Źli ludzie

Black Dragon Sinister Evil. Nie znam autora.

Black Dragon Sinister Evil. Nie znam autora.

Nigdy nie wierzyłem w istnienie złych ludzi. Dlaczego? Nie mieści mi się w głowie, by ktoś świadomie założył taki kurs życiowy: będę zły, będę krzywdził. Człowiek jest tak skonstruowany, by nawet najgorsze rzeczy robić raczej w mniemaniu, że w jakiś sposób są dobre, albo przynajmniej usprawiedliwione. Lektura książek poświęconych psychopatologii potwierdza, że nawet seryjni mordercy to po prostu ludzie skrzywieni. Gdyby ich psyche porównać do samochodu, mają silnik na siedzeniu kierowcy, a kierownicę w bagażniku, są po prostu nieprawidłowo skonstruowani i postępują zgodnie z logiką tej konstrukcji, struktura ta zaś bardzo często jest skutkiem fatalnego dzieciństwa – przemocy fizycznej i seksualnej. Oczywiście dopuszczam istnienie sadystów czerpiących przyjemność ze sprawiania bólu, ale wyobrażam sobie, że oni także szukają sobie odpowiednich partnerów zabaw, choćby masochistów.

Moja wiara czasem bywa zachwiana. Pierwszą dawkę mroku otrzymałem chyba w 2010 roku, gdy prowadziłem z grupą trenerów duży program szkoleniowy typu „train the trainer”, innymi słowy szkoliliśmy szkoleniowców w cyklu dziewięciu dwu- a nawet trzydniowych spotkań, a wszystko nazwaliśmy ładnym terminem „Panta Rhei” (zdaje się, że niesłusznie przypisywanym Heraklitowi. Czytałem jego myśli i nie natrafiłem na ten cytat). Nie jest łatwym zadaniem prowadzić zajęcia dla kolegów i koleżanek po fachu, więc przygotowywaliśmy się bardzo rzetelnie. Gdy przyszło do podziału grup, dano mi tę, która składała się z najbardziej doświadczonych i  wymagających szkoleniowców. Dlaczego? No cóż, wiedziano, że się ich nie boję i że wszyscy inni boją się niezmiernie. Grupa okazała się fantastyczna – dociekliwa, zainteresowana, niebanalna. Odkrywaliśmy coraz głębsze aspekty zmian, komunikacji międzyludzkiej, w zasadzie zagłębialiśmy się w każdy możliwy dostępny temat, dlatego zajęcia bardzo często przedłużały się ponad zamierzony czas.

W końcu jednak trzeba było zmienić nieco układ i dostałem grupę najmniej doświadczonych „młokosów”, przyczyny były różne i nie są tu najważniejsze. To było chyba szóste szkolenie w cyklu i moja „sława” jako trenera prowadzącego długie i wychwalane treningi chyba już zdążyła się jakoś roznieść. Jakie było moje zdziwienie, gdy właśnie w tej grupie spotkałem się z chłodem, uszczypliwościami, a na końcu dewaluacją. Szkolenie trwało dwa dni i należało chyba do najcięższych, jakie zdarzyło mi się prowadzić. Mimo nieustannej niechęci, jaką prezentowali uczestnicy, starałem się przekazać im wszystko, co najlepsze – w końcu mówiłem do świeżynek o doświadczeniach faceta, który prowadzi szkolenia od dwudziestu lat (temat dotyczył, nomen omen, trudnych sytuacji podczas treningu). Doprowadziłem wszystko do końca, pożegnałem się, posłuchałem opinii niezależnej obserwatorki uczestniczącej w całości (powiedziała, że na przerwach miała ochotę tłuc tłumoków po gębach, podziwia mnie za wytrwałość i współczuje), poszedłem do domu i co? No i rozpłakałem się. I potem płakałem jeszcze trzy dni. Tyle czasu dochodziłem do siebie. Trudno powiedzieć, co było przyczyną takiej reakcji. Najbardziej chyba wyrzucałem sobie to, że dałem im to, co najlepsze, a powinienem był ograniczyć się do niezbędnego minimum, bo zwyczajnie nie zasługiwali na know how. Mimo to jakiś wewnętrzny przymus rzetelności kazał mi przekazywać wszystko, bez cenzury. Niezależnie od przyczyn pogorszonego nastroju, to wtedy właśnie miałem pierwszy bezpośredni kontakt z czymś, co można by nazwać jawnym, otwartym… cieniem nienawiści.

