Katolicyzm i Katolicy

25 marca 2015

Kilka słów na temat najpopularniejszej w naszym kraju religii. Miłego oglądania.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Opakowania

23 marca 2015

Kilka słów na temat opakowań dużych i małych… Wróć. Tylko dużych.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Antybiotyki i Bakterie

22 marca 2015

Kilka słów na temat antybiotyków i bakterii. Miłego odbioru.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Bozon Higgsa & “Ida”

17 stycznia 2015

Tym razem kilka słów na temat filmu “Ida” i słowo o bozonie Higgsa.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Ezechiel i Chwała

15 stycznia 2015

Tym razem zabawa z biblijną księgą Ezechiela

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O WOŚPie słów kilka

14 stycznia 2015

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Wokół Paryża

13 stycznia 2015

Przerzucam się na Vlog. Miłego oglądania :) .

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Fragment “Obrazków z Imperium”

5 listopada 2014

Wydaje mi się, że nadszedł czas, aby zacząć uchylać rąbków tajemnicy. Prezentuję Wam pierwszy fragment najnowszej odsłony przygód Torkila Aymore’a. Miłej lektury.

Droga Mleczna

Macierz

Planeta Gaja, grunt

Tandernee, dystrykt południowy

Leże Pierwszego Maodionu

08 Decimi 232 EI, 10.71 H

Laurus z pewnością miał w Leżu bibliotekę, ale nie używał jej jako swojego pokoju westchnień. Jego ulubionym pomieszczeniem była zbrojownia. Była to bardzo duża i wysoka komnata, na której ścianach, we wnękach, nawet przy filarach podpierających przeszklone, wpuszczające czerwone promienie sklepienie, tkwiły zbroje, pancerze, broń palna i biała z akcentem na tę drugą. Wilehad był, co ustaliliśmy podczas niezliczonych bojowych konfrontacji, jeszcze większym sadystą ode mnie. Uwielbiał sztylety, miecze, szable, kordy, lance, halabardy, gizarmy, topory, bagnety, claymory, ostrza klasyczne, energetyczne, magnetyczne, wibracyjne i mechaniczne (takich używał Peter „Crash’ Kytes podczas walk na arenach), był mistrzem fechtunku, z którym prawie nikt nie chciał sparować, bo wyciąganie klingi quilldao z własnych bebechów nie należy do największych uciech. Wyłoniłem się z wrót teleportu zdaje się dosłownie kilka chwil po Nexusie, bo wisiał blisko portalu ze swoim orszakiem, czyli dwójką Agonai, smoczycą Quai (srebrnobłękitną), obowiązkowym SaintDroidem i dwoma ArtDroidami w ciszy, wręcz nabożnym milczeniu.

Laurus ćwiczył Quill Kata.

Dołączyłem do Taylora. Skinąłem głową jego Agonowi, Dominicowi – jednemu z nielicznych w WayEmpire post-Suverów nie-Dragonoidów, który zdecydował pozostawić kilka śladów po mutacji w postaci czterech zielonkawych kostnych blaszek na policzkach (po dwie na policzek) i trzech poziomych kostek na czole (Nexus mówił, że ma takie także na łopatkach i ramionach). Dominic miał szare, inteligentne oczy i niesforne, zawsze lekko roztrzepane włosy koloru przenicy. Wykrzywiał usta, gdy się uśmiechał i jeśli się odzywał, zwykle miał coś ciekawego do powiedzenia. Lubiłem go. Gdy zza jego potężnego pancerza wychynęła Barbara, Agonka o brązowych włosach, myślącym spojrzeniu orzechowych oczu i pełnych ustach, ją także powitałem grzecznym salutem. Z Quai przywitałem się telepatycznie. Odpowiedziała miłym, czysto emocjonalnym pozdrowieniem. Smoki mają swoje przewagi. Moja obstawa w milczeniu pozdrowiła obstawę Nexusa.

A Laurus ćwiczył.

