Archiwum z Październik 2011

Fale losu

piątek, 28 Październik 2011

Czasami widzę, głównie w telewizji, ludzi, którzy z dumą oświadczają: zawsze osiągam to, czego chcę. Patrzę na nich i jakoś trudno mi odnaleźć w ich twarzach myśl. Facjaty są z reguły jakby grubo ciosane, pozbawione subtelności. Mam znajomych, którym życie układa się w miarę pomyślnie. Niektórzy z nich wydają się być bardzo pewni siebie, miewają radykalne poglądy i generują stanowcze stwierdzenia, bo wydaje im się, że wszystko wiedzą. Pamiętam koleżankę, która dziwiła się, gdy opowiadałem, jakim małym szatanem jest moja córeczka (jako trzylatek). Znajoma zachowywała się, jak specjalista od IT w dużej firmie: „Szwankuje ci ta aplikacja? Dziwne, u mnie działa.” Dopiero, gdy urodziło jej się trzecie dziecko, tym razem zupełnie niepodobne temperamentalnie do poprzednich, powiedziała, że zaczyna mnie rozumieć i że gdyby to było pierwsze, nie zdecydowałaby się na następne.

Często pytają mnie młodzi ludzie na szkoleniach: z kim lepiej się związać – z kimś podobnym do siebie, czy wręcz przeciwnie? Odpowiadam mniej więcej tak: jeśli wejdziesz w związek z osobą podobną, życie będzie słodkie, ale będziesz miał mało bodźców do rozwoju. Jeśli zaś spleciesz swoje losy się z kimś różniącym się od ciebie, nie zawsze będzie miło, ale wiele rzeczy zrozumiesz.

Patrzę na życie swoje i innych ludzi i zaczynam dostrzegać, w miarę upływu lat, pewną prawidłowość: jeśli los pokarze nas tak zwaną pomyślnością, czyli ułoży się zbyt dokładnie wedle naszych zamiarów i planów, stajemy się zadufani, rośniemy w siłę i puchnie w nas przekonanie, że przyszłość jest plastyczna, można ją kształtować wedle swojego widzimisię, a ci, którzy myślą inaczej, bo na przykład opatrzność ich pokarała, najprawdopodobniej sami sobie na to zasłużyli, na przykład niezbyt optymistycznym myśleniem wprzód. Widzę w ich zachowaniu i postawach małpią głupotę (tu obrażam małpy. Mam nadzieję, że jeśli to przeczytają, wybaczą mi) i zupełny brak rozwoju. Bo jak tu się rozwijać – czyli zmieniać – jeśli wszystko układa się po myśli? Człowiek, który wciąż zwycięża, odnosi sukcesy, nie musi niczego w swoim wnętrzu modyfikować. Wszystko jest idealne.

Mam znajomego o konserwatywnych poglądach, właśnie odnoszącego sukcesy, prującego fale losu niczym potężny pancernik niezbaczający z kursu nawet o metr. Obserwuję jego małego synka, którego zachowanie nie wyklucza ewentualności, że wyrośnie na bardzo miłego geja (chociaż równie dobrze może z niego być wrażliwy heteryk, to też się zdarza). Lubię sobie wyobrażać wariant przyszłości, w którym mina mojemu znajomemu rzednie, bo dowiaduje się od latorośli, że lubi chłopców. Yamato uderza o potężną skałę, kapitan wydaje rozkazy łatania dziur, dowództwo rozpatruje nowy kierunek rejsu. Skończyło by się chodzenie do kościoła, wyznawanie pararepublikańskich poglądów, wiele rzeczy ległoby w gruzach. Ale zacząłby się rozwój, który niewątpliwie przyczyniłby się do poszerzenia horyzontów mojego kolegi.

Gdy o tym wszystkim rozmyślałem siedząc wraz z żoną na tarasie i łapiąc ostatnie ciepłe promienie słońca tego sezonu, powiedziałem: „Wiesz, nie jest dobrze, gdy życie układa się za bardzo po myśli. Wtedy człowiek sztywnieje w przekonaniach, głupieje zamiast się rozwijać. Dobrze jest, gdy musimy czasami borykać się z przeszkodami. Tylko dzięki temu wzrastamy.” Oto, co odpowiedziała: „Ale los bardzo rzadko układa się tak, jakbyśmy chcieli. Przynajmniej o to nie musimy się martwić.”

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Jak powinien wyglądać pisarz?

poniedziałek, 24 Październik 2011

Podczas licznych szkoleń przeprowadzam minisondy na tematy mnie interesujące. Jedną z najczęstszych ostatnimi czasy jest zabawa pt. „jak powinien wyglądać pisarz?”. Odpowiedzi nie są zaskakujące. Pisarz:

  1. Nie powinien wyglądać zbyt młodo. Jego wygląd powinien wskazywać na co najmniej czterdziestoletnie zużycie bez nadmiernego dbania o wygląd.
  2. Za tym idzie nadwaga. Pisarz raczej nie powinien być szczupły. Brzuszek, policzki, cała sylwetka powinna być raczej zwalista, grubo ciosana.
  3. Do pisarza pasuje gruby sweter, najlepiej wełniany, ładnie opinający się na krągłościach.
  4. Konieczne są okulary, ale nie w drucianych oprawkach, raczej cięższe, wyraźnie zaznaczające swoją obecność.
  5. Niezbędne jest owłosienie twarzy, najlepiej broda i wąsy, w przypadku braku pierwszego – chociaż drugie, w przypadku braku drugiego – chociaż pierwsze.
  6. Przydatne są akcesoria, na przykład kapelusz lub fajka, z akcentem na ten drugi, arcypisarski przedmiot.