Jak można go sobie wytłumaczyć? Mimo wszystko chyba prosto, o ile odrzuci się fałszywą skromność. Niedoświadczeni chłopcy i dziewczęta nie mogli znieść faceta, a) o którym krążyły plotki, że jest „niesamowity”, b) który okazał się „niesamowity”. Sęk w tym, że „bycie niesamowitym” nie jest i nie może być celem trenera. Celem trenera jest przekazanie wiedzy i na tym się powinien koncentrować. Zawsze o tym pamiętam (tutaj proszę o zawierzenie moim słowom) i nigdy nie poświęcam nawet grama uwagi temu, „jak mogą mnie postrzegać?”, „jak mogą mnie oceniać?”. Szkoleniowiec, który zada sobie te pytania podczas zajęć dekoncentruje się, traci kontakt z grupą, sabotuje swoją pracę. Takie jest moje zdanie. Te pytania zatruwają szkolenie. Ergo, nie starałem się być „niesamowity”, mimo to byłem, bo dobrze wykonywałem swoją pracę, to po pierwsze, po drugie jestem w tym dobry i nie będę tu wymieniał powodów, dlaczego (za długo by to trwało, jak chcecie wiedzieć, zapytajcie uczestników, tylko proszę, nie z opisywanej grupy).

Jednym słowem przyczyną była nieprzepracowana zazdrość. I znowu – nie wierzę, by ludzie tak po prostu chcieli być zazdrośni, zawistni, nienawistni. To uczucia powszechnie uznane za negatywne, niszczące, więc gdyby zapytać tych uczestników, dlaczego byli nieprzyjemni, z pewnością znaleźliby wiele innych przyczyn (tu zadziałałyby różne mechanizmy obrony osobowości z racjonalizacją na czele) i oczywiście zaprzeczyliby, że są zazdrośni. Powiedzieliby być może coś w tym stylu: „Facet nie miał nic do powiedzenia”, albo „Szkolenie miało fatalną strukturę”, lub: „W sumie nie wiadomo było, o co chodzi”, ewentualnie „Mówił ogólnikami i nie dał nam żadnych narzędzi”. Każde z tych stwierdzeń brzmi w miarę prawdopodobnie i kamufluje jedną prostą frazę: „No rzesz jasna cholera, był tak dobry, że kiszki mi się skręcały, udusiłbym go za ten perfekcjonizm, też chcę taki być!!!”

Co z tego wynika? Myślę, że to, co napisałem na początku: wciąż nie wierzę w istnienie złych ludzi. Zazdrość może zmienić nasze postępowanie, to, co mówimy, to co robimy. Potem możemy żałować, nie koniecznie od razu, ale po latach. Skąd to wiem? Sam byłem nieraz zazdrosny. Sam robiłem złe rzeczy powodowany tym uczuciem. Nie raz dotknąłem mroku od drugiej strony. Nie jestem bez winy. I nie uważam siebie za złego człowieka. Po prostu błądziłem. A teraz staram się błądzić trochę mniej.

Pamiętam opowieść jednej trenerki, osoby, którą bardzo lubię i szanuję. Mówiła o swoich studiach i pewnym wykładowcy. Chodziła regularnie na jego prelekcje i nieustannie go atakowała. Może nie tyle z chęci udowodnienia, że nie ma racji, co z pasji poznawczej, z chęci drążenia tematu. Wykładowca bronił się jak mógł, a ona nie ustępowała. Lubiła go i szanowała. Po skończeniu studiów wciąż go pamiętała. Pewnego razu została zaproszona przez znajomą na przyjęcie. Tam, ku jej zdziwieniu, został jej przedstawiony dawny profesor. Zanim zdążyła krzyknąć: „Ja tego pana znam!”, stały się dwie rzeczy: koleżanka zdążyła dokonać prezentacji, a mężczyzna pokiwał głową i powiedział smutno: „Tak, znam tę panią. To ta osoba, która spowodowała, że odszedłem z uczelni”. Szok mojej znajomej był wielki (co oczywiste), a żal do siebie ogromny. Nie wiem, co było dalej na tym przyjęciu, ale wiem, że do dzisiaj nie może sobie darować swojego zachowania. Nie zdawała sobie sprawy, jak jej ataki były odbierane przez szanowanego przez nią profesora. A on cierpiał. Zło dokonało się niejako poza jej wiedzą.