Właśnie przyjmował pozycję szponu, w której dolne lotki skrzydeł wysunięte w tył, a górne w przód. W obu rękach trzymał miecze quilldao, czyli wymorfowane najdłuższe quille. Zadał nagłe cięcie obydwiema klingami, co warte zuważenia, cięcia skośne, w których ostrza na chwilę się skrzyżowały. To zaleta mieczy zrobionych z fangu, unikalnego tworzywa przeznaczonego tylko do produkcji skrzydeł Ranów. Klingi potrafią na ułamek cetni się rozszczepić, by dać drogę drugiemu ostrzu. Fechtunek z quilldao jest dużo łatwiejszy niż z tradycyjnymi ostrzami. Laurus wykonał salto do przodu wypuszczając dwie lotki w tył i dwie w przód. Wszystkie cztery odbyły wirowy lot  po kole i wróciły do jego skrzydeł w momencie, gdy wykańczał wariackie cięcie wisząc do góry nogami i jednocześnie kopiąc wyimaginowanego przeciwnika. Skrzyżował miecze i wypuścił wszystkie lotki w formację „rój”, czyli jak gdyby walczył z kilkudziesięcioma przeciwnikami na raz. Przez chwilę całe pomieszczenie błyskało klingami subquilli i wibrowało od ich mocy, ale za kilka oddechów sublotki połączyły się w quille, a te wróciły na swoje miejsca na skrzydłach Laurusa i połączyły się w klasyczne skrzydła. RanaR w teatralnym geście dołączył do powierzchni nośnych quilldao, które w ciągu cetni przybrały formę najdłuższych lotek i ukłonił się niewidzialnej publiczności.

Uspokoił oddech.

Kata skończone.

Udał, że dopiero teraz nas dostrzegł i zaczął „zstępować” do nas z wysokości. Miło było zobaczyć człowieka tego samego wzrostu, co ja. Ani mniejszego, ani większego. Trzymetrowy, prawidłowo zbudowany chłop.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Gwałt w grze – krótki komentarz

28 marca 2014

Przeczytałem artykuł w Gazecie Wyborczej o gwałcie w grze. Nie widzę w nim niczego obraźliwego. Porusza element, który jest ważny i który najwyraźniej jest pomijany. Owszem, procentowo jest to drobnostka, tak jak procentowo drobnostką jest realny gwałt.

Widzę komentarze typu: “Tyle lat gram i nigdy czegoś takiego nie widziałem”. Chodzę po tym świecie 45 lat, świadomie powiedzmy lat 40 i nigdy nie widziałem gwałtu. Nie spotkałem też jego ofiary, no… dobrze, jedną spotkałem (taką, która mi o tym opowiedziała). To nie znaczy, że problem nie istnieje.

Wyobrażenia pełnią rolę poznawczą, to znaczy jeśli przeżywamy nierealne przygody, dowiadujemy się czegoś o sobie, konfrontujemy się ze swoimi reakcjami, uczymy się, również na płaszczyźnie bardzo osobistej. Rozwijamy się dzięki wyobraźni, ale możemy także napotkać na zdarzenia, które uczynią coś przeciwnego – zwiną nas.

Osobiście nie wyobrażam sobie sytuacji, w której jako mistrz gry opisałbym gwałt na graczce lub dopuścił do takiej sytuacji, by inny gracz zadeklarował taką akcję. Dlaczego? Czułbym, że to niewybaczalne przekroczenie emocjonalnej granicy.

Jeśli takie rzeczy – choć rzadkie – dzieją się na sesjach, należy głośno powiedzieć: to bardzo źle. I nie ma żadnego tłumaczenia, że to „na niby”, że to „tylko postać”, bo z psychologicznego punktu widzenia NIE JEST TO TYLKO POSTAĆ. Gdyby gry nie angażowały emocjonalnie, wyobrażeniowo, intelektualnie, nikt by w nie nie grał. Jeśli angażują, to znaczy, że gracz w nie „wchodzi”, staje się swoją postacią nie tylko w wymiarze symbolicznym.