Tak wyglądają zbiorowe wyobrażenia, powtórzę to słowo, wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać pisarz. Po obróceniu tego zdania wyjdzie, że osoba parająca się pisarstwem właśnie tak wyglądająca dokładnie wpasowuje się w oczekiwania zbiorowego odbiorcy i przypisuje się jej wyższe kompetencje (nawet nie znając jej dorobku) niż osobie, która powyższych sześciu walorów nie posiada (także nie znając jej dorobku). Świat, można powiedzieć, jedzie na wyobrażeniach, a psycholog powiedziałby, że opiera się na projekcjach. Ba, czasami z jakości tych projekcji robi się wartość, która bywa nazywana „imidżem” lub „wizerunkiem”, co jest zbrodnią na zdrowym rozsądku, bo stare przysłowie mówi wyraźnie: „nie oceniaj książce po okładce”. Ale kto dzisiaj pamięta stare przysłowia.

Dlaczego pisarz powinien wyglądać staro? Bo nikt mu do dowodu zaglądał nie będzie i nie sprawdzi, że może młodo wygląda, ale metrykalnie jest starszy. Dlaczego więc tak powinien wyglądać? Bo starość symbolizuje doświadczenie, mądrość, zdaje się świadczyć o tym, że wiele przeżył, a im bardziej poorana twarz zmarszczkami i bruzdami, tym więcej śladów po bojach i ranach. Ergo, w książkach starego pisarza będzie więcej pogłębionych przemyśleń i egzystencjalnego oddechu. Tak mówi powszechna „ludowa mądrość” nie do końca zgodna z prawdą. Bo owszem, lata sprzyjają gromadzeniu doświadczeń, zatem im człowiek starszy, tym więcej ma do powiedzenia, ale to „więcej” nie znaczy ciekawiej. Lata nie sprzyjają umiejętnemu ich opracowywaniu, czyli wyciąganiu interesujących wniosków. Znam gromadę starych ludzi o bardzo skostniałych, sztywnych, niereformowalnych poglądach, których książek, gdyby jakieś napisali, z dopłatą nie chciałbym czytać. Zatem o tym, czy książka będzie posiadała głębię nie decyduje wiek, tylko zdolność do umysłowej obróbki wszystkiego, co nas spotyka. A to, niestety, nie jest już kwestia rocznika, tylko, przepraszam, genów czyli tak zwanego talentu.

Inna sprawa to w ogóle kwestia prowadzenia się. Co ma zrobić biedaczysko, które na swoje nieszczęście wygląda młodziej niż w metryce? Czekać, aż jakiś siwy włos wyrośnie? Podbródek obwiśnie? O tym w następnym akapicie.

Dlaczego pisarz powinien mieć nadwagę, czyli trochę tłuszczyku tu i tam? Bo poważniej wygląda. Przypominają mi się utyskiwania mojego dobrego przyjaciela: „Marcin, przytyj trochę. Jak będziesz tak wyglądał, nikt nie będzie cię traktował poważnie”. Powtarzał mi to ładnych parę razy, a ja byłem tymi uwagami coraz bardziej zmęczony. Gdy więc zupełnie inny człowiek przy innej okazji powiedział dość autorytarnym tonem: „Marcin, musisz przytyć. Źle i niemęsko wyglądasz”, odparowałem: „Masz obwisły podbródek i okrągły brzuch, a ja wyglądam rewelacyjnie”. Mój rozmówca na chwilę zamyślił się, po czym spokojnie odparł: „Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale pier**lisz” i na tym skończyła się nasza twórcza konwersacja na temat męskiego wyglądu. Niestety moi dwaj interlokutorzy w pewnym sensie mieli rację. Powszechne wyobrażenia na temat statecznego, poważnego człowieka są takie, że powinien mieć co najmniej 10 kg za dużo. Co najmniej 10, najlepiej 15, albo 20. Wiem, co mówię, bo gdy miałem 6 kilo więcej niż teraz, na pierwszy rzut oka niczym się nie różniłem od stanu obecnego, który moja córka (alleluja!) nazwała „chudym”. Tu wypada coś wyjaśnić: nikt nigdy przedtem nie nazwał mnie chudym, dlatego słowa córki uważam za najpiękniejszy komplement. Teraz przyjrzyjmy się owej nadwadze poważnie, czyli realistycznie. Czy rzeczywiście nadmiar tłuszczu oznacza powagę i stateczność? Jakoś z logicznego punktu widzenia nie umiem zrównać tych dwóch chmur znaczeniowych: nadwaga = stateczność? Zastanówmy się. Nadwaga jest czynnikiem ryzyka wielu chorób. Człowiek z nadwagą najczęściej zaniedbuje ciało, czyli nie ćwiczy fizycznie, ergo jest niesprawny, zasapie się na schodach, nie przebiegnie trzech kilometrów, do palców się nie schyli, będzie stękał przy dziesiątym przysiadzie i piątej pompce, a na drążku podciągnie się całe pół raza. Nie pominę faktu, że gdy będzie opisywał bohaterskie starcia wojenne, bieg, bijatykę, czy wreszcie żywiołowy seks, będzie bajał o rzeczach, które może oglądał w telewizji, albo przeżył dawno temu, z pewnością jednak nie obecnie, więc będzie musiał potężnie wysilać wyobraźnię.

Jaka więc, przepraszam, powaga? Weźmy dla porównania człowieka i jego samochód. Jak ocenilibyśmy właściciela automobilu, który doprowadził do tego, że wóz zapala raz na trzy próby, gubi olej, rzęzi, traci moc w najmniej pożądanych momentach, klekocze, nigdy nie wiadomo, czy się nie rozkraczy na drodze, a w dodatku wajcha od skrzyni biegów mu wylata? Rzecz jasna uznalibyśmy takiego pana za niepoważnego, bo przecież samochodem wozi dzieci do szkoły, siebie – żywiciela rodziny – oraz żonę swoją wierną a niepocieszoną. Nie muszę tutaj wyjaśniać, że samochód jest metaforą ciała. Jak można uważać za poważnego człowieka, który zaniedbuje swój organizm, ergo naraża na osierocenie swoje dzieci, a partnera życiowego (właśnie uzmysłowiłem sobie, że pisząc o pisarzach założyłem, że mówimy o mężczyźnie. Może w sumie dobrze, bo jakby to wyglądało, gdybym się natrząsał z nienagannych sylwetek pisarek?) na wdowieństwo, nie wspominając o budżecie naszego biednego państwa, który zubożeje lecząc jego (oczywiście nie „jej”) chore serce, żyły, tętnice i wszelkie inne organy? Przepraszam Państwa bardzo, ale jakoś tej powagi nie widzę. To raczej krótkowzroczność i podejście do osobistego „samochodu” zgoła niepoważne.