W internecie też jest dużo znaków zła. Ostatnio, mam wrażenie, zagęszczenie złych emocji jest jakby większe. Ale wciąż nie wierzę w złe intencje rozmówców. Z moich zawodowych doświadczeń wynika, że większość, naprawdę znaczna większość kłótni spowodowana jest błędami komunikacyjnymi. Czyli ludzie sprzeczają się nie dlatego, że są wrogami, ale z tego powodu, że się nie rozumieją. Jakie są główne przyczyny nieporozumień prowadzących do przykrych wymian zdań? Spróbuję je wymienić.

  1. Założenia. Internet jest miejscem pośpiechu. Bardzo często rozmówcy używają ogólników, uproszczeń, męczą się ze słowem (ja także) i nie zawsze udaje im się przekazać precyzyjnie to, co mają na myśli. Błędem interlokutora jest założenie, że wie, co przedmówca miał na myśli i błyskawiczne ustosunkowanie się do jego wypowiedzi (z reguły negatywne). Myślę, że dobrą praktyką byłoby uprzednie uściślenie, o co mojemu rozmówcy chodzi. Można tu zastosować proste pytania, typu: „Co konkretnie masz na myśli?”, „Nie bardzo rozumiem, czy mógłbyś sprecyzować?”, „Ciekawe, ale chyba nie do końca rozumiem aspekt…”. W ten sposób umożliwiamy drugiej stronie doprecyzowanie wypowiedzi. Dzięki temu możemy szybko dotrzeć do jej sedna. Bez takiego doprecyzowania, no cóż, zakładamy, że wiemy i z tym założeniem w kieszeni zaczynamy walkę z fantomami, czyli z mniemaniami na temat sensu wypowiedzi rozmówcy. Jeśli rozmówca jest niedoświadczony, albo po prostu mu się spieszy, wejdzie w dialog z tymi fantomami i tak zacznie się taniec duchów, a sedno wypowiedzi zostanie zapomniane.
  2. Brak pytań. To wiąże się z punktem poprzednim. Zauważyłem, że w rozmowach internetowych bardzo mało jest pytań, dociekliwości mającej na celu zrozumienie rozmówcy. O czym to świadczy? Chyba o tym, że bardzo często prowadzących konwersację nie interesuje tak naprawdę, co kto ma na myśli, a tylko to, co sami chcą powiedzieć. Brak równowagi między dociekliwością (ustalaniem punktu widzenia rozmówcy) i obroną swojego stanowiska prowadzi nie do dialogu, ale dwóch monologów.
  3. Nadmierna obrona własnego stanowiska (własnego ego) połączona  z koncentracją na swoich wypowiedziach oraz brakiem uwagi poświęconej wypowiedziom interlokutora (czytanie pobieżne, szybkie, bez zastanowienia się nad sensem słów rozmówcy, patrz punkt drugi). Skąd się to bierze? Trochę z pośpiechu, trochę z kompleksów, trochę z nastawienia obronnego, trochę pewnie z przykrych doświadczeń przeszłości. Ludzie zranieni przestają być ufni, ludzie poniżeni przestają wierzyć we wzniosłe treści, ludzie cyniczni to niegdysiejsi idealiści.

Te trzy czynniki, czyli błędne założenia, brak dociekliwości (zadawania pytań w celu zrozumienia drugiej strony) oraz nadmierna koncentracja na obronie swojego stanowiska powodują powstanie… „Hejtu”, jak to się w internecie mówi. U podłoża tych zjawisk leży brak ufności i przykre doświadczenia w przeszłości. Taka jest moja robocza teoria, bo wciąż, uparcie nie chcę wierzyć w istnienie złych ludzi.

Co można z tym zrobić? Ba. Najpierw trzeba mieć dużo czasu (ja go nie mam) i cierpliwości. Po drugie raczej ciągnąć w górę niż spychać w dół (zakładać, że rozmówca ma na myśli coś lepszego niż gorszego), po trzecie nie zakładać, po czwarte dopytywać się, po piąte dążyć nie do „wygrania sporu”, ale do ciekawych wniosków i tak zwanej prawdy, czego sobie (nie jestem bez wad) i Wam życzę.

Spróbujmy. W końcu co nam szkodzi?