Owszem, też żałuję, że dziennikarze, jeśli mówią o fantastyce, to z reguły w jakiś sensacyjny, raczej nie do końca holistyczny sposób. Trudno. Ale w tym momencie, przy tym temacie, nie jest to ważne.

Reasumując – gwałt w grze nie jest gwałtem w grze. Jest gwałtem symbolicznym, dotykającym bezpośrednio psyche gwałconego gracza. Widziałem spore krzywdy psychologiczne wywołane nie opowieścią o gwałcie, ale spowodowane mniej drastycznymi słowami. Słowo może ranić, opowieść, historia może ranić. Zaangażowany gracz jest częściowo nagi, podatny na urazy. Jeśli w sytuacji pełnej immersji, „wejścia w postać”, „wejścia w grę” jakiś mistrz czy inny gracz zabiera się do gwałtu, robi rzecz niewybaczalną.

To na razie wszystko.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

And the winner is…

20 marca 2014

Robakami toczącymi ludzkie dusze od wielu, wielu lat są… nagrody. Naukowcy, literaci, filmowcy, muzycy, plastycy, dziennikarze, wszyscy, niczym złowione na linkę marliny albo wyjące do pierścienia Nazgule, zaczynają wcześniej czy później odczuwać rosnący głód statuetki i marzą o Oscarach, globach, pucharach, Pulitzerach i tak dalej.

To niedobrze, bo po pierwsze stają się sterowalni, po drugie bezmyślni (w pewnym tego słowa znaczeniu, chodzi o to, że zamiast myśleć o czymś ważnym, myślą o nagrodzie), po trzecie – czasami stają się amoralni, bo chcą zdobyć statuetkę za wszelką cenę, nie bacząc na to, czy im się rzeczywiście należy, czy może wypadałoby ją oddać komuś innemu. Uśmiechają się zatem na pokaz, a nóż trzymają za plecami, czyli fasadowo są mili, a po cichu, jak śpiewał pan Pietrzak, „Ciągle się łapkami grzebie: i do siebie i do siebie!”. Nagroda, czy to filmowa, literacka czy dziennikarska, stała się trofeum, czymś, co można przypiąć do klapy a przez to osiągnąć większą popularność / sprzedaż / kontrakt. I tak cała idea najlepszości spod gruzów pierwotnych nagrodowych założeń wygrzebać się nie może, a im dłużej nie może, tym mniej ludzi pamięta, o co w ogóle w tym całym nagradzaniu kiedyś mogło chodzić.

A chodziło o wyłonienie najlepszego, nie tego, który najbardziej o nagrodę się starał. To by było zresztą ciekawe: „Proszę państwa, uwaga, najbardziej o nagrodę starał się Alfons Von Sztedke oraz jego team!”, coś tak jak z wyborami prezydenckimi, prawda? Wygrywa je ten, kto ma lepszy sztab wyborczy, więcej włosów i jest wyższy – tak, tak, badania  pokazują, że jest to praktycznie regułą – w ciągu całej historii amerykańskich wyborów prezydenckich tylko dwa razy wygrał niższy kandydat i obdarzony mniej bujna fryzurą. Dane wyciągnąłem oczywiście z pamięci, więc może było trzech takich szczęśliwców, ale mam wrażenie, że jednak tylko dwóch.