Dalej mamy sweter, okulary, wąsy, brodę, kapelusz oraz fajkę. To wszystko swego rodzaju „akcesoria”. Przywiązywanie do nich wagi jest moim zdaniem tak samo głupie, jak traktowanie serio imidżystów, kreatorów mody i specjalistów od piaru. Człowieka powinno się, podobnie jak powieść, oceniać po treści, nie po okładce. Sweter symbolizuje miękkość, bezpieczeństwo, coś na kształt poduch, w które czytelnik może się wtulić, zatopić niczym w barwnym świecie sagi. Okulary to niby mądrość, chociaż po prawdzie symbolizują tylko jedno – wadę wzroku, ułomność albo spowodowaną niewłaściwym garniturem genetycznym, albo charakterystyczną dla pewnego wieku (Robert Silverberg mimo lat, nie nosi okularów, bo nie musi. Ma zdrowe oczy. Szczęście, że kompensuje to siwą brodą i wąsami. Nota bene, mimo, że twierdzi inaczej, moim zdaniem nie za dobrze się trzyma). Znam kilogramy ludzi w okularach, których nie chce mi się ani widzieć, ani słyszeć.

Co symbolizują włosy pod nosem i na podbródku? To przecież atrybuty Starego Mędrca, słynnego jungowskiego archetypu, który wszyscy mamy zakorzeniony głęboko, ponoć gdzieś w podświadomości kolektywnej. Gdy widzimy brodę oraz wąsy, nieświadomie uznajemy, że mamy do czynienia z chodzącą księgą objawienia. A teraz poważnie. Jakim cudem włosy mogą świadczyć o osobowości człowieka? Ja rozumiem, włosy na mózgu, no to by było coś, naprawdę jakaś sensacja, ale pod nosem? Na brodzie? Włosy? Jaka jest korelacja między owłosieniem twarzowym a mądrością? Żadnych badań nie znam i nie sądzę by istniała. Włosy twarzowe świadczą tylko o jednym – że ich posiadacz od jakiegoś czasu się nie golił. Wiem, bo żona zabrania mi się golić i utrzymywać tzw. „trzydniowy zarost”. Naprawdę tak to działa: nie golisz się – rosną włosy. Słowo daję, że ich wzrost ma się nijak do mądrości. Czasami robiłem w życiu bardzo głupie rzeczy, nawet takie, których do dzisiaj się wstydzę, a włosy na brodzie i pod nosem furt rosły, niebaczne na moją głupotę. Co do kapelusza – no cóż, nawet ja uległem pokusie i poprosiłem przyjaciela, żeby raz w życiu sfotografował mnie z tym nakryciem głowy, bo jest twarzowe i właśnie takie „pisarskie”. Był to jeden jedyny raz. Pewnie jeszcze kiedyś się w nim pokażę, bo ciągnie mnie do ronda. Z drugiej strony chyba nie najlepiej bym w sumie wyglądał, bo jestem niewysoki, a pisarz przecież wysoki musi być, bo jak jest wysoki, to od razu lepsze książki pisze. Co do fajki – czy naprawdę muszę jeszcze o tym pisać? Fajka to drewniany, ewentualnie wykonany z innego materiału przedmiot służący do palenia tytoniu. Trzymany w zębach nie przyczynia się do wzrostu liczby połączeń neuronalnych, zatem nie czyni pisarza bieglejszym w sztuce przekładania myśli na słowa.

I tak dobrnęliśmy do końca dywagacji na temat „jak powinien wyglądać pisarz?”. Odpowiedź brzmi: nijak. Bo nie ważne jest, jak wygląda, ważne, co pisze. Chociaż… z drugiej strony… Wolę szczupłych, młodo wyglądających, wesołych, bez zbędnych gadżetów. Dlaczego? Bo to znaczy, że są poważni, odpowiedzialni, niebanalni, inteligentni, nie chcą manipulować i nie mają kompleksów. A to już dużo.

portret w cieniu

portret w cieniu

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Eksperyment

sobota, 22 Październik 2011

Kilka stron w sieci, kilka książek, traktuję jako swoje skarby. W związku z tym nie dzielę się nimi za bardzo z innymi, bo to moje źródło know how, moje sekrety. Myślę, że postępuję w ten sposób egocentrycznie i twórcom tak cenionych przeze mnie źródeł nie przypadłaby moja postawa do gustu.

Zatem pozwólcie, że ujawnię bardzo inspirujący blog. Są tam tylko ilustracje, lecz dla pisarza to doprawdy wystarczy. Prawda, że fascynujące miejsce?

Mam w związku z tym prośbę. Jeśli traktujecie tak samo mój blog, jeśli zatrzymujecie go dla siebie, słusznie sądząc, że zawiera wyjątkowe treści, tym razem Wasze know how, przestańcie to robić. Podzielcie się z przyjaciółmi, chociaż tymi najbardziej cenionymi. Zróbmy eksperyment. Podajcie adres tego miejsca chociaż jednej osobie. Niech także się nacieszy. I niech ja na tym skorzystam. Chyba zasłużyłem, prawda?

Za kilka dni zajrzę w statystyki, jak się spisaliście ;) .

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pokurcze

środa, 19 Październik 2011

Z pewnością nie tylko ja, ale i więcej internautów miewało przykre starcia z gburami różnorakiego sortu rozchamiającymi się na internetowych forach. Dzisiaj chciałbym trochę bliżej ich przedstawić, bo na przestrzeni wielu lat miałem okazję, że tak powiem, poobserwować ich w realium i wyciągnąłem na podstawie tych obserwacji chyba interesujące wnioski.

