boga powiedzieli fizycy niż piewcy jedynej słusznej księgi. Religia to część kultury. Czasami trochę mroczna, czasami niedorzeczna, paradoksalna i sprzeczna, ale przez to fascynująca i przede wszystkim dostępna ogólnie, dla każdego, a nie tylko wybranych.

Reasumując

Bóg wyznawców prostackiej odmiany religii jest istotą dokonującą idiotycznych wyborów odnośnie tego, komu pomóc, komu nie, „PRowcy” usłużnie słuchają, co im wolno, czego nie wolno i mają kłopoty z samodzielnym myśleniem, żyją w przekonaniu, że tylko oni wiedzą, czym jest moralność i patriotyzm, przywłaszczają sobie święta zaś duchowość utożsamiają z nurtem „PR”.

Smutny obraz, prawda? Czy nie przeraża Was, że to coś wymorfowało się w zasadzie niedawno, w XXI wieku? Co się stało? Dlaczego tak się stało? Czy to owoc działalności Karola Wojtyły, który ukształtował teraz już dorosłe pokolenie „JP”? Czy dołożyło do tego swój kamyczek znane wszystkim toruńskie radio? Może dodali pięć groszy niektórzy konserwatywni i niedouczeni politycy? Dziennikarze? Trybuni?

Wszyscy jesteśmy winni. Ja też. Bo zbyt długo milczałem.

Ale dosyć tego. Artykuł ten powstał nie po to, by „wsadzać kij w mrowisko”, nie po to, by skłócać, czy wzbudzać sensację. Nie chcę dłużej biernie patrzeć, jak głupota wygrywa ze zdrowym rozsądkiem Polaków. Dosyć tego. Ateiści i katolicy mogą bardzo sensownie rozmawiać. O ile z tego równania wykluczy się zmienną „PR”.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Katolicyzm i Katolicy

25 marca 2015

Kilka słów na temat najpopularniejszej w naszym kraju religii. Miłego oglądania.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Opakowania

23 marca 2015

Kilka słów na temat opakowań dużych i małych… Wróć. Tylko dużych.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Antybiotyki i Bakterie

22 marca 2015

Kilka słów na temat antybiotyków i bakterii. Miłego odbioru.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Bozon Higgsa & “Ida”

17 stycznia 2015

Tym razem kilka słów na temat filmu “Ida” i słowo o bozonie Higgsa.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Ezechiel i Chwała

15 stycznia 2015

Tym razem zabawa z biblijną księgą Ezechiela

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O WOŚPie słów kilka

14 stycznia 2015

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)