Najgorsze z nagród są plebiscyty, chociaż nagrody dawane w wyniku obrad jury też nie zawsze są sensowne. Plebiscyty są niedobre, bo prezentują pogląd jakieś niedookreślonej, sterowalnej, podległej modom większości. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy warto, odpowiedziałbym, że nie warto się nad jej werdyktami pochylać, bo pokazują w sumie nie wiadomo, co. Jakieś ogólne trendy, mody, coś w tym stylu. Ich wyniki powinny zainteresować psychologów, ale ostrożnie bym do nich podchodził w kwestii obiektywizmu. Sam miałem kiedyś nieprzyjemność brania udziału w plebiscycie, o którym nie wiedziałem, że jest plebiscytem. Chodziło o Top Ten dekady Nowej Fantastyki. Zostałem poproszony o typy i uzasadnienia, więc poświęciłem na to niemało czasu, podałem faworytów, uzasadniłem, przyłożyłem się, napisałem trochę wyrazów, które, jak mi się wydawało, kleciły jakieś ciekawe przekazy. Nawet byłem zadowolony na myśl, że ktoś te moje złote wynurzenia przeczyta. Po czym kupuję pismo… a tam zbiór, konglomerat, zbitka, kompromis i zero w zasadzie oryginalnych (czyli napisanych przez zapytanych) komentarzy. Poczułem się wykorzystany. Najpierw człowieku pisz, a potem wychodzi z tego papka, bo okazało się, że redakcja poczytała, co typujący napisali, a potem napisała wszystko po swojemu. Nie tylko nie zgadzałem się z zamieszczonymi w piśmie treściami i kolejnością tytułów, ale przede wszystkim inaczej to sobie wyobrażałem. Skoro ktoś pyta mnie o zdanie, to wyobrażam sobie, że zdanie to chce usłyszeć, wydrukować, pokazać, a nie wrzucać do maszynki do mielenia i prezentować czytelnikom „efekt plebiscytu”. Tfu. Więcej w takich zabawach brać udziału nie będę. Na Zajdle też nie głosuję.

Z zabawami związanymi z jury także bywa różnie. Jeśli w jury jest dziesięć lub więcej osób, efekt ich werdyktów jest także swoistym plebiscytem, ale w węższej formie. Sam teraz jestem sędzią w konkursie plastycznym i mam nadzieję, że moje typy wygrają, ale jeśli tak się nie stanie? Będę zły. I co mi pozostanie? Stwierdzenie: „Ja głosowałem inaczej”? Zwróćcie uwagę, że nawet w tak już elitarnej formie nagradzania wkrada się zły element wypadkowej. Inna sprawa, że o ile w przypadku konkursów plastycznych czy filmowych można bez trudu zapoznać się ze wszystkimi pracami, to na poletku literackim – już nie. Książek jest wiele, więc na początku musi zajść odsiew i tutaj na przykład jury nagrody Żuławskiego musi polegać na odsiewaczach. A oni, niestety, to ci sami ludzie, którzy mają główny wpływ na nagrodę im. Janusza Zajdla, są to w pewnym odsetku (nie wiem, jak dużym) ludzie podlegający modom i trendom, ba, sami je stwarzający, jedne tytuły czytający, innych po prostu nie. Po prostu nie.

Mam wrażenie, że nastały czasy, paradoksalnie, dewaluacji jednostki i przeceniania instytucji / ludzkich grup. Tymczasem psychologia grupy pokazuje dobitnie, że w znakomitej większości przypadków inteligencja zespołu jest o wiele niższa od inteligencji najgłupszego członka zespołu. Innymi słowy grupa najczęściej zachowuje się jak idiota: idiotycznie wnioskuje i wydaje idiotyczne werdykty. Sceptyków odsyłam do znakomitej książki Petera Senge’a „Piąta dyscyplina”, gdzie autor nie pozostawia suchej nitki i to nie na byle kim, bo na menadżerach wysokich szczebli poważnych firm. Niestety, ci ponad wszelką wątpliwość inteligentni ludzie także podlegają tej zasadzie, a warto zaznaczyć, że pracują nie na uniwersytetach czy w innych muzeach, gdzie waga decyzji jest często nieduża, ale w finansowych instytucjach, których głównym celem jest zysk, a więc takich, które przynajmniej teoretycznie nie powinny sobie pozwolić na idiotyczne ruchy. Im dłużej żyję i obserwuję rzeczywistość, tym silniej do mojej głowy dobija się następujący wniosek: jeśli coś jest dobrze zrobione, jeśli coś jest naprawdę wyjątkowe, dopracowane, w jakiś sposób zjawiskowe, to najczęściej nie dlatego, że zajęła się tym jakaś nie wiadomo jak solidna firma czy instytucja, ale z tego powodu, że dopilnował roboty / wizji jeden, uparty człowiek. Ewentualnie ludzi dwóch. Ale już nie departament czy pion. O, nie. Uwierzcie, z reguły takie sprawy zależą od jednostek. Ich nazywa się czasami „ojcami projektów”.