Jak wiemy, internet daje anonimowość po pierwsze, a jeśli nie anonimowość to choćby możliwość napisania słów ostrych i ostatecznych bez konieczności patrzenia w oczy interlokutorowi, a jak wiadomo, zawszeć to łatwiej. Okazuje się, że gdy zobaczymy forumowego wroga w rzeczywistości, zamiast walić go w łeb, uśmiechamy się litościwie, bo jak tu takiego pokurcza uderzyć? Poprzypatrywawszy się tym twardzielom, stwierdziłem, że można podzielić ich na kilka kategorii.

  1. Strachliwy dziadek. Typ patrzący wytrzeszczonymi oczami zza grubych szkieł, mały, prawie karłowaty, siwa broda, wystraszone spojrzenie, drżący głos, nerwowy uśmiech szukający na podobieństwo laboratoryjnego wyleniałego szczura akceptacji, przytulenia, uspokojenia, widzący w drugim człowieku potencjalne zagrożenie, ale oczekujący słów krzepiących niczym relanium. Gdy się zorientowałem, że dziadunio kiedyś mocno mi zaszkodził i zdrowia zespół kilka litrów, nie miałem sumienia nawet go trącić. Zamiast tego dodawałem mu odwagi i wzmacniałem wszystkie jego dość egocentryczne uwagi. Bałem się, że bez tego się rozsypie.
  2. Grubas ze szczękościskiem. Gdy się go czyta w internecie, wydaje się, że to Odyn gromowładny, gdy jednak spojrzy się na niego w realium, człowiek od razu zamienia się w psychologa amatora / psychoanalityka / siostrę miłosierdzia i instynktownie wie, że jedyne, co można robić, to przytakiwać, bo przypadek jest w zasadzie nierokujący. Osobnik sapiący, śmiejący się przez zaciśnięte zęby, szukający wzrokiem (zupełnie jak dziadunio), potwierdzenia swoich słów, perseweratywny (powtarzający w kółko te same banalne frazy), z charakterystycznym nerwicowym przygarbieniem pleców w okolicy nadłopatkowej (tak jak dziadosław), egocentryczny, chichotliwy, dwa złote bym dał.
  3. Szczerbaty kundel. Wygłaszający prelekcję ze skrzyżowanymi rękami na mocarnej kurcie, niezmieniający pozycji od początku do końca wykładu, wydawało by się, człowiek posągowy, niezłomny, inkarnacja boskiego Adolfa. Jednak co się dzieje, gdy po prelekcji kilka osób obecnych na sali zaczyna bić brawo? Człowiek pochyla głowę i jak wielokrotnie bity pies nieśmiało podnosi wzrok, wreszcie uśmiecha się łapiąc każdą sekundę krótkotrwałej chwały, odsłania kilka zębów i jedną potężną szparę po zębie. Ten jeden gest, to spojrzenie spaniela po przejściach, to skomlenie w oczach, ten błogi szczerbaty uśmieszek demaskują naszego złowrogiego przedstawiciela internetowego chamstwa i powodują, że już, podobnie jak w przypadku dziadunia i grubasa, nie chcemy go pałować, ale raczej znowu obdarować jakimś ciepłym posiłkiem i obietnicą, że już nie będzie marzł na dworze biedaczek.
  4. Zgarbiony z wypiekami. Generalnie garbienie się jest charakterystyczne dla internetowych gierojów, chyba dlatego, że jest znakiem lęku, niezdrowego podniecenia, znamionuje kłębiące się w garbie kompleksy i sprzeczne uczucia. Zgarbionego z wypiekami wypatrzyłem podczas panelowego spotkania z pewną grupą pisarzy. Siedział tak potwornie wygięty w paragraf, że bałem się, że kręgosłup mu pęknie. Wyglądał jak gimnazjalista, który jest tak szczęśliwy, że może się odezwać do mądrzejszych od siebie, którzy nie tylko, że go słuchają, ale i uprzejmie odpowiadają, że za chwilę trysną mu policzkami i uszami soki niezdrowej, sztubackiej egzaltacji. Kiwał głową szybko, nerwowo, śmiał się używając odgłosu przypominającego gdakanie, kręgosłup mu się giął coraz bardziej, wypieki rosły, łepek mało nie urwał. No i jak do takiego podejść i dać w mordę za sieciowe chamstwo? No nie można, trzeba chronić taką radość, takie uniesienia, uczucia czyste i uroczyste, że jest się wreszcie dostrzeżonym.

Widzicie sami, że nie sposób odegrać się na sieciowych brutalach w realium, bo wzbudzają autentyczną troskę, litość, zdumienie. Ich potrzeba akceptacji, docenienia, ich żądza bycia chociaż na chwilę w świetle lamp jest tak silna, tak psychotyczna, że trzeba, no trzeba im te chwilę dać.

Zatem nie bójcie się tych, którzy was ranią w internecie. To są po prostu ludzie z kompleksami, często zagubieni, a że zakompleskieni i pogubieni, nierzadko nieadekwatnie agresywni. Gdy po raz kolejny potrąci Was psychologicznie jakieś domniemane bydlę, uświadomcie sobie, że to nie żadne bydlę tylko albo dziadunio, albo szczerbaty kundel, albo grubas ze szczękościskiem, albo wygięty w kabłąk gimnazjalista z wypiekami. Podajcie im rękę i uspokójcie. To naprawdę nie ich wina. Zło tego świata bierze się z kompleksów, a kompleksy – ze złych rodziców.

Oni po prostu mieli skopane dzieciństwo.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Paradygmat pomysłu

wtorek, 18 Październik 2011

Czytałem niedawno „Pierścień” Larry’ego Nivena. Powieść, z punktu widzenia literackiego, jest tak płaska, że trudno ją do czegokolwiek poza deską do chleba porównywać. Motywy bohaterów, ich reakcje, uczucia (o przeżyciach w zasadzie można zapomnieć) są tak płytkie i często niedorzeczne, że doprawdy dziwię się, dlaczego dzieło uzyskało nie tylko nagrodę Hugo, ale i Nebulę. A nie. Już wiem, dlaczego. Pan Niven wpadł na pomysł pierścienia i na kilka innych pomniejszych pomysłów. I za to dostał nagrodę.