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

26 odpowiedzi do “Źli ludzie”

  1. siouks73 mówi:

    Niestety mam gorsze doświadczenia w tym zakresie. Według mnie źli ludzie istnieją a z całą pewnością jeśli nie SĄ źli to tacy często bywają.
    Rozumiem, że gdy ktoś ma do wyboru opcje lepszą dla siebie lub dla kogoś innego to zazwyczaj wybierze tą pierwszą. Jednak wiele razy spotykałem się że ktoś po prostu z czystej złośliwości szkodzi. Czy to w postaci trollowania w necie na czatach, poprzez rozpuszczanie plotek (czy to przez net czy ustnie), poprzez bezpośrednie szkodzenie z wykorzystaniem podległości służbowej czy znajomości.
    Kilka osób miało to we krwi, choć czasami wychodził z nich człowiek – więc nie mówię że zawsze byli całkowicie i dogłębnie źli – jednak w stosunku do całego otoczenia byli złośliwi, kłamali, oszukiwali i szkodzili.
    Więc – rozumiejąc że często brak zrozuienia prowadzi do konfliktów to jednak pragnę przekonać autora, że ludzie bywają źli a niektórzy są źli i szansa na to że że okażą litość/pomoc itp jest niezwykle nikła…

    Zaś co do szkodzenia na szkoleniach – zauważyłem że młodsze pokolenie rzadko kiedy dopuszcza możliwość autorytetu – to raz, a dwa – próba zniszczenia autorytetu (jeśli taki w pobliżu istnieje) ma robić wrażenie na “płci pieknej” i co ważiejsze na kolegach. Wracamy do korzeni zatem skoro broń tak prymitywna (chamskie odzywki na poziomie podstawówki).

  2. E. mówi:

    Naszła mnie taka myśl, że może ludzie nie są źli “bo są i chcą” ale może nie znają “bycia dobrym” tak jak podświadomość nie zna “nie”.

  3. Martin Ann Drimm mówi:

    E, czy my się skądś znamy?

  4. Sidney mówi:

    widen@balance.sponsor” rel=”nofollow”>.…

    thank you!!…

  5. Keith mówi:

    consecration@swig.swap” rel=”nofollow”>.…

    tnx!!…

  6. Luis mówi:

    spacer@concentrate.twittering” rel=”nofollow”>.…

    спс!!…

  7. Erik mówi:

    rosebush@lana.gaskets” rel=”nofollow”>.…

    good info!!…

  8. steven mówi:

    lien@kirk.audience” rel=”nofollow”>.…

    tnx….

  9. wayne mówi:

    engineering@serbantian.rung” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðñòâóþ….

  10. Alejandro mówi:

    synthesize@corpse.inherit” rel=”nofollow”>.…

    hello!…

  11. Martin mówi:

    binoculars@administrators.cohorts” rel=”nofollow”>.…

    tnx for info!…

  12. Oscar mówi:

    decadence@grocery.publicity” rel=”nofollow”>.…

    thank you!…

  13. Jorge mówi:

    revel@commemorates.misunderstand” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ çà èíôó….

  14. jacob mówi:

    stritch@tales.monochromes” rel=”nofollow”>.…

    tnx for info!!…

  15. Tyler mówi:

    whatd@orphanage.clove” rel=”nofollow”>.…

    tnx for info….

  16. Eddie mówi:

    grandfather@agleam.stasis” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðåí!…

  17. Neil mówi:

    streaks@springfield.purports” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ çà èíôó!!…

  18. Doug mówi:

    nicotine@acclimatized.gatlinburg” rel=”nofollow”>.…

    thanks….

  19. Alfred mówi:

    cyclorama@alexs.translates” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ….

  20. Antonio mówi:

    scapegoats@interior.nieces” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ çà èíôó!!…

  21. frank mówi:

    gaston@ambassadors.drexels” rel=”nofollow”>.…

    ñïñ!…

  22. Trevor mówi:

    garishness@demythologizing.pianist” rel=”nofollow”>.…

    tnx….

  23. Ernesto mówi:

    laplace@lili.courts” rel=”nofollow”>.…

    ñïàñèáî çà èíôó….

  24. willie mówi:

    littlepage@gortons.elected” rel=”nofollow”>.…

    thank you….

  25. Randall mówi:

    actinometer@secretion.broccoli” rel=”nofollow”>.…

    áëàãîäàðñòâóþ!!…

  26. Ian mówi:

    acoustic@handsomely.kaplan” rel=”nofollow”>.…

    thank you!…

Dodaj odpowiedź


osiem − 5 =