Zatem jednostka jest ważna.

Ale jakoś, jak napisałem wyżej, ostatnio niedoceniana. Wyobraźcie sobie dla przykładu taką sytuację. Mamy galę wręczenia nagród. Konferansjer otwiera kopertę. Wyczytuje tytuł nagrodzonego dzieła. Co się stanie, jeśli utwór ten będzie niewiele według niego wart? Oczywiście uśmiechnie się, wykrzyknie radośnie tytuł, wywoła zwycięzcę i wręczy statuetkę. Nie będzie miał nic do gadania. Będzie bezmyślnym narzędziem w kleszczach większego, grupowego mechanizmu. Co się stanie (to inny przykład), jeśli w walce, powiedzmy, o Oscary, zetrą się trzy dobre filmy? Takie, z których każdy zasługuje na nagrodę? Przepraszamy, powiedzą ludzie z jury, ale nagroda może być tylko jedna! Musimy wybrać tylko jeden tytuł, takie są reguły! Nieważne w tym wypadku będzie, że wszystkie trzy obrazy zasługują na laury. Wybrany zostanie jeden film, a dwa pozostałe, chociaż znakomite, pozostaną do końca naszych dni tymi, które „przegrały”, tymi, które statuetek nie dostały. I to tylko dlatego, że „takie są reguły”, które, nota bene, są bez sensu, a gdy reguły są bez sensu, rozumni ludzie powinni je zmienić, zamiast tłumaczyć, że „No, tak czasami bywa, pewną rolę w Oscarach pełni przypadek: jeśli film ma pecha i spotka się z doskonałymi rywalami, to już tak jest, takie jest życie…”. Miałbym tutaj ochotę zachować się jak mój dobry znajomy, Tomasz Maroński, który chętnie podczas rozmów internetowych wrzuca zamiast komentarzy gify z krótkimi zapętlonymi filmikami. W tym przypadku z pewnością pokazałby Kermita z Muppet Show kiwającego zieloną, żabią główką i robiącego kwaśną minę wyrażającą mniej więcej taką myśl: „Okej, popitolcie sobie jeszcze, ja poczekam.” Ograniczenie liczby statuetek ma decydować o tym, że jakiś film nie dostanie nagrody, bo reguły gry mówią, że „There can be only one”?! Chrzanić takie zasady! Jeśli powinny być wyróżnione tytuły dwa albo i trzy, bo zasługują na to ze względu na swoją wartość artystyczną, to po prostu powinny zostać nagrodzone! Jak można tolerować układ, w którym wartościowe dzieła nie zostają wyróżnione ze względu na brak mosiądzu?! Dla przykładu „Wilk z Wall Street” i DiCaprio nie dostali nagród. Dlaczego? Bo dostały inne filmy. Czy opowieść o oszuście z Nowego Jorku nie zasłużyła na wyróżnienie? Czy blondyn o stalowych oczach nie zasłużył za brawurową rolę? Zasłużyli i film i aktor. Ale nie dostali. No to niech dostaną w następnym roku! A, nie, już nie, to tak nie działa. W następnym roku dostaną następne filmy. I tak właśnie, wskutek tego, że ludźmi rządzą reguły, regulaminy i przepisy, wskutek kompromisów i bezrozumności, umiera zdrowy rozsądek i sprawiedliwość, bo jeśli w danym roku zasłużyły trzy filmy, trzy powinny dostać nagrody, a jeśli za rok będą produkcje mierne, nie powinna dostać żadna, a nie tak, że co roku ktoś dostaje. W ten sposób film mający marną konkurencję przejdzie do historii jako nagrodzony, a obraz mający za przeciwnika dzieło traktujące o AIDS czy holokauście szans nie będzie miał i do historii, prawda, nie przejdzie.

I patrzcie, że ludzie się na to godzą. Naprawdę trudno w to uwierzyć.

Na szczęście nie wszyscy się godzą.