Coś mi tu się nie zgadza. Dlaczego nagradzać kogoś za pomysł, gdy opowieść, w którą go wcisnął nie spełnia kanonów powieści dobrej? Czy nie lepiej stworzyć nową kategorię nagród – nagrody „pomysłowskie” dla fajnych idei? No pomyślmy.

Gatunek science fiction cierpi na pewną chorobę. Nie wiem, kto ją pierwszy zaszczepił, ale ja spróbuję być jej doktorem. Ta choroba to „pomysłoza”. Jej symptomami są:

  1. Mniemanie, że ponieważ w książce można znaleźć „fajne pomysły” to książka jest dobra.
  2. Mniemanie, że ponieważ w książce można znaleźć spójnie wykreowany świat, to książka jest dobra.
  3. Mniemanie, że ponieważ w książce przedstawiona jest „nowa idea”, to książka jest dobra.

Oświadczam, jako dyplomowany lekarz, że mniemania te są tym, czym są, czyli mniemaniami, iluzjami, złudzeniami. Ani dobre pomysły, ani spójny świat, ani nowa idea w żaden sposób nie świadczą o tym, że historia, o której opowiada książka jest dobra, bo to historia + bohater tworzą wartościową treść, nie scenografia plus pomysły plus powiew nowości. Nie dajcie się uwieść pseudoautorytetom, które podają za pozytywne przykłady mistrzów scenografii i twierdzą, że są mistrzami opowieści. Mistrzowie ci są mechanikami, którzy stworzywszy pomysł wymyślają cień bohatera, jego kontur, który podąża za ich myślą tylko po to, by odkrywać przed czytelnikiem kolejne koła zębate maszyny, którą jest pomysł twórcy. Przepraszam, ale dla mnie powieść, w której występuje bohater pretekstowy, czyli taki, który istnieje tylko po to, by te tryby po kolei odwiedzić i opisać, nie jest powieścią dobrą i tego będę się trzymał. To jest przekaz scenograficzny, a nie historia z krwi i kości.

Podeprzyjmy się autorytetami. Andrzej Sapkowski mówi, że powieść jest jak namiot, a masztem go podtrzymującym jest nie pomysł, świat czy idea, ale bohater. Bez bohatera namiot się wali. Co pisze Ernest Hemingway w korespondencji do Esquire z 1934 roku?

„Najtrudniejszą rzeczą na świecie jest pisać prostą prozą o ludzkich istotach. Najpierw trzeba znać temat; potem trzeba umieć pisać. Nauczenie się obydwu tych rzeczy wymaga całego życia […] przeczytajcie […] „Wojnę i pokój” Tołstoja, a przekonacie się, jak będziecie musieli opuszczać wielkie fragmenty Myśli Politycznej, które niewątpliwie uważał za najlepsze w całej książce, kiedy ją pisał – bo nie są już dziś ani prawdziwe, ani ważne, o ile kiedykolwiek były czymś więcej niż sprawami aktualnymi, i zobaczycie, jak prawdziwi, trwali i ważni są tam ludzie i akcja. Niech wam nikt nie wmawia, jaka powinna być książka z uwagi na to, co akurat jest w modzie. Wszystkie dobre książki są do siebie podobne w tym, że są prawdziwsze, niż gdyby działy się naprawdę, i kiedy skończycie taką czytać, będziecie mieli uczucie, że to wszystko zdarzyło się wam samym, a później wszystko należy już do was: dobro i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda. Jeżeli zdoła się dojść do tego, że potrafi się dać to ludziom, wtedy jest się pisarzem. Bo jest to rzecz najtrudniejsza ze wszystkiego.”

Tak pisał posiadacz siwej brody, wielbiciel połowów na pstrąga tęczowego tudzież marliny i ja się z nim zgadzam. I proszę, nie mówcie mi, że science fiction, z uwagi na to, że są tam takie fajne drzwi, które się wsuwają w ściany i że są tam latające pneumobile i villabile i linowce i pancerze typu Coremour, więc, że z tych wszystkich powodów science fiction nie musi mieć historii, intrygi, akcji i bohatera z krwi i kości, że nie są w tej scenografii potrzebne wzruszenia, przeżycia, piękno, zachwyt i pęd życia. Jeśli tak uważacie, to jakbyście mówili, że życie w przyszłości będzie pozbawione dynamiki, głębszych uczuć i ludzi, którzy czują, kochają, upadają i podnoszą się z kolan. Tak moim zdaniem nie jest. Science fiction to literatura o przyszłości, o fantastycznych miejscach, cudownych miastach, podróżach w kosmos i jak najbardziej doznaniach, przemyśleniach, radościach i smutkach żyjących tam bohaterów, oby jak najbardziej żywych, prawdziwych, takich jak my.

Nie konturowych, ledwie widocznych, by nie zasłaniali przypadkiem świętych dekoracji i pomysłów.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Krzyżowy product placement

niedziela, 16 Październik 2011

Obejrzałem film „1920 Bitwa Warszawska” Jerzego Hoffmana. Po wyjściu z kina powiedziałem do żony: „Co za g***no. Dożyłem czasów, gdy polska kinematografia zrobiła coś takiego.” Wiem, że użyłem nieładnych słów, mimo to wypowiedziałem je na głos, tak, żeby inni, którzy mieli jakiekolwiek wątpliwości, usłyszeli. Tak, zachowałem się niepolitycznie. Mimo wszystko w jakiś sposób czuję się usprawiedliwiony.

Na początku projekcji wrażenia są nawet miłe. Pociąg jedzie po śniegu, ładne zdjęcia, miłe twarze aktorów, dobry dźwięk, barwny obraz. Ale krok po kroku widz przekonuje się, że dzieło jest lotów średnich, potem niskich, następnie tragicznych, a na końcu stwierdza, że twórca przekroczył (nieświadomie) granicę groteski. Tak, tak. Pod koniec scen walk, gdy kolejny dzielny polski wojak otrzymał celny strzał prosto w głowę… wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem. Na całą salę kinową. Gdy Natasza Urbańska w jednej z ostatnich scen upuściła tacę z lekami, i taca ta z głośnym hukiem i  w obowiązkowym zwolnionym tempie upadła na podłogę, także nie mogłem powstrzymać głośnego rechotu. Film po prostu był tak zły, że zaczął we mnie wzbudzać nieudawane rozbawienie.

Obraz generował jednak nie tylko powody do śmiechu. Pomijam troskę o jakość gry polskich aktorów, na ten temat można poczytać w różnorakich recenzjach, nie będę się znęcał, bo wiem, że zły reżyser może utrudnić, albo wręcz uniemożliwić poprawną grę nawet najlepszym wykonawcom, zatem, jak zaznaczyłem, ani nad panią Nataszą Urbańską, ani nad panem Danielem Olbrychskim wywnętrzać się nie będę.

Film niepokoił mnie i to bardzo. Pójdzie na niego młodzież. Obejrzą go też ludzie nie do końca wykształceni, pewnie miliony, te same rzesze, które widziały „Potop” i „Ogniem i mieczem”. I co zobaczą? Piękną Polskę przedwojenną z cudną arystokracją. Mundury, szable, ludzi honorowych, dzielnych, niezłomnych, czystych… i jak diabli katolickich. Słowo „bóg” pada z ust bohaterów i bohaterek chyba ze dwadzieścia razy, może i więcej. Teksty w stylu „teraz wszystko w rękach boga”, „jak bóg da”, rozważania na temat woli boskiej itd. są tak gęste, że chwilami nie wiadomo, czy to dzieło o bitwie warszawskiej, czy o wierze. Nie, chyba z tą dwudziestką to nieprawda. Może ktoś za mnie policzy, ale pewnie termin ten pojawia się z pięćdziesiąt razy. Ksiądz, chociaż nie widać go tak często jak lansowanej pani Nataszy Urbańskiej (no ładna kobieta, nie powiem i miło się na nią patrzy, ale za dużo jej trochę w tym filmie), pełni rolę kluczową, bo to on z krzyżem zamiast karabinu wstaje z ziemi, chociaż kule koszą krwawe żniwo, i to dzięki niemu podnosi się cały oddział i rusza na wroga i to on oczywiście bohatersko ginie trafiony idealnie w czółko, a potem wali się na ziemię w tempie jak zwykle w kluczowych momentach arcyzwolnionym. Co tam jednak ksiądz. I tak głównym bohaterem jest krzyż. Niemal każda postać nosi go na szyi, stoi na każdym stole, wisi na każdej ścianie, zdobi każdy szczyt budynku (bo każdy budynek w tle jest kościołem), lata w powietrzu (nie mam na myśli samolotów, tylko autentyczne dwa latające krzyże. Zobaczcie film, a przyznacie mi rację: latają jak się patrzy, oczywiście w zwolnionym tempie).

Po obejrzeniu tego filmu czułem się, jak człowiek masywnie zindoktrynowany. Oto, jakie introjektowe owoce połknęła moja jaźń:

  1. W przedwojennej Polsce byli tylko arystokraci, wyłącznie katoliccy. Byli to ludzie atrakcyjni, niezłomni i stroniący od bolszewizmu jak od zarazy. Epizodycznie pojawiający się plebs był bojaźliwy i w cuda wierzący, co ostatecznie też jest pozytywne, bo cuda są i były, na przykład cud nad Wisłą.
  2. Bolszewicy byli w swojej głównej masie brudni i prymitywni, ich polowi przywódcy byli niedomytymi psychopatami, a przywódcy główni – czyli Lenin i Stalin – czystymi psychopatami.
  3. Polskę uratowali piękni, katoliccy, szlachetnie urodzeni oficerowie i ich dziewczyny.
  4. Och, niech wrócą te czasy ślicznych mundurów, szabelek, polskości zrośniętej z katolicyzmem i patriotyzmem.

A ja, durny, miałem wrażenie, że czasy filmów z białymi i czarnymi charakterami, gdzie biali = nasi, a czarni = nienasi, minęły bezpowrotnie, bo przecież inteligentniejemy i dojrzewamy i rozumiemy, że ludzie po drugiej stronie barykady zostali tak jak my jakoś zmanipulowani i to nie ich wina. Ale nie. Pan Hoffman spreparował obraz tak prymitywnie, chciałoby się powiedzieć „discopolowo” jednoznaczny, że słabo się robi.

Tyle o filmie. I tak za dużo.

Jeszcze dygresja. Tak gwoli równowagi. Czy ktoś może wie, gdzie się podziały jakieś sensowne, oficjalne przekazy o przedwojennych prześladowaniach komunistów, nie tylko w Polsce, ale także w Europie i USA, a takie były, nawet w komiksie „Maus” można znaleźć o nich, tfu, świadectwo? A nie, przecież w naszym pięknym kraju prześladuje się wyłącznie katolików i księży. Kto uważa, że komuniści to także ludzie, może nawet inteligentni, powinien się swoich myśli wstydzić i chować je do szafy.

Mój nomen omen boże. Ostatnio słuchałem relacji z jakiejś światowej konferencji psychologicznej. Jeden z mówców zapytał, ilu ludzi na sali ma poglądy lewicowe. Ręce podniosło 80% uczestników zjazdu. Gdy zapytał, kto ma poglądy konserwatywne, ręce podniosło dwóch ludzi. Dlaczego? Bo to normalne. Człowiek szukający tak zwanej sprawiedliwości i przyzwoitości w świecie kieruje się w lewo. Artyści, idealiści, ludzie młodzi i niezdemoralizowani (jak na przykład Janosik i Robin Hood ;) ), mają poglądy lewicowe. Ale nie tylko. Zacytujmy poczciwego Ernesta Hemingwaya, który w grudniu, 1934 roku tak pisał do gazety Esquire:

„[…] świat był znacznie bliższy rewolucji w latach powojennych niż teraz. W owych czasach my, którzy w nią wierzyliśmy, wyglądaliśmy jej każdej chwili, spodziewaliśmy się jej, mieliśmy na nią nadzieję – bo była rzeczą logiczną. Jednakże tam, gdzie nastąpiła, spaliła na panewce. Przez długi czas nie mogłem tego zrozumieć, ale w końcu sobie wytłumaczyłem. Jeżeli przestudiujecie historię, przekonacie się, że nigdy nie może być rewolucji komunistycznej bez uprzedniej całkowitej klęski militarnej. […] Niemcy nie zostały pokonane w klęsce militarnej. […] Niemcom po prostu nie udało się zwyciężyć na wiosnę i w lecie, ale ich armia była nadal nienaruszona, a pokój zawarto, nim nastąpiła taka klęska, jaka powoduje rewolucję. Wprawdzie była rewolucja, ale uwarunkowana i trzymana w szachu przez sposób zakończenia wojny, i ci, co nigdy nie pogodzili się z klęską militarną, nienawidzili tych, co się z nią pogodzili, i zaczęli usuwać najzdolniejszych z nich przy pomocy najnikczemniejszego programu zabójstw, jaki świat znał kiedykolwiek. Rozpoczęli zaraz po wojnie od zabicia Karola Liebknechta i Róży Luksemburg i zabijali dalej, systematycznie eliminując zarówno rewolucjonistów, jak liberałów niezmiennym systemem przemyślnego mordowania. [wytłuszczenie moje]”

No i proszę. Hemingway, nie byle kto, śmiem twierdzić, że może nawet wybitniejszy twórca od pana Hoffmana, wspomina. Uf. Coś jednak się zachowało.

No i to tyle dla odtrucia po indoktrynacji filmem w obecnej dobie z całą pewnością „słusznym”, poprawnym, zgodnym z patriotycznymi trendami i w ogóle.

Amen, krzyż na drogę.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Przerażenie

sobota, 15 Październik 2011

Uczestniczyłem w uroczystościach pierwszorazowego pożerania symbolicznego ciała Chrystusa, zwanego pierwszą komunią, kilka razy. Widziałem, jak wcina hostię moja daleka mała kuzynka, siostrzenica, widziałem też, jak mączne ciało mesjasza chrześcijan wchłania syn moich znajomych. Pamiętam zwłaszcza ten ostatni raz, bo zdarzył się względnie niedawno. Miałem już wtedy w miarę ukształtowany światopogląd, co nie znaczy, że za kilka lat nie będzie ukształtowany w jeszcze bardziej finezyjną formę, człowiek wszak się rozwija. Patrzyłem na uśmiechniętą twarz ojca latorośli, błogą, jakby promieniejącą przekonaniem, że dziecię bierze udział w ważnej, uświęconej tradycją operacji. Pamiętam niewinną twarz dziecka ubranego w biały całun, niebieskie oczka i z pietyzmem wypowiadane słowa, przedtem pieczołowicie zapamiętywane, wkładane do główki, żeby broń nomen omen boże, niczego w najświętszym momencie nie pomylić.

I pamiętam swoje przerażenie.

Składowych tego uczucia było kilka, wymienię je więc w kolejności pewnie dość przypadkowej.