Niektóre jednostki się buntują.

Obserwuję świat książki fantastycznej od ładnych nastu lat. I widzę, że nie zawsze dzieje się w nim dobrze. Czasami pomijane są dzieła, które zasługują na pamięć. To niedobrze. Bardzo mnie to boli. Nie mogę się na to zgodzić. Nie na mojej służbie. Nie za mojego życia. Czuję się odpowiedzialny za to, co się dzieje tu, gdzie żyję i wtedy, gdzie żyję. Nie to, że zawsze tak było. Ostatnio coś mi tak w duszy zagrało. Tak czy owak, za sto lat ludzie spojrzą wstecz i zapytają, kto co zrobił, żeby było lepiej. I ja, w grobie leżąc, nie będę musiał wtulać czaszki w poduszkę (abstrahując od tego, że moje ciało będzie, mam nadzieję, spalone).

Postanowiłem, jako pojedynczy człowiek, jako jednostka, stworzyć nagrodę nie dla dzieł nowych, nie dla dzieł powszechnie chwalonych, ale dla tych tytułów, które moim zdaniem zasługują na wyróżnienie, lecz z jakichś powodów nie zostały dostrzeżone. Dla niezauważonych diamentów. I mam to gdzieś, że nie będzie za mną stała armia plebiscytowych głosów. Nie raz już występowałem przeciwko grupom i udawało mi się je przekonać do swoich racji, a jeśli nie, to przynajmniej wychodziłem z tych konfrontacji z życiem. Nie mam też za sobą profesorskich tytułów, ale też dam sobie radę. Z niejednym profesorem gadałem w swoim życiu, z niejednym jadłem i piłem i miałem wrażenie, że to oni się ode mnie się uczyli, nie odwrotnie.

Powołuję zatem Anarchistyczną Nagrodę Literacką Złotego Torkila, której byle kto i za byle co nie dostanie. A dlaczego tak będzie? Bo odpowiedzialny za jej wręczanie będzie tylko jeden człowiek. Ja. Żadnego słuchania tłumu, żadnych kompromisów, żadnych profesorskich tyrad. Będzie to pojedyncza ocena człowieka, który zna swoją wartość, ma zaufanie do swojej wrażliwości tudzież intelektu.

Nie wiem, jak często będę wirtualnie wręczał Torkila, nie wiem, w jakim miesiącu będzie się to odbywać, jeśli miałbym to robić raz do roku (powyżej dość jasno wyłuszczyłem swój anarchistyczny stosunek do tego typu obostrzeń). Jak zaznaczyłem, statuetka będzie wirtualna, bo, chociaż szalony ze mnie wizjoner i sponsor, nie stać mnie na razie na finansowanie jej druku i odlewu, nie wiem zresztą, jak to się robi. Musicie jednak przyznać, że figurka jest piękna. Wykonał ją na moją prośbę Marcin Klicki, znakomity modelarz, człowiek dobrze znany w świecie polskich grafików. Statuetka przedstawia oczywiście Torkila Aymore’a, idealistę, człowieka myślącego i wrażliwego. Myślę, że jest to odpowiedni patron dla tej nagrody.

Jak się domyślacie, skoro o tym piszę, zamierzam Torkila wręczyć. Komu? Oczywiście Wawrzyńcowi Podrzuckiemu za znakomitą wizję przedstawioną w trylogii Yggdrasil. Uzasadnienie i skromną analizę jego dzieła znajdziecie tu. Panie Wawrzyńcu, gratuluję. Od tej pory może Pan używać grafiki Torkila na okładkach „Uśpionego archiwum”, „Kosmicznych ziaren” i „Mostów wszechzieleni” (i w tej, czysto technicznej sprawie, proszę się ze mną skontaktować prywatnie).

Panie i Panowie, brawa dla Wawrzyńca Podrzuckiego!

Złoty Torkil dla Wawrzyńca Podrzuckiego za trylogię Yggdrasil

Złoty Torkil dla Wawrzyńca Podrzuckiego za trylogię Yggdrasil

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)