  1. Zastanawiała mnie nieświadomość rodziców, jakby niewiedza dotycząca prostego pytania: „czy wiemy, w co pakujemy swoje własne, osobiste dziecko?”. Mam wrażenie, że znam odpowiedź na to pytanie, a odpowiedź ta stanowi kolejne składowe przerażenia.
  2. Dziecko będzie uczęszczało na regularne zajęcia prowadzone przez dorosłych, ale nie byle jakich dorosłych, tylko prawie „świętych”, bo znających superważne tajemnice, których rozum nijak nie może rozgryźć. Dziecko zawsze traktuje to, co mówią dorośli jako bardzo istotne, zwłaszcza, gdy tymi dorosłymi nie są ich rodzice. Autorytet katechetów / katechetek oraz księży przewyższa autorytet prawnych opiekunów i nauczycieli. Podczas tych zajęć dowie się, że jest niebo i piekło.
  3. Zostanie poddane procesowi wkładania do głowy niezaprzeczalnych aksjomatów, że brama do piekła jest szeroko otwarta praktycznie dla wszystkich, a furtka raju jest niezmiernie wąska i dostać się mogą tam tylko ci, którzy są wyznawcami jednej, konkretnej wiary, mianowicie katolicyzmu. Wszyscy inni będą się wiecznie smażyć na patelniach, ewentualnie gotować w kotłach. Nie śmiejmy się z wyobrażeń dziecka. To tylko dziecko. Dla niego właśnie tak wygląda piekło. Wiem, o czym mówię, bo moja córka wróciła raz ze szkoły z płaczem. Poinformowała, że „chce wierzyć w boga, bo inaczej pójdzie do piekła”. Taką nowością uraczyła ją koleżanka uczęszczająca na lekcje religii. Długo musieliśmy Kalinkę uspokajać i tłumaczyć, że piekło stanowi część chrześcijańskiej mitologii, podobnie jak Hades itp.
  4. Dziecię usłyszy, że jest złe, to znaczy grzeszne. Będzie na początku zdziwione, coś mu się nie będzie zgadzało, ale potem zaakceptuje treści wmawiające, że z jakichś dziwnych powodów grzeszne jest od samego urodzenia, przyzwyczai się do słowa „grzech”, zacznie rozpatrywać wiele swoich czynów z punktu widzenia „czy to grzech czy nie”. Zorganizuje wiele swoich myślowych procesów aksjologicznych wokół „grzechu”, zacznie to uważać za normę, słowo będzie bowiem tak często powtarzane, że siłą habituacji wrośnie w aparat pojęciowy i tak już zostanie. Zatem dziecko zrozumie, że jest złe i to w charakterystyczny sposób.
  5. „Zło” w dziecku narasta wraz z ilością popełnianych grzechów (także tych popełnianych myślą, skąd prosta droga do nerwic i innych zaburzeń, bo jak można zakazać myśleć o tym, o czym nam się żywnie podoba?! Toż to skandal i powód do sądowego powództwa). Zło zachowuje się jak balonik, co udatnie pokazywał ksiądz dzieciom na jakimś bzdurnym festynie. To nie żart. Miał ze sobą balonik i pokazywał, że to zbiór grzechów. Tłumaczył, w jaki sposób narasta i jak może zostać, przepraszam, wypróżniony. Balonik rośnie zaraz po spowiedzi (wtedy, przez pierwszych kilkanaście sekund, no może nawet minut, jest pusty). Potem jednak dziecko powie na przykład „pupa”, albo spojrzy (jeśli to chłopiec) z lekko lubieżnym nastawieniem na koleżankę, albo pomyśli romantycznie (jeśli to dziewczynka) o nauczycielu od wuefu i już chuch! Balonik się wybrzusza. Tak się będzie wybrzuszał z każdą „nieczystą” myślą (bo pojęcie „czystości” także zostanie w dzieciach zakorzenione, a jest bodaj jeszcze gorsze od grzechu, bo dziecko zachowywać się będzie jak znerwicowany właściciel śnieżnobiałej koszuli, który musi ją codziennie prać, bo, psiakrew, wciąż i na nowo się brudzi – powód do zaburzeń psychicznych numer dwa), będzie puchł, rozrastał się i jest tylko jeden sposób, drogie dziatki, by go opróżnić. Tym sposobem jest spowiedź i to nie byle jaka – bo święta. Spowiedź wykonana wobec przyjaciela, mamy, taty, jak nauczą się dzieci, nie jest „skuteczna”. Usługa spowiedzi jest skuteczna tylko w profesjonalnej firmie, której przedstawiciele są wyszkoleni w kontaktach z pozaświatowym źródłem mocy. Usługa spowiedzi jest właściwa tylko w ciemnym pudle zwanym konfesjonałem w obecności nieznanego mężczyzny (z niezrozumiałych względów nie może to być osoba nieposiadająca jąder), który potem każe „dla oczyszczenia” odmówić kilka niezrozumiałych wierszyków zwanych dla powagi modlitwami.
  6. Nie przypadkiem Zygmunt Freud nazywał religijność „nerwicą natręctw”, której charakterystyczną cechą jest regularne odbywanie jakiejś czynności celem obniżenia napięcia psychicznego. Tą czynnością są częste odwiedziny w siedzibie firmy, której brandem jest „bóg”, połączone ze spowiedzią (balonik się zmniejsza), przyjęciem hostii (koszula robi się znowu biała), wysłuchaniem miłych słów o grzechu, pieniądzach, czystości, modlitwie, świętym kościele, świętych biskupach i świętych interesach nienaruszalnej firmy, a następnie opuszczeniu jej progów z tymczasowym poczuciem spełnienia dziwacznego obowiązku, który uzależnił znerwicowanego człowieka od tej instytucji w dzieciństwie i tak to sobie będzie trwało już do końca jego dni.
  7. Dziecko dowie się też, że nie może się „dotykać” zwłaszcza w miejscach intymnych, dowie się, że onanizm jest grzechem praktycznie śmiertelnym, więc zacznie mieć potężne problemy natury popędowej (powód do nerwic numer trzy), bo chciałoby się do Playboya zajrzeć, ale grzech, ale grzech, jaki straszny grzech i nieczystość, chciałoby się pogmerać w spodniach, ale nie można, oj nie można! A jak się dotkniesz – musisz o tym opowiedzieć na spowiedzi, inaczej balonik się nie wypróżni! I co tu robić? A hormony grają.
  8. Dziecko dowie się, że homoseksualiści są chorzy i powinni się leczyć. Jeśli będzie na swoje szczęście heterykiem, da sobie z tym radę. Jeśli będzie homikiem – może popaść w ponury nastrój, oj bardzo ponury – dowie się, że jest przeklęte, a jego instynkty są chore, nieczyste, grzeszne i tak już do końca dni, no, chyba, że się wyleczy. Powód do nerwicy numer pięć, a jeśli nie do nerwicy, to do tego, by uważać gejów za gatunek niewart zbawienia.
  9. Dziecko dowie się, że nie tylko ono jest zagrożone, ale w ogóle wszyscy ludzie, cały świat. Skąd? Z prostych słów modlitw i pieśni kościelnych, w których nieustannie padają słowa „zmiłuj się nad nami”, „Wybaw nas”, „zbaw nas” itd. Nawet w najweselszej kościelnej piosence usłyszy te frazy niedwuznacznie sugerujące, że jest na krawędzi zatracenia, że apokalipsa zbliża się wielkimi krokami, generalnie jest źle, kryzys, upadek, katastrofa. Poczucie zagrożenia będzie w nie podprogowo sączone tymi właśnie dziwacznymi stwierdzeniami. Powód do nerwicy numer sześć.
  10. Będzie oglądało regularnie z reguły dość turpistycznie przedstawioną figurę Chrystusa, półnagą, brzydką, bolejącą, chudawą, obok niej poczerniałe i mało atrakcyjne przedstawienia twarz madonn różnych proweniencji często malowanych przez domorosłych artystów nieznających anatomii twarzy ludzkiej o ciele nie wspominając, a na deser tłuściutkie i także dość paskudne aniołki zdobiące kościelne wnętrza. Wszystko to okraszone fatalną muzyką sakralną, której rozwiązania harmoniczne są tak prostackie, że nawet disco polo przy niej jawi się jako twórczość ambitna.
  11. Warto zaznaczyć, że wszystkie te treści, wkładane tak wcześnie w mózg homo sapiensa, ugruntowują się, wszczepiają w osobowość, stają się niejako jej częścią i pozostają już na zawsze w głowie dorosłej osoby, jako swoiste introjekty, niezmiernie trudne do opanowania, zwłaszcza przez osoby mniej refleksyjne, a takich mamy w społeczeństwie większość.

A zaczyna się od posłania dziecka „na religię”, którego to posłania symbolem i przypieczętowaniem jest zjedzenie przez latorośl okrągłego ciasteczka.

Dlatego właśnie na myśl o dzieciach i religii katolickiej ogarnia mnie przerażenie.

Bo to jest przerażająca religia.

VN:R_U [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)